Wielka Racza i okolice

Korzystając z ostatnich (oby nie!) w tym roku pięknych, letnio-jesiennych dni z wysoką temperaturą wybraliśmy się na Wielką Raczę. Dawno nie jechałam pociągiem! A jak miło było wychylić znów głowę za okno, jak za studenckich czasów…

Owszem, wychylać się nie wolno, ale jest na trasie od Żywca w kierunku Rajczy taki jeden piękny zakręt. Uwielbiam go i gdybym dobrze pogrzebała, pewnie znalazłabym niejedno zdjęcie. Kiedy pociąg zakręca, ja otwieram okno i wciągam głęboko do płuc powietrze. Jestem w górach! Niesamowite uczucie. Szczególnie latem, kiedy łąki w dolinie przesiąknięte są upałem i aromatem kwiatów. Przecież to lepsze, niż najlepsza medyczna inhalacja.

Przeszliśmy się ze Zwardonia czerwonym szlakiem na Raczę. Dopóki siedzieliśmy w pociągu, pogoda była wspaniała. Wymarzona. Sprawdzało się wszystko z prognozy – pełne słońce i ciepło. Nawet dwie duże wycieczki, które zdominowały cały pociąg nie zmieniły mojej radości w irytację. Chociaż dzieci skutecznie zagłuszały stukot kół szeleszczeniem chipsów i żelek, a młodzież swoimi przekleństwami dobijała zupełnie. Było świetnie. W końcu jechaliśmy w góry.

Wyszliśmy z „dworca”, pożal się Boże, w Zwardoniu. Opalanie na ławeczce było genialne. Po wejściu na szlak zaczęło się chmurzyć i kropić. Delikatnie mówiąc, szlag trafił wszelkie prognozy. Szlak okazał się żmudną wspinaczką bez widoków na poprawę. Może przy słońcu widok buków wynagrodziłby wszystko, ale w pochmurny dzień – ciągnęło się niemiłosiernie.

Po około sześciu godzinach i odbitych stopach dotarliśmy pod schronisko. Przywitała nas uśmiechnięta dziewczyna, leżąca z książką na ławce. Zawinięta w śpiwór, korzystała z górskiego powietrza. Tak to ja lubię. Od razu było dobrze.

Tyle na dziś. Udało nam się wrócić dzięki wielkiej uprzejmości naszej nowej znajomej, wiecznie uśmiechniętej Ewy, która podrzuciła nas z Rycerki aż na bielski dworzec.

A teraz spać! Jutro mam umówioną wizytę u chirurga stomatologa, który będzie wyrywał moją ósemkę. Jedną czy dwie. Na razie chcę o tym zapomnieć. Mam w głowie te piękne buczki, promienie przebijające przez korony drzew. Ach.I z tą myślą idę spać.

Dobrej nocy Wam życzę.

Opowiedzieć ciszę

A gdyby tak otworzyć uszy na ciszę?

Pozwolić wiatrowi muskać twarz mroźnym powiewem. Patrzeć szeroko otwartymi oczami na księżyc wschodzący za lasem. Wdychać zimne, górskie powietrze. Dać się oślepić po kilku dniach gęstej mgły, z której ludzie wynurzali się niespodziewanie dla nich samych. Poczuć na skórze to drżenie, właściwe tylko wyjątkowym momentom.

I nie mówić nic. Zostawić daleko za sobą ocenianie przydatności księżyca w miejscu, w którym widzą go tylko nieliczni. Mówią, że słońce świeci jednakowo dla dobrych i złych. Nagłe przebłyski słońca były dla mnie niczym oświecenie.

Czytaj dalej

Zachód zachodem

… ale wschód musi być po naszej stronie!

Nadchodzą coraz dłuższe dni. A co za tym idzie, wschód słońca będzie coraz wcześniej. A pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno, a widziałam wschód o ósmej. I zaspanymi oczami, dłońmi szukającymi filiżanki kawy i neuronami w mózgu, wciąż działającymi w trybie uśpienia, zrobiłam to zdjęcie. Niby zdjęcia robi się aparatem. Ale to już by było czepialstwo. A potem, żeby wszystkich zazdrość wzięła i szlag trafił, pokazywałam je każdemu, kto się napatoczył.

Że ja tak mam na co dzień. Że jak wstanę i wyjrzę przez okno, to właśnie tak jest. I że zamiast parkingu kilkanaście pięter niżej albo ruchliwego ronda, mam widok na polanę i las. Że mam niepowtarzalne okazje. Stworzone jakby tylko dla mnie.

Oczywiście nie wierzcie, że tak jest codziennie. Dzień później przyszła gęsta mgła i jak wychodziłam po drewno, to ledwo widziałam na kilka metrów. A gwiaździste niebo widziałam dopiero w połowie stycznia i to tylko przez minutę. Bo sypał śnieg, a jak śnieg, to i chmury są. Proste.

Ale jakby się nie upierać, byłam the one and only, która miała 14 grudnia 2012 roku taki widok z okna.

I pomyśleć, że można mieć tak codziennie. Tylko weź się obudź człowieku, wygrzeb spod cieplutkiej pierzyny, znajdź aparat, uruchom go i jeszcze spróbuj zdążyć, zanim krajobraz zmieni się nie do poznania. Łap chwilę!

Jak to mówią, nawet największe szczęście nie jest szczęściem, jeśli nie masz się z kim nim podzielić. I wtedy myślę, że prąd się przydaje, nie tylko na parę godzin w sobotę po południu, żeby naładować akumulator. Ale szczególnie wtedy, gdy dzieje się coś pięknego, a Ktoś Bliski jest daleko. Tu przecież trzeba tak niewiele, a jak wspaniale razem można marzyć.

Zdumienie. Coś, czego nie da się perfekcyjnie udawać. Świat jest tak zrobiony, że szczere zdumienie ma w sobie taką iskrę. Niepowtarzalną energię, zdolną odmienić wszystko. Coś doskonale znanego nagle Cię zaskakuje. I  widzisz rzeczywistość inną, niż chwilę temu. Niby nic się nie zmieniło. Ale zmieniło się w Tobie i to ma znaczenie. Nic nie będzie takie samo. Ani lepsze, ani gorsze. Będzie inne.

Zbieram takie zdumienia. Że świeży rozmaryn sprzedają w słowackim Tesco i że myszy się go nie imają. Że zupa z tymiankiem przywraca myśli o swoim domu, chociaż tymianku może w nim nie było. Że zupa czosnkowa z czterech ząbków czosnku jest bardzo delikatna, za to z dwudziestu jest BARDZO aromatyczna, ale żołądek boli po niej przez dwa dni. Zębów też myć nie trzeba, bo skóra przechodzi czosnkiem i takie mycie zębów tylko psuje efekt. W końcu czosnek sam w sobie jest antyseptyczny czy jakiś tam.

