Rzut kamieniem do padnięcia

Zabrałam się dziś za wiele rzeczy naraz. Z głupa i bez większego przemyślunku. Jak jakaś idiotka i kretynka, której mózg został wystawiony w Sèvres jako próżnia doskonała.

Żeby nie było, że jestem kompletnie zboczona na punkcie jedzenia, podzielę sobie wpis na kilka części i sami sobie wybierajcie, co chcecie przeczytać. O żarciu będzie na końcu, możecie nawet tam nie zaglądać. A co mi tam.

Rozdział I pod bosko brzmiącym tytułem „Jadę do stolycy”

Jak w tytule. Jadę, jadę i dojechać nie mogę.

Firma, od której zależy termin rozpoczęcia pracy postanowiła wykorzystać nową świecką tradycję i oddać później dokumenty. Miałam przez to jechać w tę niedzielę. A nie w środę, która bodajże minęła wczoraj. A tu, masz babo placek, jednak się zastanowili i nie zdążą. Co tam, że ja już kupiłam sobie bilet na Polskiego Busa. I że takie przeciąganie terminu nie jest mi na rękę, bo tęsknię za górami. I mam tam coś do załatwienia. A może nawet kogoś do załatwienia. Jak tak dalej pójdzie, wyjadę za tydzień, zamiast wtedy spokojnie wracać i pakować śpiwór, a na nogi ubierać nowe buciory do testowania.

Co mogę powiedzieć. Już się przyzwyczaiłam nie planować dalej, niż jak do wieczora tego dnia, który się zaczyna. Ewentualnie do następnego poranka. Nie bądź taki do przodu, bo cię sznurówki wyprzedzą.

Ładne zdjęcie, nie? Z materiałów prasowych Polskiego Busa.

 

Rozdział II pod chińskim tytułem „Wojna z tygrysem”

Przyczajony tygrys, ukryty smok. Do you know what it feels like for a girl in this world? Szczególnie jak to jest być małą dziewczynką z wielkimi zębami, długim tułowiem i umaszczeniem prawdziwego tygrysa? Jak to jest być kilkumiesięczną suczką, która na widok szczotki do zamiatania dostaje szału z radości, jakby widziała przyjaciółkę. I która na widok grabi (co za słowo) warczy jak traktor? A potem zapomina się i rzuca się z na wpół wyrośniętymi kłami wprost na rękę Zytki, zamiast na wyimaginowanego wroga.

Także wyglądam jak po przegranej bitwie z dzikim zwierzęciem. Cała jestem w odbiciach ubłoconych łap (trzeba się poprzytulać), ręce mam podrapane od wyjmowania jej z pyska swoich spodni (ach, jakie to cudowne – pogryźć nogawkę), a spodnie mam w całości tylko dzięki cudowi (bo raczej nie dzięki uspokojeniu się psa, które to uspokojenie nastąpiło dopiero przy pełnej misce z jedzeniem).

Jedynie łopata, uderzająca o wapień powstrzymywała suczkę od rzucania się na narzędzia ogrodnicze. Wszystkie inne przybory do odchwaszczania, odgarniania, czyszczenia i porządkowania służą temu psu do radosnego wyrywania szczęką szpadli, stylów i ogólnie wszystkiego z rąk. I do zabawy w ogrodnika. Albo psa ogrodnika. Sama nie sprzątnie, drugiemu nie da.

Tutaj na przykład chciałam wyczyścić kilka dni temu czosnek. Taaaaa. Proszę bardzo. Wyrywamy? No to sru, suczka wyrwała trzy główki czosnku i ukontentowana, zeżarła na moich oczach pomimo próśb, gróźb i wyjmowania z pyska. Jeśli potrzebujecie głębokiego dołu, proszę bardzo. Ona jest lepsza od koparki. I nie potrzebuje paliwa.

 

Rozdział III, czyli jak to z kuchnią wyszło

To nie jest tak, że ja wstaję i już mam milion pomysłów co zjem na obiad. Ja mam od tego cztery wielkie segregatory i stertę książek. Kiedyś prezentowałam te zbiory, także zdjęcie jest:

Hmm. Segregatory widać trzy. Czwarty pewnie służył mi za krzesło.

Staromodnie, kompletnie staroświecko – zrobiłam sobie prażone jabłka na szarlotkę i dżem z czerwonych porzeczek. Zagniotłam ciasto na pizzę. I na focaccię. Z samym przygotowaniem jabłek zeszło mi kilka godzin, bo nawet po darowaniu sobie obierania, trzeba było wydrążyć środki i odkroić z maleńkich zielonych owoców obite części. Te papierówki to takie spady. Wór spadów łypał na mnie oczkami i darł się w niebogłosy, że albo go przerobię, albo zjedzą go robale. Czy co tam jest w stanie zjeść takie kwaśne jabłka.

Do zdjęcia sprytnie poukładałam te jabłka tak, że wyglądają przepięknie. Kurde, toż to zakłamywanie rzeczywistości, bo prawie każde było obite, albo wygryzione w środku.

Więcej nie piszę o jedzeniu. Zjadłam pół pizzy, wielka focaccia czeka w kolejce, do tego trzy małe tartaletki z masą śmietankową i pomidorami. To tak w ramach oczyszczania zamrażarki. Ekhm.

 

Rozdział IV, zwany też potocznie zakończeniem

Dziękuję bardzo za uwagę. Do zobaczenia jak skończymy czterdziestkę.

Życie. Miłość. Radość. Szczęście. Spełnienie. See You.

Proszę sobie dobrze przyswoić piosenkę, która tu niżej powinna się pięknie wyświetlić. Słuchać, proszę słuchać!

Zytka

 

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

8 myśli nt. „Rzut kamieniem do padnięcia

  1. Ad.I „Firma, od której zależy termin rozpoczęcia pracy postanowiła wykorzystać nową świecką tradycję i oddać później dokumenty” -< przeczytałam "nowa sowiecka tradycja" i chyba też coś w tym jest ;-)

    • Mnie się tak właśnie ruski rok kojarzy, Alis. Ciągnie się i ciągnie!

    • Właśnie, czy on czasem do Budapesztu nie jeździł kiedyś? a teraz szukałam i nic, może za mało chętnych?

      Pozdrawiam i Chrupka, jak masz jakieś zniżki studenckie to korzystaj z wyjazdów, póki taniej :)

    • Z tego, co wiem, to jeździł, ale chyba nie z Krakowa, ja jeździłam liniami Orangeways albo Eurolines, wychodzi okolo 140 zł w obie strony…

  2. miałam szczery zamiar napisać tu coś mądrego, ale mózg odmówił mi posłuszeństwa. :/ W dodatku sąsiad z sąsiadką z góry świetnie się bawią i rozpraszają mnie swoimi jękami. Poddaję się dziś będę debilem…:(

    • Ech, samo życie, Uroboros! Mózg nie zając, nie ucieknie, więc kiedyś możesz nadrobić, zapraszam :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>