O tym, co ważne

Mój głos w sprawie wszelkich aktów wolności, klauzuli sumienia  i tego, co ludzie próbują nazwać, a dusza wie bez słów. Pozwolę sobie użyć słów Sándor Márai’a z jego Księgi ziół. Niech tytuł Was nie zmyli. Życie jest dużo bardziej zaskakujące, niż myślicie

Fragment pod tytułem: O tarpejskiej skale.

O TARPEJSKIEJ SKALE

Wcale nie jest pewne, że Spartanie, zrzucając z Tarpejskiej Skały dzieci o wątłym ciele, wraz z mizernymi ciałkami nie wyrzucali silnych, potężnych dusz. Zawsze kochałem wątłe dzieci; nie tylko żywiłem naturalną słabość do tak bezbronnych, małych, bladych istot, ale i respekt, a nawet pociąg. Wcale nie jest pewne, że największe wysiłki ludzkości biorą na siebie i wykonują je doskonale zbudowani zapaśnicy i nienaganni gladiatorzy, co więcej, sądzę, że chuchra też mają swoją sprawę na świecie, i być może ta ich sprawa wcale nie jest błahym zadaniem. Naturalnie, nie mówię, że mamy hodować mizeroty, mówię jedynie, żebyśmy ufali życiu, jego zamiarom względem ludzi, i uwierzyli, że istoty o wątłej posturze też mają swoją sprawę na naszym świecie. Być może życie właśnie ich wypatrzyło sobie do tak potężnych zadań, pod których ciężarem padłby gladiator. Tarpejska Skała zatem nigdy nie może być rozwiązaniem. Życie wie lepiej niż Spartanie, kogo ma zachować do współpracy, a kogo odrzucić.

Dzięki za miłość – uwaga, będzie rzewnie

Groniec. Hey. Kowalska. Paktofonika. Wieczór wspomnień. Jak to się dzieje, że wystarczy jedno spojrzenie, przypadkowe spotkanie, nazwisko przeczytane w internecie, żeby wróciły wspomnienia?

Jak to jest, że siedząc sama w domu, kiedy nikogo nie ma, wraca do mnie wszystko, co działo się przez ostatnie lata? Czyżbym tylko w takich chwilach pozwalała sobie na bycie sobą?

Czytaj dalej

Znajdź i uratuj!

Skończyłam czytać książkę o Susannah i jej suczce Puzzle. Obie pracują dla jednej z ratowniczych organzacji non-profit w Stanach, w Teksasie. Książka jest tak genialna, tak mądrze i pięknie napisana! Dawno nie spotkałam książki, dla której spędziłam noc na czytaniu.

Oczywiście niezwykłą zaletą tej książki był dla mnie jej charakter. Historia autorki, która żyje, czyli jest normalnym, namacalnym człowiekiem przemawia do mnie bardziej, niż mędrca szkiełko i oko. To znaczy, niźli wszystkie opracowania teoretyków.

Pies i człowiek. Miłość i partnerstwo.

Czytaj dalej

A ja czytam i czytam, i czytam

Tak parafrazując sobie dość dowolnie Grzesia Turnaua, i tylko Tobie zaufam, tylko Tobie uwierzę, a ja leżę i leżę, i leżę. Trochę ostatnio czytałam i to nawet na głos.

A w sumie to nie leżę, a siedzę na krześle. Tarasowym. Sama go zaolejowałam, ot tak. Pięknie teraz wygląda i nabrało takiego błysku, że aż miło. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i permanentny brak dużego stołu na użytek własny, to oto śliczne krzesło zostanie składowane w piwnicy i grzecznie doczeka następnej wiosny. Chyba, że nam się goście zwalą na głowę, o co ich serdecznie prosimy, to wtedy uroczyście je wyciągnę i będę się przechadzać dookoła.

Gości zapraszamy na naszą budowę bez jakiś szczególnych zapowiedzi. To znaczy, jeśli będą chcieli jeść chleb albo ziemniaki, to mogą przywieźć ze sobą. U nas zwykłe kartofle występują bardzo odświętnie. Tak średnio raz na miesiąc albo dwa. Jakoś makaron, kasza i inne dobra bardziej mi podchodzą.

Czytaj dalej

Zastanawiające, ile czasu trzeba, by to odkryć

Jaka jesteś, naprawdę nie wiem. Pamiętam te słowa, wypowiadane w okolicy trzeciej klasy szkoły podstawowej. Odchodziła wtedy na emeryturę pani dyrektor i miałam przyjemność zadeklamować dla niej wiersz. Mama pewnie ubrała mnie w białą, odprasowaną bluzeczkę z dopinanym kołnierzykiem (zmora dzieciństwa). Ze stresu zupełnie zapomniałam, jak wygląda dyrektorka i przez cały czas patrzyłam na jakąś inną nauczycielkę.

