Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.

I feel good

Będzie krótko. Ale na każdy temat.

1. Awokado doskonale smakuje, kiedy najpierw wrzuci się je do wypchanego plecaka, wozi ze sobą trzy dni, a potem zje. Z zapiekaną polentą, szynką długodjrzewającą, grzankami z bułeczki, sałatą lodową, pomidorkami koktajlowymi. Tak. Zdjęcie kiedy indziej. Sorry Gregory. ;)

Edit: oto i zdjęcie. Voilà!


2. Na pustym szlaku niesamowite szlagiery przychodzą do głowy. I nikt nie marudzi, że śpiewam na głosy Budkę Suflera, The Cardigans, SDM, Stinga i tak dalej. Ktoś umie gwizdać i potrafi mnie nauczyć? :D

3. Katowice może i będą piękne, ale szybkie bieganie z wywieszonym jęzorem i plecakiem większym ode mnie nie jest moją specjalnością. Wole proste rozwiązania. Na dworcu jest przechowalnia bagażu, bok peronu 1. 9zł duża skrytka. Niby mała 6 zł, ale żadnej małej nie było.

I tak spóźniłam się na pociąg o trzy minuty. Wszystkie inne były spóżnione po pół godziny. Ten jeden nie. Opalanie się na dworcu w towarzystwie panów robotników, wiercących dziurę pod ławkę przy peronie obok zajęło mi półtorej godziny do kolejnego pociągu. Tez wyjechał o czasie, ale zaraz za Katowicami już miał pół godziny spóźnienia. Przypadek?

4. Jazda quadem to naprawdę genialny pomysł, kiedy ma się taki plecak jak ja. Albo będę musiała się ograniczać, albo nie łączyć pracy z przyjemnościami odpoczynku w górach. Inaczej następny raz może być moim ostatnim. Chyba, że znów trafi się dobra dusza, która nie dość, że wywiezie mnie i plecak, to jeszcze wniesie go do pokoju na górę. Ech, za dobrze mi tutaj ;)

Taka zabaweczka, nie? :P

Co do samej jazdy, było to przeżycie podwójnie ekstremalne. Przy bardziej stromych odcinkach zamykałam oczy. Ale jak się jedzie z człowiekiem, który się na tym zna, to nic złgo zdarzyć się nie może. Żyję!

5. W Beskidach jest śnieg. Błoto też wróciło, odkąd ostatni raz tu nocowałam. Czyli wszystko w normie. Najlepsze buty to kalosze z protektorem. Okulary też się przydają. I oczywiście w środku tygodnia spotkanie żywej duszy na szlaku graniczy z cudem. Jak już spotkałam, to gadaliśmy z pół godziny. O błocie, górach, schroniskach. Czas się nie liczy, słońce zachodzi późno…

6. Makaron z Lidla o nazwie Stir-Fry Noodles (jakoś tak) jest szczytem moich możliwości, kiedy wracam po kilkugodzinnej wyciecze i marzę o czymś ciepłym. Chleb nie zdaje tu egzaminu. A makaron zdaje.

7. Widziałam krokusy!

8. Miejsce, w którym mężczyźni sprzątają, gotują, dbają o wszystko… Pisałam o tym niemal na samym początku. I ten słodki zapach wiatru, który niesie ze sobą wspomnienia minionych dni… Przeszywa ubranie, ciało, a nawet duszę. Problemy znikają. Albo są takie malutkie i dalekie, że nijak nie idzie się nimi przejmować.

Dziękuję Wam za komentarze. Znikam, bo siedzę już za długo na komputerze, a nie wypada się tak rozsiadać. Ale tu jest tak ciepło i dobrze. Nie mam ochoty wychodzić.

A może by tak iść coś zjeść? :)

Niosą w dłoniach gałązki oliwne i rozdają za darmo nadzieję

Marek Niedźwiedzki przypomniał dziś Piwnicę Pod Baranami z 2003 roku. Chory krajobraz, horyzont mdły pełznie jak kobra gryzący dym. Do aniołów strzelają myśliwi. Czy i ja czasem nie strzelam samobója swoim marzeniom, zanim chociaż skończą rozgrzewkę przed decydującym starciem?

Może tym razem nie. Zrobić coś dla siebie, dla swoich marzeń, planów i swojej nadziei. Przynieść sobie gałązkę oliwną, zupełnie za darmo nasycić się spokojem w niepokoju. Odczuć brak czasu i plan tylko na teraz. Zrzucić wszystkie złudne wyobrażenia, że będzie pięknie, lekko i przyjemnie. Będzie… zupełnie inaczej. Może nawet zamilknę na dłużej, kąpiąc się (cha cha, idealnie dopasowane słowo) w tym cholernie innym życiu.

Piłki kopać nie umiem, więc do rządu się nie nadaję. Ale góry są mi bliższe. Zobaczymy, o ile bliższe, a o ile dalsze?

Do aniołów strzelają myśliwi,
Aż od krwi pociemniało słońce.
(…)
A nad miastem kołują najniżej aniołowie
Strąceni pod ziemię…
Niosą w dłoniach gałązki oliwne
I rozdają za darmo nadzieję
Małe skrzydła chcą ludziom przypinać,
Białe lilie i szaty błyszczące.

Może moją modlitwą stanie się jedno zdanie. Panie Boże, daj mi miej błota, a więcej wody w studni; mniej pośpiechu, a więcej radości.

Może sobie wymodlę tę prostotę, która czai się gdzieś za rogiem, a ja nie mogę jej dogonić, bo nie da się dojść jako pierwszy, jeśli idziesz ciągle po czyichś śladach.

Amen.

