Zachód zachodem

… ale wschód musi być po naszej stronie!

Nadchodzą coraz dłuższe dni. A co za tym idzie, wschód słońca będzie coraz wcześniej. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno, a widziałam wschód o ósmej. I zaspanymi oczami, dłońmi szukającymi filiżanki kawy i neuronami w mózgu, wciąż działającymi w trybie uśpienia, zrobiłam to zdjęcie. Niby zdjęcia robi się aparatem. Ale to już by było czepialstwo. A potem, żeby wszystkich zazdrość wzięła i szlag trafił, pokazywałam je każdemu, kto się napatoczył.

Że ja tak mam na co dzień. Że jak wstanę i wyjrzę przez okno, to właśnie tak jest. I że zamiast parkingu kilkanaście pięter niżej albo ruchliwego ronda, mam widok na polanę i las. Że mam niepowtarzalne okazje. Stworzone jakby tylko dla mnie.

Oczywiście nie wierzcie, że tak jest codziennie. Dzień później przyszła gęsta mgła i jak wychodziłam po drewno, to ledwo widziałam na kilka metrów. A gwiaździste niebo widziałam dopiero w połowie stycznia i to tylko przez minutę. Bo sypał śnieg, a jak śnieg, to i chmury są. Proste.

Ale jakby się nie upierać, byłam the one and only, która miała 14 grudnia 2012 roku taki widok z okna.

I pomyśleć, że można mieć tak codziennie. Tylko weź się obudź człowieku, wygrzeb spod cieplutkiej pierzyny, znajdź aparat, uruchom go i jeszcze spróbuj zdążyć, zanim krajobraz zmieni się nie do poznania. Łap chwilę!

Jak to mówią, nawet największe szczęście nie jest szczęściem, jeśli nie masz się z kim nim podzielić. I wtedy myślę, że prąd się przydaje, nie tylko na parę godzin w sobotę po południu, żeby naładować akumulator. Ale szczególnie wtedy, gdy dzieje się coś pięknego, a Ktoś Bliski jest daleko. Tu przecież trzeba tak niewiele, a jak wspaniale razem można marzyć.

Zdumienie. Coś, czego nie da się perfekcyjnie udawać. Świat jest tak zrobiony, że szczere zdumienie ma w sobie taką iskrę. Niepowtarzalną energię, zdolną odmienić wszystko. Coś doskonale znanego nagle Cię zaskakuje. I  widzisz rzeczywistość inną, niż chwilę temu. Niby nic się nie zmieniło. Ale zmieniło się w Tobie i to ma znaczenie. Nic nie będzie takie samo. Ani lepsze, ani gorsze. Będzie inne.

Zbieram takie zdumienia. Że świeży rozmaryn sprzedają w słowackim Tesco i że myszy się go nie imają. Że zupa z tymiankiem przywraca myśli o swoim domu, chociaż tymianku może w nim nie było. Że zupa czosnkowa z czterech ząbków czosnku jest bardzo delikatna, za to z dwudziestu jest BARDZO aromatyczna, ale żołądek boli po niej przez dwa dni. Zębów też myć nie trzeba, bo skóra przechodzi czosnkiem i takie mycie zębów tylko psuje efekt. W końcu czosnek sam w sobie jest antyseptyczny czy jakiś tam.

Takie proste zdumienia. Chwile, do których warto wrócić, żeby stworzyć je na nowo i po raz kolejny. Żeby wypić setny raz czarną herbatę i poczuć jej smak, jakby to była pierwsza herbata w życiu. Żeby spróbować Primitivo i w zupełnie innym miejscu, w kompletnie innych okolicznościach, mieć wrażenie, że czas się zatrzymał. Smakować życie.

Prostota. Kto jej szuka zbyt głośno i zbyt szalenie, może jej nigdy sam nie odnaleźć. Zbyt dużo myślenia nie sprzyja przecież działaniu. A tu chodzi tylko o to, żeby przejść do działania. Pokroić wszystko, dodać oliwy, soku z cytryny, soli i pieprzu. Podzielić się obowiązkami przyjemnościami – kto robi kawę, a kto idzie po ciastka? Usiąść i zjeść pół takiej ogromnej miski sałatki, jakby to było nic.

I wcale nie myśleć o tym, że jak dziś zjemy wszystkie kabanosy, pomidorki koktajlowe, czarne i zielone oliwki, to następne może będą za tydzień. A ty s(obi)e radź. Ale jak smakuje taka sałatka. I takie warzywa – wyczekane, śniące się po nocach, wywołujące skręt żołądka na samą myśl, że by się zjadło.

Chcąc, nie chcąc, przechodzę przez szkołę pragmatyzmu i cierpliwości. Potem dochodzi do kulinarnej rozpusty i jak przez tydzień wymyślam dania z jednego selera, ziemniaków i cebuli, tak potem dostaję oczopląsu na widok tylu dobrych rzeczy naraz. Dla mnie. Dla nas. Dwa dni wcześniej mam milion pomysłów. Aż czasem głupio o nich mówić, bo niektóre wymagają niezłego biegania po sklepie. Nie mojego biegania. I nie wszystkie są możliwe do zrobienia. Chociaż… za każdym razem przekonuję się, że ograniczenia tkwią w głowie, nie w okolicznościach. Da się, wykorzystując piec kaflowy, zrobić dużo więcej. Współczesnemu człowiekowi, dzierżącemu piekarnik z termoobiegiem w dłoni, może się wydawać, że to jest koniec świata. A tu chleb można piec, rogaliki, scones, pora z gorgonzolą, karmelizowane warzywa, ciasto bananowe, muffinki cytrynowe i w sumie to wszystko, co tylko się wymyśli. Jeśli znajdzie się dobra dusza i przyniesie na swoich plecach trochę (trochę?! masę!) składników. Masło o smaku i wyglądzie masła na ten przykład. Albo całą epę maszketów.

Także szkołę wdzięczności też mam. To chyba najcięższa szkoła, ale mam nadzieję, że po moich wygłodniałych oczach widać, jak bardzo mnie wszystko cieszy. Bo cieszy sam gest. Sama chęć. Obecność. Jedzenie jest niezwykle ważnym dodatkiem do Osoby, ale wciąż dodatkiem. Wiadomo – im więcej można wymyślić, tym radość większa, że oto wreszcie nie gotuję tylko dla siebie. Że tak, właśnie tak, tu i teraz, będzie z kim usiąść przy stole, spojrzeć na siebie i spytać: Może sałatki?

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>