Wyznanie na miarę wieczoru (dla widzów o mocnych nerwach)

Gdybym zebrała ilość kilometrów, jaką przejechałam w ciągu ostatniego roku (liczonego od maja 2012 do końca kwietnia 2013), to mogłabym spokojnie doliczyć się dobrych kilku tysięcy. A może zahaczyłabym i o dziesięć. Ale co tam, nie o liczeniu miało być. Tak mnie tylko naszło w związku z tym, że wczoraj pojechaliśmy z Rodzicami do Krakowa, a dziś wróciliśmy. I mamy kolejne czterysta kilometrów do wpisania na listę podróżniczą.

Jestem w trakcie czytania genialnej książki. Naprawdę genialnej. Dawno nie pisałam o niczym, co czytam, a wchłonęłam sporą porcję literatury. To jest jednak na tyle wyjątkowa lektura, że jest w moim umyśle stale, odkąd po nią sięgnęłam.

Ekhm. Poczynię teraz wyznanie, które może mnie pogrążyć. Proszę być przygotowanym.

Wpadnę w wymyśloną przez siebie czarną dziurę nicości, pochłonie mnie próżnia i tyle mnie będziecie widzieć. Zatopię się, jak ciężarówka w świeżo wylanym asfalcie. Jak koń na grzęzawisku. Jak kiedyś za Szrenicą, w śniegu po pachy i we mgle po horyzont. Dobrze, że przede mną widziałam od czasu do czasu, kiedy zdjęłam zaparowane okulary, pomarańczowe raki. Dokładnie te, uwiecznione na cyfrową wieczność na zdjęciu poniżej.

Uwaga, uwaga. Wyznanie dopiero się zaczyna, nie dajcie się zmylić!

Postanowiłam wrócić do czytania wierszy.

Uff. I już po wyznaniu. Szybko poszło, prawda? Przemknęło to wyznanie, dla mnie wyzwanie, nieco niezauważone. Długo budowane napięcie opadło jak pluszowa kurtyna.

Dziwnie jest do tego wrócić, kiedy nie czytałam tak na poważniej żadnej poezji. I to nie tam tydzień. Tylko długo. Długo-długo. Zostawiłam tę przyjemność i z każdą chwilą było gorzej. Coś jak z długo nie widzianym znajomym, z którym nie ma już za bardzo o czym gadać. Można stać obok, przestępując z nogi na nogę, aż w końcu najmniejszy pretekst robi się wystarczającym powodem, żeby skończyć rozmowę i z ulgą pójść dalej.

[Miałam tak kilka dni temu. Spotkałam dziewczynę, z którą chodziłam do podstawówki. Dobre parę lat minęło! Całe liceum się nie widziałyśmy, potem studia i już po studiach. Przywitała mnie słowami: Nie poznałam Cię! Super. Ja już jej zupełnie, bo szła z wózkiem i śliczną, małą dziewczynką. Jakoś jej nie kojarzyłam, że jest już mamą. Ostatnio miałyśmy kontakt, kiedy obie miałyśmy może z piętnaście lat.]

Nie poznałam Cię. Słowa, które mówią wszystko, nie mówiąc nic. Tak samo, jak nagminnie używany zwrot Co tam?, który doprowadza mnie do białej gorączki. Kurczę, co to jest za pytanie?! Co się powinno na to odpowiadać, poza standardowym A nic, jakoś leci?

Do czytania wierszy (słowo poezja jakoś nie chce mi przejść przez klawiaturę w głowie) ma to się tak, że można wyciągnąć jeden morał. Znajomości trzeba pielęgnować. Czyli trzeba znaleźć na to czas. Tu jest identycznie. Nie da się przeczytać wiersza pierwszy raz i od razu wiedzieć o nim wszystkiego. To nie jest lekcja polskiego, na której już w temacie była zapisana Tęsknota Adama Mickiewicza wyrażona w <<Sonetach>> – omówienie i powtórka materiału.

