eSPeDe dla mięczaków – część 1

Czyli o mnie i rowerze. W nowym wydaniu. Takim, wiecie. Co to nie dość, że ułatwia jeżdżenie, to jeszcze buty wygodniejsze. Najpierw zaczarował mnie Park Śląski Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku. Tak. Bo to, że ktoś sobie tam zmienił nazwę, nie znaczy jeszcze, że ludzie tukej tak godeją.

Albo jak to się tam mówi.

Pierwszy raz usłyszałam o tym wynalazku w Leśnej, czekając na Zamku Czocha na przewodnika. I jak dowiedziałam się, że mała dziewczynka może z tym przejechać czterdzieści kilometrów w ciągu jednego dnia, to się przeraziłam. Wyobraziłam sobie kilkuletnią dziewczynkę z mięśniami nóg, przerośniętymi jak u siłacza. I jednocześnie taką dziewczynkę, która spadłaby ze śmiechu, słysząc, że dla mnie sukcesem było dwadzieścia kilka w tamtym roku, a ja przecież duża i rower większy miałam.

<dramatyczne chrząknięcie>

Potem poznałam niesamowite historie, jak to ludzie, jeżdżąc na tym, wywalali się i przelatywali razem z rowerem przez innego rowerzystę. Co to niefortunnie użyli hamulców i zahamowali. A ci za nimi zahamowali na nich.

W sumie niby nic. Wszyscy uczestnicy tych historii żyją i się dobrze mają. Pozostały wspomnienia, które opowiada się początkującym mięczakom. Jak małym dzieciom historie o złych wiedźmach i domkach na kurzych nóżkach. Jednak jako kokluzja zawsze (!) wychodziło na to, że jeździ się lepiej. Szybciej. I co dość istotne, jak dla mnie – łatwiej. Jeśli ma to sens, życie należy ułatwiać. Upraszczać. Konfucjusz (podobno, bo kto to niby dziś powie z pewnością) stwierdził, że życie jest proste, tylko my się uparliśmy, żeby je utrudniać. I oto rowerowe oświecenie. Jest coś, co odwraca rzeczywistość do góry nogami. O trzysta sześćdziesiąt stopni. A nawet o siedemset dwadzieścia.

Espede. brzmi jak słowo z pogranicza esperanto i nazwy środka do usuwania insektów. Można zakrzyknąć jak Chińczyk z kultowej już niemal scenki Ani Mru Mru: Ale działa! I to się liczy. To NAPRAWDĘ działa! Kurczę, i to jak działa! Jestem wprost oszołomiona. Nie miałam pojęcia, że takie coś istnieje, a w ciągu kilku dni nie dość, że miałam szansę spróbować, to nawet przejechałam na tym już kupę kilometrów. I mogę powiedzieć, że zaczynam rozumieć wszystkich, którzy nie zmieniają rowerów na inne. Tylko zmieniają opony na inne w tym samym rowerze, przy którym mają pedały SPD. Szosówki, górskie, jakiekolwiek. Przecież to jest taki bajer, że głowa mała.

I niezły bajer to same buty. Mają TAKIE COŚ pod spodem, co się wpina do TEGO CZEGOŚ  w pedale. A jak schodzi się po schodach, to one (te coś pod butem) robią tak: klik! klik!. Jak komuś to sprawia przyjemność (bo mnie tak), to ręka do góry. Klik! Klik! Oł jeeeeeeee. Klik! Klik!

I tak mogę długo. Ze trzy piętra. I piwnicę. Nawet samochód w tym prowadziłam. A wiecie, jak ja prowadzę samochód w innych butach, niż zdawałam prawo jazdy (ekhm, baby są jakieś inne), to znaczy, że się da.

Gdyby nie fakt, że piszę to oficjalnie i część ludzi wie, kim jestem, to nawet bym napisała, że takie obuwie jest wygodniejsze od moich adidasów. Ale nie mogę napisać, bo wyjdzie, że się podlizuję, bo mam taki sam numer buta. I skarpetki w góry też są fajne, jeśli potrafią nie śmierdzieć po dłuższym czasie, a moje po jednym dniu dają o sobie znać. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę.

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>