Hej kolęda!

A ja w sobotę zdobyłam karpia.

Wyszłam ze sklepu bez większych obrażeń, ale za to z traumą na psychice. Jak podeszłam do chłodziarki z rybami, naprawdę nie rzucając się na ludzi przede mną, to chyba ten spokój mnie uratował przed paranoją. Wzięłam sześć sztuk, a za mną słyszałam tylko „o Boże, o Boże, co za ludzie, o Boże, o Boże”. Niesamowite. Nie walczyłam, a dostałam.

I wcale nie należałam do ludzi, którzy stali pod sklepem godzinę przed otwarciem. Po prostu udało się. Wcześniej (kilka dni pod rząd) podejmowałam próby nabycia karpia drogą kupna, ale trafiałam wzrokiem w próżnię, zamiast w piękne płaty ryby.

Jakby nie było ich i tym razem, na Wigilię mielibyśmy łososia, halibuta czy cokolwiek innego, co nie miałoby miliona ości. Nie dam się zabić za tradycję.

Długi weekend

Wpis z siódmego lipca 2014:

Na budowie praca wre. Dziś przyjechało dwóch znajomych. Jeden cały poprzedni tydzień układał kafelki, a drugi nawiedził nas dziś i pomaga w układaniu płyt chodnikowych pod tarasem. Dobrze, że jest teraz więcej mężczyzn, bo jak w sobotę woziłam piasek i nosiłam płyty chodnikowe, to w niedzielę ledwo wstałam. Upał przyszedł szalony, nawet jeść się nie chce. W tamtym tygodniu jeszcze dało się pracować. Teraz, kiedy rano temperatura na zewnątrz sięga 25 stopni w cieniu, odechciewa się wszystkiego.

A teraz mamy listopad. Temperatura w środku sięga pewnie 25 stopni w cieniu.  Na zewnątrz około dwunastu stopni na plusie. Ludzie, mamy listopad czy może początek września? Dodam tylko, że pod koniec sierpnia byliśmy w Jesenikach na rowerach. Wtedy temperatura w nocy spadała do około minus jednego stopnia, a w ciągu dnia było plus osiem. Teraz nocą gryzą nas komary, a za oknem latają szalone biedronki. Cholera. Mnie się już zima śniła! Ślizgałam się na butach i nie mogłam się poślizgnąć. Kiedy postanowiłam znów zjechać na brzuchu z górki, zadzwonił budzik. Mam nadzieję, że w tym roku to nie będzie tylko sen. Mieliśmy znajomych na weekend. Przyjechali w piątek, a wyjechali dziś, czyli w niedzielę. Wprawdzie okazało się, że nie idziemy do schroniska na Leskowcu, a wtedy jeden z nich zaplanował szybki desant i ucieczkę. Wyglądało to mniej więcej tak:

  • w piątek przyjechaliśmy wszyscy w trzech turach. Oni zdążyli dotrzeć samochodem przed moim pociągiem i już się pięknie rozgościli na sofie;
  • kiedy mój drogi Mężczyzna poprosił ich o pomoc w przeniesieniu kilku cięższych rzeczy, ten od desantu nagle się źle poczuł i prawie popłakał, że nie będzie wyłącznie siedzenia przy piwie;
  • a potem było siedzenie przy piwie. Które mieli sobie sami przywieźć, zgodnie ze starym zwyczajem, że u nich z reguły nie ma nic poza miejscem do siedzenia;
  • w nocy lało solidnie, a w sobotę rano jeszcze lepiej. Zszokowany znajomy postanowił zadzwonić do kolejnej dwójki, która miała nas jeszcze odwiedzić. Najpierw się spakował szybciutko, zjadł śniadanie, a reszcie powiedział, że się zbierają. Na szczęście kierowca zdecydowanie odmówił, ale desantowiec zdążył zadzwonić do dwójki, że teraz to oni sobie mogą co najwyżej na herbatkę przyjechać. Nie chcę nic mówić, ale od kiedy to ktoś nieproszony będzie podejmował decyzję za gospodarzy, wszystkich gości i całą resztę?!
  • Potem był obiad, który kupili goście (bo skoro sami nie wiedzą, czy się zbierają, czy zostają, a przygotowany makaron z sosem pomidorowym i tuńczykiem gryzie ich w zęby…).
  • I od siedemnastej do PÓŁNOCY goście siedzieli przed telewizorem. Matko droga, ile można? Oglądali wszystko po kolei. Mimo tego, że przez pierwsze dwie godziny jeszcze próbowałam wyłączać odbiornik, za chwilę ktoś przychodził i z powrotem włączał. Na koniec już wcale mi się nie chciało z nimi gadać, więc sobie siedziałam przed komputerem i czytałam książkę.
  • Wyjechali dziś w południe. Czyli jak wszyscy się zwlekli na śniadanie i najedzeni mogli myśleć o dalszych krokach. Desantowiec już wieczorem dzień wcześniej się umówił z drugim facetem, że się spotkają w domu tego drugiego. Wiadomo – na piwo.

