O jedzeniu (piękna tragedia)

Bo dawno nie było takiego tradycyjnego wpisu z jedzeniem.

Tym razem w górach coś mi nie wyszło. Napiszę o tym, chociaż podchodzi to raczej pod kodeks i nieumyślne podpalenie, niż pod arcydzieło sztuki kulinarnej. Jestem tylko człowiekiem. A skoro czasem mnie coś się nie uda, to znaczy, że jeszcze w cyborga się nie zamieniłam.

TA DA DAM!

<ciężka, zakurzona, pluszowa kurtyna idzie w górę>

Tak wyglądała tortilla pszenna po minucie w mikrofalówce. A może nieco dłużej to trwało, niż  minuta. Zaczęło się niewinnie. Na ten wyjazd wzięłam ze sobą tylko to, co dało się przygotować w czasie do pięciu minut. Kuskus, chiński makaron, tortillę,  dania do smażenia na patelni i takie tam inne, podobnego kalibru.

Jednego dnia rano pomyślałam, że skoro mam tortillę, to zapakuję do niej szyneczkę suszoną, ser żółty, serek biały, sałatę lodową, pomidorki koktajlowe (tak, tak, bez żartów, wszytko to miałam ze sobą).  Posypię hojnie suszonym lubczykiem, mielonym kolorowym pieprzem i solą morską (ekhm, młynek też wzięłam). Zawinę, wpakuję do pudełka i jak wyjmę, wykończona wędrówką, to na pewno na długo zapamiętam rozkoszny smak.

Żeby łatwiej zwijać, włożyłam suchą tortillę do mikrofalówki. Pamiętajcie, że nie każda mikrofalówka ma taką moc, jak Wasza. A jak nie macie, to też pamiętajcie na przyszłość. Akurat zagadałam się (no chwilkę, nie jakoś długo!) o spodniach sportowych. Uczestnicy dramatu rozeszli się w swoje strony. Odwróciłam się, a tu kuchnia cała w dymie. Nic się nie paliło. To tylko tortilla była dobrze podgrzana.

Nie udało się uniknąć wietrzenia całego budynku. Ciekawe, zapachy rozchodziły się tam błyskawicznie. Po jakiś 30 sekundach wpadł z powrotem do kuchni mój interlokutor i pyta, co się dzieje i skąd taki dym. Patrzy na mnie, a ja leżę na parapecie ze śmiechu i nie mogę się opanować, żeby spokojnie odpowiedzieć. Musiałam się spazmatycznie śmiać, bo chyba się wystraszył, że wpadłam w histerię albo ‚Bógwico’.

Odeszła mi ochota na eksperymenty. Kolejną tortillę podgrzewałam na patelni. Ograniczyłam się do sera żółtego i pieprzu. Coś jak w tym wpisie z tortillą serową i bazylią (nr3). Bazylia na wysokości tysiąc trzysta metrów n.p.m. to jednak byłoby już  mocne przegięcie.

Ale żeby nie dramatyzować, jadłam też mnóstwo dobrych rzeczy. I każdą z nich zrobił ktoś zupełnie inny.

Racuchy na Krawców Wierch. Były boskie. Z rodzynkami, trzema rodzajami dżemu (tylko wybrani mają ten przywilej, sorry). Smażone special for me. Zresztą, wszystko w bacówce jest przygotowywane specjalnie z myślą o turystach. Nie ma tam prądu, na piwo z lodówki nie liczcie i głupio nie pytajcie, czy będzie.

Ale racuchy to jest to. Poszłam tam specjalnie z Miziowej tylko po to, żeby je spróbować. I się zaczęła moja beskidzka przygoda na Krawculi. Zachód słońca. Pomidorowa ze świeżym lubczykiem. Ziemniaki z koperkiem. Dym z ogniska. Kiełbasa. Zapach lasu i ziemi. Herbata z sokiem malinowym imbirem, cynamonem, cytryną, goździkami. Łazanki z mięskiem i pieczarkami. Jajecznica na kiełbasce z przyprawami. Mogę wymieniać w nieskończoność. Przemili ludzie tam pracują. A gotują tak świetnie, że ja powinnam wszystkie swoje pomysły schować głęboko do szuflady i się z nimi nie pokazywać nigdy przenigdy.

Nie jest sztuką zrobić dobry obiad, kiedy dookoła kilka dobrze zaopatrzonych sklepów, wszystko świeże i na wyciągnięcie ręki. Sztuką jest ugotować taki obiad w górach! Biję pokłony przed Bartkiem i Anią. Już tęsknię za tą radością, otwartością i smakowaniem magii życia.

Ja i moja przypalona tortilla kontra racuchy i pomidorowa. Przegrywam z kretesem.

A na deser piszinger galicyjski z imprezy zamkniętej, na której się wyciszałam do rana. Wafle z masą kajmakową, gotowaną dwa dni na piecu. Nie zrobić zdjęcia, toż to grzech. Ale kto by się przejmował jakością zdjęcia, skoro to jest tak pyszne, że chce się zjeść całe bez krojenia!

Na wieki bądź błogosławiona Mamo jednej z dziewczyn za to, że zrobiłaś takie cudo. Amen.

W górach wszystko smakuje inaczej.

PS. Chcecie przepis na racuchy? Zaczyna się tak: mleko – 0,6 litra. Mąka – ile zabierze… :)

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

6 myśli nt. „O jedzeniu (piękna tragedia)

  1. a’propos chatek bez prądu to w Górach Izerskich jest Chatka Górzystów. Totalne odludzie, a jadłam tam najpyszniejszego i największego i najtańszego naleśnika w życiu. Mnóstwo jagód i jeszcze więcej bitej śmietany :D
    Ale sobie smaka narobiłam :-)

  2. Ale fajnie się to wszystko czyta :)
    A ten przepis na racuchy…padłam. Toż to jak przepis mojej babci na pączki…no i spróbowaliśmy zrobić…i wyszło 60 sztuk…rodzina się schodziła na miejscu jeść musieli i po siateczce na wynos obowiązkowo ;)
    Możemy spróbować zrobić te racuchy, ale nie wyjdziesz dopóki nie zjemy wszystkiego ;) Śpiworek Ci damy, weź tylko szczoteczkę do zębów…bo to może potrwać.

    • Spróbowałam dziś na śniadanie zrobić z 1/5 porcji… i wyszło dwa razy za dużo :) Także śpiworek nieunikniony!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>