Inspiracje

Jeśli czegoś nie napisał Ch. M. Schulz, to znaczy, że to nie istnieje ;)

Kupiłam dziś mrożone truskawki. Co za zapach! Co za smak! W sklepach można kupić świeże truskawki, ale poza obłędnym zapachem i kolorem, mają całą masę pestycydów i zero smaku. Dziękuję bardzo. Ja chcę lato.

Ale kupiłam też sznurówki do butów górskich. Jedną parę. Spójrzcie tylko:

Sześć końcówek. Nie wiedziałam do dziś, że jedna para to trzy sztuki. Reklamować nie będę. Czasem taka jedna sznurówka ratuje zapięcie plecaka, rozwaloną kurtkę czy życie. Inspirujący zakup.

Dobrze mieć zaimpregnowane i wymyte buty. A do tego spakowany plecak. Czuję się dużo lepiej, kiedy wiem, że w każdej chwili biorę gotowy zestaw i wychodzę na pociąg albo autobus. Kilka koszulek, spodnie, ciepłe skarpety, polar, folia NRC, niewielka apteczka, chińskie zupki i czekolady… A plecak znów ciężki jak głaz. Złośliwość rzeczy martwych. A wszystko mi jest potrzebne!

Hej góry, nase góry! Hej góry i doliny!

A Ty – masz czyste buty?

(Chwila przerwy na sprawdzenie. Minuta ciszy dla uczczenia czystych i zadumania się nad brudnymi.)

Buty stop.

Kuchnia play.

Jeśli uważacie, że współczesna kuchnia jest trudna i wymaga wielu umiejętności, spróbujcie zrobić babkę czekoladową według przepisu z Kuchni warszawskiej z 1961 roku. I dopiero wtedy narzekajcie.

Babka czekoladowa

  • 30 żółtek
  • 10 dkg tartej czekolady
  • 12 dkg cukru
  • 25 dkg mąki pszennej
  • 15 dkg drożdży

 

Żółtka z czekoladą ubijać łyżką przez 1/2 godz., a następnie wsypać cukier i mąkę i w dalszym ciągu ubijać przez 1/2 godz. wlać rozrobione gęste drożdże i jeszcze ubijać 1/2 godz. Wylać do formy wysmarowanej masłem i wysypanej bułeczką do 1/3 wysokości, a gdy podrośnie dwukrotnie, wstawić do gorącego pieca na godzinę. Po wyjęciu z pieca wyjąć gorącą babkę z formy i ułożyć na czymś miękkim (często obracając, żeby babka nie zależała się na jedną stronę).

Mgr Jan Dziurlikowski, Babka czekoladowa, [w:] Kuchnia warszawska. Praca zbiorowa. Wydawnictwo Przemysłu Lekkiego i Spożywczego, Warszawa 1961. Str. 397.

 

Trzydzieści żółtek to tyle co nic, prawda? Dziś świat krzyczy, żeby unikać jajek, a żółtek w szczególności. Co to jest takie 30  żółtek dla prawdziwej kucharki. Pestka. Już widzę, jak wyciągacie ze spiżarni jajka i wcale się nie zastanawiacie, co potem zrobić z taką ilością białek. Zróbcie suflet dla wojska. Albo superwielki omlet.

Zachęcił Was ten przepis? Z wielką przyjemnością popatrzę, jak ktoś się męczy przez półtorej godziny i ubija ciasto łyżką. Trudno się dziwić, że ta książka zaleca dorosłym kobietą dietę 2 800 kcal. Jakbym ubijała przez dziewięćdziesąt minut ciasto, to pewnie spaliałbym tyle kalorii, że należałaby mi się cała babka czekoladowa w nagrodę. Żadne fitness nie jest potrzebne, wystarczy stosować się do przepisów.

Swoją drogą, ciekawe, że dawniej ludzie pisali dkg jako dekagram, a dziś spotykam często formę dag. Wolę tę pierwszą.

 

PS. Korzystacie z Pinterest.com? Ja zaczęłam się tym interesować, kiedy na wielu blogach kulinarnych, które czytam, zaczęły pojawiać się czerwone znaczki P. To jest niesamowite źródło pomysłów na każdą okazję. O ile na blogach szukam przepisów, o tyle na Pinterest szukam pomysłów na podanie tych dań.

Prosty przykład. Jajko sadzone ;)

  • Można kupić w wielu sklepach silikonowe foremki do smażenia jajek. Ja jajek sadzonych akurat nie lubię, ale  pomysły mają to do siebie, że można je modyfikować i wykorzystać do czegoś innego – crumpetów, omletów, placuszków, racuchów.
  • Jeśli nie chcecie kupować jednej foremki za kilkanaście złotych, możecie skorzystać z własnoręcznie zrobionych i całkowicie jadalnych. Znalazłam u Ashley Velchek pinezkę z  Flower Power Eggs. Po prostu pokrójcie paprykę w poprzek i wbijcie jajko. Ge-nial-ne!
  • U tej samej kobiety znalazłam też pomysł na sadzone w… muffinkowych foremkach. Służą jako wypełnienie typowych bułeczek śniadaniowych. Na pewno się sprawdzą, jeśli będziecie mieć hordy gości na Wielkanoc albo jesteście szalonymi fanami jajek sadzonych. Można je mrozić…
  • A dla takich wybrzydzających, jak ja, jest słodka wersja i zamiast jajek, wychodzą ciastka. Znalezione u Leah Hayes.

Doświadcz rzeczywistości! Wynurz się! :) Zwykła reklama, a tyle radości.

 

    Jesteś, ale nigdy Cię nie było

    Jak zwykle, jestem w trakcie czytania kilku książek naraz. Między czytaniem książek szukam sobie sensownego zajęcia, które przynosi pieniądze i satysfakcję. O czytaniu przepisów nie wspomnę, bo nawet mnie to jakoś nie ciągnie ostatnio. Zbrzydło mi, czy coś.

