Szybkie słodkie muffinki z czekoladą i daktylami

Jak zrobić muffinki? Odpowiedź jest prosta – jak najszybciej. :)

Dziś razem z moją znajomą, Agnieszką, malowałam sufit w kuchni. Na biało. Wałkiem. I ścianę przy kaloryferze. Też na biało. I całe swoje ręce (niechcący, kolor już jest Wam znany). A że naszła mnie ochota na kawę, jak to przy robocie prawdziwych fachowców, postanowiłam otworzyć puszkę dopiero co zakupionej kawy, powdychać trochę wielkiego świata i zrobić prawdziwą, sypaną kawę z gruntem.

A muffinki… Same się zrobiły. Jeśli nic nie trzeba ważyć, to idzie naprawdę szybciutko.

A wiadomo, kawa się musi zaparzyć, więc i do niej coś słodkiego by się przydało. :)

Muffinki na słodko i szybko

Składniki:

  • 1 1/2 szklanki mąki pszennej tortowej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki sodu oczyszczonej
  • 1/2 + 1/3 szklanki białego cukru
  • 1 mały cukier waniliowy
  • 1/4 szklanki oleju rzepakowego
  • 2 jajka wielkości :
  • 1 kubek jogurtu naturalnego (200ml)
  • Dodatkowo: aromat cytrynowy i pomarańczowy
  • garść posiekanych daktyli i garść posiekanej czekolday gorzkiej z dodatkami (u mnie z karmelem i solą)

Przygotowanie:

  1. Naszykować 12-15 foremek na muffinki, wyłożyć blaszkę papilotkami lub silikonowymi foremkami. Rozgrzać piekarnik do 180°C lub 160°C z termoobiegiem
  2. W dużej misce wymieszać mąkę, proszek i sodę.
  3. W średniej misce wymieszać rózgą kuchenną jajka, olej i jogurt. Dodać odrobinę aromatów do smaku. Dodać cukier,cukier waniliowy, dobrze ubić.
  4. Dodać mokre składniki do suchych, przemieszać rózgą tylko do moemntu połączenia składników. Dorzucić daktyle i czekodalę.
  5. Wyłożyć do 3/4 wysokości foremek. Piec 25 minut – jedną półkę niżej, niż środek piekarnika.
  6. Wyjąć, zostawić na 5 minut w foremkach. Następnie wyjąć i ostudzić na kratce.
  7. Podawać z lukrem cytrynowym, polewą czekoladową lub dżemem cytrusowym.

Smacznego!

Jestem za mrożonkami

Taki temat, żeby otrząsnąć się wreszcie z zimowego snu, długich poranków i nocy. ;)

Nie wiem, jak Wy, ale ja lubię mrożonki. Nie wszystkie, nie zawsze, nie z każdym składem.

Nie znoszę tych, które mają wepchnięte jako wypełniacz ziemniaki lub marchewkę. Mogłabym powiedzieć, że to główna zasada, którą się kieruję przy wyborze.

Drugą zasadą jest waga opakowania. Często okazuje się, że te mrożonki, które ważą 750 gramów są tańsze od tych 450 gramowych.

Swoją drogą, czemu już nie ma opakowań pół kilogramowych, kostek masła po 250 gramów i litrowych soków marchewkowych? Stare, dobre czasy, kiedy kupowało się produkt, a nie zadowolenie, satysfakcję, wysoką jakość.

Never mind.

W każdym razie – wybieram mrożonki, które na pewno zużyję – opakowania groszku zielonego, kukurydzy, mieszankę cukinii z papryką, fasolką, pomidorkami cherry i czerwoną fasolą, warzywa na zupę (kalafior, brokuł) i do drugiego dania. Wybieram te opakowania, które nie decydują za mnie, ile zjem soli i dlaczego w ogóle mam ją dodawać.

Nie kuszą mnie zupełnie saszetki dokładane do warzyw. Czasem dodaję je w małej ilości do zupy albo sosu jogurtowego, który podaję do warzyw.

I najważniejsza zasada – latem jem świeże warzywa! W pełni sezonu mogę sobie wrzucić do zamrażarki woreczki z posiekanymi ziołami, papryką, cukinią, pokrojone mieszanki do zupy czy nawet pomidory. Wszystko zależy od pojemności zamrażarki, do której próbuję to wszytko upchnąć.