Takie proste zdumienia. Chwile, do których warto wrócić, żeby stworzyć je na nowo i po raz kolejny. Żeby wypić setny raz czarną herbatę i poczuć jej smak, jakby to była pierwsza herbata w życiu. Żeby spróbować Primitivo i w zupełnie innym miejscu, w kompletnie innych okolicznościach, mieć wrażenie, że czas się zatrzymał. Smakować życie.

Prostota. Kto jej szuka zbyt głośno i zbyt szalenie, może jej nigdy sam nie odnaleźć. Zbyt dużo myślenia nie sprzyja przecież działaniu. A tu chodzi tylko o to, żeby przejść do działania. Pokroić wszystko, dodać oliwy, soku z cytryny, soli i pieprzu. Podzielić się obowiązkami przyjemnościami – kto robi kawę, a kto idzie po ciastka? Usiąść i zjeść pół takiej ogromnej miski sałatki, jakby to było nic.

I wcale nie myśleć o tym, że jak dziś zjemy wszystkie kabanosy, pomidorki koktajlowe, czarne i zielone oliwki, to następne może będą za tydzień. A ty s(obi)e radź. Ale jak smakuje taka sałatka. I takie warzywa – wyczekane, śniące się po nocach, wywołujące skręt żołądka na samą myśl, że by się zjadło.

Chcąc, nie chcąc, przechodzę przez szkołę pragmatyzmu i cierpliwości. Potem dochodzi do kulinarnej rozpusty i jak przez tydzień wymyślam dania z jednego selera, ziemniaków i cebuli, tak potem dostaję oczopląsu na widok tylu dobrych rzeczy naraz. Dla mnie. Dla nas. Dwa dni wcześniej mam milion pomysłów. Aż czasem głupio o nich mówić, bo niektóre wymagają niezłego biegania po sklepie. Nie mojego biegania. I nie wszystkie są możliwe do zrobienia. Chociaż… za każdym razem przekonuję się, że ograniczenia tkwią w głowie, nie w okolicznościach. Da się, wykorzystując piec kaflowy, zrobić dużo więcej. Współczesnemu człowiekowi, dzierżącemu piekarnik z termoobiegiem w dłoni, może się wydawać, że to jest koniec świata. A tu chleb można piec, rogaliki, scones, pora z gorgonzolą, karmelizowane warzywa, ciasto bananowe, muffinki cytrynowe i w sumie to wszystko, co tylko się wymyśli. Jeśli znajdzie się dobra dusza i przyniesie na swoich plecach trochę (trochę?! masę!) składników. Masło o smaku i wyglądzie masła na ten przykład. Albo całą epę maszketów.

Także szkołę wdzięczności też mam. To chyba najcięższa szkoła, ale mam nadzieję, że po moich wygłodniałych oczach widać, jak bardzo mnie wszystko cieszy. Bo cieszy sam gest. Sama chęć. Obecność. Jedzenie jest niezwykle ważnym dodatkiem do Osoby, ale wciąż dodatkiem. Wiadomo – im więcej można wymyślić, tym radość większa, że oto wreszcie nie gotuję tylko dla siebie. Że tak, właśnie tak, tu i teraz, będzie z kim usiąść przy stole, spojrzeć na siebie i spytać: Może sałatki?

Karkonosze – cz. III i inne takie owakie

I jak tu pisać o Karkonoszach, jak jeszcze zostały Niżke Tatry, kolejny wyjazd w Karkonosze, w międzyczasie Śląsk i ze trzy razy już Beskidy? Jak tu pisać o pięknej zimie, siedząc w pociągu z Katowic do Warszawy i myśląc o czekającym błocie pośniegowym, tłumach w autobusach, zapchanych tramwajach – a to wszystko za cenę biletu miesięcznego, bo nawet jadąc na tydzień nie opłaca się kupować innego?

Siedzę z laptopem w RegioEkspress RE Chemik. (Chomik? W wojsku zrobimy z ciebie tygrysa! –> dla niewtajemniczonych proszę bardzo link). Jedziemy jakieś 26 kilometrów na godzinę.  Następna stacja: Włoszczowa Północ. Każdy chciałby, żeby u niego zatrzymywały się pociągi ekspresowe. Tylko nie każdy umie wytłumaczyć, dlaczego zatrzymanie kilkunastu składów dziennie miałoby być opłacalne akurat ze względu na tę jedną osobę.

Taaaaak. Od kaloryfera bije przyjemne ciepło. Amortyzacja w pociągu działa. Wagon bezprzedziałowy lekko kołysze moimi skołatanymi, stęsknionymi myślami.

Miałam mieć laptopa przez dwa tygodnie. Ale kiedyś już przestałam planować tak daleko i widzę, że moim życiowym przeznaczeniem jest już przy tym pozostać. Plan zmienił się z chwili na chwilę. Zamiast jechać z Katowic do Warszawy, pojechałam w Beskidy. Jakie to szczęście, że już nie tłukłam się sama z plecakiem. Choć tym razem jedzenia wzięliśmy mało. Jak nie kojarzy się, że niedziela to szósty stycznia i sklepy mogą być zamknięte (chociaż basen był otwarty), to potem ma się to, co się ma. I jest lepiej, niż w snach. Na przykład są gorące bułeczki francuskie, od których ściska żołądek z rozkoszy. I można usłyszeć takie pytanie, kierowane do Małej Dziewczynki. Ile zjesz, Kochanie? Bo chcieliśmy kupić po dwa z każdego rodzaju, jeśli jakieś nam zostawisz. Życie jest prostsze, niż zatrzymanie pociągu na stacji Włoszczowa Płn. Byle tylko sobie nie komplikować.

Wróćmy do wspomnień. Do wina o smaku winogron, zupełnie jakby zrywanych pod koniec sierpnia z płotu przy bramie. Do ciepła płynącego kojącą falą od kominka i pieca kaflowego. Do strzelania wysuszonego świerkowego drzewa. Do rozmów o życiu. Swoim. Cudzym. Naszym i Waszym. Do barszczu czerwonego, wyciskającego łzy z oczu. I do planowania maksymalnie dzień do przodu.

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem.

Trochę mnie znów wyobraźnia poszła do przodu. Bo widoki w Beskidach raczej takie:

Śniegu było po pas. Autentycznie. Po kilku dniach trochę się ubił i był tylko po kolana. Ale bez żadnej ściemy dało się robić zdjęcia, stojąc po pas w zaspie. I wcale nie trzeba było szukać specjalnych miejsc. Wszędzie było specjalnie dużo. I pomyśleć, że wszystko to spadło w kilka dni po Sylwestrze. To zdjęcie robione  było jeszcze wcześniej, kiedy te łąki zielone, pod błękitnym niebem rozciągnione, jeszcze wystawały nieco spod białej pierzynki. Raj. Taki mały raj na ziemi. Ze świadomością, że w niektóre dni jest się jedyną osobą na świecie, która ma takie widoki.