Prawdziwe czytanie to nie żaden materiał. Ale Materia. Materia przez duże eM, jak chciałoby się dodać. To nić, z której tkane jest Życie i tkwiące w człowieku pragnienia. To jak ze śpiewem, tańcem, wędrówką, duchowością i tym wszystkim, co daje możliwość ekspresji dla duszy. Do każdego przemówi inaczej. Ale trafi gdzieś do podświadomości, zostanie tam i wróci.

Porównanie, które widzę oczyma duszy mojej, będzie dobitne. Nie. Będzie dobitnie świadczyć o moim stosunku do gier zespołowych podczas szkolnych lekcji w-f. Zostanie tam i wróci. Normalnie jak piłka podczas gry w siatkę. Niby cała drużyna się rzuca, żeby odbić, ale w sumie nikt się nie rusza z miejsca. Bo to już twoje pole. Bo myślałam, że ty odbijesz. Bo ja mam zeza. A ja płaskostopie.

I dyskusja, zamiast trawić gibkie umysły i zadawać pytania o kwestie merytoryczne (czyli o wiersz), schodzi na tematy z serii: Ja to ty, ty to ja, kto jest głupszy – ty czy ja? (czyli na to, że wiersz jest bez sensu, bo ma jakieś idiotyczne porównania, których nie da się zinterpretować zgodnie z kluczem maturalnym).

Równie dobrze, można się zastanawiać, dlaczego fotel ze zdjęcia jest niebieski?

Jak to, dlaczego?

Bo nie jest różowy!

Dość. Dość, Zytka, dość. Dość wyżywania się, że ludzie traktują poezję jako zło konieczne i są zaskoczeni, że Pan Tadeusz czy Romeo i Julia to nie są jedyne utwory na świecie. W dodatku Romeo… niekoniecznie jest wierszem. Aha. Co tam się jeszcze przerabiało w szkole i trzeba się było uczyć fragmentów na pamięć?

Książkę kupiłam w małej powierzchniowo, a bogatej w treść księgarni „Słowo” w centrum Chorzowa. Weszłam do niej, spacerując sobie po Wolce (yeah, znam nowe słowo, to będę szpanować, a co mi szkodzi). Jest to księgarnia-antykwariat. Zakupiłam tam też po okazyjnej cenie Mały poradnik gospodyni (←tu kliknąć proszę) z praktycznymi radami, jak spędzić pracowicie czas od początku wiosny do późnego lata. Wiecie, wydanie specjalne, to wymaga specjalnego traktowania. Na razie tylko raz go otworzyłam, bo za drugim razem może się rozpaść ze starości. Ale złotówki wart.

A cały wpis dąży (czy na pewno?) do podania tytułu (gdzie dowody?) owej książki, która to skłoniła mnie do wyprodukowania wyżej wymienionego. Przyszła już dobra pora. Mówiłam, że tylko dla widzów o mocnych nerwach.

Znalezione – przywłaszczone. Eseje wybrane 1971 – 2001 (Seamus Heaney)

Żeby nie było, że ktoś nie zauważył!

I tu wpis mógłby się kończyć, nie?

Dobrze postawione pytanie. Ale zupełnie nie pasuje do mojej odpowiedzi.

PS. Wszystkie dobre słowa, jakie napisano już o tej książce, zdecydowanie oddają jej sens. Magia, która pozostaje w człowieku w trakcie czytania, jest bezcenna i brakuje słów, żeby ująć troskę Autora o Czytelnika. Rzadko tak mam, żebym czuła, że książka jest faktycznie napisana dla mnie. Nie dla anonimowego tłumu, którzy wyrwie sobie wzajemnie każdy egzemplarz, jak z Harrym Potterem czy czymś tam. O nie. To jest inny rodzaj sztuki. A jednocześnie przygotowanie do czytania wierszy. Nie ze zrozumieniem, ale z sercem.

Seamus Heaney jest poetą irlandzkim. I na samym początku, zanim zaczyna omawiać wiersze innych twórców, pisze o sobie, a wątki autobiograficzne przeplata własnymi wierszami. Cudowna proza. Taka, że gdybym tylko spotkała tego człowieka, z chęcią bym go uściskała za wrażliwość i czułość. Za szacunek do Słowa. Za to, że ma odwagę być sobą i przyznawać się, że kiedyś T.S. Eliot do niego nie przemawiał!

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>