Szpajza czekoladowo-cytrynowa i goście na budowie

Witajcie w niedzielny poranek.

Czy można tak napisać pięć po dwunastej w południe? :)

Mieliśmy tydzień temu ostatnich gości. Można by rzec, że to taka kolejna parapetówka, jakich dużo u nas się narobiło. Goście przyjechali, zjedli pięknie to, co naszykowaliśmy i zapomnieli wziąć od nas kapustę kiszoną. A my zapomnieliśmy spakować im od razu do samochodu, jak przyjechali. Nic straconego, w końcu teraz mieszkają niedaleko, to można im następnym razem po drodze podrzucić.

Na śniadanie była szpajza. Słyszeliście o tym? Ja się dowiedziałam niedawno z jednej śląskiej strony i postanowiłam zrobić nieoryginalną. Ponoć na niedzielę szykuje się prawdziwą cytrynową, ale co tam, zrobiłam po swojemu i nie żałuję.

Czytaj dalej

Jak dobrze nam zdobywać góry! [i myć auto po zimie]

I młodą piersią chłonąć wiatr.

Ja tam dziś gór nie zdobyłam, ale za to skorzystałam z iście wiosennej pogody [zimy to już raczej nie będzie...] i wymyłam samochód. Prosił się o to mocno, biedaczek, brudny jak nieboskie stworzenie. Tak dawno tego nie robiłam, że niemal zapomniałam, jak to jest.

Pan, który kładzie nam podłogę, jak mnie zobaczył z gąbką w ręce, powiedział:

Niech pani tak dokładnie nie myje! Jutro ma padać.

Jakby to było coś nowego, że zawsze po myciu samochodu leje jak z cebra. Na wszelki wypadek nie sprawdzam pogody, bo jeszcze chłop będzie miał rację.

Czytaj dalej

Ciekawostki ze starych maili

Dziś mamy kolejny dzień ferii na budowie. Nie jest to najszczęśliwsza kombinacja, bo jak marznący deszcz, to wiadomo, że dzieci się nudzą. Samochód też się nudził, zamarznięty do tego stopnia, że przypominał rzeźbę lodową. I nasze rolety zewnętrzne też widać się nudziły, bo nie chciały działać. A jak siłą woli i godności osobistej udało się je otworzyć, to potem cały dzień stał przy nich kaloryfer i odmrażał. Sukces właśnie został osiągnięty i można było zamknąć okno.

Czytaj dalej

Bliska załamania nerwowego i trafienia przez szlag

Tytuł i tak  brzmi dużo lepiej, niż naprawdę się czuję. Kiedy po Nowym Roku [Wszystkim życzę samych pięknych chwil!] przyjechaliśmy na naszą budowę, wszystko było pięknie. Piec spalił malutko węgla (czarnego ekogroszku, choć nazwa podwójnie wskazuje nazieloność groszku, prawda?). Cały dom szybko się nagrzał.

Mieliśmy ze sobą pyszne ciastka, które grzecznie czekały w zamrażalniku na upieczenia, a na Święta nie zdążyliśmy się nimi zająć. Chwila moment, dziesięć minut w piekarniku i były gotowe. Przepis pozwolę sobie wrzucić innym razem, jak się opanuję, ok? ;) Teraz tylko podaję link do strony, dzięki której powstały. Oryginalne ciasto jest jednak bardzo delikatne i trochę je zmieniłam.

Wracając do budowy.

Humory jednak zupełnie od nas odeszły, kiedy spojrzeliśmy na ściany i sufity. Kiedy o tym myślę, robi mi się niedobrze! Tylko spójrzcie…

Albo lepiej nie. To wygląda tak okropnie, że cała sprawa najprędzej oprze się na rzeczoznawcy… Tylko jak to powiedział kierownik budowy – sprawę w sądzie wygracie, a potem jak przyjdzie do płacenia odszkodowania, to „fachowiec” będzie miał w majątku tylko stary rower.