    Skończyłam czytać „Przyślę Panu list i klucz”, na biurku leży Gałczyński i „Jeżynowe wino” J. Harris. O tym piszę, piszę i skończyć nie mogę. Na łóżku „Zaufanie” profesora Sztompki, gdzieś tam rzucony „Wieczór” Susan Minot. I od dwóch tygodni czytam kilka stron tekstu o odczuwaniu czasu w górach. Od Bożego Narodzenia sięgam też po „Proroka” Khalil Gibrana, ale on nie nadaje się do czytania jednym ciągiem. Uff. A może frytki do tego?

    Ale teraz się już nie poddałam i przeczytałam o tych górach, chociaż bardzo nie lubię czytać tekstu na ekranie. Właśnie kiedy skończyłam, pomyślałam: „Zytka, mogłaś to już dawno wydrukować!”. Mogłam. Too late, miss Zytka. Too late. W każdym razie, wniosek widzicie w temacie. Mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, tylko jak kończy.

    Może jednak zacznę od początku. Kto, co, gdzie, kiedy, dlaczego.

    • Kto & Co: Manuel Schneider, Time at High Altitude: Experiencing Time on the Roof of the World (Czas na dużej wysokości: doświadczanie czasu na Dachu Świata).
    • Gdzie: Akcja rozgrywa się na Dachu Świata. Czyli w górach powyżej 8 tysięcy metrów, jak to elegancko precyzuje autor na dzień dobry. Dobrze wiedzieć, że nic tu się nie zmieniło, odkąd uczyli mnie geografii.
    • Kiedy: Rzecz dzieje się podczas wyprawy. Jak również przed nią i po niej. Dramatyczny rozwój akcji zależy od wielu czynników.

     

    [Patrzę i oczom nie wierzę. Ja to napisałam? Miałkie, jak słaba wymówka przed pójściem na ryby, zamiast do pracy. Halo, jest tu jeszcze ktoś?]

    Pan Manuel, z brzmienia Niemiec (a pisze po angielsku, niebywałe), sam zdobył parę szczytów w swoim życiu, w tym trochę ośmiotysięczników. Liczby nie są najważniejsze, facet pisze z doświadczenia, więc można mu wierzyć. Zaczyna się dość lirycznie. „Każde miejsce ma swój czas”. Co innego w markecie, a co innego w lesie. Och (przy okazji zobaczyłam słowo-przy-którym-plącze-się-język-w-gębie: interconnectedness. I już wyszedł z niego niemiecki duch naukowca). Czas jest nierozerwanie połączony z wysokością miejsca, w którym się znajdujemy. I o tej wysokości będzie mowa.

    W żółwim tempie
    Im wyżej jesteś, tym wolniej się poruszasz. Jak na stop-kaltce. Jak powszechnie wiadomo, zmienia się ilość tlenu w powietrzu, a na ośmiu tysiącach poziom ten spada do 30 procent normalnej ilości. Słowem, ciężko jest. I paradoks robi się sam: dużo wiatru, czyli dużo powietrza, a i tak nie ma czym oddychać. Poruszasz się 100 metrów na godzinę. Wszystko zwalnia. Na Dachu Świata ruch zmierza ku zatrzymaniu, a nie ku radosnym, enegricznym podskokom. I zmienia się perspektywa. Bo na szczyt trzeba wydrapać się jak kot, na czterech łapach. Takie małe „borderline” normalnie zwykłych ludzi.

    Everybody’s changing and I don’t feel the same ;)

    STOPer w mózgu
    Weź głęboki oddech i przeczekaj. Złą pogodę. Zbyt duże ryzyko samoczynnie schodzących lawin. I najważniejsze: własną „camp fever”. Nie daj się złapać na wariackie sztuczki umysłu, który każe natychmiast zwijać obóz i biec w górę. Aklimatyzacji nie da się przyspieszyć. Na 5 tysiącach potrzebujesz co najmniej dziesięciu dni, inaczej się pochorujesz.  Łeb ci będzie pękał, stracisz apetyt i jeśli pójdziesz za szybko, możesz nie wrócić. Zaczekaj na SIEBIE. Zaczekaj na właściwy czas. Cena za pośpiech jest niemal zawsze tylko jedna. Śmierć.

    Ale to, co najpierw pomaga, potem staje się wrogiem. Powyżej granicy 5 300 metrów niezauważalnie przekraczasz cienką linię pomiędzy naturalną regeneracją organizmu a  bezpowrotną na te wysokości utratą sił. Schneider mówi: Nawet w Andach czy Himalajach nikt nie żyje na co dzień na takiej wysokości. To niemożliwe. A Ciebie czeka jeszcze jedna granica: około 7 300 metrów. Tutaj liczy się każda godzina. Nieprzypadkowo nazwano to strefą śmierci. Bez względu na to, co robisz, żeby przeżyć, z każdą chwilą Twoje ciało ulega degeneracji totalnej. Nie wspominając o psychice*.

    Tutaj czeka Cię prawdziwa praca nad sobą. Jeśli teraz znajdziesz rytm, jeśli Twój „indywidualny czas” stanie się wędrówką wgłąb siebie, masz szansę osiągnąć cel. Mimo tego, że z każdym krokiem w górę jesteś coraz bardziej samotny. Liczy się tylko tu i teraz. Ten krok. Ten oddech. To miejsce. Wszystko to, co wewnątrz Ciebie, jest dużo bardziej realne, niż nieziemskie widoki. O nich pogadamy, jak wrócisz i zrobisz spotkanie przy zdjęciach. Teraz liczy się jednak co innego.