Miłego dnia!

If I was to walk away from you, my love… Could I laugh again ?

Pytanie było proste. Jak życie. Jak  świński ogon. Jak zakręcanie słoika.

I jak to w życiu, odpowiedź „tak” lub „nie” zupełnie nie ma nic do rzeczy. I nic nie wyjaśnia.

Szczególnie, kiedy czekam na nią długo, bardzo długo. I wcale  nie dostaję odpowiedzi.

You’re killing me again
Am I still in your head ?
You used to light me up
Now you shut me down

Co mam powiedzieć? Jak mam powiedzieć? Jeśli moje myśli rozpierzchły się na wszystkie strony, a w głowie kołacze się tylko Sting, śpiewający I’m so happy that I can’t stop crying?

O czym myślę? O tym, że mój aparat nie żyje, bo nie mam obiektywu. O tym, że czasem przydałby się telefon z nawigacją. I o tym, że powinnam teraz ciężko pracować, ale jestem rozwalona totalnie.

Jak dobrze, że dziś póki co jest w miarę spokojnie. Każdy robi swoje, a nocka sprzyja robieniu „swojego”. Można nawet myśleć, co w ciągu dziennej zmiany w środku tygodnia jest rzadkim i luksusowym dobrem.

Dlaczego zawsze w takich chwilach okazuje się, że ktoś chce się ze mną spotkać? Martusia z Grzesiem, Piotrek kochany. Moi Drodzy.

Rozmawiałam jakiś czas temu z koleżanką poznaną w górach. Jest uosobieniem spokoju i optymizmu. I kiedy spytała mnie o takie zwyczajnie jak leci, nie umiałam się powstrzymać. Jest mi ciężko i już.

Nie radzę sobie, do cholery. Nie radzę sobie i już.

I jakby podsumował to pan Konwicki:

I bardzo dobrze.

Dziś jest pierwszy dzień. Początku końca i wszystkiego, i reszty.

Drodzy moi.

Wybrałam się rano na wycieczkę po wsi. A dokładnie za wieś. Samochodem! W jedną stronę, bo potem samochód razem z resztą pasażerów odjechał do Katowic, a ja wracałam na piechotę.

W sklepie ogrodniczym same piękne roślinki. Trzmielina przeszczepiona na długi pieniek, tak samo różanecznik. Ogrody do zwiedzania wyglądają podobnie jak moje podwórko, czyli że u u nas jest w porządku. Wszystko po kolei, powolutku. Jeszcze pogoda niepewna, jeszcze nie wszystko da się zrobić. Nie ma rozmarynu ani innych jednorocznych ziół.

No to kupiłam dwa kilo gruszek i dwadzieścia doniczek bratków. I dziesięć główek czosnku. Będzie do sadzenia i na pieczenie z chlebem.

Przed wyjściem z domu ubrałam kalosze, ciepłą czapkę i rękawiczki. Wracając, szłam pod słońce, które grzało mimo przeraźliwego wiatru. W rękach trzymałam skrzynkę z bratkami. Chciałam się z Wami podzielić tym pięknem. Ale jak wyjmowałam aparat, mój obiektyw odleciał od body i dziękuję bardzo.

Na pocieszenie zostały mi gruszki i dwadzieścia bratków do posadzenia. A skoro to jeszcze nie czas na nawożenie (szkoda, że przedwczoraj i wczoraj o tym nie wiedziałam, jak nawoziłam borówki i winogrona…), to zrobiłam sobie ciasto. Na zdjęcie nie liczcie. Sorry.

Spód z mielonych migdałów, orzechów, siemienia lnianego, masełka i brązowego cukru. Następna warstwa ze śliwek i borówek, zanurzonych w galaretce z ricottą. A na górze jogurt z żelatyną i dużą ilością ziarenek wanilii. Wygląda jak wymieszana z pyłem węglowym. Posypałam prażonymi migdałami, do tego trochę białej czekolady.

Na blacie stygną ozdoby z ciemnej czekolady. Fikuśne esy-floresy.

Może jak posadzę te wszystkie bratki, to ciasto i złość na aparat zastygną. Na zewnątrz wieje tak przeraźliwie kolejny dzień, że pod wieczór ledwo się ruszam. Chyba mnie przewiało, bo od motyki to aż tak by mnie nie bolały plecy, co? :)

Wieczór.