Mam dość!!! Mam dość tego szumu, tego cwaniakowania, gadania nam, że „on ma tak doma” i jak chcemy, to sobie możemy obejrzeć sami. I wołania jego pomocnika, który normalnie pracuje jako kucharz i który podchodzi i mówi: no przecież to jest dobrze!

Gładzie z samej nazwy powinny być GŁADKIE. Ale nie dla tych ludzi. Zniszczyli nasze kilka miesięcy bardzo dokładnej pracy. Płyty położyliśmy po to, żeby było jeszcze ładniej, niż było. I żeby zakryć skosy dachu, bo inaczej się nie da. A oni weszli i jeden mięśniak spieprzył totalnie. To jest nie do poprawienia… Można to troszkę polepszyć, ale zupełnie wyrównać już się nie da.

Nie mam siły. Chcę stąd uciec, skończyć tą całą budowę. Wyjechaliśmy stamtąd mocno wkurzeni, bo w tym roku poniedziałek to wielkie święto i tego dupka od gładzi:

mama z babką nie wypuszczą z domu, bo rano do kościoła, potem cała rodzina pije się kawa, a potem to musiałbych ich w ciula zrobić, że do dziołchy jada,  żebym mógł tukej [do pracy] przyjechać.

No i jak tu się nie denerwować na takiego fachowca?!?! W tamtym roku nie było święta państwowego, wyłącznie kościelne. I jakoś był w pracy! Co to, cholera, niepodległość świętujemy z Trzema Królami, że on nie może wziąć się do roboty?

I jeszcze nam spieprzyli z budowy dwa dni pod rząd. No wybaczcie, nie umiem tego inaczej napisać. W piątek, jak pokazaliśmy im wszystkie błędy, to byli w pracy trzy godziny. Spóźnili się, a potem wyjechali dużo za wcześnie. Następnego dnia nie mieli ze sobą połowy wyposażenia i niewiele zdziałali. A potem się okazało, że pan kucharz musi po dziecko jechać, bo trzeba je odebrać. Trochę się zdziwiłam, bo szkoły są przecież zamknięte. Ale nie. On MUSI odebrać je o piętnastej od swoich rodziców… Bo nikt inny nie może. Nikt na świecie poza nim nie może odebrać dziecka, a ono nie może tam zostać godzinę dłużej.

Boże! Widzisz i nie grzmisz!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Się dzieje się!

Był u Was Święty Mikołaj? Ja mocno wierzę, że do mnie przyjdzie, jak skończy się huragan. Bo kto łaziłby w taką pogodę!

Normalnie szaleństwo w biały dzień. Biały tak dosłownie, bo wczoraj wchodząc do domu było biało. Coś pomiędzy bardzo gęstą mgłą a burzą piaskową. Naszą budowę ogarnął szał szlifowania. Jeden koleś jedzie z taka maszyna i zdziera ściana. A drugi, kładzie w tym czasie kafelki. Trzeci maluje sufit. Ja nie wiem, czy to właściwa kolejność. Jeden syfi, a drugiemu to pewnie oblepia cały pędzel i nasz sufit przy okazji.

Ten dym spowija całe jedno pomieszczenie. I całą resztę zupełnie nie wiadomo czemu. Pewnie ot, tak sobie.

Czytaj dalej

I’m spending my time – na budowie fajno jest!

…watching the days go by, feeling so small, I stare at the wall… :)

Niezupełnie dziś tak było, jak Roxette to sobie zaśpiewało. Telewizora z początku piosenki nie włączyłam. Jestem osobą szczęśliwie żyjącą bez. Nie definiuję się przez posiadanie lub brak TV. Tak bardzo się do tego przyzwyczaiłam, że gdyby nie baaardzo okazjonalne oglądanie filmów na DVD, to mogłabym nawet nie pomyśleć o tym czymś na ścianie.

(C) Zytka Maurion 2013

Ściany są nieco łyse. Bardzo łyse. Zupełnie i stuprocentowo łyse. Łyse, że hej.