    Kairos
    Kairos to dawniej bożek z wagą w ręku. Obecnie – szczęśliwy moment, krótkie mgnienie radości. Lub niewykorzystana szansa, która się już nie powtórzy.

    Dlatego każda wyprawa ma dwa cele: zdobyć szczyt i po prostu iść. Szczyt jest celem, droga też. Kairos, równowaga Wszechświata i Twoich dążeń zdarza się raz albo wcale. Tu wszystko musi do siebie pasować. Właściwy człowiek, we właściwym czasie, we właściwym miejscu. Jak pisze M. Schneider, nie można powiedzieć, że „zdobyło się szczyt”. Objawia się to szczególnie wtedy, gdy uda Ci się wyjść na samą górę. Natura co najwyżej pozwala Ci na to. Przyzwala i toleruje Twoją obecność. Ty jesteś tylko gościem, więc szanuj Gospodarza. Bo zostajesz tylko Ty i Góra. Świat jest daleko, a może nie ma go tam wcale.

    Coś za coś
    Tu i teraz na szczycie jest tym, do czego dążyłeś. Jest tym, czemu podporządkowałeś miesiące, a może i lata. Cel osiągnięty. Pozostało zejść na dół.

    The here and now lives off the ‘once I am up there’. Reaching the summit abruptly turns all this into the past.

    Została pustka. Przeszłość już się spełniła, teraźniejszość kurczy się do walki ze sobą, bo przed Tobą tyle samo drogi w dół, co w górę. Tyle, że sił masz dużo mniej i być może jedyną myślą jest: „Zostać tu na zawsze”. Te słowa mnie poruszyły. Niektórzy ostatkiem sił wychodzą na szczyt i tam umierają. Ale ponieważ czas ograniczony jest teraźniejszości, a w Tobie nic poza ekstazą, umrzeć na szczycie to najpiękniejsza rzecz, jaka mogła Cię spotkać: „I suppose that for them, death was very peaceful.”

    Najpierw się cieszysz, a potem nadciąga czarna chmura. Utraciłeś jedyne marzenie, jakie miałeś. Już po wszystkim. Z każdym krokiem w dół jesteś bliżej kolejnej wyprawy. You are never really up there.

     

     

    A wszystko opisała z zachwytem Zytka Maurion. Nie mam swoich doświadczeń z takich wysokich gór, ale też zdarzało mi się wychodzić na czworaka zimą. Im więcej punktów podparcia, tym lepiej.

    * Wątek strefy śmierci roztrząsany był na prawo i lewo w 1996 roku w związku z tragicznymi wyprawami na Mt Everest. Między 10 a 13 maja w wyniku nieprzewidzianych sytuacji i braku organizacji zginęło łącznie osiem osób. Powstał nawet film pt. „Into hot air”.

    Mam kilka dobrych tekstów na temat tych wydarzeń. W tym jeden, na podstawie niemal dwóch tysięcy stron różnorodnych dokumentów. Christopher Kayes analizuje po kolei każdy etap przygotowań i zdobywania szczytu. Niesamowita praca, bardzo rzetelna. Można się wiele nauczyć na cudzych błędach i wykorzystać tę wiedzę w życiu codziennym, niekoniecznie od razu planując wyprawę w Himalaje. Abstrakt tutaj.

    A gdybyście chcieli posłuchać o wspaniałym człowieku, który zwyciężył nie tylko górę, ale też siebie, PO POLSKU tym razem, wejdźcie na stronę Radia Białystok i przy wielkim kubku gorącej herbaty albo z horským Nosičkim čajem w rękach i posłuchajcie o Jerzym Truchanowiczu.

    Geografia uczuć – cz. 3

    Geografia uczuć. Wspomnienia tego, co minęło i zostawiło głęboki ślad w duszy.

    Pierwsza część tutaj.

    Druga część tutaj.

     

    2007 rok.
    Miałam kubek z Garfieldem i jadłam pizzę. Tak wynika ze zdjęć. Aha. I czytałam bardzo dużo kserówek na zajęcia. Byłam jedną z tych osób, które widząc zapisaną kartkę na chodniku, pytały: To co, kserujemy?

    Jeszcze więcej gór.

    17 czerwca.
    2:40 – Zrytka, wstawaj! -Ale ja nie chcę! – Ale sama chciałaś jechać w góry! – No to co! Ja nie wstaję.
    3:40 – Wypad z miasta. Jednak widocznie się zwlokłam z wyra. Byle się nikt do mnie nie odzywał zaraz po obudzeniu, to nawet idzie się ze mną dogadać. Na migi.
    5:30 – Zakopane. Wysiadać. Wschód słońca za nami.Łyk herbaty z termosu na rozgrzewkę i szybki spacerek do Kuźnic (wspaniała trasa na rozgrzewkę po długim siedzeniu, polecam zamiast bulenia na busa, który i tak o tej porze jeszcze nie jeździ).
    6:45 – Żółtym szlakiem do Przełęczy między Kopami.Niebieskim do Murowańca.
    8:45 – Przerwa na herbatkę i płatny wrzątek do termosu.
    9:30 -  Przerwa na zdjęcia kaczek przy Czarnym Stawie Gąsienicowym (to nie ten sam, co jest nad Morskim Okiem!). Spojrzenie na szlak, na mapę, na siebie nawzajem. Kto ma dać radę, jak nie ja.
    9:50 – Niebieskim wprost na Zawrat. Stromo było, jak to w górach. ;) Łapię się łańcucha i walę szczęką o skałę. Dobrze, że nie wszedł na mnie żaden turysta z góry. Na razie boli tylko obita szczęka.
    11: 29 – Zawrat. Zdjęcia wskazują na to, że było zimno. Siedzę owinięta w pokrowiec od plecaka. Pot zamarza na twarzy.
    12:46 – STOP! Kozice idą. To może pamiątkowe zdjęcie? Dalej znów niebieskim do Piątki.