O i tak minął nam weekend. Zdążyłam jeszcze zrobić ukochane muffinki z jogurtem, czyli klasyk, który zawsze się udaje. A po wyjeździe gości – nadziewanego indyka i ciasto dyniowe ze śliwkami i borówkami. Co za dzień. A po co to wszystko piszę? Bo dochodzę do wniosku, że należy albo zmienić gości, albo na przyjazd tych zabierać telewizor.

Może wtedy okazałoby się, że lubią coś więcej, niż kolejną edycję idiotycznego serialu typu „Walcz i śpiewaj” czy jak to się nazywa. Bo zerkanie w stronę nadmuchanej Edyty G., która dla mnie wygląda jak po serii nieudanych operacji plastycznych jakoś mi nie pasuje do definicji „udanego wieczoru”. Szczególnie, że i tak cały tydzień w pracy spędzam przed monitorem, to mnie w zupełności wystarczy.

Miłej reszty długiego weekendu, jeśli go macie. I świętujmy wesoło 11 listopada. Kotyliony, festyny – normalnie to już chyba gdzieś było w świecie. ;)

POLSKA Mistrzem Świata!!!

Dziękujemy!!! :)

gofry

Ale to był mecz! Jedyny, jaki oglądałam! Wspaniale! Piękny mecz, genialni zawodnicy, cudowny trener! Jak to miło, że NASZA drużyna wygrała! Mieszkamy niedaleko Spodka, więc kibicujemy przez telewizję i mentalnie wysyłaliśmy wszystkie dobre emocje do siatkarzy!

biedronka3

Yeah!!!!! Biało-czerwoni!pomidory

Nikiszowiec w Katowicach

Jakiś czas temu umówiliśmy się z Mańkiem na rower. Chciałam wreszcie zwiedzić Nikiszowiec, a nie ma lepszego środka transportu, niż właśnie taki. Ta niezwykle charakterystyczna dzielnica Katowic była mi bardzo długo obca. Pojechaliśmy tam jakimś skrótem, przez park i las – skrótem, którego nigdy nie znajdę na żadnej mapie i na żywo tym bardziej. Miejsce wyłoniło się przed nami w pełnym słońcu. Piękne!

Nikisz

Na Nikiszu, jak mówią na niego tutejsi, przewijają się ekipy z kamerami. To ponoć „Śląsk w pigułce” – ma piękne uliczki, specyficzne place przed kamienicami, czerwone ramy okienne, mnóstwo przejść między jednym podwórkiem a drugim. I mieszkali tutaj też robotnicy, więc ludzie mówiący po Śląsku. I z charakterem.

Ja zwiedziłam i jestem pod wrażeniem.

Czerwone obramowania okien – każde okno tak wygląda. Klinkierowe parapety, ceglane ściany, zaułki. Niesamowite miejsce.

Miejsca naprawdę jak z planu filmowego.Każde zachwycające, warte uwiecznienia. I co? Oczywiście nie wzięłam drugiej baterii do aparatu. Każde zdjęcie to moment wahania – uda się, czy się nie uda?