Posadziłam bratki. Wlazły do czterech dużych doniczek i już przy pierwszej zastanawiałam się, czy jednak nie wsadzić ich do ziemi. Ale skoro nie mam pojęcia, gdzie mogłabym je posadzić, doniczki wygrały walkowerem.

Odchwaściłam jeszcze drzewka owocowe i krzaki agrestu. Podlałam zioła. Przeniosłam wielkie doniczki z miętą na miejsce docelowe. Niech się przyzwyczajają. Jutro, jak facet się ruszy i nie będzie zajęty wyłącznie swoimi planami i pomysłami, to może to przesadzę. Sama się już za to nie biorę, bo mnie cholera bierze. To jest tak ciężkie, że przecież ja w ogóle nie powinnam się tego dotykać. Starczy już, że przeniosłam tą cholerę miętę na zimę.

W domu zimno jak nie wiem. Przez cały dzień nikogo nie było, więc nikomu nie przeszkadzało. Teraz jak naraz wszyscy jesteśmy, to jest potrójnie zimno. Każdy marudzi, a nikt się nie rusza, żeby włożyć trochę drewna do kominka i rozpocząć walkę o ogień. A dokładnie o fotel przy kominku. Dwa fotele, troje chętnych.

Spać… Może oddam ten fotel bez walki. Albo zaraz na nim zalegnę i żadna siła mnie nie ruszy. :)

Łosoś z warzywami wg Hanny Szymanderskiej

Łosoś z warzywami – przepis

To danie na zawsze zostanie w mojej pamięci jako wspaniałe wspomnienie wyjazdu do Łeby z moimi Rodzicami. Mama pojechała do sanatorium, a my przyjechaliśmy z tatą w odwiedziny. Tata skoczył rano do portu po świeżutkie ryby. Pierwszy raz w życiu takie widziałam,a były przepyszne.

A że dzień wcześniej kupiliśmy na wakacyjnym kiermaszu książkę Hanny Szymanderskiej, wiadomo było, co zjemy.

Jadłam wtedy chyba najdroższe czarne oliwki – w Łebie nie było marketu, tylko małe sklepiki. Maleńki słoiczek kosztował 9 złotych…

Łosoś z warzywami

Czytaj dalej

Chciałam powiedzieć, że mam się dobrze.

Witajcie.

To będzie wspomnienie. Dochodzę do siebie i z przyjemnością wspominam. Wczoraj, kiedy wróciłam do domu, zmęczona, zdenerwowana, bo pan taksówkarz i jeszcze jedna osoba czekali na mnie ponad 15 minut, a ja dalej byłam w pracy… Wczoraj, mój Ukochany Mężczyzna się mną zajął.

Wysłuchał mojej historii. Dał mi się wygadać. Zachęcił do ukojenia nerwów. Mimo, że sam miał przeraźliwy dzień i moje problemy w pracy to wręcz święty spokój przy tym, co on przeżywał i co pewnie trzeba będzie nam powoli oswajać.

Mam dla Was taki spokój – przypomnienie lata w zdjęciach i przepisach. A potem… Zresztą, pooglądajcie proszę i wszystko się okaże w swoim czasie.

(C) Zytka Maurion 2011

Na pocieszenie, skoro jest środek nocy i ciemno za oknem (tak jakoś dochodzi wpół do pierwszej), może chcecie muffinkę cytrynową z makiem? :)

Dookoła mówią, że świat zwariował. Że szaleje zbrojenie, sankcje i inne straszne słowa.

A u mnie na stole kolorowy obrus, z zielonym bieżnikiem i kuchenny ręcznik z zielono-żółtymi motylami. Szklana buteleczka z 4 kolorowymi rurkami. A może chcecie muffinki jogurtowe z cytryną?

Za oknem rano było biało. Odśnieżałam samochód! To nic, że już cieplej i zostały tylko resztki białego (!) śniegu, który wczoraj rozpoczął się wielką burzą, kiedy byłam w pracy. Nagle pociemniało, zawiało i zaczęło walić gradem i śniegiem. A dziś – już po wszystkim.

Dziś jest wtorek. To znaczy, dla mnie jest coś między sobotą a niedzielą, bo poprzednie wolne miałam kilka dni temu. W środę bodajże. A potem… Nie wiem. Chyba teraz. Jutro znów środa. I po weekendzie. ;)

Na deser – kanapki szczęścia. Z sierpniowych pomidorów.