    13:50 – Już schodzimy, a tu jeszcze tyle dnia przed nami. No to przerwa, bo właśnie zaczęło solidnie lać.
    14:55 – Na ścieżce prowadzącej do zielonego szlaku idiotka w japonkach. Bo przecież adidasy lepiej trzymać w reklamówce, żeby nie zmokły. Lot śmigłowcem – bezcenny. Na szczęście nie tym razem. Roztoka i Wodogrzmoty. Czuję stopy w butach. Przezornie nie zdejmuję traperów, żeby sprawdzić, czy dalej moje stopy tam są.
    17:40 – Już nie mogę. W ramach „odpoczynku” przejście na NAJLEPSZE NA CAŁYM ŚWIECIE oscypki na Rusinową Polanę. Teraz jesteśmy zamiast w drodze do Krakowa, w drodze do zakatowania się na śmierć. Błogosławię Banieczkę za kijki i robię zdjęcia kroplom wody, żeby myśleć o czymś przyjemniejszym, niż ile jeszcze muszę iść.
    18: 10 – Rusinowa! Krótka rozmowa z gazdą. „To jeśli Wy byliście dziś na Zawracie, to widocznie biegliście tak szybko, że nic po drodze nie widzieliście!”. Pokazujemy mu zdjęcia, że coś jednak wdzieliśmy. Zaopatrzeni w ciepłe jeszcze oscypki po 1,5 zł ruszamy w dół, bo o tej porze owce już schodzą z pastwisk, a „niedźwiadek właśnie wychodzi”. Podwozi nad jakiś litościwy facet. Nie każdy ma ochotę wąchać turystów w swoim samochodziku. Gdyby nie on, cała brudna i obolała, turlałabym się w dół. Bez względu na wszystko.
    19:30 – Mam fotografię Giewontu. Czyli, że to Zakopane. Nie mam siły liczyć, ile trwała ta wycieczka. W ogóle nie mam siły na nic.
    19:53 – Chcę być w Krakowie! Stoję przy znaku z napisem „Kraków” i trzymam się rękami słupka, żeby nie paść na gębę.
    20:00 – Dworzec. Autobus. Spać. Jeść. Pić. Spać. Jednak spać.
    00:42 – Piękne ujęcie moich stóp. W środku czerwone, na zewnątrz białe. Najważniejsze, że nie muszę już patrzeć na buty.
    00:47 – Akcja ratunkowa mojej gęby.
    01:15 – Uśmiech ratownika i zmaltretowana mina Zrytki. Hydrożel i bandaż mają sprawić, że rano wróci mi zwykły owal twarzy.

    Dwadzieścia cztery godziny od otworzenia oczu mogę je wreszcie znowu zamknąć. I obym nie musiała myśleć, czy potem wstanę. Niedziela jawi się jako dzień zbawienia. Dosłownego zbawienia.

    A piętnastego czerwca 2007 roku na Liście Przebojów Trójki królowała piosenka Closer Travis. Just need to get closer. Ale ja nie o tym. ;) Ja o Grzesiu. I o tym, że czytałam mądre książki na studia, siedząc wtulona w fotel w Empiku, popijając kawę z bitą śmietaną i słuchając po raz tysiączny tę piosenkę. Aż się Tobie wisienka, wiśnia po wiśni prześni. I pociągi!


    2008 rok.
    Ujsoły. Beskidy. Błoto! Racuchy jagodowe na Krawców Wierch. Podróżowanie stopem. Ja, jak zwykle z bandażem na jakiejś części ciała. Tym razem stopa. Czy ja zawsze muszę sobie coś uszkodzić?!

    Czereśnie prosto z drzewa. Burza. Rozwalone spodnie na kolanie. Wianki. Czuć wakacje na skórze.

    Łeba. Bałtyk. Kaczki. Wycieczka rowerowa do latarni morskiej. Wiatr. Tłumy turystów. Lato.Sztorm. Książka „Jak wspinać się na skały”. Najlepsza lektura podczas leżenia plackiem na plaży.

    Słowacja. Koktajl z kiwi. Železničná dopravná cesta. Liptovský Mikuláš. Chopok na Chopoku. Langoše! Tatry. Dětské piškoty. Nienawidzę ziemniaków.

    Zima. Boże Narodzenie. Atmosfera szczęścia rodzinnego. Zero śniegu, jak to w Święta. Pies. Figury z wytrzeszczem oczu w kościele.

    Takie słodko-gorzkie życie. Where you’re gonna sleep tonight?

    Dwa lata na dziś. Bogate lata :)

    Geografia uczuć – cz.2

    [Edit] Dziś Dzień Kota. Wszystkiego dobrego dla Prawdziwych Kotów, w tym dla siebie samej!  Zytka M.

    Część I Geografii uczuć do przeczytania tutaj.

    2004 rok.
    Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji.

    Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

    Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

    Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

    http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e
    2005 rok.
    Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

    Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.
    Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

    Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.


    2006 rok
    W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

    Czerwiec. Wianki. Marillion.

    W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

    Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

    Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

    Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

    A może nawet 28.

    Tyle. Starczy na dziś tych wspomnień. I uczuć nie do opisania.

    2004 rok.
    Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji. 

    Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

    Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

    Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

    http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e

    2005 rok.
    Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

    Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.

    Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

    Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.

    2006 rok
    W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

    Czerwiec. Wianki. Marillion.

