Jedz, bo dam psu!

[Co za skuteczna metoda motywowania domowników do zjedzenia więcej, niż zmieszczą w żołądku. ;P]

W moim śnie działo się więcej. Jak tylko uciekłam dziewczynie-przewodniczce, dopadł mnie dupek i męczył, żebyśmy razem poszli na Open’era. Ja do niego, żeby się odwalił, a on żebyśmy jednak poszli. Ja do niego, że nawet go nie lubię, a on do mnie, że może jednak.

W końcu się odczepił i ktoś mi uświadomił, że krzyczałam na nieznajomego, bo dupek już sobie poszedł, a wspólne wyjście na festiwal proponował mi ktoś inny. Tak straciłam szansę na wycieczkę do Gdyni za friko.

Ale w końcu byłam na festiwalu. Dość niezwykle, bo w kwietniu. Ale tłumy i błoto typowo letnie. Właśnie był pierwszy koncert, ja klęczałam nad moim ogromnym plecakiem i zastanawiałam się, gdzie schować kartę do bankomatu. Problem zniknął, bo okazało się, że mam samo opakowanie po karcie, a jej wcale.

K-o-n-i-e-c snu. Ale nie życia.


Kraków. Napatrzyłam się na mój stary, brudny i śmierdzący Kraków. Najpierw we śnie, potem w telewizji. Chociaż straszliwie mi zbrzydł, nadal go kocham, jak kocha się starego misia z oderwanym uchem i dyndającym szklanym okiem.

Na TVP Kultura leciał Zakochany Anioł. Och, płakałam jak bóbr, ale po cichutku, żeby nikt nie widział. Patrzyłam na Planty, po których biegałam codziennie na uczelnię. Płakałam, kiedy bohaterka szła obok Placu Świętej Magdaleny, a na przeciwko miała mój instytut. Płakałam, kiedy całowała się z Globiszem nad Wisłą.

I płakałam, kiedy spotkali się na Kazimierzu niedaleko zapiekanek. Bo w żadnym punkcie, u żadnego Endziora Kędziora NIE DAJĄ BEZ PIECZAREK! Czujecie to? Tak się chwalą, że najlepsze w mieście, że świeże, że znane w całej Polsce. A jak chcesz bez kilograma pieczarek, to pani mówi, że ma tylko gotowe z pieczarkami.

Całujcie się w nos.

Uwielbiam filmy, których akcja dzieje się w Krakowie. Zakochany Anioł. Da Vinci. Anioł w Krakowie. Nie kłam, kochanie. A to, co lubię, to widzieć je w Krakowie w Arsie albo Kijowie. W kinie Kijów-Centrum powinnam już napisać.

A Zakochany Anioł to film, który warto obejrzeć niezależnie od szerokości geograficznej. Jest trochę smutny, trochę ironiczny i zwyczajnie piękny. Jak dobra książka do poduszki.

Anioł wiedział :)

Spokojnego odpoczywania i pierników z choinki zajadania!

Samych wspaniałych przepisów do wypróbowania, nowych gór do zdobycia, pokonania wszystkich problemów i tylko szczęśliwych zakończeń w książkach.

Anioł wiedział, nie powiedział, a to było tak…

życie pełne jest niespodzianek
anioł milczał, ja bałam się, bo
live is full of zasadzkas, kochanie
nie wiedziałam co ześle mi los

(c) Zytka Maurion na Święta :)

Nie ma innych miejsc

Widziałam się dziś z przyjaciółmi. Wyjścia do świata robią dobrze na poskręcane zwoje mózgowe. Pan kelner, którego wg oceny E. lepiej nie spotkać w ciemnym zaułku, podał mi zarąbistą herbatę jakąś tam-waniliową. Porzeczkowo-waniliową? Never mind (I’ll find someone like you). Dostałam nawet prezent! Szeroki uśmiech tego stworzonka z platfusem zabija wszelkie troski lepiej, niż Domestos zabija bakterie na śmierć. Anioł Struś ;)

 

Piszę o herbacie, bo dostałam ją w pięknym dzbanuszku, który zawsze przywołuje wspomnienia. Nazbierało się ich już tyle, że niedługo eksploduję od nadmiaru wrażeń, podwodności moich marzeń, wiem, dobrze wiem! Już widziało się słyszało, przeczuwało, dotykało, lecz nam było ciągle mało. Zamiast westchnąć, czy powiedzieć, nam się chciało WIEDZIEĆ.

Niebo zaśnieżone nade mną, prawo moralne we mnie. Jaki jest sens pisania tego wszystkiego? Jaką masz pewność, że jest to jedyna wersja tego, co moje zmarszczki w głowie sobie myślą o byciu pyłkiem na wyjściowej marynarce świata? Jaką masz pewność, że napisałam to dziś, a nie miesiąc temu? Przekładalność perspektyw się kłania. Giddens mógłby coś powiedzieć, gdyby nie fakt, że tego nie czyta. Fantastyczny facet, jak na socjologa przystało. Sobie nie wróżę takiej błyskotliwej kariery w polityce, bo bym umarła ze śmiechu na myśl, że mam komuś doradzać w sprawie rządzenia krajem.

W Zetce leciała dziś piosenka totalnie nieznana/znana. Ale kawałek sobie wymyślił Grzegorz Ciechowski. Koleś, który prowadził wieczorny program powiedział, że zawsze, kiedy ma ochotę wyjechać, włącza tę piosenkę ;) Nie miałam pojęcia, jaki jest tytuł i że tu chodzi o taką poczciwą matronę… Nie przeczuwałam niczego takiego. Ot, piosenka o tym, co jedni nazywają miłością, a inni szukają bardziej wysublimowanych eufemizmów.

A Ty nie pytaj mnie, co ciągle widzę w niej.  I dlaczego chcę zasypiać w Niej i budzić się. I dlaczego nie ma dla mnie innych miejsc.