Żeby się tak dało, jak się nie da!

Witajcie po przerwie. Witojcie!

Taaaaak. Odwiedziliśmy dziś Liroja, jak mówimy na pewien market. A tam wszyscy poprzebierani za górali. Kamizelki, białe – niby to lniane – koszule.

Punkt informacyjny przerobiony na Gospodę, a informacje w sklepie na jakieś stanowiska typu „Pomieszanie Stodoły z Bacówką”. Leżące kupki siana z pseudobarankami, malowanymi pomarańczowym sprayem. Napisy  na drewnianych tabliczkach typu „Wodogrzmoty Łazienkowe”.

I do tego góralska muzyka! Wciąż brzmi mi w uszach Hej, bystra woda! i Moja Orawa!. Ło Jezusicku!

Biedni pracownicy! Współczuję im z całego serca. Jeśli tak jest w całej Polsce, to normalnie tragedia. Ja tam ledwo weszłam, już chciałam uciekać. A mnie nikt nie przebierał za farbowanego bacę.

Wszystko działo się dzięki rozpoczęciu kolejnego etapu na budowie. Kończymy, mówiąc dumnie. Żeby nie zapeszać, powinnam się teraz odwrócić, splunąć (trzy razy!) przez lewe ramię i stuknąć się w puste. Czyli w głowę. Albo w niemalowane, jak kto woli.

Kafelki mamy niemal wszystkie, jedne nawet układaliśmy poglądowo na cieomnoniebieskiej wykładzinie w garażu (obecnym salonie). Jest super. Niech będzie jeszcze lepiej, jak wszystko będzie jąostatecznie na swoim miejscu.

Jak spędziliście ostatnie wolne dni? My wzięliśmy się za ostatnią partię przetworów. I jeśli nie wpadnie mi w ręce żaden kolejny wyjątkowy przepis, to spokojnie dotrwamy do Świąt. Zresztą, zabrakło nam już małych i średnich słoików, wszystko wykorzystane.

A zrobiliśmy:

  • konfiturę z czerwonej cebuli;
  • konfiturę cytrynową z nutką limonki;
  • dwie lazanie;
  • kapuśniak;
  • tortille z kurczakiem.

Trzy ostatnie pozycje oczywiście nie do słoików. Kapuśniak wyszedł rewelacyjny, z naszej własnej kapusty <duma rozpierająca oblicze>. Lazanie powstały jako efekt uboczny piątkowego gotowania prawie dwudziestu litrów rosołu (a wyszło jakieś trzynaście). Konfitura cytrynowa poprzednio (czyli w tamtym tygodniu) bardzo mi przypadła do gustu i wykorzystałam promocję o nazwie „Kilogram cytryn za 2,50″.

Na cebulę nie było promocji na targu, za to wytargaliśmy od pani wszystkie największe, żeby się dobrze kroiły. Kobieta była zszokowana, kiedy się dowiedziała, na co nam to. I w sumie – na co nam to wszystko? Mężczyzna pokroił prawie sześć kilogramów cebuli!!!! W okularkach pływackich. Bo maska do nurkowania okazała się niewygodna.

Lazanie będziemy mieć na obiady do końca tygodnia. A może nawet do końca przyszłego tygodnia. Najlepsza lazania jest i tak na drugi, a nawet i trzeci dzień, więc jak jeszcze poleży w zamrażalniku, podzielona na porcje, to będzie jeszcze lepsza. I hope so.

A co do tortilli – dobre były! :)

Pozdrawiam Was serdecznie. Jutro czeka mnie szlifowanie progu, krojenie lazanii w porcje, naklejanie etykiet na słoiki i pewnie jeszcze coś się znajdzie. Dobrze, że obiad gotowy!

Zytka M.

PS. Przepisy chętnie podam, ale już innym razem. Generalnie, przejrzałam ze trzydzieści polskich i zagranicznych przepisów na konfitury, mam książkę o lazaniach – a i tak za każdym razem kombinuję po swojemu i wychodzi jeszcze lepsze. Bo za pierwszym razem robię dokładnie wg przepisu.

A potem orientuję się, że tej konfitury z cebuli wyszedł jeden mały słoiczek…

The following two tabs change content below.

Zytka Maurion

?! Niech następne pokolenia piszą moją biografię.

Ostatnie wpisy Zytka Maurion (zobacz wszystkie)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>