Szybkie przekąski

Muszę przyznać, że bardzo lubię małe przekąski. Mają one wspaniałą nazwę hors d’oeuvres, która w naszym kraju brzmi dość obco, ale za to w wynikach wyszukiwania Google Grafika dają imponujące rezultaty. :)

Jak dla mnie obecnym faworytem jako „baza” na przekąski są cieniutkie kawałki pieczywa Vasa z solą i rozmarynem (zdjęcie tutaj) lub okrągłe kanapeczki z pumpernikla (tzw. party rounds). Znalazłam je w jakimś sklepie za bardzo rozsądną cenę i zostało tylko godnie je oprawić w pyszną pastę.

Dziś króciutki przepis na szybki „starter” mojej przyjaciółki Ewci. Za każdym razem, kiedy gościmy u niej i u Vlaho w domu, mamy okazję zajadać się tym pysznym czymś. Uwielbiamy to, muszę przyznać otwarcie. I chociaż nie mam żadnego konkretnego przepisu, jest to jedno z dań uzależniających bardziej niż chipsy czy słodycze.

Przekąska z krakersów z pastą kukurydziano-serową

Składniki:

  • duże opakowanie krakersów
  • miękki ser żółty starty na grubej tarce
  • mała puszka kukurydzy
  • majonez
  • świeży ząbek czosnku, wyciśnięty przez praskę
  • sól i pieprz
  1. W misce wymieszać na gęstą pastę ser, kukurydzę, majonez, czosnek i doprawić solą i pieprzem. Ilość składników zależy od Waszych preferencji, ale myślę, że najlepiej, jeśli ser i kukurydza będą objętościowo podobnych rozmiarów, np. kubek startego sera i kubek kukurydzy.
  2. Na każdego krakersa wyłożyć po czubatej łyżce pasty i podawać od razu.

Uwagi:

  • Pastę można porządnie schłodzić w lodówce przed nałożeniem.
  • Zamiast krakersów można użyć kruchych pikantnych ciasteczek, opieczonych na chrupko tostów, kawałków świeżego chleba na zakwasie czy małych babeczek z ciasta francuskiego.
  • Krakersy można ozdobić kolorowym pieprzem (byle delikatnie, ponieważ pieprz z czasem nabiera „mocy”), szczypiorkiem, kiełkami lub wyciąć niewielką foremką kształty ze świeżej papryki.
  • Dla nie-wegetarian można też spróbować wersji z siekaną drobiową szynką, odrobiną wędzonej suszonej papryki czy kawałeczkami upieczonego w przyprawach filetu z indyka.

Smacznego!

Ślady

Ja tam nie wiem, czy dziś lubi to cała Polska, cały Wszechświat, czy tylko ja. W każdym razie jest to klimat moich ukochanych krakowskich knajpek, w których uwielbiałam przesiadywać na studiach po zajęciach.

Czym byłby Kraków bez „setki kościołów i tysiąca barów”.

Każde rozstanie jest jak zimny wiatr.

A sama piosenka – będzie też dla mnie wspomnieniem pewnej wycieczki na Wielką Raczę, podczas której się przekonałam, że nic nie jest takie, jak myślę. Ale wszystko może być piękniejsze, jeśli tylko zaczniemy cieszyć się zachodem słońca w śniegu i widokiem na wszystkie możliwe góry dookoła. Jak Ona, która krzyczała z radości, że jest tak cudnie.

Kiedy chłopaki poszli spać, byłam chyba jedyną osobą poza jej psem, która słyszała, jak życie potrafi dać w kość. A jak to wszystko boli w środku nocy – wie tylko ten, kto kiedykolwiek czuł się najbardziej samotny na świecie, mając „kogoś bliskiego nam” zaraz obok siebie.

Zapamiętać Cię… Dziękuję za palce, bo mogę dotykać i zapamiętać Cię.

Ciabatta z płatkami owsianymi – fast & furious

Chleb. Synonim domu.

chleb-2

Kiedy chcę poczuć się „u siebie”, piekę chleb. Ostatnio nigdzie nie czuję się „u siebie”., więc upiekłam szybkie chlebki w foremkach. Ten zapach podczas pieczenia i studzenia chleba!

Ukroić kawałek przestudzonego chlebka.

Posmarować masłem.

Mmmmmm!!!!

Pozwolić sobie na oderwanie od życia i chwilę rozkoszy na tym łez padole. ;)

I na chwilę bycia „u siebie”. Gdziekolwiek byście się nie znajdowali.