Można jeździć rowerem, przechadzać się po bruku, usiąść obok kościoła przy kawiarence i popijać kawę. Do kawy polecam muffinki cytrynowe z makiem – to był właśnie nasz zestaw. Przepis jeszcze dziś. :) Oto i one:

PS. Zajadając w kawiarni muffinki do niedzielnej kawy, możecie obserwować zjawisko bardziej powszechne, a niezmiennie budzące uśmiech na mojej twarzy – ludzie „przychodzący” do kościoła. Na tym zdjęciu kościół byłby po lewej stronie. Czy trzeba dodawać, że po drugiej stronie ulicy?

Mundial 2014!

Hmm. 112 minuta meczu finałowego na Mundialu. Wpisuję komentarz na blogu. A tu masz, bramka Niemców. Dobrze, że były ze trzy powtórki. Teraz próbuję przypomnieć sobie, jak to było pisać i nie patrzeć nawet w ekran. :)

Cztery minuty do końca. Ciekawe, czy jednak Niemcy wygrają? Argentyna jest bliżej Hiszpanii (jakby nie patrzeć), a ja kiedyś uczyłam się hiszpańskiego. Niemiecki jest mi obcy, jak tylko się da.

Dwie minuty. Argentyna! Dawajcie, chłopaki! Co to ma być? Panowie główką sobie piłkę odbierają.

Ostatnia minuta. Niemcy szaleją. Tak daleko od kraju, a tacy zadowoleni. Doliczają czas.

Trener Niemiec jaką ma koszulkę odprasowaną. Ponad dwie godziny meczu, a on dalej poważny. Rzut wolny. Ach! Ach! Nawet ja się wzruszyłam. Messi!!!!!!!!!!! Daaaaaaaaaaaaaaawaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaj!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

E tam. Co oni w nim widzą, jak on nie strzela do bramki?

Koniec. Niemcy wygrali. W sensie – wkopali w końcu porządnie piłkę. Faceci to mają zabawę.

Można iść spać.

Pieczeń wieprzowa z ananasem. Kulinarna katastrofa.

Postanowiłam zrobić pieczeń wieprzową z ananasem. Ale nie jakąś taką zwykłą, wrzuconą i upieczoną z kawałkami owoców z puszki. Zachęcona Odkryciami kulinarnymi Pana Herve This stwierdziłam, że zostanę adeptką szkoły pieczeni niezwykłej.

Pieczeń miała wyjść wyjątkowo krucha, niewiarygodnie pyszna i w dodatku w krótkim czasie. Cały bajer polegał na użyciu trzech głównych składników:

  1. mięsa na pieczeń (co rozumie się samo przez się);
  2. świeżego ananasa (którego słynne enzymy proteolityczne nie dają żelatynie zastygnąć);
  3. oraz strzykawki z grubą igłą, którąż to miałam wstrzyknąć sok ananasowy do mięsa.

Czytaj dalej

Oł je – la la la!

Piszę bardzo mało, a dzieje się bardzo dużo. Nie wspomniałam do tej pory, że pojawił się u nas w końcu piekarnik i zamiast jeść truskawki na surowo, zrobiłam ciasto z truskawkami, do tego muffinki truskawkowe. W końcu upiekłam też chleb, robiąc przy okazji ciasteczka z cytryną i ricottą z zupełnie improwizowanego przepisu. Moja kuchnia przypomina laboratorium, tylko coraz więcej rzeczy robię na wyczucie. Z fizyko-chemicznymi doświadczeniami łączy mnie pasja odkrywania, rozpoczęta pytaniem: dlaczego?. I tak się toczy, liczba zdjęć rośnie, tylko życia brakuje na wszystko.

Nic nie mówiłam i nie pisałam o wypadku, jaki wydarzył się kilka tygodni temu. Na szczęście poza dwoma rozwalonymi, skasowanymi samochodami wszyscy uczestnicy żyją i mają się dobrze. Kiedy usłyszałam przez okno pisk opon i huk, byłam bliska zawału po raz pierwszy. Po raz drugi, kiedy okazało się, czyj był jeden samochód, obrócony o jakieś 270 stopni i z wgniecioną całą przednią maską… To straszne, że kiedy wybiegłam z bloku, stało już tam grono sąsiadów. A byłam pierwszą osobą, która zadzwoniła z ulicy na 112, bo dyspozytor nie miał pojęcia o wypadku. Mogę przysiąc, że niemal cały blok wylazł z nor swoich domów. Ale nikt jakoś nie kwapił się pomóc, podejść, podać wodę, spytać, jak się ludzie czują. WSZYSCY, no dosłownie WSZYSCY, poza starszym sąsiadem z naprzeciwka z naszego piętra i schorowaną sąsiadką z klatki obok, stali jak te dupy wołowe i gapili się. To było tak obrzydliwe z ich strony, że wciąż jak ich mijam, to myślę tylko o tym.