Czytaj dalej

Żeby się tak dało, jak się nie da!

Witajcie po przerwie. Witojcie!

Taaaaak. Odwiedziliśmy dziś Liroja, jak mówimy na pewien market. A tam wszyscy poprzebierani za górali. Kamizelki, białe – niby to lniane – koszule.

Punkt informacyjny przerobiony na Gospodę, a informacje w sklepie na jakieś stanowiska typu „Pomieszanie Stodoły z Bacówką”. Leżące kupki siana z pseudobarankami, malowanymi pomarańczowym sprayem. Napisy  na drewnianych tabliczkach typu „Wodogrzmoty Łazienkowe”.

I do tego góralska muzyka! Wciąż brzmi mi w uszach Hej, bystra woda! i Moja Orawa!. Ło Jezusicku!

Czytaj dalej

Jak wiele w tak niewiele

Kurczę, ja tam nie wiem, ale ten dzień jest dziwny. Taki inny. Jakiś taki niby zwykły, a przez przedłużony weekend, to jak dla mnie właśnie kończy się niedziela. I już. Jestem skołowana, chociaż na rowerze nie jeździłam.

Moja kochana Siostra ma dziś urodziny. Pomieszało mi się wszystko i byłam przekonana, że drugi listopada będzie jutro. A tu dziś. Zjedliśmy pyszny tort z mąki bezglutenowej (duuużo fantastycznych przepisów na takie świetne dania znajdziecie na jej blogu Bezglutenowe wariacje kulinarne). Najlepsze jest to, Czytaj dalej

I’ll send an SOS to the World. Sending out an SOS!

Dzień minął pod znakiem Stinga i pędzla z białą, a jednak nieco fioletową farbą. Obiecałam sobie kupić wielką butelkę szamponu i nie wydrapywać pazurami spadającego tynku z włosów. Szampon od szampana dzieli tylko jedna literka, a tym drugim nie myłabym włosów.

Ciekawostka.

Grzeję sobie tyłek przy kominku, obok świeci cieplutko lampka, stjuningowana do 7 watowej żarówki lodówkowej. Pół dnia myślałam o tym, żeby napisać znów na blogu. I oto nadejszła wiekopomna chwila.

Czytaj dalej

Let the Sunshine In! Klimaty jesienne.

Kurczę, jak miło spędzić weekend w gronie znajomo-rodzinno-przyjacielskim. Takie zapraszanie Szanownych Gości jest cudownym momentem odprężenia. Zamiast planować wyłącznie gruntowanie ścian i zastanawianie się przy okazji mieszania farby w wiadrze, dlaczego ten biały (śnieżnobiały, superbiały, ekstrabiały czy jakiś tam inny oczorypny biały) jest fioletowy po otwarciu.

I nie trzeba myśleć, czemu farba przyczepia się do skóry lepiej, niż do ścian.

Czytaj dalej

Kto to śpiewa?

Jestem wykończona i przemęczona. Początkowa szalona satysfakcja zamienia się na miejsca ze zwykłym zmęczeniem. Wzięłam na siebie dużo za dużo i jeszcze słyszę, że ludzie pracują, a po nocach wyrabiają tysiąc procent normy. Kobiety, zamiast na traktory, stoją nad betoniarką i sypią piach. Taaaaaa. A ja?

Czytaj dalej

Jak to się stało, że mi wypiłaś moje kakao?! (Zupa botwnikowa na budowie)

Przecież to mój kubeczek, to mój kubeczek z wiewiórką jest!

Jak to miło, kiedy na naszej budowie pojawiają się Pierwsi Goście Na Noc i jeszcze Pani Gość (bo przecież nie jakaś Gościni!) zna taką samą piosenkę, jak ja!

To było dla nas niezłe wyzwanie z tymi Gośćmi. Dzień wcześniej panowie przywieźli nam zamrażarkę, czyli cudo techniki na równi z pralką, lodówką i ekspresem do kawy oraz wszystkim, co wiek dwudziesty zaproponował dwudziestemu pierwszemu. Cudo na równi z Ferrari? Jak dla mnie nawet lepiej.

