Wielka Racza i okolice

Korzystając z ostatnich (oby nie!) w tym roku pięknych, letnio-jesiennych dni z wysoką temperaturą wybraliśmy się na Wielką Raczę. Dawno nie jechałam pociągiem! A jak miło było wychylić znów głowę za okno, jak za studenckich czasów…

Owszem, wychylać się nie wolno, ale jest na trasie od Żywca w kierunku Rajczy taki jeden piękny zakręt. Uwielbiam go i gdybym dobrze pogrzebała, pewnie znalazłabym niejedno zdjęcie. Kiedy pociąg zakręca, ja otwieram okno i wciągam głęboko do płuc powietrze. Jestem w górach! Niesamowite uczucie. Szczególnie latem, kiedy łąki w dolinie przesiąknięte są upałem i aromatem kwiatów. Przecież to lepsze, niż najlepsza medyczna inhalacja.

Przeszliśmy się ze Zwardonia czerwonym szlakiem na Raczę. Dopóki siedzieliśmy w pociągu, pogoda była wspaniała. Wymarzona. Sprawdzało się wszystko z prognozy – pełne słońce i ciepło. Nawet dwie duże wycieczki, które zdominowały cały pociąg nie zmieniły mojej radości w irytację. Chociaż dzieci skutecznie zagłuszały stukot kół szeleszczeniem chipsów i żelek, a młodzież swoimi przekleństwami dobijała zupełnie. Było świetnie. W końcu jechaliśmy w góry.

Wyszliśmy z „dworca”, pożal się Boże, w Zwardoniu. Opalanie na ławeczce było genialne. Po wejściu na szlak zaczęło się chmurzyć i kropić. Delikatnie mówiąc, szlag trafił wszelkie prognozy. Szlak okazał się żmudną wspinaczką bez widoków na poprawę. Może przy słońcu widok buków wynagrodziłby wszystko, ale w pochmurny dzień – ciągnęło się niemiłosiernie.

Po około sześciu godzinach i odbitych stopach dotarliśmy pod schronisko. Przywitała nas uśmiechnięta dziewczyna, leżąca z książką na ławce. Zawinięta w śpiwór, korzystała z górskiego powietrza. Tak to ja lubię. Od razu było dobrze.

Tyle na dziś. Udało nam się wrócić dzięki wielkiej uprzejmości naszej nowej znajomej, wiecznie uśmiechniętej Ewy, która podrzuciła nas z Rycerki aż na bielski dworzec.

A teraz spać! Jutro mam umówioną wizytę u chirurga stomatologa, który będzie wyrywał moją ósemkę. Jedną czy dwie. Na razie chcę o tym zapomnieć. Mam w głowie te piękne buczki, promienie przebijające przez korony drzew. Ach.I z tą myślą idę spać.

Dobrej nocy Wam życzę.

Co tam w głowie huczy po wyjeździe

Wróciliśmy z tej Słowacji. Końcówka była wręcz niewiarygodna, bo z dnia na dzień robiło się coraz cieplej. Jadąc przez góry w stronę Korbielowa, zrobiło się plus jedenaście. Przede mną gazetka z marketu. Co się dziwić, że jest wyprzedaż nart. W końcu bez śniegu to te narty można sobie co najwyżej do piwnicy wsadzić.

Przygotowaliśmy się na naprawdę na wysokim poziomie. Jakby miało spaść sto centymetrów śniegu, jak teraz w Południowym Tyrolu, mieliśmy rakiety śnieżne. Moglibyśmy śmigać, jak nie przymierzając, rasowi Eskimosi.Jakby na to miał spaść zamarzający superszybko deszcz i zostawić supergrubą warstwę, mieliśmy raki. A gdyby tak nic się nie działo, to i tak mieliśmy kijki i stuptuty.

Nie działo się nic. Raz jeden, przebiegając w poprzek stoku narciarskiego na Chopoku i unikając bliskiego spotkania z parapetowcami, skacząymi po specjalnych górkach, można było żałować. Poza tym, spędziliśmy czas na pięć sposobów:

  1. Chodziliśmy po dolinkach.Ziarska cała nasza, zjechaliśmy na sankach na dół, do samego parkingu. Może trzy osoby na jednych sankach to dużo, ale dało radę.Ja już wiem, po co są sanki. Żeby mieć pretekst do wyjścia z domu i żeby dorośli też mogli mieć trochę zabawy.Kvačianska dolina zdobyta łącznie z Oblazami, gdzie dopadły nas dwa koty, łaszące się bardziej od psów. Miejsce zachwycające o każdej porze roku.
  2. Moczyliśmy tyłki w basenach.Odwiedziliśmy Tatralandię, co do której obiecuję sobie zawsze, że więcej tam nie pójdę, bo nie wytrzymam. Było „fajnie”. Rozwaliłam sobie kostium na dupie i mam dziurę. Poprzedni kostium załatwiłam w ten sam sposób na zjeżdżalni.Pojechaliśmy też do Bešeňovej. Pomijając grobowe ciemności na zewnątrz i pół godziny szukania parkingu, pomijając chore ceny, kiedy duża część basenów jest nieczynna i pomijając kilometrowe korytarze, które trzeba przejść z jednego miejsca do drugiego – było nieźle. Następnym razem trzeba jechać tam, pomoczyć się trzy godzinki TYLKO w zewnętrznych basenach, oszczędzając sobie lipnych zjeżdżalni i chlorowanej wody oraz około 10 euro na głowę.
  3. Chodziliśmy po sklepach. Ileż to ciekawostek można spotkać w zwykłym Kauflandzie czy Hipernovej. Słowackie chipsy i czekolada Studencka. Musztarda francuska Maille w kilku smakach. Włoskie karczochy w puszce. Niemieckie oryginalne żelki o wielu smakach. Herbaty Pickwick. Ach. Och. Ech. I ceny jakieś normalne.
  4. Jedliśmy dobre rzeczy. Pyszne smażone sery, zupy czosnkowe, pizze normalnie jak włoskie. Mmmmm.
  5. Spaliśmy! Tak długo to ja nie spałam daaaaaawno, daaaaawno temu. Słodkie lenistwo. Na szczęście krótko to trwało, bo ileż można.

Dwa razy byliśmy na basenach i dwa razy ze znajomymi. Śmialiśmy się, że w ramach biletu poprosimy o rodzinny – dwóch dorosłych facetów, jedna kobieta i dwie dziewczynki w wieku szkolnym. A na Słowacji jednak zniżki są jakieś chore. Żeby mieć bilet rodzinny można mieć dziecko do lat 7. Albo do 140cm wzrostu. A później co? Przestaje być czyimś dzieckiem?! Albo najlepiej mieć dziecko do lat 3 i przyjść między 18-tą a 21-ą. Paranoja.

Lubię ten kraj i jego mieszkańców, ale czasem zaskakują mnie jak w czeskim filmie.

Czas na basenach umilał nam owy znajomy. Gaduła niepojęta. Gdyby wpuścić go do pokoju pełnego ludzi, a żaden z nich nie mówiłby po polsku, nikt by nie zauważył. Zagadałby na śmierć tych ludzi. Nawet nie musieliby do tego kiwać głowami, że nie rozumieją ani słowa.

Przy okazji okazało się, że nie je cebuli na pizzy. A na surowo je tylko razem z żoną, bo inaczej musi spać osobno i nie dostaje buziaka na dzień dobry. Poza tym, facet nie lubi octu, z warzyw je chyba tylko świeże długie ogórki ze skórką, na kolację potrafi zjeść główkę surowego czosnku, a wszystko, co kwaśne, jest dla niego niejadalne.

Jego córka za to jest już gigantycznym ewenementem. Wygląda jak anorektyczka, której najgorszym koszmarem jest usiąść przy stole i zjeść cokolwiek. Do menu nawet nie zajrzała. Na pizzy nie je niczego. Ser żółty widać ją gryzie w zęby, bo tak. Pomidorów nie je. Szynka żadna (ani salami, ani prosciutto, ani kiełbasa czy boczek czy kurczak) też jej się nie komponują z pizzą. W ogóle to po co iść z kimś takim i zamawiać pizzę? Przecież mają tam w menu zupełnie inne dania.

Tatuś jednak zamawiał u przemiłego kelnera pizzę bez niczego. I dopytywał, czy może mają focaccię. Pan kelner nie wiedział, co to jest. W menu tego nie mają. Na litość boską, pizza to nie focaccia, a stary bar mordownia nigdy nie będzie miał gwiazdek Michelina! Wprawdzie jedliśmy w bardzo przyzwoitej i przyjemnej hotelowej restauracji, ale wielkie zadziwienie „Jak to, nie macie focacci?” kojarzy mi się z dwiema rzeczami. Ale o nich jutro, bo na dziś starczy.

Dobrej nocy! :)

To, co zostało – książka Judi Picoult

Wróciliśmy dziś z tygodniowego wyjazdu na Słowację. Zamiast siedzieć w Karkonoszach tydzień wcześniej i bez grama śniegu, skorzystaliśmy z nadziei na w/w w Niżkich Tatrach. Jechaliśmy wyposażeni po zęby, że się tak wyrażę. Rakiety śnieżne, raki, kijki, odzież na minus dwadzieścia. Wiecie, gotowi na wszystko. Łącznie z zimą, która nas lekko olała. Deszczem i brakiem śniegu w wielu miejscach. W końcu narty i deska wyleciały po drodze na  budowie i zrobiło się więcej miejsca, aczkolwiek smutniej. Bo jak tu cieszyć się zimą bez zimy???

Moja łąkotka cierpi wciąż po jednym bieganiu z początku stycznia, także zamiast nart wzięłam dwie książki. Za To, co zostało Judi Picoult próbowałam się zabrać już pół roku temu. Ale jej książki wymagają pełnego zaangażowania, głowy wolnej od innych spraw i nawet nie było szans czytać w wirze budowy. Teraz się udało. I to jak!