Mam zatem apel: jeśli nie macie nic do zrobienia (są już służby na miejscu), nie chcecie udzielać pierwszej pomocy (co i tak nakazuje Wam prawo), nie znacie ludzi (a nawet jeśli znacie, to nic nie robicie) i uważacie, że gapienie się z chodnika to najlepszy sposób na „ocenianie” wypadku – lepiej siedźcie w domu i oglądajcie sensacyjne seriale!

Jestem teraz u siebie w domu rodzinnym i próbuję pomóc siostrze zająć się jej córeczką. Dziecko jest kochane, uśmiecha się szerzej, niż ustawa przewiduje, cieszy się na mój widok. Czyli jest ok. Gorzej, że kiedy chce coś wymóc, przewraca się na glebę i z miną zbitego psa zaczyna ryczeć wniebogłosy. Do tego, kiedy chce się ją podnieść, wije się i wypręża, jakby:

  • włożenie pieluchy,
  • wsadzenie do wózka,
  • jedzenie obiadu,
  • ubranie spodni,
  • wstanie z podłogi,
  • oddanie telefonu

było czymś wysoce niewykonalnym. Moje siły to dziś przerosło. Jak to się dzieje, że kiedy ona zaczyna płakać, a nagle zjawi się ktokolwiek inny, niż obecni w pobliżu i weźmie na ręce, od razu ryk ustaje? I nie ma znaczenia, czy trzyma ją mama. Jeśli mama, to cudze ręce będą lepsze. Jeśli rzuciła się na podłogę, bo wyjęłam jej widelec z rączki, to na przykład dziadek czy babcia będą otuchą zbolałej duszy. A ileż można słuchać płakania bez łez, takiego krzyczenia raczej?

Mam też trochę swoich spraw, które próbuję ułożyć. Jest w tym jakieś szaleństwo, bo nie da się w jeden weekend połączyć wyjazdu do Warszawy, do Katowic, Bielska, w góry i nie wiem, gdzie jeszcze. Mogę być tylko w jednym miejscu naraz, tak się dziwnie złożyło Panu Bogu, jak człowieka stwarzał. A spotkać chcę się w kilku miejscach z kilkoma osobami. Jak żaba, co to stała na środku polany i nie wiedząc, czy ma iść do „pięknych” czy „mądrych”, w końcu krzyknęła: Przecież się nie rozdwoję!.

I z takim wnioskiem pozostawiam Was na noc. Dobrej nocy.

O tym, co ważne

Mój głos w sprawie wszelkich aktów wolności, klauzuli sumienia  i tego, co ludzie próbują nazwać, a dusza wie bez słów. Pozwolę sobie użyć słów Sándor Márai’a z jego Księgi ziół. Niech tytuł Was nie zmyli. Życie jest dużo bardziej zaskakujące, niż myślicie

Fragment pod tytułem: O tarpejskiej skale.

O TARPEJSKIEJ SKALE

Wcale nie jest pewne, że Spartanie, zrzucając z Tarpejskiej Skały dzieci o wątłym ciele, wraz z mizernymi ciałkami nie wyrzucali silnych, potężnych dusz. Zawsze kochałem wątłe dzieci; nie tylko żywiłem naturalną słabość do tak bezbronnych, małych, bladych istot, ale i respekt, a nawet pociąg. Wcale nie jest pewne, że największe wysiłki ludzkości biorą na siebie i wykonują je doskonale zbudowani zapaśnicy i nienaganni gladiatorzy, co więcej, sądzę, że chuchra też mają swoją sprawę na świecie, i być może ta ich sprawa wcale nie jest błahym zadaniem. Naturalnie, nie mówię, że mamy hodować mizeroty, mówię jedynie, żebyśmy ufali życiu, jego zamiarom względem ludzi, i uwierzyli, że istoty o wątłej posturze też mają swoją sprawę na naszym świecie. Być może życie właśnie ich wypatrzyło sobie do tak potężnych zadań, pod których ciężarem padłby gladiator. Tarpejska Skała zatem nigdy nie może być rozwiązaniem. Życie wie lepiej niż Spartanie, kogo ma zachować do współpracy, a kogo odrzucić.