Ale ale. Karkonosze tuż tuż, a tu wciąż pierwsza wizyta od lat niezapisana. Poza jednym jedynym kalendarzem. I jedną mapą, nad którą siedliśmy z markerem i wspólnie doszliśmy do tego co, kto, gdzie i kiedy. Gdzie zupa czosnkowa, a gdzie siniaki na łokciach. Gdzie niezwykłe wieczory, pełne gwiazd, a gdzie szuranie liśćmi i bieganie z górki na pazurki.

Życie jest tak różnorodne i tak niesamowite, że złapanie chwil wydaje się niemal melodią ulotną. Mela coś o tym wie. I o poszukiwaniu tego, co przecież się zdarzy. On na pewno gdzieś jest. On już moim śladem idzie.

Dzień II. Odrodzenie (się) w Odrodzeniu.

Wstaliśmy rano. Czyli nie w południe i nie wieczorem. Minęliśmy Świnki Trzy i przez cały dzień chodziła już za mną jedna piosenka. Nie wiem, czy Wy też tak macie, że łazi za wami coś, czego nie macie na mp3, w telefonie, albo nie leciało w radiu od wieków, a bardzo chcecie to usłyszeć? Mnie tak ciągle coś łapie. Co do Świnek Trzech, to już zupełnie fatalnie, bo to kawałek jak wyciągnięty z podziemia. Może w Radiu Bajka leci do czasu do czasu, le skąd na pograniczu polsko-czeskim wytrzasnąć takie radio.

Zdjęć ze swojego aparatu mam niewiele. Albo przymarzała bateria, albo popsuty uchwyt się psuł jeszcze bardziej, albo w trakcie robienia zdjęć „coś” się psuło i zamiast mieć trzech zdjęć, mam jedno jak ze złej odbitki. Kiedyś, na aparatach analogowych, z ręcznym przewijaniem filmu, działy się takie rzeczy. Zdjęcia na siebie nachodziły, prześwietlały się wzajemnie i dawały złudzenie, że świat jest zupełnie inny. Moja cyfrówka też to potrafi.

Szliśmy sobie, rozpieszczani przez pogodę. No naprawdę, żeby przez cały zimowy wyjazd, mieć tak genialną pogodę! Ani płatka śniegu. Ani zmrożonego deszczu, osiadającego na twarzy grubą warstwą. Ani wiatru sto na godzinę, odrywającego wnętrzności. Tylko bajkowe słońce, zadbane szlaki, piękne widoki i pokoje w schroniskach jak apartamenty. Dawno mnie tam nie było? Czy to kwestia wyboru terminu po/przed sezonem, kiedy pracownicy takich miejsc mogą stawiać zakłady, kto przyjdzie i czy na pewno w tym tygodniu?

Chodząc ścieżką przyjaźni polsko-czeskiej czy może i czechosłowacko-polskiej, bo to i inne czasy były, a szlaki dalej się trzymają, można odnieść wrażenie, że to już nie jest Polska, ale inny kraj. Lepszy. Czysty. Zadbany. Dobrze oznakowany. Porządny. Bez błota. Mam porównanie z Beskidami. Z Tatrami. Z innymi górami, jakie w życiu widziałam. I tam, gdzie bliżej do Niemiec, tam i Polacy jacyś niemieccy się stają. Bliżej im do porządku, czystości, szacunku do przyrody i siebie samych. I do słupków granicznych, stawianych dokładnie tam, gdzie mają być. Choćby wypadało to na skale.

 

Odrodzenie. Czy w ciągu jednej doby może wydarzyć się tak dużo? Czy ludzie, którzy w sumie znają się niedługo, choć widzieli kilka razy i pomogli sobie tak, jak potrafili, mogą iść w góry, spędzić cały dzień razem i nie mieć siebie dość? Czy po dźwiganiu plecaka (w moim przypadku) i po noszeniu plecaka (w każdym innym), kiedy człowiek nie marzy o niczym, nawet o zupie czosnkowej… Czy można wykorzystać wieczór na coś innego, niż spanie?

Spał będę w nocy, a nie spał w dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Jasny, bez demonów będzie mój sen,
Zaś na jawie nie zjedzą mnie pleśnie.

Można. Można usiąść we trójkę, spojrzeć na telefony i przekonać się, że istnieje coś solidniejszego, niż masa innych. I można przekonać nie tylko siebie. Zresztą, kto wie, ten korzysta. Jak ktoś potrzebuje telefonu do dzwonienia i ewentualnie pisania sms-ów, używania latarki i w ramach bonusu korzystania z radia czy odtwarzacza mp3, ten wie, który telefon wytrzyma trzy tygodnie bez ładowania.

Można posiedzieć, posłuchać niesamowitych historii o słoweńskich schroniskach, gdzie nikt nie narzeka na zimną wodę pod prysznicem. Bo tam, na prawie 150 schronisk, chyba w żadnym nie ma prysznica. I ciepłej wody. A i tak można spędzić pół roku w Alpach, codziennie śpiąc gdzie indziej. A przy gorszej pogodzie, można się wybrać nad cieplejsze, niż nasze morze i leżeć do góry kołami. I tak minął wieczór i poranek, dzień drugi.

Poranek minął ciekawie. Nic z niego nie pamiętam. Poza tym, że spaliśmy w apartamencie all incusive, z prysznicem, stołem w pokoju, szafą, radiem, lampką nocną, dwoma pokojami i czajnikiem bezprzewodowym. A gwiazdy świeciły nad nami, jak dobra wróżba na kolejne dni.

Pójdę bezpowrotnie daleko, hen,
Kiedy na nowo się narodzę,
Wszędzie na miłość głuchy jak pień,
Będę w sadach obrywał czereśnie.

Można odrodzić się pod prysznicem. Śpiąc po ciężkim dniu. Lub patrząc nowopoznanej osobie w oczy i widzieć tam radość z wyjścia w góry. Nie każdy ma w sobie tyle energii, żeby jechać pociągiem, potem czymś i potem wychodzić po ciemku, żeby spędzić kilka dni w górach. Przyjaźń. Jeśli do tej pory myślałam, że wiem już wiele o tym, to okazało się, że moje wiele jest czymś bardzo niewielkim.

Ja potrzebuję słów. Mężczyznom wystarcza spojrzenie. Jakiś gest. I wszystko jasne. Patrzeć na ludzi, którzy rozumieją się bez słów. Bo kiedyś potrafili zrobić więcej, niż jest to tylko wymagane. Bo słowa są niepotrzebne, kiedy i tak nie da się ich wypowiedzieć. Kiedy są sytuacje, o których ja nigdy nie będę mieć pojęcia.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Nawet gdy to będzie śmierci mej dzień,
Może jednak narodzę się wcześniej.

Dzień III. Samotnie w Samotni.

Na ten dzień potrzebuję wiele czasu. Ale przyznam się od razu, że trochę się obawiałam tempa. Po historii z poprzedniego dnia, jak to trzeba było iść bez przerwy dziesięć godzin do następnego schroniska w Alpach, zaczynałam mieć obawy, czy moje chodzenie po górach nie jest czasem pochodną od ścieżki dla niepełnosprawnych, jaka wytyczona została przed Odrodzeniem.