Picoult pisze barwnie. Najprawdopodobniej ma jednego dobrego tłumacza w Polsce (ewentualnie dwóch?), bo wszystkie książki wciągają mnie bez reszty i jednakowo podniecają mój umysł stylem. Tym razem temat o tyle makabryczny, o ile niestety prawdziwy. Holocaust.

Jak i gdzie indziej, kilku głównych bohaterów opowiada kilka historii, które splatają się w opowieść niezwykle realistyczną. Babcia, która przeżyła Auschwitz; SS-man, który zabił tam pewnie setki więźniów (niekoniecznie własnymi rękami); wnuczka-piekarka, która nie radzi sobie po tragicznym wypadku; agent FBI, który zostaje powołany do pewnej dziwnej sprawy…

Nieprawdopodobne, jak ta książka trafia do mnie. Przeczytałam ją w trzy dni. Nie potrafię przestać o niej myśleć, analizuję zaskakujące zwroty akcji. Trzy noce śniła mi się jej akcja częściowo w innych realiach. Jedni ludzie męczyli innych, ktoś polewał oprawców rozwodnionym wapnem gaszonym z trucizną. Horrory we śnie, horrory w książce. I naga prawda o naturze ludzkiej.

Polecam serdecznie. Przyznam, że nie byłam nigdy na terenie żadnego obozu koncentracyjnego. Czasem jeździmy na budowę przez Oświęcim i mijamy obóz, ale zawsze budził we mnie zbyt wiele sprzecznych i trudnych uczuć, żebym się tam wybrała. Po tej książce patrzę inaczej. Historia opowiedziana przez jednostkę (choćby wymyślona, ale przecież jakże prawdziwa) zmienia perspektywę. Uczucia, emocje, żal, gorycz i nadzieja. To nie ma nic wspólnego z traumą narodową. To życie jednej osoby, z jej pięknymi i strasznymi stronami. Ta, Która Przeżyła.

Ile w nas dobra, a ile zła? Każda książka Judi Picoult zostawia wyrwę w moim myśleniu. Potrzebuję czasu, żeby spojrzeć na świat swoimi oczami. Pytania – filozoficzne, ale cholernie życiowe – nasuwają się same.

I… Kto tu jest potworem?

Opowiedzieć ciszę

A gdyby tak otworzyć uszy na ciszę?

Pozwolić wiatrowi muskać twarz mroźnym powiewem. Patrzeć szeroko otwartymi oczami na księżyc wschodzący za lasem. Wdychać zimne, górskie powietrze. Dać się oślepić po kilku dniach gęstej mgły, z której ludzie wynurzali się niespodziewanie dla nich samych. Poczuć na skórze to drżenie, właściwe tylko wyjątkowym momentom.

I nie mówić nic. Zostawić daleko za sobą ocenianie przydatności księżyca w miejscu, w którym widzą go tylko nieliczni. Mówią, że słońce świeci jednakowo dla dobrych i złych. Nagłe przebłyski słońca były dla mnie niczym oświecenie.

Czytaj dalej

Karkonosze – cz. III i inne takie owakie

I jak tu pisać o Karkonoszach, jak jeszcze zostały Niżke Tatry, kolejny wyjazd w Karkonosze, w międzyczasie Śląsk i ze trzy razy już Beskidy? Jak tu pisać o pięknej zimie, siedząc w pociągu z Katowic do Warszawy i myśląc o czekającym błocie pośniegowym, tłumach w autobusach, zapchanych tramwajach – a to wszystko za cenę biletu miesięcznego, bo nawet jadąc na tydzień nie opłaca się kupować innego?

Siedzę z laptopem w RegioEkspress RE Chemik. (Chomik? W wojsku zrobimy z ciebie tygrysa! –> dla niewtajemniczonych proszę bardzo link). Jedziemy jakieś 26 kilometrów na godzinę.  Następna stacja: Włoszczowa Północ. Każdy chciałby, żeby u niego zatrzymywały się pociągi ekspresowe. Tylko nie każdy umie wytłumaczyć, dlaczego zatrzymanie kilkunastu składów dziennie miałoby być opłacalne akurat ze względu na tę jedną osobę.

Taaaaak. Od kaloryfera bije przyjemne ciepło. Amortyzacja w pociągu działa. Wagon bezprzedziałowy lekko kołysze moimi skołatanymi, stęsknionymi myślami.

Miałam mieć laptopa przez dwa tygodnie. Ale kiedyś już przestałam planować tak daleko i widzę, że moim życiowym przeznaczeniem jest już przy tym pozostać. Plan zmienił się z chwili na chwilę. Zamiast jechać z Katowic do Warszawy, pojechałam w Beskidy. Jakie to szczęście, że już nie tłukłam się sama z plecakiem. Choć tym razem jedzenia wzięliśmy mało. Jak nie kojarzy się, że niedziela to szósty stycznia i sklepy mogą być zamknięte (chociaż basen był otwarty), to potem ma się to, co się ma. I jest lepiej, niż w snach. Na przykład są gorące bułeczki francuskie, od których ściska żołądek z rozkoszy. I można usłyszeć takie pytanie, kierowane do Małej Dziewczynki. Ile zjesz, Kochanie? Bo chcieliśmy kupić po dwa z każdego rodzaju, jeśli jakieś nam zostawisz. Życie jest prostsze, niż zatrzymanie pociągu na stacji Włoszczowa Płn. Byle tylko sobie nie komplikować.

Wróćmy do wspomnień. Do wina o smaku winogron, zupełnie jakby zrywanych pod koniec sierpnia z płotu przy bramie. Do ciepła płynącego kojącą falą od kominka i pieca kaflowego. Do strzelania wysuszonego świerkowego drzewa. Do rozmów o życiu. Swoim. Cudzym. Naszym i Waszym. Do barszczu czerwonego, wyciskającego łzy z oczu. I do planowania maksymalnie dzień do przodu.

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem.

Trochę mnie znów wyobraźnia poszła do przodu. Bo widoki w Beskidach raczej takie:

Śniegu było po pas. Autentycznie. Po kilku dniach trochę się ubił i był tylko po kolana. Ale bez żadnej ściemy dało się robić zdjęcia, stojąc po pas w zaspie. I wcale nie trzeba było szukać specjalnych miejsc. Wszędzie było specjalnie dużo. I pomyśleć, że wszystko to spadło w kilka dni po Sylwestrze. To zdjęcie robione  było jeszcze wcześniej, kiedy te łąki zielone, pod błękitnym niebem rozciągnione, jeszcze wystawały nieco spod białej pierzynki. Raj. Taki mały raj na ziemi. Ze świadomością, że w niektóre dni jest się jedyną osobą na świecie, która ma takie widoki.

Ale ale. Karkonosze tuż tuż, a tu wciąż pierwsza wizyta od lat niezapisana. Poza jednym jedynym kalendarzem. I jedną mapą, nad którą siedliśmy z markerem i wspólnie doszliśmy do tego co, kto, gdzie i kiedy. Gdzie zupa czosnkowa, a gdzie siniaki na łokciach. Gdzie niezwykłe wieczory, pełne gwiazd, a gdzie szuranie liśćmi i bieganie z górki na pazurki.

Życie jest tak różnorodne i tak niesamowite, że złapanie chwil wydaje się niemal melodią ulotną. Mela coś o tym wie. I o poszukiwaniu tego, co przecież się zdarzy. On na pewno gdzieś jest. On już moim śladem idzie.

Dzień II. Odrodzenie (się) w Odrodzeniu.

Wstaliśmy rano. Czyli nie w południe i nie wieczorem. Minęliśmy Świnki Trzy i przez cały dzień chodziła już za mną jedna piosenka. Nie wiem, czy Wy też tak macie, że łazi za wami coś, czego nie macie na mp3, w telefonie, albo nie leciało w radiu od wieków, a bardzo chcecie to usłyszeć? Mnie tak ciągle coś łapie. Co do Świnek Trzech, to już zupełnie fatalnie, bo to kawałek jak wyciągnięty z podziemia. Może w Radiu Bajka leci do czasu do czasu, le skąd na pograniczu polsko-czeskim wytrzasnąć takie radio.

Zdjęć ze swojego aparatu mam niewiele. Albo przymarzała bateria, albo popsuty uchwyt się psuł jeszcze bardziej, albo w trakcie robienia zdjęć „coś” się psuło i zamiast mieć trzech zdjęć, mam jedno jak ze złej odbitki. Kiedyś, na aparatach analogowych, z ręcznym przewijaniem filmu, działy się takie rzeczy. Zdjęcia na siebie nachodziły, prześwietlały się wzajemnie i dawały złudzenie, że świat jest zupełnie inny. Moja cyfrówka też to potrafi.

Szliśmy sobie, rozpieszczani przez pogodę. No naprawdę, żeby przez cały zimowy wyjazd, mieć tak genialną pogodę! Ani płatka śniegu. Ani zmrożonego deszczu, osiadającego na twarzy grubą warstwą. Ani wiatru sto na godzinę, odrywającego wnętrzności. Tylko bajkowe słońce, zadbane szlaki, piękne widoki i pokoje w schroniskach jak apartamenty. Dawno mnie tam nie było? Czy to kwestia wyboru terminu po/przed sezonem, kiedy pracownicy takich miejsc mogą stawiać zakłady, kto przyjdzie i czy na pewno w tym tygodniu?

Chodząc ścieżką przyjaźni polsko-czeskiej czy może i czechosłowacko-polskiej, bo to i inne czasy były, a szlaki dalej się trzymają, można odnieść wrażenie, że to już nie jest Polska, ale inny kraj. Lepszy. Czysty. Zadbany. Dobrze oznakowany. Porządny. Bez błota. Mam porównanie z Beskidami. Z Tatrami. Z innymi górami, jakie w życiu widziałam. I tam, gdzie bliżej do Niemiec, tam i Polacy jacyś niemieccy się stają. Bliżej im do porządku, czystości, szacunku do przyrody i siebie samych. I do słupków granicznych, stawianych dokładnie tam, gdzie mają być. Choćby wypadało to na skale.

