Ścieśniaj, ścieśniaj

Ile można ścieśnić?

Takie  pytanie nasunęło się moim myślom w głowie (bo gdzie niby indziej) dzisiaj po obejrzeniu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Kawałek z krzyżówką wrzuciłam już kiedyś, o tutaj. Wszystko można ścieśnić. Kaczkę. Paprykarz szczeciński. Jamnika-jajnika. Ciotkę Różę-obżartucha. Chociaż ją to raczej rozciągnąć można, bo wciąga kabanosy i nawet nie pogryzie.

gdy wszystko się zdarzy
( muzyka Grzegorz Turnau,
słowa E. E. Cummings / Stanisław Barańczak)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego, dowiózł na drugi dworzec i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa, chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu, znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości. Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

Jednego dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy, więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie, przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach, zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu. Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie „dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem. Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie, to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości.

Zima, skrzy się śnieg, mrozik trzyma. Spokój, wielki spokój na ziemi. A tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

I była słoneczna zima. W najpiękniejszym jej momencie schodziliśmy na dół po trochę jedzenia. I rąbaliśmy drewno, nosiliśmy i woziliśmy na taczkach do kotłowni. I było tak ciepło przy kominku, że chciało się po prostu spać. Jedliśmy sałatkę grecką, scony z pomarańczami, dorsza z pieca, kruche ciasta z przyprawami i parę innych rzeczy. W pamięć zapadł mi ten sok malinowy. Z malin o smaku malin. Jak domowy. A zatem można spędzić trzy dni i dwie noce ot tak, po prostu. Nie samej, troszcząc się o wszystko. Ale z pomocą, nawet przy myciu kibli i pryszniców. Rzadko spotykam w tym miejscu mężczyzn, u których za deklaratywną chęcią pomocy idzie czyn. Ewentualnie, bardzo ewentualnie, mogą pomóc przynieść drewno. I chcieliby, żeby padać im do stóp za to. A tu nie. Dobrze być kobietą i dobrze, że są tacy, którzy to widzą i szanują. Dzięki.

O kurczę.

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu bałwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Przestawię tylko godzinę publikacji na dziś, czyli na wczoraj.

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

No to pa.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca-Zytka-Której-Ścieśnianie-Zupełnie-Nie-Wychodzi.

(a nigdy jest zawsze nigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś 

więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był

spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie

siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła

mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie

możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego

dworca, dowiózł na drugi i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem

minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z

następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się

minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa,

chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu,

znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z

przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga

skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości.

Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych

nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często

słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie

ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

Jedengo dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy,

więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed

zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na

frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i

dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie,

przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za

nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po

kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć

skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U

nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach,

zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie

trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu.

Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który

ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie

radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie

„dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie

znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem.

Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie,

to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości. Spokój, wielki spokój na ziemi, a tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu balwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca Zytka.

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>