Moi Drodzy. Miałam w końcu czas zrobić porządek w szafkach kuchennych. I poczytać przepisy. Znaleźć czas na robienie zdjęć i oglądanie zdjęć.

Jestem sobą i nikim innym być nie potrafię. Usycham bez możliwości działania po swojemu. A takie dni, które spędzam sama, organizuję w całości po swojemu i odnajduję kawałeczki siebie.

www.youtube.com/watch?v=CpnmPjo-Yf4

Na koniec – skoro mieliście się przekonać o czymś – wpis z dawien dawna – It’s packed up. Po polsku całość. Kiedy go czytam, plecy bolą mnie jeszcze bardziej, ale czuję się przeszczęśliwa. Mam nadzieję, że Wam również sprawi radość. :)

Dobrej nocy!

PS. Mieliśmy dziś na obiad ryż basmati z cytryną i goździkami. Pierwszy raz w życiu gotowałam ten ryż. Pyszny. Do tego marchewka z groszkiem (może drugi raz w życiu robiłam, wstyd się przyznać), kalafior z masełkiem i tartą bułeczką i surówka z kapusty pekińskiej i pomidora.

Jak na mnie, to chyba najbardziej tradycyjne danie, jakie w życiu zrobiłam z własnej, nieprzymuszonej woli. Taki polski odpowiednik comfort food, kiedy rzeczywiście najbliższy świat się zmienił totalnie i potrzebny jest jakiś punkt odniesienia, który ukoi i będzie ostoją.

Jedzenie. To zawsze działa, prawda?

PS. Chcecie jeszcze na koniec (ale już taki koniec-koniec) zobaczyć genialne zdjęcia? Weselne, dodam. Tak odjechane, że wydają się niemożliwe. Ustawię sobie jako stronę główną, bo działają jak gaz rozweselający. Południowoafrykański w dodatku.

Oczywiście stronę znalazłam dzięki szukaniu przepisów i etykiet do wydrukowania. Przekierowało mnie na inną stronę. I znów na inną Aż mnie wciągnęło na dobre.

Wesele Urliki i Dirka – Kikitography – Mpumalanga, niedaleko Lydenburga (328 km na wschód od Johannesburga).

Chronologia być musi – był wrześniowy sernik, teraz mamy październik (Pomarańczowy kurczak w obłędnym sosie)

Mamy zimę, mamy sezon na pomarańcze. Wspaniale. Ja mam przepis na kurczaka z sosem pomarańczowym. Jest obłędny. Wymaga troszkę więcej inwencji, niż tylko wrzucić mięso w bułkę tartą. Chociaż, czy ja wiem…?

Październikowy przepis w środku brzydkiej, szarej i bezśnieżnej zimy. Spod kawałków lodu i brudnych, błotnistych hałd niby-śniegu przebijają niemiłe, psie niespodzianki. W takiej chwili chcę jak najszybciej wskoczyć do domu na gorącą herbatę z cytryną, zjeść gorący obiad i patrzeć na świat przez zazdrostki. Kremowe. Jasne. Lekko oddzielające mnie od tego, czego nie chcę widzieć.

Słońce! Żółto-pomarańczowe promienie. Marzę o zasłonach w słoneczniki, astry, wszystko, co żółte i pomarańczowe.

Czytaj dalej

Sernik pani Marysi

Witajcie.

To wręcz niemożliwe, że nie mam w blogu żadnego przepisu na sernik. Wprawdzie nie piekę go tak często, jak muffinek, chleba, zapiekanek czy czosnku, ale jednak za każdym razem wychodzi coś cudownego i wyjątkowo pysznego. I co najciekawsze – jest dużo prostszy do zrobienia, niż jakiekolwiek ciasteczka. Wszystko zmiksować, upiec i zjeść. Taaaak.

Polecam sernik według przepisu Pani Marysi, która przywiozła go na poprzednie Święta Bożego Narodzenia. Przygotowałam dokładnie według Jej wskazówek, upiekłam według własnych doświadczeń. Oto wynik:

Czytaj dalej

Jeść!

Moi Drodzy.