 

Odrodzenie. Czy w ciągu jednej doby może wydarzyć się tak dużo? Czy ludzie, którzy w sumie znają się niedługo, choć widzieli kilka razy i pomogli sobie tak, jak potrafili, mogą iść w góry, spędzić cały dzień razem i nie mieć siebie dość? Czy po dźwiganiu plecaka (w moim przypadku) i po noszeniu plecaka (w każdym innym), kiedy człowiek nie marzy o niczym, nawet o zupie czosnkowej… Czy można wykorzystać wieczór na coś innego, niż spanie?

Spał będę w nocy, a nie spał w dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Jasny, bez demonów będzie mój sen,
Zaś na jawie nie zjedzą mnie pleśnie.

Można. Można usiąść we trójkę, spojrzeć na telefony i przekonać się, że istnieje coś solidniejszego, niż masa innych. I można przekonać nie tylko siebie. Zresztą, kto wie, ten korzysta. Jak ktoś potrzebuje telefonu do dzwonienia i ewentualnie pisania sms-ów, używania latarki i w ramach bonusu korzystania z radia czy odtwarzacza mp3, ten wie, który telefon wytrzyma trzy tygodnie bez ładowania.

Można posiedzieć, posłuchać niesamowitych historii o słoweńskich schroniskach, gdzie nikt nie narzeka na zimną wodę pod prysznicem. Bo tam, na prawie 150 schronisk, chyba w żadnym nie ma prysznica. I ciepłej wody. A i tak można spędzić pół roku w Alpach, codziennie śpiąc gdzie indziej. A przy gorszej pogodzie, można się wybrać nad cieplejsze, niż nasze morze i leżeć do góry kołami. I tak minął wieczór i poranek, dzień drugi.

Poranek minął ciekawie. Nic z niego nie pamiętam. Poza tym, że spaliśmy w apartamencie all incusive, z prysznicem, stołem w pokoju, szafą, radiem, lampką nocną, dwoma pokojami i czajnikiem bezprzewodowym. A gwiazdy świeciły nad nami, jak dobra wróżba na kolejne dni.

Pójdę bezpowrotnie daleko, hen,
Kiedy na nowo się narodzę,
Wszędzie na miłość głuchy jak pień,
Będę w sadach obrywał czereśnie.

Można odrodzić się pod prysznicem. Śpiąc po ciężkim dniu. Lub patrząc nowopoznanej osobie w oczy i widzieć tam radość z wyjścia w góry. Nie każdy ma w sobie tyle energii, żeby jechać pociągiem, potem czymś i potem wychodzić po ciemku, żeby spędzić kilka dni w górach. Przyjaźń. Jeśli do tej pory myślałam, że wiem już wiele o tym, to okazało się, że moje wiele jest czymś bardzo niewielkim.

Ja potrzebuję słów. Mężczyznom wystarcza spojrzenie. Jakiś gest. I wszystko jasne. Patrzeć na ludzi, którzy rozumieją się bez słów. Bo kiedyś potrafili zrobić więcej, niż jest to tylko wymagane. Bo słowa są niepotrzebne, kiedy i tak nie da się ich wypowiedzieć. Kiedy są sytuacje, o których ja nigdy nie będę mieć pojęcia.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Nawet gdy to będzie śmierci mej dzień,
Może jednak narodzę się wcześniej.

Dzień III. Samotnie w Samotni.

Na ten dzień potrzebuję wiele czasu. Ale przyznam się od razu, że trochę się obawiałam tempa. Po historii z poprzedniego dnia, jak to trzeba było iść bez przerwy dziesięć godzin do następnego schroniska w Alpach, zaczynałam mieć obawy, czy moje chodzenie po górach nie jest czasem pochodną od ścieżki dla niepełnosprawnych, jaka wytyczona została przed Odrodzeniem.

Okazało się jednak, że i tak każdy idzie swoim tempem. Że wlokąc się za wycieczką z moim plecakiem pełnym niepotrzebnego żarcia (wiekopomna chwila, przyznałam się do tego po raz pierwszy i być może nie ostatni), jednak dawałam radę. Przerwa na zdjęcie? Przerwa na oddech? Przerwa na zdjęcie plecaka i na prawdziwy oddech? Proszę bardzo. Wersal. Można się opalać, więc nikomu się nie spieszy. Szczególnie tym, co to robią jeden krok, a ja dwa i pół.

 

Po drodze do kultowej Samotni –  Śnieżka. Po drodze, jak po drodze, jaki sens ma schodzenie w dół, żeby zostawić plecak, skoro można potem zejść na dół. Jak dla mnie, okazało się, że miałoby wielki. Wychodzenie po stromym lodowisku okazało się ponad moje siły. Trzymałam się zębami. Łokciami. Kolanami. A i tak obiłam sobie wszystkie części ciała. Na szczęście, na zdjęciach jestem ubrana w wystarczającą ilość warstw, żeby nikt o tym nie wiedział. Samo dojście na Śnieżkę okazało się jednak przyjemnością przy konieczności wejścia do schroniska. Tam to raki, czekan i jazda cżłowieku. Ja raków nie miałam, czekana tym bardziej. Efektowne rozciąganie na ekranie i dobiłam dwukrotnie nerw łokciowy. Miałam siłę się śmiać. Czasem bezsilność przerasta i nic więcej nie pozostaje. Tylko czeskie piwo. W SZKLANYM KUFLU.

Cha. Cha. Cha. Jak zobaczyłam, że pani podaje nam piwo w szklanych kuflach, to się prawie popłakałam. Ja bez dodatkowych elementów jestem w stanie wybić sobie wszystkie zęby, a już z czymś w dłoni, to równowagę mam zerową. Pani w ogóle nie była zbyt chętna do sprzedaży nam tego napoju. Jak dla niej – niedobre. Mało procent. No i kolor jakiś dziwny. Kto to w ogóle pije. My! My, droga pani. Ale co się dziwić. Kobieta miała widoki nieziemskie na świat, jak z piosenki SDMu, a ona mówi wprost, że już jej się to dawno znudziło. Oł je, bejbe. Współczuję całym sercem. Jak obrzydną mi góry, każcie mnie zakopać w jakimś dole. Byle z pożywieniem.

A w kultowej Samotni faktycznie kultowo. O Boże. Idziesz tam i świat się kończy. Słońce zachodzi wcześniej, bo to w samym sercu dziury. Doliny. Czego by nie było, miejsce magiczne. Z małą Marysią, jeżdżącą na rowerku. Z okienkami na Mały Staw. Z bufetem czynnym do dziewiętnastej. I płatnym wrzątkiem, nawet dla nocujących. Ale za to jakie łóżka wygodne – wielkie! Gorąca woda pod prysznicem. Piękne, malowane drzwi, nawet w toaletach. Jajecznica firmowa, która jajecznicy schroniskowej nie przypomina.

Jajka. Ser. Szynka. Papryka. Chlebek. Masełko. Och. Ach. A ja powiedziałam, że nie chcę?! Nie wiem, no nie wiem.

Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie. Każdy plan, który ma szansę na realizację, jest przyjemny. Graliśmy w remika na świetlicy. Było cicho, spokojnie. Poza dwiema babkami, które musiały informować cały świat o swoich geriatrycznych problemach. Albo problemach rodziny. Albo znajomych. Przebytych operacjach. Planowanych zabiegach. Wykonanych przeszczepach czy czym tam jeszcze można się pochwalić w piękną noc w Samotni. Czy człowiek ucieka na koniec świata, żeby słuchać takich historii? Było prawie samotnie. Wyjdźmy stąd, zanim wszyscy umrą. Gdyby dało się udusić ze śmiechu, zrobiłabym to bez problemu.

Niebo gwiaździste nad nami. Piękne niebo. Mróz. Ciepłe światło z okien. Szum wody. A może by tak… Nie, nie, trzeba iść dalej. Przecież Czechy i Czesi czekają.

 

Do Warszawy bardzo niedaleko. Niecała godzinka i już. A ja zamiast spać czy przygotowywać się do pracy, siedzę przed laptopem i nie mogę się nadziwić, że ja doczekam tego dnia. Nad wagonem anioł leci. Kto nie poznał tych radości, niech przejedzie się pociągiem. I będzie jeszcze prościej. Bo jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej.

Ściskam gorąco.

Zytka.

w wielkim mieście niebo jasne
i wiadomo żyć nie łatwo
w wielkim mieście
oto widać idą ludzie przy wystawach
i o cudzie myślą i nareszcie
nad głowami anioł leci od tej pory
komuś w życiu będzie znacznie lepiej
kto nie poznał tych radości
niech spróbuje
znów pokochać kogoś jeszcze prościej


Karkonosze – cz. II

Na sam początek – zdjęcie naleśników z Hali Szrenickiej, które jadłam. Blondynko, czy myślimy o tych samych? :)

A wieczorem dalsza część wycieczki. Były sobie Świnki Trzy, było gwiaździste Odrodzenie i jeszcze bardziej rozgwieżdżona Samotnia. I był Gruby z niezwykłą atmosferą. A potem… Robaczek!

Tak a’propos – pozdrowienia z Chatki Robaczka. Ledwo weszłam, już dostałam obiecaną koszulkę. A właściwie dwie. I właśnie siedzę w jednej, z napisem Wszyscy myślą tylko o sobie, tylko ja myślę o mnie. Jesteśmy już po wspaniałej zupie z soczewicy i w taki piękny, zimowy dzień (bo jak wiadomo, każda zima w górach jest piękniejsza o byle błota w mieście). Gdybyście trafili w to miejsce, pamiętajcie o jednej zasadzie: pytać należy o wszystko, zanim zrobi się cokolwiek.

:)

Do usłyszenia.

Karkonosze – część I

Wreszcie! Wreszcie siedzę i mogę spisać wycieczkę w Karkonosze. Było cudownie. Czy już o tym wspominałam?

To było wszystko trochę zwariowane, ponieważ przed moim wyjazdem do pracy na ponad dwa tygodnie, ustaliliśmy jedynie, że gdzieś pojedziemy w góry. Tyle. Trzy tygodnie naprzód to trochę za dużo, żeby robić szczegółowe plany. Biorąc pod uwagę, że u mnie wszystko zmienia się sto razy dziennie, naprawdę nie warto myśleć o takiej przyszłości.

Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

Ponieważ i tak, żeby dotrzeć do pracy, jadę i idę w góry, nie brałam zbyt wielu dodatkowych rzeczy. Poza jedzeniem, którego ilość starczyłaby dla pułku wojska. I w końcu trzy czwarte mojego niezbędnego prowiantu zostało w bagażniku w samochodzie. Bo całej reszty było aż zanadto.

Trasa została ustalona połowicznie. To znaczy, wiedzieliśmy skąd i dokąd zmierzamy, a liczyliśmy, że po sezonie letnim i przed zimowym miejsc do spania będzie dużo. I było.

Dzień zerowy.

Wróciłam z pracy. Brzmi to dziwacznie, bo wracam z pracy raz na dwa-trzy tygodnie i potrzebuję kilku dni, żeby dojść do siebie. Szczególnie, że cała sytuacja była nietypowa. Jechałyśmy z Ka pociągiem. Miałyśmy jechać rano, ale wyszło inaczej. Życie potrafi boleśnie weryfikować wszelkie plany, które nie mają szans realizacji. Plan był taki: ja jadę do Bielska, idę pod prysznic w PTSMie, a Ka jedzie sobie do Katowic i z racji 11 listopada trzyma mocno kciuki, żeby coś jechało dalej. Wysiadłyśmy obie w Bielsku.  Jakie to szczęście, że na dworcu czekał już eM i wyręczył mnie w noszeniu mojego tobołu (toboła?). Jak to w Polsce w święto bywa, autobus do Krakowa nie przyjechał. Staliśmy we trójkę na dworcu w tłumie zdezorientowanych ludzi i kiedy ostatnia iskierka nadziei zgasła, poszliśmy na PKP. Które samo w sobie potrafi odebrać całą nadzieję, kiedy patrzysz na długość trasy w kilometrach i nijak nie potrafisz dopasować do tego niewspółmiernie długiej jazdy pociągiem. Ka w końcu dotarła do Krakowa, a my skończyliśmy dzień, jedząc kiełbaski z ogniska, które nie było ogniskiem. Ale smakowało super.

Dzień I. Bielsko-Biała (szeroko rozumiana) – Szklarska Poręba – Schronisko na Hali Szrenickiej

Pomijając superdługi korek w stronę Katowic i fakt, że jak się akurat skończył, to się przesiedliśmy, droga mijała cudownie. Cudownie dla mnie. Bo jechałam jako kierowca do samej Szklarskiej. Ach, te kilometry na autostradzie! I te słowa: Teraz możesz wrzucić szósty bieg. Po siedzeniu dwa i pół tygodnia bez prądu, jazda furmanką byłaby dla mnie nie lada wydarzeniem. A o tym, że JEST szósty bieg w samochodzie to w ogóle zapomniałam. Bo nigdy wcześniej go nie miałam możliwości używać!

Wracając do tego, że cudownie dla mnie. Ekhm, mężczyzna pozwolił mi kierować swoim samochodem. I bynajmniej nie było to auto do natychmiastowej kasacji, ale genialny samochód, który daje się z lekkością prowadzić nawet takiej babie, jak ja. Ach. Och. Ech. Już jutro znów zobaczę to fantastyczne auto. I może nawet usłyszę Lalunię, która ma tendencję do autorytarnego stwierdzania Jedź w lewo! Jedź w lewo!, kiedy nie ma przez kilka kilometrów naprzód żadnego skrętu w lewo. Ani też w prawo, gdyby Lalunia okazała się prawdziwą kobietą i miała na myśli to drugie lewo.

Po drodze mijaliśmy takie miejsca, o jakich mijaniu nie marzyłam. Może dzięki Laluni i jej nieustannej chęci zwiedzania największych dziur w okolicy albo kierowania w stronę ślepych uliczek. Nie narzekam. Kobieta wykazuje się nad wyraz dobrą wolą i ma zapędy na turystę kwalifikowanego. Szkoda tylko, że pozostaje głosem GPS-a, bo jako przewodnik mogłaby zaprowadzić mnie w nieznane rejony. Wręcz jestem skłonna stwierdzić, że za jej przyczyną pojawiłyby się nowe białe plamy na mapie, które ona odkryłaby na nowo.

Pięknie było po drodze. Jesiennie, nieco słonecznie, urokliwie. Gęba śmiała mi się na myśl, że siedzę na fotelu kierowcy. Duma rozpierała mnie i niemal rozerwała na strzępy. Nawet pod informacją turystyczną, przy której parkuje się (jak na mój gust) prawie do góry nogami (a pewnie nie jest tam więcej stopni pochylenia, jak 45). I przy której to niemal rozjechałam turystów, bo chciałam podjechać wyżej bez zaciągania ręcznego w międzyczasie. Wszyscy mieli ubaw ze mnie, jak to śmiesznie parkuję pod górkę. A parkujcie sobiee sami w takich miejscach, to pogadamy.

W informacji panie były przemiłe. Wszystko nam wyjaśniły, wszystko powiedziały, sprawdziły najświeższą (co to za wyrażenie?!) pogodę, dały ulotki do miejsc, w których może można zostawić samochód na kilka dni. W końcu, po zwiedzeniu okolicznych parkingów zaparkowaliśmy kilkanaście metrów dalej, niż na początku. Pod kamerą. Bo parking strzeżony był tak pilnie strzeżony, że przez piętnaście minut nikt nie otwierał szlabanu i nawet nie podszedł do nas spytać, po co przyjechaliśmy. W budce żadnego ciecia nie było. Nawet nie było śladu po cieciu.

Tu powinna nastąpić litania rzeczy, które zostały mi wyperswadowane. Nastąpi tylko przedstawienie najciekawszych rzeczy, bez których planowałam nie przeżyć ani minuty, a które jednak zostały w bagażniku.

  • nóż szefa kuchni, długość ostrza 15 cm;
  • młynek do soli i pieprzu;
  • 30 batoników musli;
  • kilkanaście par skarpet;
  • słoik masła orzechowego.

Żeby się bardziej nie pogrążać, napiszę, że miałam ze sobą i tak z dziesięć czystych par skarpet. A używałam może jednej trzeciej, bo w każdym miejscu działały kaloryfery.

Dotarliśmy na Halę Szrenicką już po ciemku. Szlak wygląda jak dobrze utrzymana poniemiecka droga z kamieni. Już na początku wiedziałam, że będzie ciężko. Bo po wyjściu na górę, zamiast zjeść cały prowiant, kupiłam sobie naleśniki z serkiem, jagodami i bitą śmietaną.

Nastąpiło szczegółowe określenie, dokąd dalej idziemy i w sumie można było iść spać. Nie było się z kim integrować, zapoznawać czy coś. Poza obsługą byliśmy tylko my. Oto zalety chodzenia po górach w ciągu tygodnia pod koniec listopada!

Aha. W schronisku było gorąco. Muszę oddać sprawiedliwość Pracownikom tego miejsca, którzy bardzo życzliwie nas przyjęli w swe progi. Ale temperatura w pokoju była tropikalna. Na zewnątrz mróz i gwiaździste niebo nade mną, a wewnątrz prawo moralne dusiło się i szalało z gorąca. Jeśli grzeją tam tak całą zimę, to płynnie przechodzą do letnich upałów. A może nawet nie zauważają, że coś się zmieniło?

Tyle na dziś, mili Państwo. Pora znów pakować się na kolejny wyjazd. Moje plany sylwestrowe zmieniały się w ciągu ostatnich dni jakieś dwadzieścia razy. Teraz trwa przygotowanie do kolejnej wersji, która w sumie już uległa transformacji. Do 31 grudnia jeszcze zdąży się pewnie zmienić ze trzy razy.

Tym razem wyjeżdżam na miesiąc. Ale zabieram ze sobą laptopa i przez pierwsze dwa tygodnie na pewno znajdę chwilę na internet. Może niekoniecznie codziennie i niekoniecznie długą chwilę, ale z przyjemnością powrócę do czytania Waszego Świata i do dzielenia się swoim. Choćby to miało być jedno zdjęcie z wycieczki. Jeden kawałek z YouTube, który zasiedział się w mojej głowie i czeka na uwolnienie.

Dziękuję za uwagę.
Zytka

Ścieśniaj, ścieśniaj

Ile można ścieśnić?

Takie  pytanie nasunęło się moim myślom w głowie (bo gdzie niby indziej) dzisiaj po obejrzeniu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Kawałek z krzyżówką wrzuciłam już kiedyś, o tutaj. Wszystko można ścieśnić. Kaczkę. Paprykarz szczeciński. Jamnika-jajnika. Ciotkę Różę-obżartucha. Chociaż ją to raczej rozciągnąć można, bo wciąga kabanosy i nawet nie pogryzie.

gdy wszystko się zdarzy
( muzyka Grzegorz Turnau,
słowa E. E. Cummings / Stanisław Barańczak)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego, dowiózł na drugi dworzec i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa, chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu, znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości. Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

Jednego dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy, więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie, przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach, zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu. Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie „dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem. Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie, to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości.

Zima, skrzy się śnieg, mrozik trzyma. Spokój, wielki spokój na ziemi. A tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

I była słoneczna zima. W najpiękniejszym jej momencie schodziliśmy na dół po trochę jedzenia. I rąbaliśmy drewno, nosiliśmy i woziliśmy na taczkach do kotłowni. I było tak ciepło przy kominku, że chciało się po prostu spać. Jedliśmy sałatkę grecką, scony z pomarańczami, dorsza z pieca, kruche ciasta z przyprawami i parę innych rzeczy. W pamięć zapadł mi ten sok malinowy. Z malin o smaku malin. Jak domowy. A zatem można spędzić trzy dni i dwie noce ot tak, po prostu. Nie samej, troszcząc się o wszystko. Ale z pomocą, nawet przy myciu kibli i pryszniców. Rzadko spotykam w tym miejscu mężczyzn, u których za deklaratywną chęcią pomocy idzie czyn. Ewentualnie, bardzo ewentualnie, mogą pomóc przynieść drewno. I chcieliby, żeby padać im do stóp za to. A tu nie. Dobrze być kobietą i dobrze, że są tacy, którzy to widzą i szanują. Dzięki.