Trwają testy, proszę o cierpliwość

Witajcie.

Na blogu trwają testy. Zmieniam kategorie, kombinuję z nowym wyglądem. Dajcie mi szansę. Będzie dobrze!

Spędziłam dziś dzień w ogrodzie. Zasadziłam sałatę, jarmuż, kalarepę i zioła. Na kolację pokroiłam suszoną szynkę od pana Marcina z targu. Wybraliśmy się tam po dosłownie kilku miesiącach. Pan nas, nie dość, że poznał, to jeszcze ochrzanił. Na jesieni miał dla nas kurę wiejską na rosół, a my się nie zjawiliśmy! Okazało się, że pani ze sklepu nie przekazała mu informacji o naszym wyjeździe. A on biedny biegał po wsi, szukając dla nas kurki rosołowej. Ten człowiek jest wielki. I sprzedaje najlepszą na świecie wędlinę, kiełbasy i boczuś wędzony. Dał nam spróbować jakiegoś czegoś pieczonego z mięsem. Nie musicie kupować, po prostu spróbujcie.

Wyjątkowy człowiek o wielkim sercu.

Pani, która z szerokim uśmiechem przy stoisku zaraz obok pyta: Dzień dobry, co dobrego dla Was?, też jest kochana. Uśmiecha się na nasz widok, stwierdza, że to już tradycja, że bierzemy u niej chałkę i pakuje nam dwie najlepsze bułeczki drożdżowe. Jak tu nie lubić targu?

Niedaleko stał pan z sadzonkami. Hodował je w ziemi ogrodniczej, więc nie rozleciały się po drodze do domu. Za to jarmuż, kupiony od pani na drugim końcu, był wyjęty prosto z błotnistej ziemi i zawinięty po pięć sztuk w folię aluminiową. Wszystko zasadzone i czekamy na efekty.

Mama mnie trochę ostudziła, mówiąc, że jarmuż to zimowe warzywo kapustne. Przecież ja się nie doczekam!

 

Ogródkowe opalanie i grzebanie w ziemi

Zajęłam się ogródkiem! A raczej ogromnymi połaciami ogrodu, na którym się nie znam i chluby mi to nie przynosi. Ale się poznam.  Przynajmniej na uprawie rzodkiewki, fasolki zielonej, buraczków i kopru. Kupiłam dziś nasiona, wypada więc wyrzucić je z torebeczki i przerobić na jedzenie.

Mój dzień był dość osobliwy, jak na „siedzenie” na wsi. Rano zrobiłam sobie wycieczkę do pobliskich ogrodów do zwiedzania. Inaczej mówiąc, byłam w szkółce ogrodniczej z pięknym terenem zaaranżowanym na różne ogrody. Wypiłam kawkę z wielkiego włoskiego ekspresu, pogawędziłam o wszystkim z czterema paniami z obsługi i zrobiłam trochę zdjęć z pozycji żaby.

Pisząc „pogawędziłam”, miałam na myśli zadanie stu pytań z serii: A jak się zająć tym? A jak tamtym?. Generalnie wyglądało to tak:

Ja (stojąc z kartkę w ręku i spijając każde słowo z ust kobiety): A truskawki? Można jeszcze czymś nawozić?
Pani: Teraz to już nie, za późno. Jeśli już kwitną, to za późno. To trzeba zrobić dużo wcześniej, wtedy można nawozić.
Ja: A maliny? Przycina się je teraz?
Pani (chyba już zupełnie jej nie dziwi, że pytam o wszystko, co robi się na przedwiośniu, a nie przy plus trzydziestu stopniach): Nie, nie. Maliny przycina się dużo wcześniej, na wiosnę, albo na jesieni można je ściąć. To zależy, czy są jesienne, czy wcześniejsze. Obcina się wszystkie pędy, żeby zostały tylko młode.
Ja (inwencja się we mnie obudziła): A można je skosić kosiarką?
Pani: Nie, ale można je nisko ściąć.
Ja (zerkając na karteczkę, z której wynika, że jak spytam o wszystko, to zostanę tu już na noc, bo do domu przez pola nie trafię): A wrzosy? Co się teraz robi z wrzosami?
Pani: Wrzosy trzeba ściąć nisko, najlepiej teraz to zrobić.