Okazało się jednak, że i tak każdy idzie swoim tempem. Że wlokąc się za wycieczką z moim plecakiem pełnym niepotrzebnego żarcia (wiekopomna chwila, przyznałam się do tego po raz pierwszy i być może nie ostatni), jednak dawałam radę. Przerwa na zdjęcie? Przerwa na oddech? Przerwa na zdjęcie plecaka i na prawdziwy oddech? Proszę bardzo. Wersal. Można się opalać, więc nikomu się nie spieszy. Szczególnie tym, co to robią jeden krok, a ja dwa i pół.

 

Po drodze do kultowej Samotni –  Śnieżka. Po drodze, jak po drodze, jaki sens ma schodzenie w dół, żeby zostawić plecak, skoro można potem zejść na dół. Jak dla mnie, okazało się, że miałoby wielki. Wychodzenie po stromym lodowisku okazało się ponad moje siły. Trzymałam się zębami. Łokciami. Kolanami. A i tak obiłam sobie wszystkie części ciała. Na szczęście, na zdjęciach jestem ubrana w wystarczającą ilość warstw, żeby nikt o tym nie wiedział. Samo dojście na Śnieżkę okazało się jednak przyjemnością przy konieczności wejścia do schroniska. Tam to raki, czekan i jazda cżłowieku. Ja raków nie miałam, czekana tym bardziej. Efektowne rozciąganie na ekranie i dobiłam dwukrotnie nerw łokciowy. Miałam siłę się śmiać. Czasem bezsilność przerasta i nic więcej nie pozostaje. Tylko czeskie piwo. W SZKLANYM KUFLU.

Cha. Cha. Cha. Jak zobaczyłam, że pani podaje nam piwo w szklanych kuflach, to się prawie popłakałam. Ja bez dodatkowych elementów jestem w stanie wybić sobie wszystkie zęby, a już z czymś w dłoni, to równowagę mam zerową. Pani w ogóle nie była zbyt chętna do sprzedaży nam tego napoju. Jak dla niej – niedobre. Mało procent. No i kolor jakiś dziwny. Kto to w ogóle pije. My! My, droga pani. Ale co się dziwić. Kobieta miała widoki nieziemskie na świat, jak z piosenki SDMu, a ona mówi wprost, że już jej się to dawno znudziło. Oł je, bejbe. Współczuję całym sercem. Jak obrzydną mi góry, każcie mnie zakopać w jakimś dole. Byle z pożywieniem.

A w kultowej Samotni faktycznie kultowo. O Boże. Idziesz tam i świat się kończy. Słońce zachodzi wcześniej, bo to w samym sercu dziury. Doliny. Czego by nie było, miejsce magiczne. Z małą Marysią, jeżdżącą na rowerku. Z okienkami na Mały Staw. Z bufetem czynnym do dziewiętnastej. I płatnym wrzątkiem, nawet dla nocujących. Ale za to jakie łóżka wygodne – wielkie! Gorąca woda pod prysznicem. Piękne, malowane drzwi, nawet w toaletach. Jajecznica firmowa, która jajecznicy schroniskowej nie przypomina.

Jajka. Ser. Szynka. Papryka. Chlebek. Masełko. Och. Ach. A ja powiedziałam, że nie chcę?! Nie wiem, no nie wiem.

Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie. Każdy plan, który ma szansę na realizację, jest przyjemny. Graliśmy w remika na świetlicy. Było cicho, spokojnie. Poza dwiema babkami, które musiały informować cały świat o swoich geriatrycznych problemach. Albo problemach rodziny. Albo znajomych. Przebytych operacjach. Planowanych zabiegach. Wykonanych przeszczepach czy czym tam jeszcze można się pochwalić w piękną noc w Samotni. Czy człowiek ucieka na koniec świata, żeby słuchać takich historii? Było prawie samotnie. Wyjdźmy stąd, zanim wszyscy umrą. Gdyby dało się udusić ze śmiechu, zrobiłabym to bez problemu.

Niebo gwiaździste nad nami. Piękne niebo. Mróz. Ciepłe światło z okien. Szum wody. A może by tak… Nie, nie, trzeba iść dalej. Przecież Czechy i Czesi czekają.

 

Do Warszawy bardzo niedaleko. Niecała godzinka i już. A ja zamiast spać czy przygotowywać się do pracy, siedzę przed laptopem i nie mogę się nadziwić, że ja doczekam tego dnia. Nad wagonem anioł leci. Kto nie poznał tych radości, niech przejedzie się pociągiem. I będzie jeszcze prościej. Bo jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej.

Ściskam gorąco.

Zytka.

w wielkim mieście niebo jasne
i wiadomo żyć nie łatwo
w wielkim mieście
oto widać idą ludzie przy wystawach
i o cudzie myślą i nareszcie
nad głowami anioł leci od tej pory
komuś w życiu będzie znacznie lepiej
kto nie poznał tych radości
niech spróbuje
znów pokochać kogoś jeszcze prościej


Ścieśniaj, ścieśniaj

Ile można ścieśnić?

Takie  pytanie nasunęło się moim myślom w głowie (bo gdzie niby indziej) dzisiaj po obejrzeniu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Kawałek z krzyżówką wrzuciłam już kiedyś, o tutaj. Wszystko można ścieśnić. Kaczkę. Paprykarz szczeciński. Jamnika-jajnika. Ciotkę Różę-obżartucha. Chociaż ją to raczej rozciągnąć można, bo wciąga kabanosy i nawet nie pogryzie.

gdy wszystko się zdarzy
( muzyka Grzegorz Turnau,
słowa E. E. Cummings / Stanisław Barańczak)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego, dowiózł na drugi dworzec i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa, chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu, znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości. Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

Jednego dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy, więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie, przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach, zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu. Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie „dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem. Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie, to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości.

Zima, skrzy się śnieg, mrozik trzyma. Spokój, wielki spokój na ziemi. A tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

I była słoneczna zima. W najpiękniejszym jej momencie schodziliśmy na dół po trochę jedzenia. I rąbaliśmy drewno, nosiliśmy i woziliśmy na taczkach do kotłowni. I było tak ciepło przy kominku, że chciało się po prostu spać. Jedliśmy sałatkę grecką, scony z pomarańczami, dorsza z pieca, kruche ciasta z przyprawami i parę innych rzeczy. W pamięć zapadł mi ten sok malinowy. Z malin o smaku malin. Jak domowy. A zatem można spędzić trzy dni i dwie noce ot tak, po prostu. Nie samej, troszcząc się o wszystko. Ale z pomocą, nawet przy myciu kibli i pryszniców. Rzadko spotykam w tym miejscu mężczyzn, u których za deklaratywną chęcią pomocy idzie czyn. Ewentualnie, bardzo ewentualnie, mogą pomóc przynieść drewno. I chcieliby, żeby padać im do stóp za to. A tu nie. Dobrze być kobietą i dobrze, że są tacy, którzy to widzą i szanują. Dzięki.