O kurczę.

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu bałwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Przestawię tylko godzinę publikacji na dziś, czyli na wczoraj.

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

No to pa.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca-Zytka-Której-Ścieśnianie-Zupełnie-Nie-Wychodzi.

(a nigdy jest zawsze nigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś 

więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był

spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie

siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła

mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie

możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego

dworca, dowiózł na drugi i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem

minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z

następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się

minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa,

chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu,

znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z

przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga

skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości.

Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych

nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często

słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie

ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

Jedengo dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy,

więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed

zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na

frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i

dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie,

przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za

nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po

kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć

skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U

nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach,

zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie

trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu.

Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który

ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie

radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie

„dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie

znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem.

Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie,

to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości. Spokój, wielki spokój na ziemi, a tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu balwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca Zytka.

Even if you are far away and alone

Nawet w takiej sytuacji warto spojrzeć z góry na wszystkie sprawy. I potem przestać myśleć, przestać oceniać. Stać się.

Bo stawanie się to nie to samo, co trwanie, bycie i istnienie. To jakościowo inna kategoria, inny ogląd rzeczy.

Dawno (?) nie miałam dostępu do internetu. Nie miałam prądu stałego i oszczędzałam wodę, bo susza. Inny świat. Tu wielowiekowa tradycja przeplata się mocno z poczuciem tożsamości lokalnej, a nowoczesność jest trochę jak u Dalego. Przy okazji Dalego – czytam w bardzo wolnych chwilach książkę Luisa Buñuela. Moje ostatnie tchnienie. Rzeczywistość jest bardziej surrealistyczna, niż myślałam. Może to moje szukanie – namiętne i z pasją – była właśnie przejawem takiej wizji sprzed stu lat. Może manifest surrealistów jest częściowo mój, a mój jest częściowo ich. Podświadomie zapożyczony, związany z naturalną ewolucją świata i idei.

Pozdrawiam Was.

I uciekam pochodzić trochę po pięknym  świecie, w którym pierwszym i ostatnim widokiem każdego dnia są góry.

Nie wiem, jak o tym pisać. Tu można tylko żyć. Poznawać ludzi o twardych rękach, którzy od rana do nocy rąbią siekierą drewno na zimę, a serca mają czułe i zakochane w świecie. Mądrość ludowa łączy się z wysoko wyspecjalizowaną wiedzą. Przywiązanie do wartości, do poczucia, że słowo mówione ma największą wartość – to coś coraz rzadziej spotykane. Ile w tym prostoty, ile zaufania.

Ja już nic nie piszę.

Staję się.

Zytka.

Nie staraj się być nowoczesny. To jedyna rzecz, która – cokolwiek byś nie uczynił – niestety cię nie ominie.

Salvador Dali

Dokąd idziesz?

Moi Drodzy!

Pozdrawiam Was serdecznie znad mojego komputera. Który stoi na moim taborecie. Przy moim łóżku. Obok leży rozwalony pies. W pozycji horyzontalnej, ma się rozumieć. Ale nie w stanie rozkładu. Stwierdziłyśmy zgodnie z siostrą cioteczną, że wygląda, jakby ktoś miał ją nadziać na rożen. Gotowa do upieczenia. Tyle, że to chude takie, jak nie przymierzając, ja sama. Worek na kości.

Nie mam zdjęć, jak leży obecnie, ale jeśli potraficie wyobrazić sobie elegancko śpiącego psa, to ona wygląda zupełnie inaczej. ;) Teraz wyobraźcie sobie psa, który śpi z głową pomiędzy wszystkimi łapami, zwiniętego w podwójny kłębek i nieporuszonego żadnym dźwiękiem ani jedzeniem (!). To już wiecie, jak wygląda.

one day you see a strange little girl look at you
one day you see a strange little girl feeling blue

Po takim pięknym wtręcie na temat psa, powróćmy do tematu głównego. Siedzę na swoim łóżku i tak dalej. Pośród Rodziny. Czuję się jak w Boże Narodzenie, tyle ludzi w domu. Wróciłam wczoraj w nocy z Banieczką i Q., i Mamą Banieczki. Jestem. Specjalnie po to, żeby było nas jeszcze więcej! Udało mi się to przede wszystkim dzięki brzydkiej pogodzie w Beskidach i wyrozumiałości Szefa.

Zaczęło się niewinnie, jak wszystkie przygody. Otworzeniem okna w pociągu. I to nie tak zwyczajnie. Po paru latach jeżdżenia w Beskidy otwieram to okno rytualnie. Zamykam oczy, mocno ciągnę za uchwyt i głęboko wdycham powietrze.

Żaden zapach nie równa się z tym jedynym. Łąka po deszczu. Zioła, zboża, ciepły wiatr ku dolinom. Promień słońca na twarzy. Otwieram oczy. Jestem w innym świecie. Który nie należy przecież do nikogo, chociaż jego Mieszkańcy czują się tu prawdziwymi gospodarzami. Ale może dojdę do tego później. Jutro? Po kolejnym powrocie?

she’d run to the town one day
leaving home and the country fair

Włażenie pod górę z plecakiem, co ważył tyle, co prawie pół mnie…. Lipa totalna z tym pakowaniem. Jakoś nie wychodzi mi to za dobrze. A mogłam wychodzić pod górę z małą reklamóweczką (lub torbą na kółkach. I wjeżdżać na rolkach. Z prostownicą dzierżoną w jednej dłoni, a mikrofalówką w drugiej).

Zytko Maurion i reszto, nie idźcie tą drogą.

Ekhm. Pakowanie. Dalej i dalej wkładam coraz mniej, a to waży coraz więcej. Z każdym krokiem pod górę przybywa ciężaru. Jakby się uparło, że mają mnie boleć ramiona. Do tego stopnia, że po zdjęciu plecaka nie daję rady ich wyprostować przez długi czas.

A droga długa jest
Nie wiadomo czy ma kres
A droga kręta jest
Co dalej za zakrętem jest
Kamieni mnóstwo
Pod kamieniami leży szkło
Szło by się długo
Gdyby nie to szkło to by się szło

Kiedy wyszłam na górę w pięknych okolicznościach fauny, a być może i flory, jak to mówiła Żulietta w Baśni o ludziach Stąd, wyglądałam jak resztka samej siebie. Chciałam zrzucić plecak z ramion i spędzić tak całe popołudnie, jak ona na zdjęciu poniżej.

Błogostan. Szczęśliwe nicnierobienie. Podnoszenie powiek jako ćwiczenie wybitnie fizyczne. Bardzo delikatne ruszanie kończynami, żeby tylko się upewnić o ich jedności z resztą ciała. Bezmyślne gapienie się w krajobraz. Tyle. Nie było mi to dane. Nie po to tam wyłaziłam.

Chyba już można iść spać
Dziś pewnie nic się nie zdarzy
Chyba już można się położyć
Marzeń na jutro trzeba namarzyć

I nie po to, żeby spać. Nie potrafię o tym napisać dziś. Niemoc twórcza mnie ogarnęła.

Kiedy się odnajdę, z wielką przyjemnością napiszę Wam, jak górol spotkał się z krawaciarzem. I dlaczego szmata w wiadrze pełnym wody może świadczyć o dobroci człowieka. Albo jak to jest po ośmiu latach założyć znów zegarek na rękę.

Ale dziś przejechałam w deszczu jakieś sto kilometrów z górki, pod górkę, z górki, pod górkę. Szybciej, bo teren niezabudowany i wolniej, bo nastawiali tych fotoradarów jak bud na odpuście. A jak wszyscy w samochodzie mają prawo jazdy dłużej od Ciebie, to normalnie tacy mądrzy, że cho cho. Fakt, rady są cenne, ale w pewnym momencie człowiek gubi się w hałasie, dobrych radach i wymianie doświadczeń. I już nie wie, czy jechać na luzie, jedynce, dwójce. Czy może wysiąść i zabrać kluczyki.

A niech tam nawet sobie krzyczą przez okna i się pytają, dokąd idę!

To było tak dawno

 

Są mosty na wzgórzu spalone w południe
i tarcza blaszana nad drzwiami fryzjera
i brzytwa po której nie krzepnąc krew spływa

Nie wiem, jak mają inni Blogerzy, ale dla mnie samo wpisywanie tagów do wpisu to już jest wyczyn myślowy. Najpierw wpisuję tagi, a potem myślę, skąd mi przyszły takie do głowy. Chwila zamyślenia. Moment zatrzymania. Przymykam powieki. Żebyśmy się poznali.

Ty i Ja. Pięć liter. A słowo pięć ma tylko cztery.

Moje miłości pomiędzy Ty i Ja nieskończenie blisko związane są z górami. Nawet szalone zakochanie w zupce chińskiej o smaku sera w ziołach zaczęło się i skończyło w górach. Gdzieś do tej pory mam paragon z pierwszej wycieczki o smaku Nudli.

(Czy ja mogłabym pisać o miłości bez pisania o jedzeniu???)

Słucham. W życiu piękne są tylko chwile. Zapamiętujemy je, żeby odtwarzać. Kiedy wszystko zaczyna się walić. Kiedy brakuje pomysłu na temat do rozmowy. Kiedy szukamy inspiracji do obiadu.

(Poddaję się. Nie umiem pisać o miłości bez wtrętów o żarciu.)

Chwile, które łączą Obecnych. Dzielą Rzeczywistość na Tu i Teraz oraz na Tam i Kiedyś.

w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród

Kiedy przygniata pewność niepewności, a rzesze ludzi zdają się przypływać i odpływać, jak pod urokiem zmiennych faz Księżyca, pozostaje spojrzeć wysoko w górę. Odszukać Gwiazdę Polarną. Odetchnąć powietrzem czystym jak dziecięca łza. Pobiegać boso po rosie. Bawić się ze szczeniakiem. I uśmiechać szczerze do własnych myśli.

