Karkonosze – część I

Wreszcie! Wreszcie siedzę i mogę spisać wycieczkę w Karkonosze. Było cudownie. Czy już o tym wspominałam?

To było wszystko trochę zwariowane, ponieważ przed moim wyjazdem do pracy na ponad dwa tygodnie, ustaliliśmy jedynie, że gdzieś pojedziemy w góry. Tyle. Trzy tygodnie naprzód to trochę za dużo, żeby robić szczegółowe plany. Biorąc pod uwagę, że u mnie wszystko zmienia się sto razy dziennie, naprawdę nie warto myśleć o takiej przyszłości.

Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

Ponieważ i tak, żeby dotrzeć do pracy, jadę i idę w góry, nie brałam zbyt wielu dodatkowych rzeczy. Poza jedzeniem, którego ilość starczyłaby dla pułku wojska. I w końcu trzy czwarte mojego niezbędnego prowiantu zostało w bagażniku w samochodzie. Bo całej reszty było aż zanadto.

Trasa została ustalona połowicznie. To znaczy, wiedzieliśmy skąd i dokąd zmierzamy, a liczyliśmy, że po sezonie letnim i przed zimowym miejsc do spania będzie dużo. I było.

Dzień zerowy.

Wróciłam z pracy. Brzmi to dziwacznie, bo wracam z pracy raz na dwa-trzy tygodnie i potrzebuję kilku dni, żeby dojść do siebie. Szczególnie, że cała sytuacja była nietypowa. Jechałyśmy z Ka pociągiem. Miałyśmy jechać rano, ale wyszło inaczej. Życie potrafi boleśnie weryfikować wszelkie plany, które nie mają szans realizacji. Plan był taki: ja jadę do Bielska, idę pod prysznic w PTSMie, a Ka jedzie sobie do Katowic i z racji 11 listopada trzyma mocno kciuki, żeby coś jechało dalej. Wysiadłyśmy obie w Bielsku.  Jakie to szczęście, że na dworcu czekał już eM i wyręczył mnie w noszeniu mojego tobołu (toboła?). Jak to w Polsce w święto bywa, autobus do Krakowa nie przyjechał. Staliśmy we trójkę na dworcu w tłumie zdezorientowanych ludzi i kiedy ostatnia iskierka nadziei zgasła, poszliśmy na PKP. Które samo w sobie potrafi odebrać całą nadzieję, kiedy patrzysz na długość trasy w kilometrach i nijak nie potrafisz dopasować do tego niewspółmiernie długiej jazdy pociągiem. Ka w końcu dotarła do Krakowa, a my skończyliśmy dzień, jedząc kiełbaski z ogniska, które nie było ogniskiem. Ale smakowało super.

Dzień I. Bielsko-Biała (szeroko rozumiana) – Szklarska Poręba – Schronisko na Hali Szrenickiej

Pomijając superdługi korek w stronę Katowic i fakt, że jak się akurat skończył, to się przesiedliśmy, droga mijała cudownie. Cudownie dla mnie. Bo jechałam jako kierowca do samej Szklarskiej. Ach, te kilometry na autostradzie! I te słowa: Teraz możesz wrzucić szósty bieg. Po siedzeniu dwa i pół tygodnia bez prądu, jazda furmanką byłaby dla mnie nie lada wydarzeniem. A o tym, że JEST szósty bieg w samochodzie to w ogóle zapomniałam. Bo nigdy wcześniej go nie miałam możliwości używać!

Wracając do tego, że cudownie dla mnie. Ekhm, mężczyzna pozwolił mi kierować swoim samochodem. I bynajmniej nie było to auto do natychmiastowej kasacji, ale genialny samochód, który daje się z lekkością prowadzić nawet takiej babie, jak ja. Ach. Och. Ech. Już jutro znów zobaczę to fantastyczne auto. I może nawet usłyszę Lalunię, która ma tendencję do autorytarnego stwierdzania Jedź w lewo! Jedź w lewo!, kiedy nie ma przez kilka kilometrów naprzód żadnego skrętu w lewo. Ani też w prawo, gdyby Lalunia okazała się prawdziwą kobietą i miała na myśli to drugie lewo.

Po drodze mijaliśmy takie miejsca, o jakich mijaniu nie marzyłam. Może dzięki Laluni i jej nieustannej chęci zwiedzania największych dziur w okolicy albo kierowania w stronę ślepych uliczek. Nie narzekam. Kobieta wykazuje się nad wyraz dobrą wolą i ma zapędy na turystę kwalifikowanego. Szkoda tylko, że pozostaje głosem GPS-a, bo jako przewodnik mogłaby zaprowadzić mnie w nieznane rejony. Wręcz jestem skłonna stwierdzić, że za jej przyczyną pojawiłyby się nowe białe plamy na mapie, które ona odkryłaby na nowo.