I teraz mam ciekawszy stres – a jaka JA jestem?

Czytaj dalej

Don’t know why… i o Eliotowskich porywach serca

…I didn’t come. :)

Jestem zafascynowana do ostatniej literki tekstu. Jestem wciągnięta, aż po najmniejszy nerw mojego ciała. Prawdziwa synestezja. Smakuję słowa, a ich muzyka nadaje rytm moim snom. Doskonale komponują się z filiżanką kawy. Albo z talerzykiem rodzynek.

Czytaj dalej

Wyznanie na miarę wieczoru (dla widzów o mocnych nerwach)

Gdybym zebrała ilość kilometrów, jaką przejechałam w ciągu ostatniego roku (liczonego od maja 2012 do końca kwietnia 2013), to mogłabym spokojnie doliczyć się dobrych kilku tysięcy. A może zahaczyłabym i o dziesięć. Ale co tam, nie o liczeniu miało być. Tak mnie tylko naszło w związku z tym, że wczoraj pojechaliśmy z Rodzicami do Krakowa, a dziś wróciliśmy. I mamy kolejne czterysta kilometrów do wpisania na listę podróżniczą.

Jestem w trakcie czytania genialnej książki. Naprawdę genialnej. Dawno nie pisałam o niczym, co czytam, a wchłonęłam sporą porcję literatury. To jest jednak na tyle wyjątkowa lektura, że jest w moim umyśle stale, odkąd po nią sięgnęłam.

Ekhm. Poczynię teraz wyznanie, które może mnie pogrążyć. Proszę być przygotowanym.

Czytaj dalej

O odwadze słów kilka

 

Odkąd chodzę często na basen, czyli od jakiegoś tygodnia, myślę na basenie o jednym facecie. Odkąd chodzę na basen = od kiedy to postanowiłam na stałe wrócić do cywilizacji, zamiast myśleć, czy mięso zeżre mi lis, a ser zjedzą myszy, i czy drewna starczy do podłożenia wieczorem do pieca.

Czytaj dalej

Even if you are far away and alone

Nawet w takiej sytuacji warto spojrzeć z góry na wszystkie sprawy. I potem przestać myśleć, przestać oceniać. Stać się.

Bo stawanie się to nie to samo, co trwanie, bycie i istnienie. To jakościowo inna kategoria, inny ogląd rzeczy.

Dawno (?) nie miałam dostępu do internetu. Nie miałam prądu stałego i oszczędzałam wodę, bo susza. Inny świat. Tu wielowiekowa tradycja przeplata się mocno z poczuciem tożsamości lokalnej, a nowoczesność jest trochę jak u Dalego. Przy okazji Dalego – czytam w bardzo wolnych chwilach książkę Luisa Buñuela. Moje ostatnie tchnienie. Rzeczywistość jest bardziej surrealistyczna, niż myślałam. Może to moje szukanie – namiętne i z pasją – była właśnie przejawem takiej wizji sprzed stu lat. Może manifest surrealistów jest częściowo mój, a mój jest częściowo ich. Podświadomie zapożyczony, związany z naturalną ewolucją świata i idei.

Pozdrawiam Was.

I uciekam pochodzić trochę po pięknym  świecie, w którym pierwszym i ostatnim widokiem każdego dnia są góry.

Nie wiem, jak o tym pisać. Tu można tylko żyć. Poznawać ludzi o twardych rękach, którzy od rana do nocy rąbią siekierą drewno na zimę, a serca mają czułe i zakochane w świecie. Mądrość ludowa łączy się z wysoko wyspecjalizowaną wiedzą. Przywiązanie do wartości, do poczucia, że słowo mówione ma największą wartość – to coś coraz rzadziej spotykane. Ile w tym prostoty, ile zaufania.

Ja już nic nie piszę.

Staję się.

Zytka.

Nie staraj się być nowoczesny. To jedyna rzecz, która – cokolwiek byś nie uczynił – niestety cię nie ominie.

Salvador Dali

I’ll send an SOS to the world

Zasypiamy na słowach
budzimy się w słowach

czasem są to łagodne
proste rzeczowniki
las albo okręt

odrywają się od nas
las odchodzi szybko
za linię horyzontu

okręt odpływa
bez śladu i przyczyny

niebezpieczne są słowa
ktore wypadły z całości
urywki zdań sentencji
początki refrenu
zapomnianego hymnu

„zbawieni będą ci którzy…”
„pamietaj abyś…”
lub „jak”
drobna i kłująca szpilka
co spajała
najpiękniejszą zgubioną
metaforę świata

trzeba śnić cierpliwie
w nadziei że treść się dopełni
że brakujące słowa
wejdą w kalekie zdania
i pewność na którą czekamy
zarzuci kotwicę

Zbigniew Herbert, Zasypiamy na słowach

 


Czy ja jeszcze potrafię, bez ogołocenia treści, napisać piękny list, do którego zajrzy się po kilku latach i powie: O, proszę, tego szukałem! Czy znajdę słowa, które z pewnością mają wiele wspólnego, a kotwica ich pewności nie pozwoli odpłynąć w nicość? Czy mogę sobie odmówić przyjemności siedzenia nad kartką papieru i pisania tego, co dla mnie ważne?