Za murem szkło tłucze wylękła dziewczyna
a tarcza blaszana jak słonce się żarzy
wiec mruży dziewczyna swe oczy i ślepnie

Połączenie odrażających zapachów i wzruszających dotyków. Ostra mieszanka tego, co niewypowiedziane z tym, co krzyczą na dachach. Oddarcie z intymności na rzecz pierwszej strony w kolorowym tabloidzie. Ucieczka daleko w świat bez telewizji i zasięgu sieci komórkowych. Oto Życie.

Nie żyje już fryzjer zmęczony nad rzeką
pod drzwiami zostawił list i znaczki cztery
i brzytwę i ucho odcięte lecz czuje
rodzina napisze nagrobek jak wróci

Słownik filozoficzny. Śpiewy na dwa głosy. Rozwiązanie zagadki o średnicy Ziemi i sznurku. Spokój wieczoru po dobrze spędzonym dniu. Wygodne buty. Dobry sen. Bycie miłym.

Nie bądź zbyt krytyczny. Poznajmy się lepiej. Bliżej. Sprawdźmy, czy tęsknota za Ludzkością może zelżeć w porozumieniu z Człowiekiem. Zróbmy coś niezwykłego. Zostawmy po sobie tajemnicę. Taką, do której będzie można się uśmiechać do końca życia.

Nie wyjaśniajmy wszystkiego, niczym w rozbiorze zdania i wiersza. Zostawmy kilka szpar w myślach dla ciekawskich, którzy mają odwagę szukać Prawdy. Bądźmy odważni, gdy rozum zawodzi. W ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy.

Oto Życie. Anioły więdnące na drzewach.

 

 

———————

Fragmenty:

W Miasteczku Anioły – słowa Kazimierz Mikulski, muzyka Grzegorz Turnau

Przesłanie Pana Cogito – Zbigniew Herbert

Inspiracje:

Przyjemności – Bertolt Brecht

I moje wpisy z okolic 6 grudnia 2011 roku.

Jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia

Zanim wpiszę tytuł, który Wy zobaczycie jako pierwszy, spojrzę jeszcze jeden raz na tagi. Czy w ten sposób mogę streścić magiczny czas, zupełnie nierealny i wprost niemożliwy? Czy to możliwe, że wszystko działo się naprawdę i ja byłam w samym środku wydarzeń? No pewnie, że nie.

[To jest chwila, w której należy przygotować kolację i zasiąść z nią przed monitorem, albo porzucić nadzieje na w/w. Tylko dla tych, którym literki niestraszne. Sporo się ich dziś posypie.]

You’ll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley

Dzień dobry. Dobrý deň. :)

U mnie już tak jest, że albo wszystko idzie utartym torem, albo następuje efekt motyla i wszystko toczy się rytmem huraganu. Na co dzień jest to pierwsze, na wyjazdach z reguły to drugie. Tym razem też nie było wyjątków. Jeszcze dobrze nie wyjechałam, a już cały plan legł w gruzach. Pozostało się tylko poddać biegowi zdarzeń i obserwować, co stanie się za chwilę.

A były to chwile warte zapamiętania. Niczym złote łany zbóż w Stingowej piosence, niosły ze sobą wspomnienia najprostszych obietnic. Tych spełnianych jednym spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Przy takich obietnicach niepotrzebne są słowa. Chcę te kilka szalonych zapamiętać w jeden sposób. Wszystkimi zmysłami i na wszystkie sposoby.

See the west wind move like a lover so
Upon the fields of barley

Szukałam prostoty. Szukałam więzi między człowiekiem a przyrodą. Szukałam piękna, które będzie ocierać o kicz. Szukałam wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i radości.

Jak łatwo się domyślić, znalazłam to wszystko natychmiast, a z każdą chwilą znajdowałam jeszcze więcej.

Zaczęło się bardzo niewinnie w strugach deszczu, a skończyło słodkim pocałunkiem słońca. Ain’t no sunshine when she’s gone. Ain’t no mountain high enough. I tak dalej w ten deseń. Wybaczcie mi ciągłe wstawki po angielsku. Ten wyjazd był nieco międzynarodowy. Dużo bliżej wszystkiego, co dalsze od Polski. Nawet słowackie radio lepiej odbierało i zasięg był lepszy dla sieci z końcówką SK, a nie PL.

So she took her love
For to gaze awhile
Upon the fields of barley

Wzięłam niczym bohaterka piosenki swojego ukochanego Nikona i poszliśmy przez pola, lasy, łąki i błota na górę. Ta historia mogłaby się zaczynać od słów Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Ale że zaczęła się inaczej, niech już tak zostanie.

Rozdział 1. Czwarty dzień na początku.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i siedmioma dolinami rozpoczynał się czternasty dzień czerwca. Było mu daleko do wspaniałej pogody z początku maja. Zimowej zawieruchy też nie przypominał. Pozostało mu jedynie rozpocząć się ulewnym deszczem, co niechybnie uczynił.

I w ten oto sposób powitałam dzień po dwóch godzinach snu i jeździe taksówką na dworzec. Wytarabaniłam się z moim cudownie ogromnym plecakiem i cóż… Okazało się, że zmieniły się dni odjazdu PKSu do Zakopca i najbliższy będzie następnego dnia. Jak w życiu, równanie było proste.

Nie ma autobusu = nie zdążę na pociąg = nie zdążę na kolejny pociąg = nie zdążę na busa = będę w środku nocy w górach  = będę szła w deszczu ze trzy godziny = dojdę i padnę na gębę.

Ale dobra. Siadłam na ławce, obok zasiadł plecak i kobieta z małym dzieckiem. Czekaliśmy elegancko na cud, który nie chciał się wydarzyć. Obiecałam sobie, że jeśli nic się nie stanie, wracam do domu, idę spać i mam wszystko w tyle. Są czasem takie chwile.

Po kilku minutach usłyszałam stukot walizki na kółkach i na horyzoncie zamajaczyła sylwetka kobiety w butach na obcasie. Oł je. Przed czwartą w nocy wszystko jest możliwe. Sylwetka nabrała realnych kształtów i barw, kiedy zbliżyła się niemal pod mój nos i oznajmiła, że będzie jechać autobusem do Kielc o 4:20.  Po chwili rozmowy okazało się, że będzie jechać nie do Kielc, ale nawet do Katowic. Tego mi było trzeba. Miałam zapewnioną towarzyszkę podróży niemal przez cały czas! A stąd już było tylko o krok do decyzji, że jedziemy razem.

W końcu i tak nie zdążyłyśmy na pociąg z Kielc do Katowic. Ale na dworcu PKS zdążyłyśmy na busa do Krakowa. I to tylko dzięki szalonemu maratonowi,  który przypadkowo rozpoczęłyśmy. Ale dzięki temu zdążyłyśmy w Krakowie na kolejnego busa do Katowic. Za dużo się podczas tych kilkuset kilometrów nie nagadałam. Jak tylko siadałam w fotelu, uruchamiał mi się w mózgu tryb SPANIE i budziłam się zaraz przed dworcem. Wada busów – człowiek siedzi złożony jak ryba w puszce i marzy tylko o szybkim zaczerpnięciu świeżego powietrza. W przeciwnym razie marzy o sporej i pustej reklamówce, którą natychmiast chciałby wykorzystać i pozbyć się treści z żołądka.

Z Katowic poszłam już na pociąg do Rajczy. Udławiłam się, jak usłyszałam, że bilet kosztuje 18,50. A ode mnie kosztuje 32,00. Im dalej, tym faktycznie taniej. W pociągu już się tak nie wyspałam. Weszłam do wagonu, a za mną cała wycieczka do Zwardonia. Na przeciwko zasiadło dwóch około 10-latków z PlayStation3, komórkami i innymi cudami techniki. Okno dalej chłopcy w wieku gimnazjalno-licealnym wydzierali się przez okna „Legia!”. Na pytanie wychowawczyni, czemu krzyczą akurat o Legii, skoro nawet nie są z Mazowsza, stwierdzili, że Legii nikt nie lubi, więc to dobry okrzyk na zwrócenie uwagi.

W Rajczy wysiadł ze mną też dziadek, którego panicznie bały się wszystkie dzieci z wagonu. Wyglądał trochę obleśnie, szedł o kulach i coś krzyczał przez szybę przedziału w trakcie jazdy. Ale jak wysiadł, to już tylko śpiewał po góralsku, idąc po moście. Ta scena nadawała się na początek filmu.

A potem znów lunęło. Weszłam do sklepu i poza żarciem, kupiłam wielki płaszcz przeciwdeszczowy. A potem odebrałam telefon z pytaniem, gdzie jestem i po wymianie informacji dostałam przykazanie nie ruszać się z  Rajczy i czekać na A., która właśnie schodziła na dół. Boże, błogosław wynalazcę telefonu komórkowego i tych, którzy go używają! Dzięki temu, że A. przyjechała po mnie spod samej granicy i wyjechała ze mną znów na granicę, szłam na górę niecałą godzinę. Zamiast niecałych trzech. Ale i tak ufajdałam się jak prosiątko w błocie. To jednak lepiej, że szłam w starych butach. Przynajmniej nie było ich tak żal. A spodnie uwaliłam od góry do dołu.

Doszłam na miejsce koło wpół do piątej. Moja podróż trwała pół doby. Tylko dwanaście godzin. Następnie wpadłam w gościnne objęcia, zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy i zjadłam crupety na słodko i słono. I tak już pozostałam pod urokiem miejsca aż do poniedziałku.

W międzyczasie dowiedziałam się, że jestem dziwna. Zresztą, do jakiego wniosku można dojść, jeśli bierzesz cudzy aparat, a tam na tysiąc zdjęć jest dziewięćset dziewięćdziesiąt samego jedzenia? No ja nie wiem.

I to wieczorne pytanie, niosące w sobie więcej niż odrobinę wariactwa. Nie wiedziałam, co przyniesie mi los.