Proszę, pierwsza rzecz z listy, którą mogę zrobić od razu! Tylko nie mam sekatora. Cha cha cha. I jeszcze winogrona trzeba przyciąć. Nagle się okazuje, że gdybym tylko chciała, mogę nie wychodzić z terenu działki do zimy, a i tak nie zdążę wszystkiego zrobić. Dlatego postanowiliśmy przerobić część grządek na trawnik.

I dlatego wyrywam chwasty, które rosną sobie szczęśliwe na grządkach, przez wiele lat pieszczotliwie uprawianych przez dwie osoby. Grządki były ze specjalną ziemią, płodozmianem, obornikiem, kompostem, czymś tam pieczarkowym i dziesiątkami innych rzeczy, które normalnie ludzie uznają za zbędne, skoro wszystko i tak wyrośnie.

Aha. Grządki były od sznurka (a może i linijki), a wejście na nie groziło grzywną, klątwą i biegunką przez tydzień.

A teraz te dwie osoby nie chcą przyjeżdżać. Pozostało mi poczekać, aż chwasty będą do kolan, żebym na pewno je zauważyła i tak już kolejny dzień wyrywam po kilka godzin dziennie. Nienawidzę tego, generalnie najchętniej miałabym wszędzie dziką łąkę, jak w Alpach i Dolomitach. Ewentualnie trawnik, żeby było gdzie leżeć i trochę drzewek dla cienia.

Tymczasem w niezrozumiały dla mnie sposób zajmuję się chwastami. Nie grozi mi polubienie tego. Chcę tylko to skończyć i w końcu położyć się na tej całej trawie.

Kiedy zadałam pani wszystkie pytania, ona zrobiła smutną minę i bardzo poważnie powiedziała: Eeee, tylko tyle? Myślałam, że więcej!. Ja naprawdę zajęłam jej z pół godziny czasu. Spytałam o dziesiątki warzyw, nawozów, rodzaje agrowłókniny inne takie bajery. A ona zasmucona. Następnym razem przyniosę ze sobą atlas roślin ogrodowych i będę pytać o każdą po kolei.

Miłość przez małe m

Takie małe drobiazgi, a zmieniają rzeczywistość.

Siedzę na sofie, która ma nas opuścić już za dwa dni. Gniecie się to cholerstwo, więc niech coś z tym zrobią. Zakochałam się w niej od pierwszego wejrzenia. Jest taka mięciutka, wygodna i sprawia, że każdy chce na niej siedzieć. A jak się dobrze na niej śpi przed kominkiem… Jak dalej będzie mi tak ciepło, zostanę tu do rana, a już wpół do jedenastej. :)

Czytaj dalej

Wyjątkowo dziwny sklep

Dziś byliśmy na rowerach. Wyjechaliśmy z Chorzowa, mieliśmy jechać do parku na rundkę rowerową i z powrotem, a wyszła wycieczka krajoznawcza. Trafiliśmy przez teren byłej kopalni Prezydent, przez tereny Huty Kościuszko i przez Rezerwat Żabie Doły do Piekar Śląskich. Trochę to było niespodziewane, bo nikt z nas nie wiedział, gdzie wyjedziemy. Te wszystkie miasta na Śląsku są połączone i czy jest się w Chorzowie, Bytomiu, Siemianowicach czy Piekarach to najlepiej widać na tablicach z nazwą miasta. Poza tym, jest to dla mnie zupełnie nieoczywiste.