Mam kilka nowych zdjęć i kilka nowych przepisów. Już nie mogę się doczekać, kiedy to wszystko połączy się w piękną całość i wyjdą:

  • tarta ze szpinakiem i łososiem;
  • kruche ciasteczka cytrynowe z migdałami;
  • obiadowa sałatka z indykiem w chrupiącej, złocistej panierce;
  • ciasteczka kruche, które mogą być bez cukru;
  • pyszna zupa, mocno rozgrzewająca na zimę;
  • słodkie papryczki nadziewane przeróżnymi pastami
  • wielka focaccia z fantastyczną „górą”;
  • chlebek na drożdżach, idealny do twarogu z miodem lub dżemem;
  • bułeczki na zakwasie
  • i kto wie, co ja tam jeszcze wymyśliłam przez ten czas, jak zostałam bez aparatu i ostatnio też bez kabla do laptopa. :)

Pozdrawiam Was gorąco. Prawie sprzed kominka, ale jednak nie.

PS. Jeśli macie ochotę na coś dobrego, spróbujcie kiedyś takich pysznych muffinek, które pewnego dnia wyczarowała moja Sistra na swoim bezglutenowym blogu.

Ja sama należę do osób, które postanowiły kiedyś kupić sobie wszystkie rodzaje mąki, jakie są na świecie i nieraz sięgam do przepisów Agi, żeby pysznie „upłynnić” moje zdobycze.

Zapewniam Was, że jakikolwiek przepis tam znajdziecie, wszystko będzie genialne. Ta dziewczyna ma nie tylko rękę, ale wykształcenie i doświadczenie. Polecam serdecznie i zapewniam, że nie ten wpis nie jest sponsorowany przez żadne WHO, WE, UNICEF czy inną Unię Europejską.

Jak się masz, Zytka Maurion?

Kiedy wchodzę na stronę swojego bloga jako administrator, po prawej stronie u góry pokazuje się zawsze taki tekst. Po angielsku widziałam go kiedyś w wersji typu „Howdy, Zytka?”. No proszę, nawet akapit robi się u nas angielski.

- Howdy, Zytka?
- Howdy, howdy! Ho, ho, ho, Santa Claus! Where is my present?!

Leżę. Zgodnie z zaleceniami lekarskimi, właśnie leżę na sofie i zajmuję się sobą. Mam piękne L4 na całe dwa dni. Moja firma zapewnia mi prywatną opiekę medyczną, ubezpieczenie na wypadek śmierci i najniższą krajową. ;)

Czyli – mogę sobie chodzić do lekarza, ile wlezie. A raczej – ile dam rady się zapisać przez internet. Udaje się raz na kilka razy, bo chyba pół Śląska ma tam opiekę wykupioną. A pewnie wszyscy z  korporacji. Lub, jak dość wzgardliwie określił to przyjaciel mojego chłopaka, a mój znajomy – korposzczury.

Szlachetne zdrowie, aż się zepsujesz. A wtedy każdy pozna, jako smakujesz.

Oczywiście oryginał dużo lepszy, ale że ja nie Jasiu z Czarnolasu, to nie będę się patyczkować. Miało być o wizycie u lekarza.

Czytaj dalej

Szybkie przekąski

Muszę przyznać, że bardzo lubię małe przekąski. Mają one wspaniałą nazwę hors d’oeuvres, która w naszym kraju brzmi dość obco, ale za to w wynikach wyszukiwania Google Grafika dają imponujące rezultaty. :)

Jak dla mnie obecnym faworytem jako „baza” na przekąski są cieniutkie kawałki pieczywa Vasa z solą i rozmarynem (zdjęcie tutaj) lub okrągłe kanapeczki z pumpernikla (tzw. party rounds). Znalazłam je w jakimś sklepie za bardzo rozsądną cenę i zostało tylko godnie je oprawić w pyszną pastę.

Dziś króciutki przepis na szybki „starter” mojej przyjaciółki Ewci. Za każdym razem, kiedy gościmy u niej i u Vlaho w domu, mamy okazję zajadać się tym pysznym czymś. Uwielbiamy to, muszę przyznać otwarcie. I chociaż nie mam żadnego konkretnego przepisu, jest to jedno z dań uzależniających bardziej niż chipsy czy słodycze.