 

Rozdział 2. Się dzieje.

Im grubszy tort, tym głębiej odcisnąć trzeba twarz.

Właśnie tak bym podsumowała kolejny dzień. Mogłam zjeść przygotowane przez B. śniadanko (kanapki z masłem, serem, pomidorem, ogórkiem, cebulką i pieprzem, czyli thanks God, I’m a woman!) i wziąć się do roboty. Na drugie śniadanie miałam racuchy z wielką gębą, namalowaną bitą śmietaną. Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm!!!!

Robiliśmy pranie. To nie jest takie proste, biorąc pod uwagę brak stałego dostępu do prądu. Niezbędny jest agregat, mała praleczka do wirowania, dwie balie do płukania i silne ciała do wyżymania pościeli. Jestem prawie jak Strongman po takim fitnessie. I można pobiegać boso po trawie.

A na obiad pizza z pieca. Kaflowego. Z całą masą różnych dodatków,  z podwójną porcją sera i z radością. Ludzie, jak można się tak obżerać. Siekierą nie była krojona, ale przyznacie, że to całkiem niezły pomysł na zdjęcie. Niczym z gospody. Zjedliśmy jeszcze po dwa takie kawałki i się skończyło.

Po kolejnej porcji solidnej pracy przy różnych elementach wyposażenia, przyszła pora na posiłek. Czyli sałatkę owocową. Pomarańcza, banan, jabłko, rodzynki, nektarynka, sok z cytryny…  A potem wysiłek został okupiony najpiękniejszym zachodem słońca, jaki tego dnia mógł być na całym świecie. Zachód doprawiony kiełbasą z ogniska i bułeczkami drożdżowymi z pieca.

Ile tematów potraficie poruszyć, gapiąc się w ogień?

A ile, jeśli do tego słyszycie T.Love, R.E.M. i szkocką muzykę na przemian z Kazikiem? ;)

Rozdz. 3. Never ending story

Rano zdążyłam się spóźnić dwadzieścia minut. Przez cały dzień musiałam je nadrabiać i odrabiać. Spokojnie, tylko spokojnie. :)

Ten dzień się nie chciał skończyć. Tak jakby mógł to być jedyny w swoim rodzaju dzień. Tak jakby jutro nie nadchodziło nigdy, a czas dawno już przestał mieć znaczenie.

Taj, jakbym ja sama bardzo nie chciała jego końca.

I never made promises lightly
And there have been some that I’ve broken
But I swear in the days still left
We’ll walk in the fields of gold

Po prostu. Zwyczajnie, bez żadnego zastanawiania się, oceniania, dobierania słów. Są chwile,  które przepadają bezpowrotnie, jeśli ich nie wykorzystamy. Są chwile, w których zwycięża piękna prostota. Na przykład robienie przez godzinę czy dwie zdjęć z długim czasem naświetlania. Słuchanie meczu w radiowej Jedynce. Oblewanie się wodą w wielki upał. Albo opowiadanie i słuchanie bajek o jeżu. Bo się akurat napatoczył do historii o królewnie. Albo spanie na niewygodnym łóżku i przewracanie się z boku na bok. Proste? Jeszcze nic nie było aż tak proste i bez drugiego dna. That’s a kind of magic!

A na dokładkę napiszę tylko, że zwykły olej roślinny czy zapalniczka mogą mieć wiele zastosowań, o których wcześniej nie wiedziałam. Albo z których nie zdawałam sobie sprawy. ;)

Ten dzień był tak cudowny, wesoły, pełen muzyki, żartów, głupich pomysłów i całkiem niegłupich realizacji, że piętnasty czerwca nie ma już innych znaczeń, jak tylko to jedno. Prostota. Bliskość czegoś nieznanego, choć niezwykle pięknego. Gapienie się w rozgwieżdżone niebo. Robienie tego, co do mnie należy i satysfakcja, że coś potrafię. Pomimo zmęczenia totalnego.

Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym.
Daleko, tak daleko… Jesteś tak daleko ode mnie, czasami jednak blisko tak.

Rozdział 4. Coraz bliżej nieba z dnia na dzień.

Pomimo wszystko, a szczególnie pomimo krótkiego czasu snu, tym razem zdążyłam na czas. Pewnie dlatego, że nie miałam daleko i obudził mnie mój budzik. Którego przez długi czas nie mogłam zlokalizować. A darł się jak szalony. Pewnie obudził też wszystkich innych, którzy planowali wstać bliżej dziesiątej, a nie siódmej.

Uczyłam się rozpalać w piecu kaflowym. To nie jest takie proste, jak rozpalanie w kominku. Tu niezbędna jest technika i wyczucie. I nawet zrobiłam placki ziemniaczane. Ja, która prawdopodobnie nigdy w życiu nie robiłam sama takich zwykłych placków. Na studiach dodawałam całą masę różnych rzeczy, typu marchewka, cukinia, czerwona cebulka. A tu masz babo placek ;)

I znów jadłam racuchy i sałatkę. Teraz nawet ze świeżym ananasem! I kto tu mówi, że ja wymyślam dziwne rzeczy? Ananas to zupełnie nie był mój pomysł. Ani troszeczkę. Ale nie narzekam, bo to było genialne. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem i doceniać własną pracę.

We’ll forget the sun in his jealous sky
As we lie in the fields of gold

Człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony. Kiedy mogę sobie posłuchać Trójki do śniadania, albo podskoczyć ze trzy razy do taktu muzyki, drąc się przy tym na całe gardło, bo i tak nikt nie słyszy. Andrusowa piosenka Glanki i pacyfki idealnie się do tego celu nadaje. Podobnie jak Listy ze świata i Muzyka bez granic. To nic, że jest mnóstwo roboty. Śpiewając, wszystko idzie szybciej.

A wieczorem można znów wybiec na zachód słońca, pogadać z panami od huskych, którzy wrócili z oglądania meczu na Miziowej, podłożyć do pieca i poczuć, ile jeszcze tajemnic kryje się w ciszy. Zasnąć tak bardzo szczęśliwa, że to przekracza granice rozsądku i innych wymysłów. Nucić pod nosem But I feel tomorrow I’ll be crying z Kinga Crimsona (Epitah). I wiedzieć, że następnego dnia będzie ciężko powstrzymać łzy, zaciskając mocno usta.

Bo chociaż jestem silna, to przecież jestem tylko kobietą.

Magia ciągnie, zniewala, odrealnia, każe zgłębiać nieistniejące zakamarki duszy. Składa się na to obecność szczególnych Osób, szczególnych splotów wydarzeń i tej szczególnej optyki, płynącej z innego świata.

Rozdz. 5. Jeszcze chwilę tu pobędę…

Tak bardzo nie chciałam wychodzić w ten poniedziałek. I pomimo zakazu robienia czegokolwiek (Ty już dziś nie pracujesz), chciałam zrobić wszystko, żeby te chwile się nie kończyły. Na śniadanie wielka porcja sałatki z ananasem i racuchy. Gdybym robiła je sama, pewnie wcale by mi nie smakowały.

Zrobiłabym niemal wszystko, żeby nie wychodzić na zewnątrz na ten szaleńczy upał. Ale wyszłam. I dojechałam do Bielska ze Słowakiem, który opowiadał mi o swoim życiu. Jak wysiadłam od niego, przesiadłam się do przemiłego starszego kierowcy TIRa, który miał niesamowite historie do opowiedzenia. Sporo jeździł po Europie, to sporo widział i słyszał. Kocham takie rozmowy!

Kolejna przesiadka w Katowicach. A potem w Krakowie, z dodatkowymi tobołami. Sprzedawca w sklepie z butami rozpoznał mnie w drzwiach, kwestię butów mieliśmy obgadaną przez telefon. Przy okazji zainwestowałam w nową latarkę. A w księgarni nabyłam drogą kupna rozmówki polsko-słowackie.

Hej.

I po północy dojechałam do domu. Kierowca autobusu obudził mnie na dworcu pytaniem, czy jadę z nim dalej. Spałam jak kamień!

Dziś  w ramach relaksu popołudniowego wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę z Tomkiem i Aneko. Odwiedziliśmy P., wygłaskaliśmy jego ogromne psy i wróciliśmy lasem. Piękna wycieczka. I już nie było tak gorąco.

Ale to by już było w post scriptum. W niedzielę znów jadę. W drugą stronę Polski tym razem. Na dużo dłużej. Jak wszystko pójdzie dobrze, a na pewno pójdzie dobrze, za miesiąc znów będę w Beskidach wieczorami gapić się w rozgwieżdżone niebo i marzyć o tym, co najpiękniejsze.

Bo w ciągu dnia nie ma czasu na takie sentymenty. ;)

Zytka ver. BETA

Jestem w dość wariackim nastroju. Proszę dziś na mnie uważać. A najlepiej obejrzeć i posłuchać razem ze mną Carlosa Lázzari. Potem ubrać odpowiednio elegancką wersję stroju męską lub damską i zatańczyć tango <klik>!

Dzieckiem szklarza nie jestem, także kiedy ktoś ogląda film, staram się nie wchodzić w sam środek telewizora. A jeśli ogląda mecz Włochy – Hiszpania, to sama się przenoszę z laptopem, żeby widzieć lepiej. Dziś nawet Maciej Orłoś w Teleexpressie zauważył, że ten mecz z miłą chęcią obejrzą kobiety. W końcu sporo przystojnych mężczyzn w jednym miejscu to jest niezła okazja. :D

Mistrzem komputerowym też nie zostałam stworzona, jako że narodziłam się jeszcze w starych, dobrych czasach. W owych dniach posiadanie komputera wiązało się z pracą naukową i bieganiem po wielkim pokoju w oczekiwaniu na podziurawione karteczki, wypluwane nieśpiesznie przez maszyny.

That’s the way you move me, darling.

Idąc dalej tym tropem, chciałam tylko napisać, że coś elegancko popsułam w przeglądarce i mimo aktualizacji, widać wielkie NIC. To już tryb awaryjny w InternetExplorerze 1.0 musiał lepiej wyglądać, bo przynajmniej coś tam się pewnie pokazywało.