O kurczę.

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu bałwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Przestawię tylko godzinę publikacji na dziś, czyli na wczoraj.

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

No to pa.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca-Zytka-Której-Ścieśnianie-Zupełnie-Nie-Wychodzi.

(a nigdy jest zawsze nigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś 

więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był

spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie

siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła

mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie

możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego

dworca, dowiózł na drugi i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem

minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z

następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się

minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa,

chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu,

znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z

przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga

skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości.

Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych

nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często

słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie

ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

Jedengo dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy,

więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed

zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na

frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i

dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie,

przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za

nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po

kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć

skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U

nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach,

zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie

trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu.

Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który

ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie

radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie

„dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie

znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem.

Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie,

to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości. Spokój, wielki spokój na ziemi, a tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu balwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca Zytka.

Jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia

Zanim wpiszę tytuł, który Wy zobaczycie jako pierwszy, spojrzę jeszcze jeden raz na tagi. Czy w ten sposób mogę streścić magiczny czas, zupełnie nierealny i wprost niemożliwy? Czy to możliwe, że wszystko działo się naprawdę i ja byłam w samym środku wydarzeń? No pewnie, że nie.

[To jest chwila, w której należy przygotować kolację i zasiąść z nią przed monitorem, albo porzucić nadzieje na w/w. Tylko dla tych, którym literki niestraszne. Sporo się ich dziś posypie.]

You’ll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley

Dzień dobry. Dobrý deň. :)

U mnie już tak jest, że albo wszystko idzie utartym torem, albo następuje efekt motyla i wszystko toczy się rytmem huraganu. Na co dzień jest to pierwsze, na wyjazdach z reguły to drugie. Tym razem też nie było wyjątków. Jeszcze dobrze nie wyjechałam, a już cały plan legł w gruzach. Pozostało się tylko poddać biegowi zdarzeń i obserwować, co stanie się za chwilę.

A były to chwile warte zapamiętania. Niczym złote łany zbóż w Stingowej piosence, niosły ze sobą wspomnienia najprostszych obietnic. Tych spełnianych jednym spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Przy takich obietnicach niepotrzebne są słowa. Chcę te kilka szalonych zapamiętać w jeden sposób. Wszystkimi zmysłami i na wszystkie sposoby.

See the west wind move like a lover so
Upon the fields of barley

Szukałam prostoty. Szukałam więzi między człowiekiem a przyrodą. Szukałam piękna, które będzie ocierać o kicz. Szukałam wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i radości.

Jak łatwo się domyślić, znalazłam to wszystko natychmiast, a z każdą chwilą znajdowałam jeszcze więcej.

Zaczęło się bardzo niewinnie w strugach deszczu, a skończyło słodkim pocałunkiem słońca. Ain’t no sunshine when she’s gone. Ain’t no mountain high enough. I tak dalej w ten deseń. Wybaczcie mi ciągłe wstawki po angielsku. Ten wyjazd był nieco międzynarodowy. Dużo bliżej wszystkiego, co dalsze od Polski. Nawet słowackie radio lepiej odbierało i zasięg był lepszy dla sieci z końcówką SK, a nie PL.

So she took her love
For to gaze awhile
Upon the fields of barley

Wzięłam niczym bohaterka piosenki swojego ukochanego Nikona i poszliśmy przez pola, lasy, łąki i błota na górę. Ta historia mogłaby się zaczynać od słów Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Ale że zaczęła się inaczej, niech już tak zostanie.

Rozdział 1. Czwarty dzień na początku.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i siedmioma dolinami rozpoczynał się czternasty dzień czerwca. Było mu daleko do wspaniałej pogody z początku maja. Zimowej zawieruchy też nie przypominał. Pozostało mu jedynie rozpocząć się ulewnym deszczem, co niechybnie uczynił.

I w ten oto sposób powitałam dzień po dwóch godzinach snu i jeździe taksówką na dworzec. Wytarabaniłam się z moim cudownie ogromnym plecakiem i cóż… Okazało się, że zmieniły się dni odjazdu PKSu do Zakopca i najbliższy będzie następnego dnia. Jak w życiu, równanie było proste.

Nie ma autobusu = nie zdążę na pociąg = nie zdążę na kolejny pociąg = nie zdążę na busa = będę w środku nocy w górach  = będę szła w deszczu ze trzy godziny = dojdę i padnę na gębę.

Ale dobra. Siadłam na ławce, obok zasiadł plecak i kobieta z małym dzieckiem. Czekaliśmy elegancko na cud, który nie chciał się wydarzyć. Obiecałam sobie, że jeśli nic się nie stanie, wracam do domu, idę spać i mam wszystko w tyle. Są czasem takie chwile.

Po kilku minutach usłyszałam stukot walizki na kółkach i na horyzoncie zamajaczyła sylwetka kobiety w butach na obcasie. Oł je. Przed czwartą w nocy wszystko jest możliwe. Sylwetka nabrała realnych kształtów i barw, kiedy zbliżyła się niemal pod mój nos i oznajmiła, że będzie jechać autobusem do Kielc o 4:20.  Po chwili rozmowy okazało się, że będzie jechać nie do Kielc, ale nawet do Katowic. Tego mi było trzeba. Miałam zapewnioną towarzyszkę podróży niemal przez cały czas! A stąd już było tylko o krok do decyzji, że jedziemy razem.

W końcu i tak nie zdążyłyśmy na pociąg z Kielc do Katowic. Ale na dworcu PKS zdążyłyśmy na busa do Krakowa. I to tylko dzięki szalonemu maratonowi,  który przypadkowo rozpoczęłyśmy. Ale dzięki temu zdążyłyśmy w Krakowie na kolejnego busa do Katowic. Za dużo się podczas tych kilkuset kilometrów nie nagadałam. Jak tylko siadałam w fotelu, uruchamiał mi się w mózgu tryb SPANIE i budziłam się zaraz przed dworcem. Wada busów – człowiek siedzi złożony jak ryba w puszce i marzy tylko o szybkim zaczerpnięciu świeżego powietrza. W przeciwnym razie marzy o sporej i pustej reklamówce, którą natychmiast chciałby wykorzystać i pozbyć się treści z żołądka.

Z Katowic poszłam już na pociąg do Rajczy. Udławiłam się, jak usłyszałam, że bilet kosztuje 18,50. A ode mnie kosztuje 32,00. Im dalej, tym faktycznie taniej. W pociągu już się tak nie wyspałam. Weszłam do wagonu, a za mną cała wycieczka do Zwardonia. Na przeciwko zasiadło dwóch około 10-latków z PlayStation3, komórkami i innymi cudami techniki. Okno dalej chłopcy w wieku gimnazjalno-licealnym wydzierali się przez okna „Legia!”. Na pytanie wychowawczyni, czemu krzyczą akurat o Legii, skoro nawet nie są z Mazowsza, stwierdzili, że Legii nikt nie lubi, więc to dobry okrzyk na zwrócenie uwagi.