Przekąska z krakersów z pastą kukurydziano-serową

Składniki:

  • duże opakowanie krakersów
  • miękki ser żółty starty na grubej tarce
  • mała puszka kukurydzy
  • majonez
  • świeży ząbek czosnku, wyciśnięty przez praskę
  • sól i pieprz
  1. W misce wymieszać na gęstą pastę ser, kukurydzę, majonez, czosnek i doprawić solą i pieprzem. Ilość składników zależy od Waszych preferencji, ale myślę, że najlepiej, jeśli ser i kukurydza będą objętościowo podobnych rozmiarów, np. kubek startego sera i kubek kukurydzy.
  2. Na każdego krakersa wyłożyć po czubatej łyżce pasty i podawać od razu.

Uwagi:

  • Pastę można porządnie schłodzić w lodówce przed nałożeniem.
  • Zamiast krakersów można użyć kruchych pikantnych ciasteczek, opieczonych na chrupko tostów, kawałków świeżego chleba na zakwasie czy małych babeczek z ciasta francuskiego.
  • Krakersy można ozdobić kolorowym pieprzem (byle delikatnie, ponieważ pieprz z czasem nabiera „mocy”), szczypiorkiem, kiełkami lub wyciąć niewielką foremką kształty ze świeżej papryki.
  • Dla nie-wegetarian można też spróbować wersji z siekaną drobiową szynką, odrobiną wędzonej suszonej papryki czy kawałeczkami upieczonego w przyprawach filetu z indyka.

Smacznego!

Ślady

Ja tam nie wiem, czy dziś lubi to cała Polska, cały Wszechświat, czy tylko ja. W każdym razie jest to klimat moich ukochanych krakowskich knajpek, w których uwielbiałam przesiadywać na studiach po zajęciach.

Czym byłby Kraków bez „setki kościołów i tysiąca barów”.

Każde rozstanie jest jak zimny wiatr.

A sama piosenka – będzie też dla mnie wspomnieniem pewnej wycieczki na Wielką Raczę, podczas której się przekonałam, że nic nie jest takie, jak myślę. Ale wszystko może być piękniejsze, jeśli tylko zaczniemy cieszyć się zachodem słońca w śniegu i widokiem na wszystkie możliwe góry dookoła. Jak Ona, która krzyczała z radości, że jest tak cudnie.

Kiedy chłopaki poszli spać, byłam chyba jedyną osobą poza jej psem, która słyszała, jak życie potrafi dać w kość. A jak to wszystko boli w środku nocy – wie tylko ten, kto kiedykolwiek czuł się najbardziej samotny na świecie, mając „kogoś bliskiego nam” zaraz obok siebie.

Zapamiętać Cię… Dziękuję za palce, bo mogę dotykać i zapamiętać Cię.

Ciabatta z płatkami owsianymi – fast & furious

Chleb. Synonim domu.

chleb-2

Kiedy chcę poczuć się „u siebie”, piekę chleb. Ostatnio nigdzie nie czuję się „u siebie”., więc upiekłam szybkie chlebki w foremkach. Ten zapach podczas pieczenia i studzenia chleba!

Ukroić kawałek przestudzonego chlebka.

Posmarować masłem.

Mmmmmm!!!!

Pozwolić sobie na oderwanie od życia i chwilę rozkoszy na tym łez padole. ;)

I na chwilę bycia „u siebie”. Gdziekolwiek byście się nie znajdowali.

Jeśli szukacie przepisu, który nie wymaga zbytniego nakładu czasu, pracy, ani dokładności – w dodatku jak zwykle nie trzeba nic ugniatać – oto przepis dla Was. Niestety, wciąż nie mam karty do aparatu – będzie bez zdjęć ciabattek, ale oryginał możecie znaleźć w linku poniżej.

Jest to przepis jednej z czytelniczek bloga Asi z Kwestii Smaku. Piekłam ciabatty już kilka razy, ale ostatnia wersja – ciasto podzielone na pół rośnie sobie w dwóch 30cm blaszkach i tak go piekę – jak dla mnie najlepsza alternatywa dla niskich i nieco rozlazłych bułek. Wolę wyższe, bo i tak zapiekam je solidnie z dodatkami, a przynajmniej można się szybciej najeść węglowodanami w przerwie w pracy. :)

Pamiętajcie, że składniki odmierza się w MILILITRACH – bez wagi, za to z miarką.