    W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

    Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

    Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

    Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

    Who made my blue eyes blue

    Zima trzyma! Welcome to the hotel California – such a lovely place… Z chęcią bym się wybrała do takiego hotelu, najlepiej na Florydzie. Tam dziś w miejscowości Winter Heaven jest 22 stopnie powyżej zera. Niemal czterdzieści stopni różnicy! Lekkie zachmurzenie z przewagą słońca. Prawdziwy zimowy raj! Mój ciel’ ;)

    Dziś, na przekór śnieżnej pogodzie, będę myśleć o wakacjach w pełnym słońcu. O łażeniu po górach bez raków i bez nart. O ubieraniu cienkiej kurtki po wejściu na wietrzny szczyt. O chowaniu głowy przed upałem pod kapeluszem. I o plecaku, w którym dwulitrowa butelka mineralnej za chwilę przestanie tak ciążyć.

    To ciekawe, ale nie tylko ja tak mam. Kiedy jestem w górach, już na wieczór pierwszego dnia mam ochotę na Pepsi. Inni mają ochotę na Coca-Colę, co tam komu w duszy gra, ale zależność jest ta sama. Słodkie, zimne, gazowane, z kofeiną, z plastikowej butelki. Ohyda! Normalnie mogę się obyć bez tego, przejść obok i nie zauważyć w ogóle istnienia takiego napoju. Co jest? Nie widziałam żadnej reklamy związanej z górami, w której pojawiałaby się Pepsi. Nie przypominam sobie, żebym w dzieciństwie jakoś szczególnie za nią tęskniła. A tu masz babo placek. Znaczy, Pepsi. Ciągnie mnie do tego czegoś, złożonego w większości z cukru i już.

    Nie przypomnę sobie za cholerę, za żadne skarby i za nic, przed jakim filmem piłam wersję o nazwie Cino. Tak. Krótko, bo krótko, ale była i taka. Smakowała jak połączenie zwykłej Pepsi z kawą Cappucino. Stąd nazwa. Widziałam ją tylko w jednym sklepie. Może inne nie odważyły się wprowadzić jej do swojej oferty. Szkoda. Nawet ja, osoba znacząco uodporniona na takie dziwactwa, po prostu oszalałam na jej punkcie. Zachowałam etykietę, gdybym nie mogła uwierzyć, że to piłam. Niestety, to było w 2006 roku, więc etykieta zdążyła zginąć. Identyczne możecie obejrzeć tutaj.

    Za oknem zima. A tu macie zdjęcie słowackiego Ladoveho stitu. Lodowy bez lodu. Teraz to tam pewnie idzie sobie wybić wszystkie zęby przy podejściu. Ale wtedy było całkiem ciepło i wesoło.Takich klimatów się trzymajmy.

    W moich zbiorach powycieczkowych ostała się etykieta po czekoladzie. Oprawa graficzna godna zainteresowania. Zjedzona z przekonaniem, że świat stanie się weselszy, a przynajmniej humor się poprawi. Zachęcające to było, ale nie wiem, czy poza opakowaniem sugerującym zabronioną zawartość, miało to jeszcze coś wspólnego z konopiami. Zjadłam połowę opakowania. I nic. Czekolada o smaku czekolady. A jako konopny seminek czy jak toto się odmienia to oni włożyli siemię lniane albo śmieci zebrane podłogi. Serio. Chyba, że to była wersja uspokajająca i stąd brak widocznych oznak bezgranicznego szczęścia.

    To Lec powiedział, że Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady. I miał chłop rację.

    Zostaje jeszcze pytanie: Who made my blue eyes blue?

    Eric Clapton. The Who. Elton John. Limp Bizkit. Mika. REM. Willie Nelson i Shania Twain. The Cranberries. Within Temptation. Crosby, Stills & Nash. Velvet Underground. Cary Brothers. Johnny Cash! Ida Jenshus. A nawet Paul Baribeau.

    Wszyscy śpiewali o niebieskich oczach. Sprawdziłam własnym słuchem przed chwilą. Tyle zaskoczeń w jednym dniu. Skąd ja sobie przypomniałam o Pepsi Cino? I dlaczego ta czekolada mi przyszła na myśl? A skąd ja mam to wiedzieć.

    Zaczęło się od Claptona. Śpiewał i śpiewał. It was you. It was you. It was you. A chórek dośpiewywał resztę. Who put the clouds around me. Who made the tears fall down. Who broke my heart in pieces. It was you who made my blue eyes blue.

    Oryginalny teledysk niechętny do pokazania się na moim blogu, może to i lepiej. Momentami straszliwie ckliwy, jednoznacznie pełen miłości i takich tam bzdetów w stylu jazda na białym koniu i tym podobne w wykonaniu Julii Roberts i Richarda Gere. Dobrze, że chociaż na początku pokazali Claptona z gitarką.

    I wszystko się wyjaśniło. 

    Pocałunek motyla

    Wędrowiec nad morzem mgieł jest tym samym włóczęgą, co zawsze. Jak pocałunek motyla. Lekkie muśnięcie podświadomości. Impuls, że coś tam się knuje i miesza. Znak, o który nagle się potykasz i w który walisz łbem z całej siły. Niby niechcący, ale kto cię tam wie.

    Wyleźć tak wysoko w nienagannie zaprasowanym garniturze i do tego z laseczką w dłoni. Fryzura w stylu „piorun w stodołę trafił”. Jak widać, moda powraca. To, co dawniej osiągano białkiem kurzym i miodem (albo samym wiatrem i potem), dziś ludzie osiągają za pomocą past, żelów, pianek, lakierów. Teraz mówi się, że to efekt „out of bed”.

    Góry.