W Rajczy wysiadł ze mną też dziadek, którego panicznie bały się wszystkie dzieci z wagonu. Wyglądał trochę obleśnie, szedł o kulach i coś krzyczał przez szybę przedziału w trakcie jazdy. Ale jak wysiadł, to już tylko śpiewał po góralsku, idąc po moście. Ta scena nadawała się na początek filmu.

A potem znów lunęło. Weszłam do sklepu i poza żarciem, kupiłam wielki płaszcz przeciwdeszczowy. A potem odebrałam telefon z pytaniem, gdzie jestem i po wymianie informacji dostałam przykazanie nie ruszać się z  Rajczy i czekać na A., która właśnie schodziła na dół. Boże, błogosław wynalazcę telefonu komórkowego i tych, którzy go używają! Dzięki temu, że A. przyjechała po mnie spod samej granicy i wyjechała ze mną znów na granicę, szłam na górę niecałą godzinę. Zamiast niecałych trzech. Ale i tak ufajdałam się jak prosiątko w błocie. To jednak lepiej, że szłam w starych butach. Przynajmniej nie było ich tak żal. A spodnie uwaliłam od góry do dołu.

Doszłam na miejsce koło wpół do piątej. Moja podróż trwała pół doby. Tylko dwanaście godzin. Następnie wpadłam w gościnne objęcia, zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy i zjadłam crupety na słodko i słono. I tak już pozostałam pod urokiem miejsca aż do poniedziałku.

W międzyczasie dowiedziałam się, że jestem dziwna. Zresztą, do jakiego wniosku można dojść, jeśli bierzesz cudzy aparat, a tam na tysiąc zdjęć jest dziewięćset dziewięćdziesiąt samego jedzenia? No ja nie wiem.

I to wieczorne pytanie, niosące w sobie więcej niż odrobinę wariactwa. Nie wiedziałam, co przyniesie mi los.

 

Rozdział 2. Się dzieje.

Im grubszy tort, tym głębiej odcisnąć trzeba twarz.

Właśnie tak bym podsumowała kolejny dzień. Mogłam zjeść przygotowane przez B. śniadanko (kanapki z masłem, serem, pomidorem, ogórkiem, cebulką i pieprzem, czyli thanks God, I’m a woman!) i wziąć się do roboty. Na drugie śniadanie miałam racuchy z wielką gębą, namalowaną bitą śmietaną. Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm!!!!

Robiliśmy pranie. To nie jest takie proste, biorąc pod uwagę brak stałego dostępu do prądu. Niezbędny jest agregat, mała praleczka do wirowania, dwie balie do płukania i silne ciała do wyżymania pościeli. Jestem prawie jak Strongman po takim fitnessie. I można pobiegać boso po trawie.

A na obiad pizza z pieca. Kaflowego. Z całą masą różnych dodatków,  z podwójną porcją sera i z radością. Ludzie, jak można się tak obżerać. Siekierą nie była krojona, ale przyznacie, że to całkiem niezły pomysł na zdjęcie. Niczym z gospody. Zjedliśmy jeszcze po dwa takie kawałki i się skończyło.

Po kolejnej porcji solidnej pracy przy różnych elementach wyposażenia, przyszła pora na posiłek. Czyli sałatkę owocową. Pomarańcza, banan, jabłko, rodzynki, nektarynka, sok z cytryny…  A potem wysiłek został okupiony najpiękniejszym zachodem słońca, jaki tego dnia mógł być na całym świecie. Zachód doprawiony kiełbasą z ogniska i bułeczkami drożdżowymi z pieca.

Ile tematów potraficie poruszyć, gapiąc się w ogień?

A ile, jeśli do tego słyszycie T.Love, R.E.M. i szkocką muzykę na przemian z Kazikiem? ;)

Rozdz. 3. Never ending story

Rano zdążyłam się spóźnić dwadzieścia minut. Przez cały dzień musiałam je nadrabiać i odrabiać. Spokojnie, tylko spokojnie. :)

Ten dzień się nie chciał skończyć. Tak jakby mógł to być jedyny w swoim rodzaju dzień. Tak jakby jutro nie nadchodziło nigdy, a czas dawno już przestał mieć znaczenie.

Taj, jakbym ja sama bardzo nie chciała jego końca.

I never made promises lightly
And there have been some that I’ve broken
But I swear in the days still left
We’ll walk in the fields of gold

Po prostu. Zwyczajnie, bez żadnego zastanawiania się, oceniania, dobierania słów. Są chwile,  które przepadają bezpowrotnie, jeśli ich nie wykorzystamy. Są chwile, w których zwycięża piękna prostota. Na przykład robienie przez godzinę czy dwie zdjęć z długim czasem naświetlania. Słuchanie meczu w radiowej Jedynce. Oblewanie się wodą w wielki upał. Albo opowiadanie i słuchanie bajek o jeżu. Bo się akurat napatoczył do historii o królewnie. Albo spanie na niewygodnym łóżku i przewracanie się z boku na bok. Proste? Jeszcze nic nie było aż tak proste i bez drugiego dna. That’s a kind of magic!

A na dokładkę napiszę tylko, że zwykły olej roślinny czy zapalniczka mogą mieć wiele zastosowań, o których wcześniej nie wiedziałam. Albo z których nie zdawałam sobie sprawy. ;)

Ten dzień był tak cudowny, wesoły, pełen muzyki, żartów, głupich pomysłów i całkiem niegłupich realizacji, że piętnasty czerwca nie ma już innych znaczeń, jak tylko to jedno. Prostota. Bliskość czegoś nieznanego, choć niezwykle pięknego. Gapienie się w rozgwieżdżone niebo. Robienie tego, co do mnie należy i satysfakcja, że coś potrafię. Pomimo zmęczenia totalnego.

Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym.
Daleko, tak daleko… Jesteś tak daleko ode mnie, czasami jednak blisko tak.

Rozdział 4. Coraz bliżej nieba z dnia na dzień.

Pomimo wszystko, a szczególnie pomimo krótkiego czasu snu, tym razem zdążyłam na czas. Pewnie dlatego, że nie miałam daleko i obudził mnie mój budzik. Którego przez długi czas nie mogłam zlokalizować. A darł się jak szalony. Pewnie obudził też wszystkich innych, którzy planowali wstać bliżej dziesiątej, a nie siódmej.

Uczyłam się rozpalać w piecu kaflowym. To nie jest takie proste, jak rozpalanie w kominku. Tu niezbędna jest technika i wyczucie. I nawet zrobiłam placki ziemniaczane. Ja, która prawdopodobnie nigdy w życiu nie robiłam sama takich zwykłych placków. Na studiach dodawałam całą masę różnych rzeczy, typu marchewka, cukinia, czerwona cebulka. A tu masz babo placek ;)

I znów jadłam racuchy i sałatkę. Teraz nawet ze świeżym ananasem! I kto tu mówi, że ja wymyślam dziwne rzeczy? Ananas to zupełnie nie był mój pomysł. Ani troszeczkę. Ale nie narzekam, bo to było genialne. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem i doceniać własną pracę.