Ciabatta z płatkami owsianymi

Składniki na 2 blaszki o dł. 30cm:

  • 150 ml płatków owsianych górskich
  • 400 ml ciepłej (letniej) wody
  • 1 łyżka (15 ml) miodu
  • 7 g suszonych drożdży*
  • 1 łyżka  (15ml) oleju rzepakowego lub oliwy
  • 600 ml mąki pszennej tortowej lub pół na pół z krupczatką
  • 1 łyżeczka (5ml)  drobnej soli
  • przyprawy: czarnuszka, oregano, bazylia, suszone pomidory, wędzona papryka, siemię lniane, czarny sezam
  • do formy: oliwa i mąka, otręby lub płatki owsiane

Przygotowanie:

  1. Przygotować rozczyn: w miseczce wymieszać płatki owsiane, ciepłą wodę, rozpuścić miód, dolać oliwę i wsypać drożdże. Dobrze wymieszać i odstawić na 5-10 minut, żeby się spieniło. Jeśli rozczyn nie ruszy, należy spróbować ponownie z innymi drożdżami.*
  2. Mąkę przesiać do dużej miski, dokładnie wymieszać z solą i wybranymi przyprawami. Dodać rozczyn, dokładnie wymieszać i odstawić przykryte ściereczką w ciepłe, nieprzewiewne miejsce na godzinę. Ciasto powinno podwoić objętość.
  3. Dwie formy na chleb (lub keks) o długości 30 cm wysmarować oliwą i wysypać mąką, płatkami lub otrębami. Ciasto podzielić na dwie równe części, każdą przełożyć do formy. Można posypać ziołami, nasionami słonecznika etc.. Ponownie przykryć i w tym czasie nagrzać piekarnik do 250ºC (termoobieg).
  4. Piec przez 15 minut w 250ºC, następnie zmniejszyć temperaturę do 150ºC i piec bez przykrycia kolejne 15 minut.
  5. Po upieczeniu wyjąć z foremek. Ciasto „pukane” palcem od spodu powinno wydać głuchy odgłos. Wystudzić na kratce i dopiero wtedy kroić!

Smacznego!

* jak dla mnie najlepsze drożdże suszone produkuje Lesaffre. Do tej pory używałam ich drożdży ze słowackich i czeskich sklepów, dostępnych jako produkt francuski, ale jak zwróciła uwagę Loo w komentarzu do przepisu na Fiński Chleb Awaryjny – ponoć to i tak produkt polski, więc tym bardziej polecam!

Link do oryginalnego przepisu.

Kiedy tak patrzysz na mnie

W Trójce mojej kochanej usłyszałam cudowną piosenkę „When I watch you sleeping” Neila Younga. Kiedy jej szukałam w czeluściach internetu, przypomniałam sobie o innej, polskiej piosence. Musiałam wyłączyć radio, żeby przypomnieć sobie słowa, ale udało się. ;)

Takie wspomnienie z dawnych lat. Bez żadnych podtekstów. Może tylko tyle, że cholernie się przywiązuję do ludzi, a coraz więcej wspaniałych osób odchodzi z mojej pracy i jakoś nie umiem się z tym pogodzić, że dopiero co ich poznałam i bardzo polubiłam, a oni już znikają.

Taka specyfika, można powiedzieć. Ale dlaczego poznałam ich zaraz przed ich zniknięciem? To tak jakby powiedzieć: Tu jest piękna kraina, popatrz sobie na nią przez okno samolotu, ale nie będzie Ci nigdy dane obejrzeć jej z bliska.

Wszyscy ci ludzie są jak niewiarygodnie urokliwe krainy. Każdy z nich kryje w sobie inne historie, którymi będą dzielić się z kolejnymi ludźmi. W takich chwilach lubię wierzyć, że życie jest podróżą i zostali postawieni na mojej drodze, żebym wzięła od nich to, co mają najlepszego do zaoferowania. A potem znikają, pozostawiając po sobie niezatarty ślad w mojej pamięci.

Brzmi to prawie jak mowa pożegnalna, ale większość z nich była dla mnie najcierpliwszym nauczycielem, mądrym przewodnikiem po arkanach mojej pracy oraz zwyczajnym kumplem, jakich chciałoby się mieć. Żeby ta praca nie była tylko ciążącym obowiązkiem. Żeby się chciało przychodzić na te wszystkie zmiany, jakie mamy, przez całą dobę.

For You, Guys!