Jeśli szukacie przepisu, który nie wymaga zbytniego nakładu czasu, pracy, ani dokładności – w dodatku jak zwykle nie trzeba nic ugniatać – oto przepis dla Was. Niestety, wciąż nie mam karty do aparatu – będzie bez zdjęć ciabattek, ale oryginał możecie znaleźć w linku poniżej.

Jest to przepis jednej z czytelniczek bloga Asi z Kwestii Smaku. Piekłam ciabatty już kilka razy, ale ostatnia wersja – ciasto podzielone na pół rośnie sobie w dwóch 30cm blaszkach i tak go piekę – jak dla mnie najlepsza alternatywa dla niskich i nieco rozlazłych bułek. Wolę wyższe, bo i tak zapiekam je solidnie z dodatkami, a przynajmniej można się szybciej najeść węglowodanami w przerwie w pracy. :)

Pamiętajcie, że składniki odmierza się w MILILITRACH – bez wagi, za to z miarką.

Ciabatta z płatkami owsianymi

Składniki na 2 blaszki o dł. 30cm:

  • 150 ml płatków owsianych górskich
  • 400 ml ciepłej (letniej) wody
  • 1 łyżka (15 ml) miodu
  • 7 g suszonych drożdży*
  • 1 łyżka  (15ml) oleju rzepakowego lub oliwy
  • 600 ml mąki pszennej tortowej lub pół na pół z krupczatką
  • 1 łyżeczka (5ml)  drobnej soli
  • przyprawy: czarnuszka, oregano, bazylia, suszone pomidory, wędzona papryka, siemię lniane, czarny sezam
  • do formy: oliwa i mąka, otręby lub płatki owsiane

Przygotowanie:

  1. Przygotować rozczyn: w miseczce wymieszać płatki owsiane, ciepłą wodę, rozpuścić miód, dolać oliwę i wsypać drożdże. Dobrze wymieszać i odstawić na 5-10 minut, żeby się spieniło. Jeśli rozczyn nie ruszy, należy spróbować ponownie z innymi drożdżami.*
  2. Mąkę przesiać do dużej miski, dokładnie wymieszać z solą i wybranymi przyprawami. Dodać rozczyn, dokładnie wymieszać i odstawić przykryte ściereczką w ciepłe, nieprzewiewne miejsce na godzinę. Ciasto powinno podwoić objętość.
  3. Dwie formy na chleb (lub keks) o długości 30 cm wysmarować oliwą i wysypać mąką, płatkami lub otrębami. Ciasto podzielić na dwie równe części, każdą przełożyć do formy. Można posypać ziołami, nasionami słonecznika etc.. Ponownie przykryć i w tym czasie nagrzać piekarnik do 250ºC (termoobieg).
  4. Piec przez 15 minut w 250ºC, następnie zmniejszyć temperaturę do 150ºC i piec bez przykrycia kolejne 15 minut.
  5. Po upieczeniu wyjąć z foremek. Ciasto „pukane” palcem od spodu powinno wydać głuchy odgłos. Wystudzić na kratce i dopiero wtedy kroić!

Smacznego!

* jak dla mnie najlepsze drożdże suszone produkuje Lesaffre. Do tej pory używałam ich drożdży ze słowackich i czeskich sklepów, dostępnych jako produkt francuski, ale jak zwróciła uwagę Loo w komentarzu do przepisu na Fiński Chleb Awaryjny – ponoć to i tak produkt polski, więc tym bardziej polecam!

Link do oryginalnego przepisu.

Kiedy tak patrzysz na mnie

W Trójce mojej kochanej usłyszałam cudowną piosenkę „When I watch you sleeping” Neila Younga. Kiedy jej szukałam w czeluściach internetu, przypomniałam sobie o innej, polskiej piosence. Musiałam wyłączyć radio, żeby przypomnieć sobie słowa, ale udało się. ;)

Takie wspomnienie z dawnych lat. Bez żadnych podtekstów. Może tylko tyle, że cholernie się przywiązuję do ludzi, a coraz więcej wspaniałych osób odchodzi z mojej pracy i jakoś nie umiem się z tym pogodzić, że dopiero co ich poznałam i bardzo polubiłam, a oni już znikają.

Taka specyfika, można powiedzieć. Ale dlaczego poznałam ich zaraz przed ich zniknięciem? To tak jakby powiedzieć: Tu jest piękna kraina, popatrz sobie na nią przez okno samolotu, ale nie będzie Ci nigdy dane obejrzeć jej z bliska.