Nie wiem, czy potrafię pisać. Ale wiem, że bardzo chcę. Że za tym tęsknię. Brakuje mi naklejania znaczka, wrzucania koperty do czerwonej skrzynki, czekania na odpowiedź.

SMS-y nie oddają wszystkiego. Pozwalają na kondensację, ale zmuszają do przekazania maksimum treści w minimalnej ilości słów.  A to raczej domena inżynierów po politechnice. Nie dla mnie wzory na dwie linijki, zamiast trzech stron wyjaśnienia. Ja jestem raczej tą stroną, która zadaje przez pięć minut pytanie i uzyskuje konkretną odpowiedź złożoną z trzech wyrazów.

Moje odpowiedzi, jako człowieka i jako socjologa brzmią inaczej.

TO ZALEŻY.

To zależy, kto pyta.

I jaka jest pogoda.

I czy wiem, o czym mówię.

I czy warto poruszać temat.

I czy jest to temat, na który można dyskutować.

I czy akurat mam ochotę się uśmiechnąć i powiedzieć głośno: Mam w nosie takie problemy!.

 

To zależy, czy budzę się w słowach, czy raczej w nich zasypiam. Ja jestem bardziej z tych drugich. A Wy? Wiem, wiem. To zależy. ;)

Wojna z rzeczami (krem mascarpone)

Naleśniki z konfiturą mają przeważnie niedobry charakter. Zachowują się tchórzliwie, a zarazem podstępnie i dla głębszych spraw nie mają zrozumienia. Często płaczą (a wiadomo, że nie ma nic gorszego, niż płaczący naleśnik), a gdy się tylko odwrócić – śmieją się złośliwie. Robią też wiele nieoczekiwanych psot, które ludziom psują humor.

Leszek Kołakowski, 13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych.
Bajka: Walka z rzeczami.

Żeby naleśniki nieco przebłagać i przekabacić na naszą stronę, dodajmy do ich krnąbrnej natury trochę pysznego kremu z mascarpone. Złagodnieją, będą potulne jak baranki i w dodatku nabiorą nieznanego dotąd smaku, od którego nie będziecie chcieli się uwolnić.

Na zdjęciu widać małą ilość kremu, ale w  rzeczywistości nałożyłam go przynajmniej trzy razy tyle.  W upale trzeba postępować ostrożnie z robieniem zdjęć naleśnikom. W ich naturze nie leży długotrwałe pozowanie. A krem wychodzi albo rzadki jak sos, albo gęstszy od bitej śmietany. Wybór zależy tylko od Waszych pragnień.

Naleśniki z kremem mascarpone i owocami

 

Składniki:

  • naleśniki, na przykład z tego przepisu, z dodatkiem łyżki cukru
  • krem mascarpone
  • owoce sezonowe.

Zimne naleśniki przekładać kremem i owocami. Ozdobić miętą lub posypać cukrem pudrem lub startą czekoladą. Można polać lemon curd (przepis znajdziecie tutaj) i ozdobić świeżą miętą.

Smacznego!

Krem mascarpone

Trudność: łatwe | Czas przygotowania: 5 minut | Ilość porcji: na około 10 naleśników

Składniki na krem / sos:

  • 2 żółtka
  • 2 / 3 płaskie łyżki cukru pudru
  • 375 g / 250 g mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki 30% / 200 ml śmietany 18%
  • dodatkowo skórka z cytryny

 

Krem:

Ubić żółtka z 2 łyżkami cukru pudru, aż powstanie gęsta piana. Osobno ubić schłodzoną śmietankę kremówkę. Do żółtek dodać 375 g mascarpone (i skórkę z cytryny), zmiksować do wymieszania składników. Delikatnie dodać bitą śmietanę, lekko wymieszać. Schłodzić, przechowywać w lodówce.

Sos:

Ubić żółtka z  3 łyżkami cukru pudru, aż powstanie gęsta masa. Dodać 250 g mascarpone i 200 g śmietany 18%. Dobrze wymieszać, na końcu dodać skórkę z cytryny. Schłodzić, przechowywać w lodówce.

Ten naleśnik na przykład miał wredną naturę i nijak nie szło zrobić mu ładnego zdjęcia, chociaż krem w środku był tak dobry, że niemal weszłam z obiektywem w środek talerza.