We’ll forget the sun in his jealous sky
As we lie in the fields of gold

Człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony. Kiedy mogę sobie posłuchać Trójki do śniadania, albo podskoczyć ze trzy razy do taktu muzyki, drąc się przy tym na całe gardło, bo i tak nikt nie słyszy. Andrusowa piosenka Glanki i pacyfki idealnie się do tego celu nadaje. Podobnie jak Listy ze świata i Muzyka bez granic. To nic, że jest mnóstwo roboty. Śpiewając, wszystko idzie szybciej.

A wieczorem można znów wybiec na zachód słońca, pogadać z panami od huskych, którzy wrócili z oglądania meczu na Miziowej, podłożyć do pieca i poczuć, ile jeszcze tajemnic kryje się w ciszy. Zasnąć tak bardzo szczęśliwa, że to przekracza granice rozsądku i innych wymysłów. Nucić pod nosem But I feel tomorrow I’ll be crying z Kinga Crimsona (Epitah). I wiedzieć, że następnego dnia będzie ciężko powstrzymać łzy, zaciskając mocno usta.

Bo chociaż jestem silna, to przecież jestem tylko kobietą.

Magia ciągnie, zniewala, odrealnia, każe zgłębiać nieistniejące zakamarki duszy. Składa się na to obecność szczególnych Osób, szczególnych splotów wydarzeń i tej szczególnej optyki, płynącej z innego świata.

Rozdz. 5. Jeszcze chwilę tu pobędę…

Tak bardzo nie chciałam wychodzić w ten poniedziałek. I pomimo zakazu robienia czegokolwiek (Ty już dziś nie pracujesz), chciałam zrobić wszystko, żeby te chwile się nie kończyły. Na śniadanie wielka porcja sałatki z ananasem i racuchy. Gdybym robiła je sama, pewnie wcale by mi nie smakowały.

Zrobiłabym niemal wszystko, żeby nie wychodzić na zewnątrz na ten szaleńczy upał. Ale wyszłam. I dojechałam do Bielska ze Słowakiem, który opowiadał mi o swoim życiu. Jak wysiadłam od niego, przesiadłam się do przemiłego starszego kierowcy TIRa, który miał niesamowite historie do opowiedzenia. Sporo jeździł po Europie, to sporo widział i słyszał. Kocham takie rozmowy!

Kolejna przesiadka w Katowicach. A potem w Krakowie, z dodatkowymi tobołami. Sprzedawca w sklepie z butami rozpoznał mnie w drzwiach, kwestię butów mieliśmy obgadaną przez telefon. Przy okazji zainwestowałam w nową latarkę. A w księgarni nabyłam drogą kupna rozmówki polsko-słowackie.

Hej.

I po północy dojechałam do domu. Kierowca autobusu obudził mnie na dworcu pytaniem, czy jadę z nim dalej. Spałam jak kamień!

Dziś  w ramach relaksu popołudniowego wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę z Tomkiem i Aneko. Odwiedziliśmy P., wygłaskaliśmy jego ogromne psy i wróciliśmy lasem. Piękna wycieczka. I już nie było tak gorąco.

Ale to by już było w post scriptum. W niedzielę znów jadę. W drugą stronę Polski tym razem. Na dużo dłużej. Jak wszystko pójdzie dobrze, a na pewno pójdzie dobrze, za miesiąc znów będę w Beskidach wieczorami gapić się w rozgwieżdżone niebo i marzyć o tym, co najpiękniejsze.

Bo w ciągu dnia nie ma czasu na takie sentymenty. ;)

Znalazłam swój dom

A jeśli dom będę miał,
To będzie bukowy koniecznie,
Pachnący i słoneczny.
Wieczorem usiądę – wiatr gra,
A zegar na ścianie gwarzy.

Szukam, szukania mi trzeba,
Domu gitarą i piórem,
A góry nade mną jak niebo,
A niebo nade mną jak góry.

Wolna Grupa Bukowina – Sielanka o domu
http://www.youtube.com/watch?v=0FYHeS52VYY

Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.

I feel good

Będzie krótko. Ale na każdy temat.

1. Awokado doskonale smakuje, kiedy najpierw wrzuci się je do wypchanego plecaka, wozi ze sobą trzy dni, a potem zje. Z zapiekaną polentą, szynką długodjrzewającą, grzankami z bułeczki, sałatą lodową, pomidorkami koktajlowymi. Tak. Zdjęcie kiedy indziej. Sorry Gregory. ;)

Edit: oto i zdjęcie. Voilà!


2. Na pustym szlaku niesamowite szlagiery przychodzą do głowy. I nikt nie marudzi, że śpiewam na głosy Budkę Suflera, The Cardigans, SDM, Stinga i tak dalej. Ktoś umie gwizdać i potrafi mnie nauczyć? :D

3. Katowice może i będą piękne, ale szybkie bieganie z wywieszonym jęzorem i plecakiem większym ode mnie nie jest moją specjalnością. Wole proste rozwiązania. Na dworcu jest przechowalnia bagażu, bok peronu 1. 9zł duża skrytka. Niby mała 6 zł, ale żadnej małej nie było.

I tak spóźniłam się na pociąg o trzy minuty. Wszystkie inne były spóżnione po pół godziny. Ten jeden nie. Opalanie się na dworcu w towarzystwie panów robotników, wiercących dziurę pod ławkę przy peronie obok zajęło mi półtorej godziny do kolejnego pociągu. Tez wyjechał o czasie, ale zaraz za Katowicami już miał pół godziny spóźnienia. Przypadek?

4. Jazda quadem to naprawdę genialny pomysł, kiedy ma się taki plecak jak ja. Albo będę musiała się ograniczać, albo nie łączyć pracy z przyjemnościami odpoczynku w górach. Inaczej następny raz może być moim ostatnim. Chyba, że znów trafi się dobra dusza, która nie dość, że wywiezie mnie i plecak, to jeszcze wniesie go do pokoju na górę. Ech, za dobrze mi tutaj ;)

Taka zabaweczka, nie? :P

Co do samej jazdy, było to przeżycie podwójnie ekstremalne. Przy bardziej stromych odcinkach zamykałam oczy. Ale jak się jedzie z człowiekiem, który się na tym zna, to nic złgo zdarzyć się nie może. Żyję!

5. W Beskidach jest śnieg. Błoto też wróciło, odkąd ostatni raz tu nocowałam. Czyli wszystko w normie. Najlepsze buty to kalosze z protektorem. Okulary też się przydają. I oczywiście w środku tygodnia spotkanie żywej duszy na szlaku graniczy z cudem. Jak już spotkałam, to gadaliśmy z pół godziny. O błocie, górach, schroniskach. Czas się nie liczy, słońce zachodzi późno…

6. Makaron z Lidla o nazwie Stir-Fry Noodles (jakoś tak) jest szczytem moich możliwości, kiedy wracam po kilkugodzinnej wyciecze i marzę o czymś ciepłym. Chleb nie zdaje tu egzaminu. A makaron zdaje.