Wszyscy ci ludzie są jak niewiarygodnie urokliwe krainy. Każdy z nich kryje w sobie inne historie, którymi będą dzielić się z kolejnymi ludźmi. W takich chwilach lubię wierzyć, że życie jest podróżą i zostali postawieni na mojej drodze, żebym wzięła od nich to, co mają najlepszego do zaoferowania. A potem znikają, pozostawiając po sobie niezatarty ślad w mojej pamięci.

Brzmi to prawie jak mowa pożegnalna, ale większość z nich była dla mnie najcierpliwszym nauczycielem, mądrym przewodnikiem po arkanach mojej pracy oraz zwyczajnym kumplem, jakich chciałoby się mieć. Żeby ta praca nie była tylko ciążącym obowiązkiem. Żeby się chciało przychodzić na te wszystkie zmiany, jakie mamy, przez całą dobę.

For You, Guys!

Podróże kształcą

To niesamowite, jak łatwo można spotkać znajomych ludzi. A było to tak.

Wsiadłam kiedyś do autobusu do Krakowa. Miałam bardzo nieładny humor, graniczący z rozpaczą. Zebrałam się jednak w sobie na tyle, żeby kupić bilet przez internet i skorzystać z komunikacji miejskiej. W tym samym czasie dałam znać jednej znajomej, że będę w Krakowie.

Kiedy tylko zajęłam miejsce obok czyjegoś plecaka, przyszedł pan ubrany na sportowo. A nawet narciarsko. Właściciel plecaka wyglądał znajomo, ale stwierdziłam, że większość osób wygląda znajomo, szczególnie jak ubierze się w buty górskie i kurtkę narciarską. Takie zboczenie życiowe, że wszyscy wyglądają podobnie.

Już w samym Krakowie pan, wybudzony z drzemki i chrapania, obrócił się do mnie i spytał: „Pani też jedzie do Krynicy?”. Zajęta własnymi myślami, troszkę z opóźnieniem zareagowałam, ale niestety musiałam zaprzeczyć.

Wywiązała się między nami rozmowa, a ponieważ za chwilkę wysiadałam, postanowiłam się dowiedzieć, czy moja pamięć działa poprawnie i zaczęłam drążyć, czy pan poza narciarstwem łazi też po górach. Wyglądało to mniej więcej tak:

- A Pan chodzi też czasem po górach?
- A tak, chodzę, ze znajomymi byliśmy w tamtym roku w Tatrach.
- A po Beskidach też Pan chodzi?
- Tak, tak, byłem dwa lata temu…
- A na Krawculi Pan wtedy był?
- Niech pomyślę. Byłem! Ile śniegu tam było! Jak wyszedłem, to się po pas zapadłem w ten śnieg! Ze znajomymi byłem.
- To ja już wiem, skąd pana znam. Bo ja tam wtedy pracowałam.

I tak od słowa do słowa zaczęliśmy rozmowę o tej jego wycieczce. Niesamowite, siedzieć obok człowieka, który jedzie zza Grudziądza do Krynicy i spotkać się z nim po dwóch latach w zupełnie innych okolicznościach. Pamiętam jeszcze jedno zdanie z tej rozmowy: „A jak grzane piwo mi wtedy smakowało!”. :)

Nie wszystkich turystów pamiętam. Tylko tych, którzy zadbali o to, że dobrze ich wspominam i z niektórymi wciąż mam kontakt.

Następnego dnia spotkałam na dworcu w Krakowie innego człowieka. Dosiadł się do mnie z pytaniem „co tam dobrego w tej gazecie?”, kiedy przeglądałam najnowszy numer „Kuchni”. Następnie bardzo płynnie przeszedł do tematu restauracji, w których bywa codziennie i niechcący dowiedziałam się też, że kupił sobie łóżko z serii Sheratona za dwa tysiące euro i nie zamierza się nim z nikim dzielić oraz że kiedyś w burgerze za granicą dostał w gratisie włos. I że nie jeżdzi samochodem, bo go zwyczajnie nie ma.

Ten człowiek mógłby tak mówić w nieskończoność i prawdę mówiąc, też miałam wrażenie, że go znam. Wrażenie się spotęgowało, kiedy podał mi swoją wizytówkę i od razu wiedziałam, kto to.

Wykładowca na jednej z krakowskich uczelni. Facet, który najwyraźniej ma niespożytą chęć gadania o sobie. Poznałam go kiedyś w bibliotece miejskiej, gdzie ja czytałam książkę, a on wziął z półki czytelni największy atlas ze zdjęciami, jak w życiu widziałam i przez bitą godzinę gadał o tym, gdzie to on nie był.