Pięknie było po drodze. Jesiennie, nieco słonecznie, urokliwie. Gęba śmiała mi się na myśl, że siedzę na fotelu kierowcy. Duma rozpierała mnie i niemal rozerwała na strzępy. Nawet pod informacją turystyczną, przy której parkuje się (jak na mój gust) prawie do góry nogami (a pewnie nie jest tam więcej stopni pochylenia, jak 45). I przy której to niemal rozjechałam turystów, bo chciałam podjechać wyżej bez zaciągania ręcznego w międzyczasie. Wszyscy mieli ubaw ze mnie, jak to śmiesznie parkuję pod górkę. A parkujcie sobiee sami w takich miejscach, to pogadamy.

W informacji panie były przemiłe. Wszystko nam wyjaśniły, wszystko powiedziały, sprawdziły najświeższą (co to za wyrażenie?!) pogodę, dały ulotki do miejsc, w których może można zostawić samochód na kilka dni. W końcu, po zwiedzeniu okolicznych parkingów zaparkowaliśmy kilkanaście metrów dalej, niż na początku. Pod kamerą. Bo parking strzeżony był tak pilnie strzeżony, że przez piętnaście minut nikt nie otwierał szlabanu i nawet nie podszedł do nas spytać, po co przyjechaliśmy. W budce żadnego ciecia nie było. Nawet nie było śladu po cieciu.

Tu powinna nastąpić litania rzeczy, które zostały mi wyperswadowane. Nastąpi tylko przedstawienie najciekawszych rzeczy, bez których planowałam nie przeżyć ani minuty, a które jednak zostały w bagażniku.

  • nóż szefa kuchni, długość ostrza 15 cm;
  • młynek do soli i pieprzu;
  • 30 batoników musli;
  • kilkanaście par skarpet;
  • słoik masła orzechowego.

Żeby się bardziej nie pogrążać, napiszę, że miałam ze sobą i tak z dziesięć czystych par skarpet. A używałam może jednej trzeciej, bo w każdym miejscu działały kaloryfery.

Dotarliśmy na Halę Szrenicką już po ciemku. Szlak wygląda jak dobrze utrzymana poniemiecka droga z kamieni. Już na początku wiedziałam, że będzie ciężko. Bo po wyjściu na górę, zamiast zjeść cały prowiant, kupiłam sobie naleśniki z serkiem, jagodami i bitą śmietaną.

Nastąpiło szczegółowe określenie, dokąd dalej idziemy i w sumie można było iść spać. Nie było się z kim integrować, zapoznawać czy coś. Poza obsługą byliśmy tylko my. Oto zalety chodzenia po górach w ciągu tygodnia pod koniec listopada!

Aha. W schronisku było gorąco. Muszę oddać sprawiedliwość Pracownikom tego miejsca, którzy bardzo życzliwie nas przyjęli w swe progi. Ale temperatura w pokoju była tropikalna. Na zewnątrz mróz i gwiaździste niebo nade mną, a wewnątrz prawo moralne dusiło się i szalało z gorąca. Jeśli grzeją tam tak całą zimę, to płynnie przechodzą do letnich upałów. A może nawet nie zauważają, że coś się zmieniło?

Tyle na dziś, mili Państwo. Pora znów pakować się na kolejny wyjazd. Moje plany sylwestrowe zmieniały się w ciągu ostatnich dni jakieś dwadzieścia razy. Teraz trwa przygotowanie do kolejnej wersji, która w sumie już uległa transformacji. Do 31 grudnia jeszcze zdąży się pewnie zmienić ze trzy razy.

Tym razem wyjeżdżam na miesiąc. Ale zabieram ze sobą laptopa i przez pierwsze dwa tygodnie na pewno znajdę chwilę na internet. Może niekoniecznie codziennie i niekoniecznie długą chwilę, ale z przyjemnością powrócę do czytania Waszego Świata i do dzielenia się swoim. Choćby to miało być jedno zdjęcie z wycieczki. Jeden kawałek z YouTube, który zasiedział się w mojej głowie i czeka na uwolnienie.

Dziękuję za uwagę.
Zytka

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

4 myśli nt. „Karkonosze – część I

    • Droga Blondynko, ja jadłam naleśniki na Hali Szrenickiej, czy na pewno myślimy o tym samym schronisku? :) Jeśli nie, pozostaje mi zajrzeć na naleśniki również na Szrenicę – może w tym tygodniu jeszcze:)

  1. I znów nie udało nam się spotkać. szkoda…ale co ma wisieć… niech wisi, będzie kumulacja i jak już wreszcie, po wszystkich Twoich przygodach znajdziesz chwile czasu to zapraszamy :) Grzechowi obżarstwa nie będzie końca. Pozdrowienia dla eM.

    • Aneko, cześć! Kumulacja nastąpi, będzie jak w tureckiej loterii i jak przyjadę z kolejnych wyjazdów, zbieram pomysły na ciekawe dania do spróbowania w naszym gronie. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku! :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>