    Kto pierwszy szedł przed siebie
    kto pierwszy cel wyznaczył

    Grechuta wiedział, o co pytać. Cholera jasna, tylko skąd brać odpowiedzi? Jak żyć – spytał mnie w liście ktoś, kogo ja zamierzałam spytać o to samo. Wychodzę w góry. Od razu tracę oddech, bo jak zwykle spakowałam się na dwa miesiące, a nie na dwa dni. Niczym bohater Akwarium, którego Ruscy zrzucali na spadochronie na tajne misje i zawsze dostawał tyle samo jedzenia, a potem miał sobie radzić. Na WOŚPowym wyjeździe na szczęście było nas parę sztuk. Mała Ania tylko się nie popisała, bo nie dość, że nie nie robiła kanapek, to nawet ich nie jadła. Jakaś totalnie nieprzekupna była.

    Ale nie zawsze jest ktoś, kto zje razem ze mną moje zapasy. Bo inni też mają swoje pomysły i też biorą jedzenie. Dziwnym trafem, wolą wyżreć wszystko ze swojego plecaka, zamiast mi pomóc w opróżnianiu mojego. A potem trzeba znów znosić torebki glutaminianu (gotowe w trzy minuty!) na dół i liczyć, że następnym razem podstępnie upchnę komuś moje żarcie do żołądka. Niech sobie tam nosi ciężary.

    Czarny kot też powraca, niczym bumerang. Ale to już zupełnie osobny temat. Wmieszanie kota do gór, malarstwa i mgieł może się źle skończyć. No to smacznego.

    Na deser wypowiedz wyraźnie: Przygody jeża spod miasta Zgierza. Reszta posiłków we własnym zakresie.

    Modlitwa podróżnika

    Modlitwa Pana Cogito Podróżnika.

    Jak łatwo się zgubić, kiedy droga kręta, a drogowskazów brak. Jak łatwo odpuścić, kiedy sobie uświadamiam, że nie mam o co walczyć. Kiedy ideały, w które wierzyłam, okazują się mrzonkami. I kiedy po wszystkim uświadamiam sobie, że nie warto było poświęcać wszystkiego dla niczego.

    Góry. Widziały już tyle krwi, tyle dramatów, wojen i porażek. Ludzie zostawieni przez współtowarzyszy, bo albo uratuje się jeden z nich, albo żaden.  Czy można mówić o etyce w górach? Czy samo to słowo nie jest zbyt poważne, zbyt wydumane, żeby w ogóle o nim wspominać w takich chwilach? Przecież lepsze jest wrogiem dobrego. Mądrość pokoleń pokazała, że  wielkie teorie nie oddadzą sensu lepiej, niż proste zdanie starego człowieka, który przeżył całe życie w górach. Zresztą, taki człowiek nie musi nawet nic mówić. Bo milczenie jest sztuką wyższą. Ja zatrzymałam się najwyraźniej na poprzednim etapie ewolucji.

    Żebym rozumiał innych ludzi języki inne cierpienia

    Może jedyną formą pociechy jest cisza? W niej można odnaleźć i zgubić siebie po stokroć. Wojownikowi w końcu nie zależy na wygranej czy przegranej. Zależy mu tylko na stoczeniu dobrej walki. W ramach lekcji życia ubrałam dziś czarną koszulkę z czaszkami. Długo nie musiałam czekać na efekty. Ale wolałabym, żeby życie nie dawało mi aż tak wyraźnych znaków, naprawdę. Chociaż…

    a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze i bez wybaczenia

    Zostałam uwiedziona. Spadł wczoraj pierwszy śnieg. Nareszcie w ciągu dnia jest jaśniej, niż w nocy. Polska to nie biegun, nie chcę mieć nocy polarnej aż do wiosny! Rozpalanie w kominku wreszcie nabiera zimowego sensu, patrzenie w ogień przypomina poprzednie lata. Strzelanie drewna jest przytulne, a dym przywodzi na myśl dobre chwile. „U was w domu pachnie ogniskiem”. Tylko kiełbasek na kijkach brakuje ;)

    Wiecie, po co wymyśliłam sobie pisanie bloga? Jeśli macie jakieś pomysły – wpiszcie w komentarzach. Najbardziej urocze zostaną nagrodzone ;)

    To będzie wpis z największą ilością tagów, jak sądzę. Tyle spraw się złożyło, normalnie jak w harmonijce. Leżały sobie uśpione spokojnie, aż nagle ktoś podszedł, rozciągnął harmonię na boki i wszystkie się wysypały. Podsumowanie należy do Pana Żądło. Rafał z PKP nie ma dziś wiele do powiedzenia swoim cyfrowym głosem. Mnie za każdym razem się coś w żołądku przewraca, kiedy piosenka jest mniej więcej w połowie drugiej minuty (2:28 i dalej). Nieważne, czy oglądam teledysk (co za durne słowo!), czy słucham. Nie jestem człowiekiem o wielu twarzach. Maska, którą noszę, jest jedna. I jeśli mówię, to mówię to naprawdę.

    Na ukojenie tabletki ze słów Stinga:



    ——

    Głosowanie rozpoczęte! Jeśli chcesz, żebym wygrała skuter (bo na nim można jeździć nawet bez prawa jazdy), albo nowego laptopa (żebym mogła oddać Ci swojego), albo nie wiem co, to możesz się wykosztować i włożyć energię w wysłanie sms-a o treści A00241 na numer 7122. :)

    Stożek rulez

    Taki finał jest godny zapamiętania. Prawdę mówiąc, dawno nie słyszałam tylu niestworzonych historii i tak dobrze się nie bawiłam. Ze wszystkich moich Karpackich Finałów ten jest najlepszy, najbardziej beskidzki, najbardziej narciarski i dający najwięcej energii!