Ja to mam szczęście do ludzi. Całą drogę powrotną w polskim busie kobieta opowiadała mi, że jej ojciec jest w szpitalu, że nie ma ja dojechać do domu (mieszka 30 kilometrów za Łodzią), że ma sześciu pracowników, którzy wciąż balangują w Zakopcu (a ona stamtąd wracała, bo była ich odwiedzić na urlopie). Wiem też, że Porozumienie Zielonogórskie to porozumienie lekarzy, którzy ponoć za wejście na teren przychodzi życzą sobie od pacjenta po 15 złotych. I takie tam szczególiki.

Babka poczęstowała mnie orzechami w karmelu, a ja ją herbatą z termosu. Gdyby nie ta wymiana, prawdopodobnie nie miałabym szans na sformułowanie kilku zdań od siebie.

No właśnie. A ja?

Kogo obchodzi moja historia? Ja nie umiem tak podejść do kogoś i zacząć gadać.

A może ten blog to takie właśnie podejście do Ciebie?

Serdeczne życzenia dla tych, co się nie boją zmian

Kiedyś to były czasy…

Mam nieraz ochotę powtarzać za Panem Sułkiem i Panią Elizą, że „kiedyś to było”. To ich narzekanie ma w sobie wystarczająco dużo nostalgii i realizmu, że słucham audycji z ich udziałem z wielką radością. Kiedy wspominają bardzo, bardzo dawne wycieczki i Pani Eliza dodaje: „No tak, panie Sułku kochany, teraz pan śpi w liściach, zawinięty w gazetę, żeby nie zamarznąć”, to od razu robi się cieplej na duszy.

A jak do tego Pan Sułek kochany skwituje wszystko swoim: „Ciiiicho, wiem! Niech pani nie przeszkadza!”, to już esencja życia w pigułce.

A piszę to dlatego, że właśnie jestem w trakcie lektury „Wysokich Obcasów Extra”, które podebrałam przyjaciółce. Jest tu mowa o postanowieniach i tym, jak się za nie zabrać, żeby od razu nie zapomnieć, po co to wszystko było.

Z wywiadu z dr Leszkiem Mellibrudą jasno wynika jedno:

To, co zostało tylko „pomyślane”, ma o połowę mniejsze znaczenie niż zapisane na kartce.

Dlatego warto pisać! :)

Hej kolęda!

A ja w sobotę zdobyłam karpia.

Wyszłam ze sklepu bez większych obrażeń, ale za to z traumą na psychice. Jak podeszłam do chłodziarki z rybami, naprawdę nie rzucając się na ludzi przede mną, to chyba ten spokój mnie uratował przed paranoją. Wzięłam sześć sztuk, a za mną słyszałam tylko „o Boże, o Boże, co za ludzie, o Boże, o Boże”. Niesamowite. Nie walczyłam, a dostałam.

I wcale nie należałam do ludzi, którzy stali pod sklepem godzinę przed otwarciem. Po prostu udało się. Wcześniej (kilka dni pod rząd) podejmowałam próby nabycia karpia drogą kupna, ale trafiałam wzrokiem w próżnię, zamiast w piękne płaty ryby.

Jakby nie było ich i tym razem, na Wigilię mielibyśmy łososia, halibuta czy cokolwiek innego, co nie miałoby miliona ości. Nie dam się zabić za tradycję.

Klopsiki gotowane

Muszę przyznać, że zgubiłam kartę pamięci do aparatu. Oddałam aparat do naprawy i wyjęłam kartę. Nie mam jej. Bez karty nie mam jak robić zdjęć i nie robię.

Za to mam głowę pełną nowej wiedzy z pracy i nawet cała ta wiedza kiedyś mi się śniła. Że siedziałam w pracy, rozmawiałam z klientem po angielsku i nie dość, że nic nie rozumiałam, to odpowiedzi na wszystkie pytania przychodziły mi do głowy wyłącznie po polsku.

Stąd moje chęci na szybkie gotowanie. Nie chcę tracić czasu na stanie w kuchni, jeśli prawie cały dzień już spędzam w pracy. Chcę mieć czas dla siebie i bliskich. Potrzebuję tego. Nawet nie wiecie, jak bardzo.

Podaję przepis na szybkie klopsiki, które w ten sposób gotowała moja mama jako pyszny dodatek do zupy. Nie mam pojęcia, jakich przypraw używała, ja zawsze mięso mielone robię po swojemu i wychodzi bardzo dobre. Zerknijcie też w uwagę pod przepisem.

