Tak sobie siedzimy i myślimy

Kto by to pomyślał, że pod koniec października, już jakiś czas po pierwszych przymrozkach, będziemy siedzieć na naszym tarasie. A w sumie to nawet będziemy leżeć. Tak pół na pół. Patrzę na prawo. Siedzi obok mnie taki Człowiek okutany w bluzę. To czarna bluza, którą niby dostałam w tamtym roku do bacówki do pracy. Uwielbiam ją, ale Jego w niej jeszcze bardziej.

Spokój, wielki spokój. Tego mi brakowało. Takiego siedzenia sobie i odpoczywania. Takiego leżenia niemal. Z laptopem na kolanach, przy lampce, która daje lepsze światło od świec. Grzane wino, gorąca tortilla z serem, świeżą bazylią oliwkami i ajwarem. Do tego Lista Przebojów Trójeczki i wszystko jest na swoim miejscu. Kapusta w piwnicy daje nieźle. Trzeba będzie pomyśleć, gdzie ją wynieść na zimę, żeby ona nie zamarzła, a my żebyśmy nie zwariowali od zapaszku.

I zamówiłam sobie gofrownicę! Jeeeeeee! Myślę o niej już drugi czy trzeci rok. W końcu się zdecydowałam. Oł je. Zapraszam na gofry już niedługo! :)

Spokój. Brakowało mi Ciebie, Panie Spokoju. I tego, co…

… najważniejsze. Bliskość, czułość, odpowiedzialność, serdeczność i szacunek. Są nieraz takie sytuacje, na które nie mam wpływu. Kiedy ktoś podchodzi do mnie i się drze. Kiedy ktoś mówi nieprawdę na mój temat. Kiedy wszystko, co zdawało się pięknie ułożone, staje do góry nogami.

I wtedy nadchodzi moment zastanowienia. Co dalej? Co z nami? Co można nazwać domem, a co tylko mieszkaniem? Czy warto inwestować siły i środki na tworzenie miejsca do życia? Czy może dać sobie spokój, zostawić wszystko, pieprzyć cały ten świat i zacząć gdzieś indziej?

Miałam już różne pomysły na życie. HR, PR, ośrodki badania opinii społecznej, reklama, fotografia. Chciałam pracować w Krakowie. Kraków zaczął mi śmierdzieć gołębiami. Myślałam o Warszawie. Aż mało nie zamarzłam na przystanku tamtej zimy. Sądziłam, że mogę żyć wszędzie. Gdańsk, Opole, Zamość, cokolwiek. Że niby żadna różnica. Praca dla jakieś wielkiej firmy, gdzie mówienie po polsku jest na drugim miejscu. Bo załatwia się salary payments. Albo ma się jakieś x-mas party czy inne Trick or treat spotkanie.

A teraz mieszkam (jak nazwać stan zawieszenia pomiędzy „jeszcze nie” a „już tak”?) w domu. Moje życie nierozerwalnie połączone jest z pojęciem mieszkać w domu. Spędziłam tak większą część swojego życia, a jeśli nie liczyć studiów, to w sumie całe życie. Przecież takie życie gdziekolwiek, whenever, wherever, jak śpiewała Shakira, to byłoby coś zupełnie odjechanego. Postawienie wszystkiego na jedną kartę?

Pewnie, że dałabym sobie radę. Zresztą, taka już jestem. Radzę sobie w jakiś strasznych, ekstremalnych sytuacjach (do czasu, ale jednak). Gorzej bywało z normalnym życiem. Czyli jednak życie na walizkach, w bloku, z obojętnymi danymi zamieszkania w dowodzie odpada.

Pomysł padł. Po półtorej roku.

A z drugiej strony jest całkowite odcięcie od świata napuszonych słów, zdań i sformułowań bez sensu. Takie życie w stylu Robaczka. Wystawił dzięki swojej determinacji i wspaniałym Przyjaciołom Chatkę Robaczka w Karkonoszach. Ma sezon zimą, jak biegają ludzie na nartach. Latem ma wakacje. Żyje sobie spokojnie, lepi kluski śląskie, gotuje genialne zupy, od których łzy radości stają w oczach. Piecze ciasta tak dobre, że szczęka opada. I wygląda na szczęśliwego.

Robaczek powiedział kiedyś, że on już dawno jest na emeryturze. Że takie życie jest fantastyczne. I że warto.

Poczyniliśmy kroki w tym kierunku. Wiemy już więcej o różnych chatach, schroniskach i takich tam, niż pewnie niejeden dzierżawca PTTK-u. I niejeden prywatny właściciel. Wiele wiemy teoretycznie. Sporo też od praktyków.

Życie, ach, życie. Edyta Bartosiewicz śpiewa w Trójce:

Kiedyś mnie uczyłeś jak silną być i nie żałować
niczego, co już stało się.
Lecz wiedz, że nie jest łatwo mi, gdy dziś powtarzam Twoje słowa.
Czy wciąż pamiętasz jeszcze mnie?

Rozkołysały się dni
rozlały rzeką wezbranych wspomnień.

;)

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Ostatnie wpisy Zytka Maurion (zobacz wszystkie)