Drogie Łakomczuchy. Co do książki Leszka Kołakowskiego, wspomnianej na początku, może da się ją jeszcze gdzieś znaleźć w antykwariatach lub na ulicznych straganach. Jeśli dokonacie tej sztuki, traficie na nią w bibliotece, na półce u przyjaciół czy sprowadzicie zza oceanu, to zajrzyjcie właśnie do bajki Wojna z rzeczami. Najbardziej kulinarna ze wszystkich. A jako, że to bajka, jest nawet morał na końcu!

:)

Jiro śni o sushi

Kto lubi dobrze zjeść, ten na pewno słyszał o filmie Jiro śni o sushi. Kto jeszcze nie był na tym niezwykłym dokumencie, ten może skorzystać jeszcze z tanich poniedziałków w Kinie Muranów lub poszukać w innych miastach również kim studyjnych albo małych, klimatycznych sal z ekranem (grają jeszcze w Warszawie, Krakowie i Katowicach na pewno).

Chciałabym tylko zacytować słowa sprzedawcy tuńczyków, od którego syn głównego bohatera kupuje codziennie świeże ryby. W wielkim stopniu może to podsumować siedemdziesięcioletni wysiłek Jiro, jaki włożył w udoskonalenie tego przysmaku.

Myśląc, że już wszystko wiesz, oszukujesz sam siebie. I wpadasz w depresję.

Jiro, mimo 80-tki na karku, uważa, że jeszcze wiele mógłby zmienić. I kocha swoją pracę ponad wszystko. Bohaterem tego dokumentu nie mógłby być nikt inny, jak tylko Japończyk.

Biję pokłony i albo spróbuję sushi u niego, w maleńkiej restauracji na 9 miejsc, gdzie trzeba rezerwować krzesełko kilka miesięcy wcześniej, albo… wcale.

 

Tak tylko cichutko

Właśnie wróciłam z filmu Nietykalni. Wybierałam się na niego od maja, ale przez ciągłe zmiany miejsc „zamieszkania” albo nie trafiałam na dobrą godzinę do większego miasta, albo już nie grali. Na szczęście dla mnie, kino Muranów jest kinem studyjnym, także tam repertuar nie zmienia się co tydzień.

Wchodząc do budynku, nie czuje się zapachu popcornu. A na sali nikt nie szeleści papierkami z chipsów.

Miałam ochotę płakać, że film się skończył. Bo poza tym, śmiałam się tak, że prawie spadłam z fotela. A przy wyjściu wszyscy się do siebie uśmiechali… To nie była cukierkowa bajka romantyczna. To był film, jakich mało. Ale za to wzbudził na twarzy uśmiech typu „banan” na długie godziny.

Magia dnia codziennego. Szaleństwo życia. Radość z prostoty. Wariactwo!

A w poniedziałek idę na Jiro śni o sushi. Czekałam na ten film od ponad roku. I w poniedziałek w Muranowie są bilety po 11 złotych. :D

 

Zytka Maurion

 

PS. To było niesamowite. Takie małe znaki od Życia, że jest ok. Wracałam autobusem 111. O 22:22. A w ciągu dnia było pewnie ze 33 stopni.

Nawet, jeśli nie myślę o jedzeniu…

… to jedzenie myśli o mnie. :)

Thanks to Aneko & Tomek!

Przy okazji – warto zobaczyć film Incepcja. Nawet, jeśli za pierwszym razem będziecie mieć wrażenie, że niewiele się tam zgadza. Może za drugim razem będę wiedzieć, skąd się wzięło coś, czego nie było. Tomek wiedział. Półkule…*

Co to dużo gadać. Film nakręcony z pomysłem, a nawet być może z użyciem czyjejś chorej wyobraźni. Zaprzęgnięto do niego nie tylko niezłych aktorów, masę efektów specjalnych, ale również imaginację najwyższych lotów. Ogląda się świetnie po trzech gofrach!

A jutro… Jutro będzie futro. Nawet dwa wielkie futra, które potrafią siedzieć, skakać, ocierać się o nogi, mruczeć i wykonywać takie akrobacje łapami, że najlepszym gimnastyczkom artystycznym żółć się wylewa z zazdrości. I to wszystko potrafią pod jednym warunkiem – jak im się akurat zachce.

Koty tak mają.

* Przy okazji półkul. :) Możecie też zobaczyć film Baby są jakieś inne. Wprawdzie ilość przekleństw na centymetr kwadratowy taśmy filmowej przekracza tam normę dziesięć razy (tak, to polski film). Ale przynajmniej jest potem nad czym myśleć. W skrócie: film drogi. Niskobudżetowy, bo obsada prawie żadna. Dwóch kolesiów jedzie samochodem i dyskutują. Wnioski widać w tytule filmu. Kurde, faceci naprawdę rozmawiają o TAKICH RZECZACH podczas jazdy samochodem?!

Głębokie wyrazy współczucia.