    Gdybym miała podsumować cały wyjazd, musiałabym przytoczyć wszystkie teksty, jakie zdążyły się pojawić i nabrać rumieńców. Kąpiel w śniegu przy użyciu borygo. Termos ci rdzewieje od środka i korek mu się też łuszczy. Krem ujędrniający dla Małej Ani, bo nikt inny się nie odważył. Znam i nie popieram. Magiczny kubeczek. Idziemy na imprezę? Stopniowanie wody: lodowata i zimniejsza. Zadzwonię do Goni, wtedy mi lepiej idzie gra! Nie pytajcie, broń Boże, skąd się wzięły te teksty i dlaczego. ;)

    Wielki Turniej Gier odbył się w wersji proporcjonalnie wielkiej do ilości turystów nocujących w schronisku. Gra w kości w Dziesięć Tysięcy i potem makao to były naprawdę emocjonujące potyczki. Bo jak tak może być, że ktoś, kto nie zna zasad, rzuca kośćmi i wygrywa? Niechcący? Szczęście początkującego!

    I mnóstwo innych spraw, które budowały atmosferę. Dodając do tego najlepszą kwaśnicę, dla której turyści przyszli specjalnie do Schroniska na Stożku, gorącą (!) atmosferę; przemiłą Panią Gospodynię i Panie pracujące w schronisku; hektolitry wypitej herbaty; mnóstwo życzliwych osób, spotkanych dzięki Orkiestrze; kanapki z ogórkiem, pomidorem, rzodkiewką, serkiem, szynką (etc etc) oraz zupę liofilizowaną i z puszki, to robi się naprawdę wesoło. Ciekawe, że dania gotowe, zazwyczaj z dużą ilością konserwantów i sodu, tym razem okazały się totalnie bez soli i pieprzu. Zdrowo, ale bez smaku. ;)

    Śnieg też dopisał. I to tak, że Kota śpiącego w namiocie elegancko przysypało, a my mieliśmy rano piękną mgłę i dużo śniegu pod nartami. Warunki były bardziej do zbierania pieniędzy do puszek, niż do jeżdżenia, bo wilgotność powietrza i ciągłe opady zachęcały i zniechęcały jednocześnie.

    Nasz Sztab składał się w sumie z sześciu osób. Kluczową rolę pełniła Mała Ania, która wytrzymała morderczą podróż wyciągiem razem z dwiema parami butów górskich. W obie strony. Dzielna dziewczyna, chociaż wiele przeszła ;) Poza tym Grubas, Bolek, Kot, Tomek i Zytka. Tak mniej więcej, bo nie liczyło się przecież, kto ma identyfikator, skoro wszyscy byliśmy razem.

    Uroczy weekend!

    Nie odpoczywaj po Sylwestrze! Zrób sobie zabawę sylwestrową tydzień później na Stożku!

    Najbardziej odlotowy, niezapomniany i szalony weekend w górach tylko 7-8 stycznia i wyłącznie z Karpackim Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy! W tym roku pomagamy maluszkom i ich mamom, zbierając na urządzenia dla ratowania życia wcześniaków oraz na zakup pomp insulinowych dla kobiet ciężarnych z cukrzycą.

    A w programie:

    SOBOTA wieczorem, od 18:00:
    - Jak wykorzystać głowę w razie problemów – pierwsza pomoc dla niewtajemniczonych w metody usta-usta;
    - wielka licytacja wszystkiego, co niezbędne w górach – mapy, koszulki WOŚP i jeszcze więcej dobra od Sponsorów! (nie zapomnijcie gotówki!);
    - niespodzianki :)
    - nocny turniej BINGO! nie tylko dla amerykańskich emerytów;
    - rozgrzewające partyjki przy dominie, Chińczyku i kartach;
    - gorąca atmosfera Schroniska PTTK Stożek gratis!
    - jeśli weźmiecie gitary i inne urządzenia grające – również koncert na wiele głosów :)

    NIEDZIELA, od rana:
    - uroczyste otwarcie orkiestrowego Sklepiku dla tych, co nie załapali się na sobotnią licytację lub chcą jeszcze bardziej się wyposażyć;
    - rozmowy z uroczymi Wolontariuszami WOŚP (całkowicie darmowe).

    Zapraszamy do polubienia WOŚPu na facebooku, w szczególności naszego wydarzenia.

    Przyjdź po swoje czerwone serduszko do nas :)

    Wolontariusze Karpackiego Finału: Beata, Monika, Karol i ja, Zytka :)

     

    Wielkie serce, Wielka Orkiestra

    7 i 8 stycznia zagra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. It’s not too late to help!

    Zapraszam serdecznie do Schroniska PTTK na Stożku. W Beskidy, a jakże. Gramy w ramach Ósmego Karpackiego Finału WOŚP. Oj, będzie się działo!

    Piszą o nas na stronie WOŚP! :)

    Więcej na
    http://www.orkiestra.e-beskidy.com/

    Tu nie ma gosposi!

    Jest takie miejsce, za górami, za lasami, gdzie wszyscy mężczyźni po sobie sprzątają bez gadania. Ale nie tak. A na pewno ci wszyscy, których tam widziałam. Siedziałam sobie za długim stołem w jadalni/sali wykładowej/świetlicy i patrzyłam, jak pewien mężczyzna, który postanowił się tam wybrać na wycieczkę, zbiera wszystkie okruszki na szmatkę i wyrzuca. Albo jak inny, z samego rana, szaleje z odkurzaczem. Bo o rąbaniu drewna czy rozpalaniu w kominku nie mówię, to w końcu męskie zajęcia :) Cud? Codzienność!

    Jakie to proste. Wystarczy wydrukować napis, nieprzypadkowo niebiesko-czerwony. I wszystko staje się prostsze.

    Jeśli ktoś nie wierzy, może się tam wybrać, przenocować, odpocząć od świata :) POI 49o32’24,1″N 19o19’00,6″E.