Smacznego! Zapraszam do zajrzenia w przepis.

Czytaj dalej

Klopsiki mięsne z sosem kreolskim

Przepis na kulki mięsne wpisał się doskonale w mój obecny styl życia. To łatwe i szybkie (!) danie na rodzinny obiad lub nawet wspólną kolację.

U nas klopsiki stały się tak „popularne”, że goszczą na naszym stole kilka razy w miesiącu. Takie wyróżnienie spotyka jeszcze wyłącznie zupy (niemal codzienne jakąś jemy) i herbatę z cytryną i miodem. :)

Czytaj dalej

Chleb z mąką durum na pszennym zakwasie

Moi Drodzy.

Zacznę tak uroczyście, bo okazja ku temu. Zrobiłam w końcu chleb na pszennym zakwasie z przepisu, który czekał na mnie kilka lat… Niesamowite, prawda? sam chleb wychodzi cudowny. Jasny, ze złocistą skórką i zaskakująco pysznym środkiem.

Mam jakieś sześć czy już może siedem segregatorów z przepisami. Podzielone tematycznie, już nieraz mnie ratowały przed jedzeniem resztek suchego chleba z masłem. Można rzec – dzięki nim jadłam niczym król jeszcze za studenckich czasów.

Ostatnio przestałam drukować kolejne strony z przepisami, bo praca pochłania mi cały dzień, a z dojazdem do niej nawet pół wieczoru.Nie mam kiedy szukać nowych przepisów. Ale za to w końcu korzystam z tych starszych. Przepis na pane di semola di grano duro rimacinata został oryginalnie umieszczony na pewnym blogu w dwa tysiące dziesiątym.

Czytaj dalej

Długi weekend

Wpis z siódmego lipca 2014:

Na budowie praca wre. Dziś przyjechało dwóch znajomych. Jeden cały poprzedni tydzień układał kafelki, a drugi nawiedził nas dziś i pomaga w układaniu płyt chodnikowych pod tarasem. Dobrze, że jest teraz więcej mężczyzn, bo jak w sobotę woziłam piasek i nosiłam płyty chodnikowe, to w niedzielę ledwo wstałam. Upał przyszedł szalony, nawet jeść się nie chce. W tamtym tygodniu jeszcze dało się pracować. Teraz, kiedy rano temperatura na zewnątrz sięga 25 stopni w cieniu, odechciewa się wszystkiego.

A teraz mamy listopad. Temperatura w środku sięga pewnie 25 stopni w cieniu.  Na zewnątrz około dwunastu stopni na plusie. Ludzie, mamy listopad czy może początek września? Dodam tylko, że pod koniec sierpnia byliśmy w Jesenikach na rowerach. Wtedy temperatura w nocy spadała do około minus jednego stopnia, a w ciągu dnia było plus osiem. Teraz nocą gryzą nas komary, a za oknem latają szalone biedronki. Cholera. Mnie się już zima śniła! Ślizgałam się na butach i nie mogłam się poślizgnąć. Kiedy postanowiłam znów zjechać na brzuchu z górki, zadzwonił budzik. Mam nadzieję, że w tym roku to nie będzie tylko sen. Mieliśmy znajomych na weekend. Przyjechali w piątek, a wyjechali dziś, czyli w niedzielę. Wprawdzie okazało się, że nie idziemy do schroniska na Leskowcu, a wtedy jeden z nich zaplanował szybki desant i ucieczkę. Wyglądało to mniej więcej tak:

  • w piątek przyjechaliśmy wszyscy w trzech turach. Oni zdążyli dotrzeć samochodem przed moim pociągiem i już się pięknie rozgościli na sofie;
  • kiedy mój drogi Mężczyzna poprosił ich o pomoc w przeniesieniu kilku cięższych rzeczy, ten od desantu nagle się źle poczuł i prawie popłakał, że nie będzie wyłącznie siedzenia przy piwie;
  • a potem było siedzenie przy piwie. Które mieli sobie sami przywieźć, zgodnie ze starym zwyczajem, że u nich z reguły nie ma nic poza miejscem do siedzenia;
  • w nocy lało solidnie, a w sobotę rano jeszcze lepiej. Zszokowany znajomy postanowił zadzwonić do kolejnej dwójki, która miała nas jeszcze odwiedzić. Najpierw się spakował szybciutko, zjadł śniadanie, a reszcie powiedział, że się zbierają. Na szczęście kierowca zdecydowanie odmówił, ale desantowiec zdążył zadzwonić do dwójki, że teraz to oni sobie mogą co najwyżej na herbatkę przyjechać. Nie chcę nic mówić, ale od kiedy to ktoś nieproszony będzie podejmował decyzję za gospodarzy, wszystkich gości i całą resztę?!
  • Potem był obiad, który kupili goście (bo skoro sami nie wiedzą, czy się zbierają, czy zostają, a przygotowany makaron z sosem pomidorowym i tuńczykiem gryzie ich w zęby…).
  • I od siedemnastej do PÓŁNOCY goście siedzieli przed telewizorem. Matko droga, ile można? Oglądali wszystko po kolei. Mimo tego, że przez pierwsze dwie godziny jeszcze próbowałam wyłączać odbiornik, za chwilę ktoś przychodził i z powrotem włączał. Na koniec już wcale mi się nie chciało z nimi gadać, więc sobie siedziałam przed komputerem i czytałam książkę.
  • Wyjechali dziś w południe. Czyli jak wszyscy się zwlekli na śniadanie i najedzeni mogli myśleć o dalszych krokach. Desantowiec już wieczorem dzień wcześniej się umówił z drugim facetem, że się spotkają w domu tego drugiego. Wiadomo – na piwo.

O i tak minął nam weekend. Zdążyłam jeszcze zrobić ukochane muffinki z jogurtem, czyli klasyk, który zawsze się udaje. A po wyjeździe gości – nadziewanego indyka i ciasto dyniowe ze śliwkami i borówkami. Co za dzień. A po co to wszystko piszę? Bo dochodzę do wniosku, że należy albo zmienić gości, albo na przyjazd tych zabierać telewizor.

Może wtedy okazałoby się, że lubią coś więcej, niż kolejną edycję idiotycznego serialu typu „Walcz i śpiewaj” czy jak to się nazywa. Bo zerkanie w stronę nadmuchanej Edyty G., która dla mnie wygląda jak po serii nieudanych operacji plastycznych jakoś mi nie pasuje do definicji „udanego wieczoru”. Szczególnie, że i tak cały tydzień w pracy spędzam przed monitorem, to mnie w zupełności wystarczy.

Miłej reszty długiego weekendu, jeśli go macie. I świętujmy wesoło 11 listopada. Kotyliony, festyny – normalnie to już chyba gdzieś było w świecie. ;)

Bułeczki śniadaniowe

Powstały jako modyfikacja szybkiego chleba (klik po przepis!) na potrzeby wycieczki w góry. Wiecie, jak cudownie jest sobie zjeść świeżą bułeczkę z mnóstwem dobrych rzeczy w środku na szczycie Babiej, o wschodzie słońca? Mówię Wam – wspaniale!

Czytaj dalej

Indyk z cukinią, ciecierzycą i kuskusem – przepis

Zaczęłam nową pracę. Poza mnóstwem wrażeń, jakie spotykają mnie każdego dnia (na razie wszystkie bardzo pozytywne, oby tak dalej), zmieniło się coś jeszcze.

Prawie nie mam czasu na gotowanie.

Prawie, bo weekendy na szczęście mam wolne i wtedy szaleję. Teraz zrobiłam tiramisu (sama), omlet z tortillą (nie sama), oryginalne croque monsieur (sama) i obiad na dziś (też sama, bo już się rozpędziłam z tym gotowaniem). Nie mówiąc o pieczeniu chleba, co jest naszą stałą tradycją.

Także tego… Na widok mojego obiadu kilka osób ode mnie z pracy westchnęło głęboko i odniosłam wrażenie, że chętnie by wszystko mi zjedli, tylko kultura im nie pozwala wyrywać innym talerza z rąk. I dobrze! Mnie też bardzo smakowało. :)

Czytaj dalej

Czekoladowe serniczki-muffinki

Oto pierwszy z przepisów, jakie wykonałam dziesiątego dziesiątego dwa tysiące czternastego. Zaczniemy od przygotowania serniczków, ponieważ są genialne, wyjątkowo proste. Smakują wyśmienicie nawet kilka dni po upieczeniu, co dla mnie jest niezrównaną zaletą.

I co bardzo ważne – wreszcie znalazłam przepis, który idealnie wpasował się w moją blaszkę do muffinek. zazwyczaj wychodzi mi inna liczba, niż podana w przepisach, a tym razem wyszło idealnie.

Czytaj dalej