Wycieczka była piękna. Mnóstwo miejsc, gdzie zrobiłabym zdjęcie za zdjęciem. Hałdy, zarośnięte tory do huty, ruiny betonowych bunkrów, zarośnięte stawy. I między ogródkami działkowymi, przy starej ceglanej kamienicy, stał samochód z podniesioną maską. Jechaliśmy kamienistą drogą, cisza jak makiem zasiał. Nagle z okolic samochodu wydobyła się genialna piosenka. Kiedy jedzie się półtorej godziny niemal w kompletnej ciszy i jedynym dźwiękiem jest szum pod kołami, dobra muzyka potrafi wryć się w mózg. Aż do powrotu do mieszkania ciągle ją nuciłam.

Spotkaliśmy po drodze niezwykłą panią. Pracowała w sklepie w Piekarach. Cała otoczka była już ciekawa, bo wąziutki sklep nosił miano Tradycja. Otwarty w niedzielę biznes, przyciągał nie tylko pieczywem (które obsiadały od czasu do czasu wygłodniałe muchy), ale też innymi dobrami. W tym masłem extra 200 g za 3,75. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że cały karton masła stał na ladzie chłodniczej, a sklepie było ze dwadzieścia pięć stopni. Myślę, że nad chłodziarką nawet więcej.

W lodówce pływały śledzie, zbrązowiałe od starości. Obok walnięta była na jakiś kiełbasach tacka z kotletem i inną, niezidentyfikowaną masą mięsną. Wyglądało to tak, jakby ktoś brudną łapą chwycił część i uciekł. Ciasta, leżące również nad ladą, wyglądały jakby były już nieco podstarzałe.

Pani ekspedientka mogła spokojnie stanowić wzór dla wszystkich kobiet z seriali typu Ranczo. Blondynka z hełmem z włosów na głowie, mocnym makijażem i obcisłą bluzeczką. Na to miała ubrany fartuszek. Przy kasie wyłożyła (a może zrobił to ktoś kilka dni wcześniej?) sałatki z tuńczykiem, kukurydzą i innym dobrem. Takie, które zdecydowanie powinny leżeć w lodówce. Przy plastikowych pudełkach na sałatki usadowiły się w większym pojemniku cztery powoli dogorywające nektarynki. Brzoskwinie? Cokolwiek to było, wyglądało okropnie.

Pod nogami leżały skrzynki z ziemniakami, podwiędłymi rzodkiewkami i chyba szpinakiem. Jeśli wylot ciepłego powietrza z lady chłodniczej jest odpowiedni dla rzodkiewki i ziemniaków, to ja widocznie żyłam w błędzie.

I jak tu robić zakupy w takim sklepie? strach dotknąć czegokolwiek. Zdecydowałam się na pierniczki toruńskie, bo przynajmniej były oryginalnie zapakowane i daleko od ciepła. O ile tam cokolwiek było daleko.

To było coś, co widuje się na filmach. o tego zazwyczaj leci smętna, nastrojowa muzyczka, a przed sklepem stoi ławeczka dla stałych bywalców. I chodzą kury, dziobiąc ubitą ziemię. Tutaj zjawisko było między blokami, niedaleko głównej ulicy. Da się, jak widać, zrobić wiochę w mieście. Taka, wiecie, nowa świecka tradycja.

Temat? Taki zwykły temat.

Jestem na wsi. To naprawdę dziwne uczucie po długim czasie, którego tu nie spędziłam. Byliśmy w Szklarskiej Porębie, w Karkonoszach, Górach Izerskich, byłam w centrum Górnego Śląska, na Kielecczyźnie i wszędzie, tylko nie tutaj. Nagromadziłam mnóstwo przepisów i zdjęć. Jestem Zytka Master Grass. Kobieta też jest master czy inaczej? Jestem wykończona koszeniem trawy niczym z buszu i grabieniem tego całego bałaganu.

To nie było proste. Kiedy nas tu nie było, trawa sobie rosła jak szalona. A teraz proszę bardzo, koszenie połowy działki zajęło wczoraj całe popołudnie i wieczór.

Kosiarka oczywiście z wyjętym pojemnikiem, trawa fruwała po całej działce. A dziś grabienie i grabienie, i grabienie. Relaks na świeżym powietrzu, pomijając słowo relaks.

Czytaj dalej