And my soul
Lights up when you’re there

Ale nic to, jak już psuć, to na całego. Jestem teraz superbezpieczna w internecie, bo jeśli go [internetu] nie będę używać, nic się nie przedostanie do światowej pajęczny. Pliki się od dawien dawna nie pobierają, czyli wirusa nie ściągnę. Strony się nie chcą przekierowywać, więc na żadną podróbę strony też nie trafię. Obrazki się nie pokazują, więc wszystko ładuje się w tempie odrzutowca najwyższej klasy. Tyle, że nic nie widać, poza plain text.

Zainstalowałam najnowszą wersję przeglądarki. Zrobiła update FlashPlayera i Javy. Jakby tylko się dało, z chęcią kliknęłabym w ustawienia domyślne albo fabryczne. Ale ich nie widzę.

I stole a rose in the Garden of Eden.

I zdradziłam ulubioną przeglądarkę na rzecz mniej ulubionej, ale sprawnej.

W dowód wdzięczności, że widzę wyraźnie nie tylko mecz, ale i coś na monitorze, chciałabym pokazać Wam Kogoś Szczególnego. Kogoś, dzięki komu wiem, że mam obie ręce sprawne w nadgarstkach i nogi w całości przy kostkach. Temu stworzeniu internet nie jest do niczego potrzebny. Mogę się założyć, że nawet z jego istnienia nie zdaje sobie sprawy. I dobrze. Tak powinno być, darling.

Koleżanka sprawdza codziennie, czy może jednak coś się zmieniło w budowie układu kostnego mojego ciała. I czy na pewno mam palce na swoim miejscu, a buty smakują tak samo, jak dzień wcześniej. Niezmiernie mi pomaga we wszystkim, co robię na dworze. Kiedy robiłam zdjęcia, szłam po czosnek do ogródka czy wychodziłam do sklepu, ona była przy mnie. Mówię Wam, nikt inny nie potrafi wynieść tak daleko butów albo tak dokładnie obgryźć sznurówek.

Genialne stworzenie z oczami o nazwie „Ja nic nie zrobiłam. Samo się zrobiło!”. I takie ogromne spojrzenie zdumionych  oczu, że jak wpadnie się do miski z wodą, to sierść będzie mokra. Jedno wiem na pewno: ona wie i rozumie dużo więcej, niż próbuje udawać, że wie. Szczególnie kiedy chodzi o zaprzestanie skakania po nogach i wieszania się zębami na spodniach. Świetna zabawa, tylko ludziom się szybciej nudzi, niż jej.

So unpretentious
Joyful and fine

A na koniec chciałabym zaproponować Wam ćwiczenie logopedyczne. Doskonałe, kiedy chcecie szybko załatwić sprawę w urzędzie, ale pani urzędniczka nie jest zainteresowana ewentualną obsługą petenta zza okienka. Myślę, że jeśli w tym tempie wypowiecie swoją prośbę, to ktoś zwróci na Was uwagę. Jeśli nie panienka z okienka, to może ochrona?

Zadanie bojowe:  śpiewanie na głosy razem z The Chieftains. Od początku do końca. Tylko się nie poplujcie za bardzo.

Wasza, oddana jak zawsze, Zytka.

 

* Cytaty z pięknej piosenki Jehro Stolen Rose.

PS. W TV pojawił się program W obliczu śmierci – GOPR.  To był ostatni odcinek drugiego sezonu. Drugi sezon? A ja nic nie wiem nawet o pierwszym! Byłam mocno zdumiona, widząc znajome twarze. Halę Miziową zimą i te wielkie zaspy śniegu, które przecież nie są niczym szczególnym zimą w górach. I widząc pieska, którego chciałam zobaczyć już od ponad roku, a ciągle nie było okazji.

Zajęcie po meczu – obejrzeć sobie na ipla <klik!> inne odcinki. Może znajdę jakieś inne znajome twarze Dobrych Ludzi, którzy ogromnie mi pomogli skończyć studia z oceną dobrą, zgadzając się pogadać ze mną o swojej pracy i miłości do gór? Kurczę, jakbym wiedziała, że miałam do czynienia z gwiazdami serialu dokumentalnego, to przecież ostatnio wzięłabym sobie autograf, zamiast paragonu za nocleg!

Tak czy inaczej, bardzo serdecznie pozdrawiam Panów Ratowników. I mam nadzieję, do szybkiego zobaczenia. Obym nie wystąpiła w kolejnym sezonie w roli ofiary.

Znalazłam swój dom

A jeśli dom będę miał,
To będzie bukowy koniecznie,
Pachnący i słoneczny.
Wieczorem usiądę – wiatr gra,
A zegar na ścianie gwarzy.

Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem,
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

Wolna Grupa Bukowina – Sielanka o domu
http://www.youtube.com/watch?v=0FYHeS52VYY

O jedzeniu (piękna tragedia)

Bo dawno nie było takiego tradycyjnego wpisu z jedzeniem.

Tym razem w górach coś mi nie wyszło. Napiszę o tym, chociaż podchodzi to raczej pod kodeks i nieumyślne podpalenie, niż pod arcydzieło sztuki kulinarnej. Jestem tylko człowiekiem. A skoro czasem mnie coś się nie uda, to znaczy, że jeszcze w cyborga się nie zamieniłam.

TA DA DAM!

<ciężka, zakurzona, pluszowa kurtyna idzie w górę>

Tak wyglądała tortilla pszenna po minucie w mikrofalówce. A może nieco dłużej to trwało, niż  minuta. Zaczęło się niewinnie. Na ten wyjazd wzięłam ze sobą tylko to, co dało się przygotować w czasie do pięciu minut. Kuskus, chiński makaron, tortillę,  dania do smażenia na patelni i takie tam inne, podobnego kalibru.

Jednego dnia rano pomyślałam, że skoro mam tortillę, to zapakuję do niej szyneczkę suszoną, ser żółty, serek biały, sałatę lodową, pomidorki koktajlowe (tak, tak, bez żartów, wszytko to miałam ze sobą).  Posypię hojnie suszonym lubczykiem, mielonym kolorowym pieprzem i solą morską (ekhm, młynek też wzięłam). Zawinę, wpakuję do pudełka i jak wyjmę, wykończona wędrówką, to na pewno na długo zapamiętam rozkoszny smak.

Żeby łatwiej zwijać, włożyłam suchą tortillę do mikrofalówki. Pamiętajcie, że nie każda mikrofalówka ma taką moc, jak Wasza. A jak nie macie, to też pamiętajcie na przyszłość. Akurat zagadałam się (no chwilkę, nie jakoś długo!) o spodniach sportowych. Uczestnicy dramatu rozeszli się w swoje strony. Odwróciłam się, a tu kuchnia cała w dymie. Nic się nie paliło. To tylko tortilla była dobrze podgrzana.

Nie udało się uniknąć wietrzenia całego budynku. Ciekawe, zapachy rozchodziły się tam błyskawicznie. Po jakiś 30 sekundach wpadł z powrotem do kuchni mój interlokutor i pyta, co się dzieje i skąd taki dym. Patrzy na mnie, a ja leżę na parapecie ze śmiechu i nie mogę się opanować, żeby spokojnie odpowiedzieć. Musiałam się spazmatycznie śmiać, bo chyba się wystraszył, że wpadłam w histerię albo ‚Bógwico’.

Odeszła mi ochota na eksperymenty. Kolejną tortillę podgrzewałam na patelni. Ograniczyłam się do sera żółtego i pieprzu. Coś jak w tym wpisie z tortillą serową i bazylią (nr3). Bazylia na wysokości tysiąc trzysta metrów n.p.m. to jednak byłoby już  mocne przegięcie.

Ale żeby nie dramatyzować, jadłam też mnóstwo dobrych rzeczy. I każdą z nich zrobił ktoś zupełnie inny.

Racuchy na Krawców Wierch. Były boskie. Z rodzynkami, trzema rodzajami dżemu (tylko wybrani mają ten przywilej, sorry). Smażone special for me. Zresztą, wszystko w bacówce jest przygotowywane specjalnie z myślą o turystach. Nie ma tam prądu, na piwo z lodówki nie liczcie i głupio nie pytajcie, czy będzie.

Ale racuchy to jest to. Poszłam tam specjalnie z Miziowej tylko po to, żeby je spróbować. I się zaczęła moja beskidzka przygoda na Krawculi. Zachód słońca. Pomidorowa ze świeżym lubczykiem. Ziemniaki z koperkiem. Dym z ogniska. Kiełbasa. Zapach lasu i ziemi. Herbata z sokiem malinowym imbirem, cynamonem, cytryną, goździkami. Łazanki z mięskiem i pieczarkami. Jajecznica na kiełbasce z przyprawami. Mogę wymieniać w nieskończoność. Przemili ludzie tam pracują. A gotują tak świetnie, że ja powinnam wszystkie swoje pomysły schować głęboko do szuflady i się z nimi nie pokazywać nigdy przenigdy.

Nie jest sztuką zrobić dobry obiad, kiedy dookoła kilka dobrze zaopatrzonych sklepów, wszystko świeże i na wyciągnięcie ręki. Sztuką jest ugotować taki obiad w górach! Biję pokłony przed Bartkiem i Anią. Już tęsknię za tą radością, otwartością i smakowaniem magii życia.

Ja i moja przypalona tortilla kontra racuchy i pomidorowa. Przegrywam z kretesem.

A na deser piszinger galicyjski z imprezy zamkniętej, na której się wyciszałam do rana. Wafle z masą kajmakową, gotowaną dwa dni na piecu. Nie zrobić zdjęcia, toż to grzech. Ale kto by się przejmował jakością zdjęcia, skoro to jest tak pyszne, że chce się zjeść całe bez krojenia!

Na wieki bądź błogosławiona Mamo jednej z dziewczyn za to, że zrobiłaś takie cudo. Amen.

W górach wszystko smakuje inaczej.

PS. Chcecie przepis na racuchy? Zaczyna się tak: mleko – 0,6 litra. Mąka – ile zabierze… :)