Mrs Mead, gdybyś tylko mogła powiedzieć mi, która to była godzina

Dylemat godzinowy na wyspie Samoa pozostawiam na razie nierozwiązany. Nie mogę sięgnąć do Wikipedii, bo zidiocieję totalnie. Ogarnie mnie debilizm generalny, kretynizm powszechny i jeszcze wytrzeszcz oczu.

Za ścianą stoi wielka Encyklopedia Powszechna, ciężkie Atlasy Świata, pięknie wydane leksykony geograficzne i wystarczy ruszyć tyłek. Tak zrobię, jak skończę pisać.

Margaret Mead nauczyła mnie sporo na studiach, chociaż osobiście jej nie znam, trochę za młoda na to jestem. Ale dzięki tej babce wiem, że:

  • jeśli jedziesz na drugi koniec świata, to obowiązują tam takie same zasady, jak i u nas - za przysługi lepiej płacić od razu. Szczególnie, kiedy mach ochotę fotografować kąpanie dzieci w środku dnia i namawiasz na to matki – bo będzie lepsze światło, niż wieczorem;
  • jeśli chcesz robić dobre zdjęcia ludziom, oswój ich z aparatem w najprostszy sposób – rób im zdjęcia nieustannie, aż wtopisz się w tło i przestaną cię zauważać;
  • jeśli bardzo chcesz coś osiągnąć, to musisz do tego dążyć pomimo i wbrew wszystkiemu;
  • nie wszystkie zachowania ludów innych, niż bliskie badaczom należy odnosić wprost do własnej młodzieży. Nawet, jeśli przyświeca ci taki szczytny cel, jak znalezienie sposobu na wychowanie dojrzewających amerykańskich krnąbrnych dzieci.

 

Dlatego należy jej się szacunek i szukanie różnic godzinowych w zwykłej encyklopedii, a nie przez ekran komputera. Można powiedzieć, że odeszły już czasy romantycznych i marzycielskich antropologów, który zaszywali się z wyprawą badawczą gdzieś na białej plamie mapy.

Od czasów Malinowskiego czy Mead wykosiliśmy białe plamy i kazaliśmy oswoić się prawie wszystkim ludom z naszą cywilizacją, czasem i chorobami. Dobrze, że obecnie biały, głupi człowiek zaczyna coraz bardziej tolerować kultury, dzięki którym wybił się na wyżyny „doskonałości”. I że przestaje wchodzić z ciężkimi butami w życie tych ludów.

Wykład z antropologii dobiega końca. Pora na analizę psychofizyczną. Ależ miałam sen dziś. Międzymiastowy z domieszką lokalności.

Byłam w Krakowie, w okolicy kina Kijów, które nazywa się już Kijów.Centrum – kino. Człowiek tylko się odwróci, a nazwa już inna. Pogoda nie różniła się bardzo od dzisiejszej, też było ponuro, buro i nijako. Szłam ze swoimi zmęczonymi szarością oczami, przepychałam się między ludźmi wąskimi, obsranymi przez gołębie chodnikami.

Na wysokości skrzyżowania przed AGH-em złapała mnie jakaś kobietka, pytając, czy nie potrzebuję przewodnika. Ku mojemu obecnemu zdumieniu, zgodziłam się bez pytania o cenę, o to, kim jest i w ogóle z jakiej racji się wepchnęła do mojego snu. Dalej szłyśmy razem, ona co chwilę zwracała mi uwagę na wmurowane w chodnik tabliczki i coś mruczała pod nosem.

Przy samym budynku głównym AGH (tym z legendarną postacią świętej Barbary na dachu – jak twierdzą złośliwi, figura spadnie, kiedy pierwsza dziewica skończy tam studia) kazała mi spojrzeć pod nogi. Między kupą gołębia a zaparkowanym samochodem zobaczyłam kolejną marmurową tabliczkę w chodniku. Napis głosił: Czynna ciemnia fotograficzna w mieście.

A na budynku AGH wisiał napis Pierwszy komisariat Policji w Krakowie. Tego to nawet po sobie się nie spodziewałam. Weszłam do środka, wnętrze na szczęście wyglądało zwyczajnie. Wtedy naszła mnie myśl, żeby się dowiedzieć, ile mnie ta przyjemność obcowania z miastem kosztowała. Pani zniknęła w tłumie, a kiedy wynurzyła się ponownie, rzuciła sumkę pięćdziesięciu złotych. Wtedy ja zniknęłam w tłumie. ;)

Ciąg dalszy nastąpi.

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Jedna myśl nt. „Mrs Mead, gdybyś tylko mogła powiedzieć mi, która to była godzina

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>