Zakupiliśmy na okoliczność zaposiąścia (lub też zaposiądnięcia)  z dziesięć kilo papryki, reklamówkę fasolki szparagowej, selery i inne dobra targowe. W pierwszym dniu po przyjeździe zajmowałam się tylko:

Czytaj dalej

Lista, lista!

Witajcie w Trójce!

W tle nowa piosenka z  płyty Stinga.Lista Przebojów jest wciąż żywa, niczym wskrzeszony Dinozaur. I niech nie umiera!

Mamy na budowie porządny radiomagnetofon. I słuchamy namiętnie po kolei wszystkich wygrzebanych z otchłani czasu kaset. A tym razem, wreszcie, wreszcie, wreszcie! siedzimy spokojnie przy świecach i LP3 leci samo. Bez przekładania kasety na drugą stronę. :)

Co do świec – włożone są w wiadro (kibel, jak tu mówią) i udają ognisko. Zastawiliśmy je kilkoma kawałkami drewna dla lepszego efektu. Pięknie. Na budowie też może być romantycznie. Szczególnie, że mamy tynk na zewnątrz i nawet kurier od wanny myślał, że to taki mały remoncik nam się szykuje.

 

Jeśli wredny księżyc znów będzie dawał po gałach, nie prześpię kolejnej nocy, mimo wszelakich zabiegów, żeby mocno spać. A było tak:

Czytaj dalej

A ja czytam i czytam, i czytam

Tak parafrazując sobie dość dowolnie Grzesia Turnaua, i tylko Tobie zaufam, tylko Tobie uwierzę, a ja leżę i leżę, i leżę. Trochę ostatnio czytałam i to nawet na głos.

A w sumie to nie leżę, a siedzę na krześle. Tarasowym. Sama go zaolejowałam, ot tak. Pięknie teraz wygląda i nabrało takiego błysku, że aż miło. Biorąc pod uwagę wszystkie okoliczności i permanentny brak dużego stołu na użytek własny, to oto śliczne krzesło zostanie składowane w piwnicy i grzecznie doczeka następnej wiosny. Chyba, że nam się goście zwalą na głowę, o co ich serdecznie prosimy, to wtedy uroczyście je wyciągnę i będę się przechadzać dookoła.

Gości zapraszamy na naszą budowę bez jakiś szczególnych zapowiedzi. To znaczy, jeśli będą chcieli jeść chleb albo ziemniaki, to mogą przywieźć ze sobą. U nas zwykłe kartofle występują bardzo odświętnie. Tak średnio raz na miesiąc albo dwa. Jakoś makaron, kasza i inne dobra bardziej mi podchodzą.

Czytaj dalej

Jest dziś jakiś mecz?

Pooooolska! Biało-czerwoni!

Droga daleka, noc taka ciemna,
Nikt na Ciebie nie czeka, zostań ze mną.
Niebo tak blisko, niebieska opieka,
A na około ani śladu człowieka.

Tak. Jestem dziś jak żywa flaga Polski. Mogę iść na mecz naszych z kimś i nie muszę nawet mówić, za kim jestem. Wiadomo. Gdybym tylko była bardziej na bieżąco z piłką nożną (czyli w ogóle chociaż w jednym stopniu wiedziała, czy grają dziś, w tym tygodniu czy stuleciu JAKIKOLWIEK mecz)… a grają?

Malowałam konstrukcję pod taras impregnatem o kolorze „mahoń”. Czy to był mahoń czy raczej jakiś sraczkowaty z daleka w opakowaniu, to nie jestem w stu procentach pewna. Na drewnie wygląda genialnie. W puszce nieco gorzej. Na mnie wygląda jak nagła epidemia gruźlicy, różyczki, alergii i cholery. I cholera wie czego jeszcze.

Czytaj dalej