7. Widziałam krokusy!

8. Miejsce, w którym mężczyźni sprzątają, gotują, dbają o wszystko… Pisałam o tym niemal na samym początku. I ten słodki zapach wiatru, który niesie ze sobą wspomnienia minionych dni… Przeszywa ubranie, ciało, a nawet duszę. Problemy znikają. Albo są takie malutkie i dalekie, że nijak nie idzie się nimi przejmować.

Dziękuję Wam za komentarze. Znikam, bo siedzę już za długo na komputerze, a nie wypada się tak rozsiadać. Ale tu jest tak ciepło i dobrze. Nie mam ochoty wychodzić.

A może by tak iść coś zjeść? :)

Stożek rulez

Taki finał jest godny zapamiętania. Prawdę mówiąc, dawno nie słyszałam tylu niestworzonych historii i tak dobrze się nie bawiłam. Ze wszystkich moich Karpackich Finałów ten jest najlepszy, najbardziej beskidzki, najbardziej narciarski i dający najwięcej energii!

Gdybym miała podsumować cały wyjazd, musiałabym przytoczyć wszystkie teksty, jakie zdążyły się pojawić i nabrać rumieńców. Kąpiel w śniegu przy użyciu borygo. Termos ci rdzewieje od środka i korek mu się też łuszczy. Krem ujędrniający dla Małej Ani, bo nikt inny się nie odważył. Znam i nie popieram. Magiczny kubeczek. Idziemy na imprezę? Stopniowanie wody: lodowata i zimniejsza. Zadzwonię do Goni, wtedy mi lepiej idzie gra! Nie pytajcie, broń Boże, skąd się wzięły te teksty i dlaczego. ;)

Wielki Turniej Gier odbył się w wersji proporcjonalnie wielkiej do ilości turystów nocujących w schronisku. Gra w kości w Dziesięć Tysięcy i potem makao to były naprawdę emocjonujące potyczki. Bo jak tak może być, że ktoś, kto nie zna zasad, rzuca kośćmi i wygrywa? Niechcący? Szczęście początkującego!

I mnóstwo innych spraw, które budowały atmosferę. Dodając do tego najlepszą kwaśnicę, dla której turyści przyszli specjalnie do Schroniska na Stożku, gorącą (!) atmosferę; przemiłą Panią Gospodynię i Panie pracujące w schronisku; hektolitry wypitej herbaty; mnóstwo życzliwych osób, spotkanych dzięki Orkiestrze; kanapki z ogórkiem, pomidorem, rzodkiewką, serkiem, szynką (etc etc) oraz zupę liofilizowaną i z puszki, to robi się naprawdę wesoło. Ciekawe, że dania gotowe, zazwyczaj z dużą ilością konserwantów i sodu, tym razem okazały się totalnie bez soli i pieprzu. Zdrowo, ale bez smaku. ;)

Śnieg też dopisał. I to tak, że Kota śpiącego w namiocie elegancko przysypało, a my mieliśmy rano piękną mgłę i dużo śniegu pod nartami. Warunki były bardziej do zbierania pieniędzy do puszek, niż do jeżdżenia, bo wilgotność powietrza i ciągłe opady zachęcały i zniechęcały jednocześnie.

Nasz Sztab składał się w sumie z sześciu osób. Kluczową rolę pełniła Mała Ania, która wytrzymała morderczą podróż wyciągiem razem z dwiema parami butów górskich. W obie strony. Dzielna dziewczyna, chociaż wiele przeszła ;) Poza tym Grubas, Bolek, Kot, Tomek i Zytka. Tak mniej więcej, bo nie liczyło się przecież, kto ma identyfikator, skoro wszyscy byliśmy razem.

Uroczy weekend!

Nie odpoczywaj po Sylwestrze! Zrób sobie zabawę sylwestrową tydzień później na Stożku!

Najbardziej odlotowy, niezapomniany i szalony weekend w górach tylko 7-8 stycznia i wyłącznie z Karpackim Finałem Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy! W tym roku pomagamy maluszkom i ich mamom, zbierając na urządzenia dla ratowania życia wcześniaków oraz na zakup pomp insulinowych dla kobiet ciężarnych z cukrzycą.

A w programie:

SOBOTA wieczorem, od 18:00:
- Jak wykorzystać głowę w razie problemów – pierwsza pomoc dla niewtajemniczonych w metody usta-usta;
- wielka licytacja wszystkiego, co niezbędne w górach – mapy, koszulki WOŚP i jeszcze więcej dobra od Sponsorów! (nie zapomnijcie gotówki!);
- niespodzianki :)
- nocny turniej BINGO! nie tylko dla amerykańskich emerytów;
- rozgrzewające partyjki przy dominie, Chińczyku i kartach;
- gorąca atmosfera Schroniska PTTK Stożek gratis!
- jeśli weźmiecie gitary i inne urządzenia grające – również koncert na wiele głosów :)

NIEDZIELA, od rana:
- uroczyste otwarcie orkiestrowego Sklepiku dla tych, co nie załapali się na sobotnią licytację lub chcą jeszcze bardziej się wyposażyć;
- rozmowy z uroczymi Wolontariuszami WOŚP (całkowicie darmowe).

Zapraszamy do polubienia WOŚPu na facebooku, w szczególności naszego wydarzenia.

Przyjdź po swoje czerwone serduszko do nas :)

Wolontariusze Karpackiego Finału: Beata, Monika, Karol i ja, Zytka :)

 

Wielkie serce, Wielka Orkiestra

7 i 8 stycznia zagra Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. It’s not too late to help!

Zapraszam serdecznie do Schroniska PTTK na Stożku. W Beskidy, a jakże. Gramy w ramach Ósmego Karpackiego Finału WOŚP. Oj, będzie się działo!

Piszą o nas na stronie WOŚP! :)

Więcej na
http://www.orkiestra.e-beskidy.com/

Tu nie ma gosposi!

Jest takie miejsce, za górami, za lasami, gdzie wszyscy mężczyźni po sobie sprzątają bez gadania. Ale nie tak. A na pewno ci wszyscy, których tam widziałam. Siedziałam sobie za długim stołem w jadalni/sali wykładowej/świetlicy i patrzyłam, jak pewien mężczyzna, który postanowił się tam wybrać na wycieczkę, zbiera wszystkie okruszki na szmatkę i wyrzuca. Albo jak inny, z samego rana, szaleje z odkurzaczem. Bo o rąbaniu drewna czy rozpalaniu w kominku nie mówię, to w końcu męskie zajęcia :) Cud? Codzienność!

Jakie to proste. Wystarczy wydrukować napis, nieprzypadkowo niebiesko-czerwony. I wszystko staje się prostsze.

Jeśli ktoś nie wierzy, może się tam wybrać, przenocować, odpocząć od świata :) POI 49o32’24,1″N 19o19’00,6″E.