[sic!]

Dwie sprawy do poruszenia. Na razie koniec z patetyczną, szalenie skupioną powagą. Pora się zabawić. Karnawał jest! A jak się bawić, to tylko przy dobrym jedzeniu! Zajrzyjmy może do książki kucharskiej po przepis na coś pysznego. Tylko… do której?

 

Właśnie. Do której. W moim własnym segregatorze przybyło dziś jakieś pięćdziesiąt przepisów. Na pappardelle z sosem serowym, ciastka z polentą, czekoladową bezę, dania za mniej niż 1$, paluszki rybne z soli, krakersy zbożowe, ciasto z piankami Marshmallow, gorącą sałatkę z czerwonej kapusty z fetą, piadę rodem z WARSu w dwóch wydaniach oraz 40 innych przepisów, których już nawet nie pamiętam. Szaleństwo. Jak być zdecydowanym, kiedy tyle różnych przepisów krzyczy o uwagę?

Siedzę zakopana w przepisach. To nie jest takie zwyczajne przeglądanie. Wie coś o tym Banieczka, która miała taki obraz regularnie. Wszystkie możliwe książki kucharskie rozłożone na podłodze. Ja w środku, grzebiąc za tym wyjątkowym przepisem, mrucząca pod nosem coraz to dziwniejsze kuchenne obelgi na autorów.

Zwariowali chyba, skąd ja wezmę o dziesiątej wieczorem sklep ze świeżym awokado?

Ale dobrze, skupiłam się i wygrzebuję kolejny przepis.

A jakby tak zastąpić imbir w proszku świeżym? Przecież trzeba być nienormalnym, żeby do TAKIEGO dania dawać imbir w proszku! Równie dobrze mogę tego wcale nie robić.

I tak w kółko. Żeby się tak nie pogrążać w Waszych oczach, dodam, że niektóre przepisy uwielbiam nieustannie i za każdym razem, kiedy na nie patrzę, chcę je zrobić natychmiast, bez żadnych zmian. Potrafię docenić, ale zadowala mnie tylko najlepsze. ;)

W kuchni nie ma miejsca na substytut szczęścia. Albo jest pyszne, albo beznadziejne. Nie ma półśrodków, za to jest wielka improwizacja. Mam jednak swoją zasadę. Pierwszy raz robię dokładnie według przepisu. Dzięki temu mam masę sosów, przypraw i innych elementów, które wykorzystałam raz lub dwa. Kuchenne rewolucja to dobra wymówka, żeby sprawić sobie radość i kupić coś dobrego.

 

 

Tak to mniej więcej wygląda. Przepis wybiera mnie, a nie ja przepis. Bywało i tak, że przepis chodził za mną, snuł się jak cień i zatruwał sobą myśli przez pół roku. Bo zawsze znalazł się inny, a akurat do „tego” brakowało mi jakiegoś składnika. Albo była nie ta pora roku. Albo w sklepie się skończyły zapasy przyprawy. Na przykład długo i namiętnie szukałam w różnych sklepach semoliny. W końcu się wkurzyłam i kupiłam Kaszę mannę, której ktoś z angielska dopisał pod polską nazwą: Semolina. Czy to jest to samo? Heavens know.

Chciałam zrobić hummus. Potrzebna była pasta tahini, a ja postanowiłam zrobić ją sama. Kupiłam ciecierzycę w puszce, 250 gram sezamu i… utknęłam. Jakoś nie wierzę, że da się sezam zemleć w blenderze. No jak?!

 

Moje trzy sergagatory, cudownie rozmnożone po Świętach znów zaczynają pękać w szwach. A przecież wybieram tylko te przepisy, które w ogóle kiedykolwiek chciałabym zrobić. Nie drukuję, nie wycinam, nie szukam niczego, na co sama nie miałabym ochoty. Jakie to skomplikowane w swej prostocie. Myślę, że do końca świata się nie wyrobię ze zrobieniem wszystkich przepisów. I bardzo dobrze. Na to liczę. Do tego szumnie zapowiadanego końca świata to na pewno nie zdążę, daję na to stuprocentową gwarancję jakości.

- Tato, jaka jest natura ludzka?

- Nie dla dzieci!

Człowiek według Mrożka.

Wredność. Istnieje taki wyraz ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu. Wrednie nie powiem wcale, że robiłam dziś niesamowicie prostą i szalenie wciągającą sałatkę z czerwonej kapusty. Przyznaję. Kapustę czerwoną jadłam do tej pory może ze trzy razy w życiu. Nie lubiłam jej w takiej wersji, w jakiej widziałam gdzieś u kogoś na stole. U mnie w domu występowała nadzwyczaj rzadko. Może dlatego, że nie było dobrego przepisu? Ten leżał wydrukowany kilka dni, aż pojawiła się kapusta w domu i prośba, żeby coś z nią zrobić. Wszystko na swoim miejscu. Chrupiący, karmelizowany słonecznik. Smak przełamany dodatkiem rozmarynu i octu balsamicznego. Parmezan i feta.  Rodzynki i cebula. Prostota. A jaki smak!

Fiolet. Przecież to jest obłędny kolor! Gotowana kapusta robi się jakaś taka czerwono-blada. A smażonej kapuście kolor nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wzmacnia się wręcz. Jak ja nie lubię skomplikowanych przepisów. Zjeść, chętnie zjem. Ale na pewno sama nie zrobię. A tu, kapusta (można siekać w rękawiczkach). Trochę tradycyjnie, trochę nie. Warta uwagi i spróbowania. Słodka, ale ostra. Z charakterem. Przepis od Heidi – 101 Cookbooks.com.

Autor oryginalnego przepisu, w książce, z której pochodzi ten przepis, napisał prosto. I niech to przesłanie Wam towarzyszy. Nie tylko w kuchni :)

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Ostatnie wpisy Zytka Maurion (zobacz wszystkie)

Jedna myśl nt. „[sic!]

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>