Niespodzianka! (focaccia)

Ale mam dobry humor. Śmieję się sama do siebie po rozmowie telefonicznej, jaką przed chwilą odbyłam.

…i tak zeszła godzina, odkąd wpisałam tamte słowo. A w tym czasie psinka zdobyła nowego, doświadczonego przyjaciela, który wreszcie ją wykończył bieganiem. Dawno jej nie widziałam w pozycji pies zdechł. Nieźle wczuła się w rolę.

Nic dziś nie ogarniam. Zupełnie. Jakbym wpadła do wielkiego wiru bez dna. Jakby ktoś kazał mi biegać w prawo, lewo, prosto przed siebie i zakosami do tyłu jednocześnie. I krzyczał przy tym: Run, Forest, run! Takie poczucie, że jestem w oku cyklonu. Niby spokojnie, a jednak coś się nie zgadza. Jest na to angielskie słowo anxiety. Po polsku ma to przynajmniej pięć znaczeń. Dziś pasuje każde.

Ale teraz będzie o kuchni. O zapachu chleba wyjmowanego z pieca. O wygniataniu ciasta przez długi czas. O aromacie świeżych drożdży. O parzeniu palców o metalową kratkę w piekarniku. I o miłości, bo czym innym może być życie z pasją.

Proszę, nie przejmujcie się, czytając przepis. Na końcu będą uwagi, jak nieco uprościć procedurę przygotowań.

 

Na przykład nie musicie mieć psa asystującego Wam na każdym kroku. Od razu łatwiej, prawda?

Focaccia z rozmarynem, czyli pomysł na życie.

Kiedy robi się zamęt, nic bardziej nie pomaga, jak domowy chlebek z masłem. Najlepiej z prawdziwym, wiejskim lub z ubitej śmietanki kremówki. Można usiąść przy dębowym stole, oprzeć plecy i poczuć za sobą pewność ściany, obłożonej drewnianą boazerią.


Składniki na zaczyn:

  • 25 g świeżych drożdży
  • 2 łyżki miodu
  • 100 ml ciepłej wody

 

Składniki na ciasto:

  • 250 g ostudzonego purée ziemniaczanego (z ziemniaków, nie z proszku)
  • 200 g semoliny lub drobnej kaszy manny
  • 50 g mąki pełnoziarnistej typ 1850
  • 300 g mąki pszennej typ 450
  • 1 łyżka tapioki (w formie skrobi)
  • 70 ml ciepłej wody (temp. 70°C)
  • łyżeczka soli kuchennej

 

Dodatkowo:

  • 2-4 łyżki ciepłej wody
  • oliwa z oliwek
  • rozmaryn
  • sól gruboziarnista
  • pieprz

 

Wyposażenie: mała i duża miska,  waga kuchenna, forma na tort o średnicy 30 cm, wyłożona papierem do pieczenia, czysta ściereczka bawełniana lub lniana

 

Przygotowanie:

  1. Zaczyn: Drożdże wkruszyć do małej miseczki, wymieszać z miodem i ciepłą wodą. Mieszać do rozpuszczenia, odstawić na 15 minut.
  2. Ciasto: Do dużej miski przesiać mąkę 1850 i 450, wlać zaczyn i lekko wyrobić. Dodać  purée ziemniaczane i tapiokę, ponownie szybko zagnieść. Dolać 70 ml ciepłej wody, w której rozpuszczona jest sól. Wygniatać przez 10 minut. Ciasto będzie ciężkie i gęste. Dodać kolejne 2 łyżki ciepłej wody i wyrabiać kolejne 10 minut. Po tym czasie ciasto dodać chlust oliwy (2-4 łyżki) i wyrabiać jeszcze minutę. Ciasto powinno się dobrze skleić w kulę i odchodzić bez problemów od brzegów miski. Jeśli tak nie będzie, można obsypać ciasto łyżką mąki i wgnieść delikatnie w ciasto.
  3. Wyjąć ciasto z miski, wysmarować ją oliwą, włożyć ciasto z powrotem. Przykryć ściereczką i odłożyć na 2 godziny do wyrośnięcia w ciepłe miejsce.
  4. Kiedy ciasto podwoi swoją objętość, wyjąć je z miski rękami wysmarowanymi oliwą. Przełożyć ciasto do tortownicy wyłożonej papierem, posypać rozmarynem i świeżo zmielonym pieprzem. Odstawić pod przykryciem na kolejne 30 minut.
  5. W tym czasie rozgrzać piekarnik do 22o°C (grzałka góra i dół, bez termoobiegu). Kiedy ciasto znów wyrośnie, wstawić je do nagrzanego piekarnika i piec 30 minut. Jeśli zacznie się rumienić zbyt mocno, przykryć je folią aluminiową. Wyjąć z piekarnika, posypać gruboziarnistą solą. Po 10 minutach zdjąć obręcz i studzić. Można podawać ciepłą.

 

UWAGI:

  • Można dać w całości zwykłą mąkę pszenną i pominąć mąkę pełnoziarnistą.
  • Tapiokę można zastąpić spokojnie dodatkowym małym ziemniakiem (o wadze ok. 50 g). Rozumiem, że nie każdemu przychodzi do głowy wykorzystać resztkę otwartego opakowania mąki do chleba i nie każdy rzuca się w sklepie na półkę z produktami orientalnymi. :)
  • W zaczynie można w ostateczności zastąpić miód taką samą ilością cukru, ale zachęcam do wykorzystania miodu, ponieważ dodaje uroku i smaku.
  • Inspiracje na przepis znalazłam już jakieś półtora roku temu u Asi z Kwestii Smaku (klik!) i u Jamiego Olivera (klik!). Nadeszła pora na własną wariację.
  • Focaccia jest sama z siebie dość niska, także nie spodziewajcie się, że w trakcie pieczenia wyjdzie poza formę i ucieknie. Za to nadaje się doskonale do zapiekania w opiekaczu czy opiekaczu do panini. Można ją najzwyczajniej w świecie posmarować masełkiem ziołowym po upieczeniu i niebo w gębie gwarantowane.
  • A dlaczego jest to pomysł na życie? Spróbujcie ją zrobić raz wg tego przepisu, nic nie zmieniając. Być może zanim zbierzecie wszystkie składniki, to trochę Wam zejdzie. Zanim się weźmiecie za realizację, znów minie jakiś czas. I tak dalej. Ale kiedy już wyjmiecie ją z piekarnika i będzie pyszna… zostanie z Wami na zawsze. Będziecie do niej wracać jak do smaków dzieciństwa.

 

Przepis dedykuję Sroczce, która dziś doprowadziła moje ręce do stanu przyzwoitości po zabawach z psem. A nawet powiem więcej, mam eleganckie paznokcie i jeszcze nie zdążyłam ich popsuć, a już wieczór. Cuda się dzieją normalnie, ja mam wzorki na paznokciach… A do tej pory szczytem mojej ekstrawagancji było malowanie ich jasnym lakierem. Boże, przepis na focaccię, a ja tu się uzewnętrzniam.

Poza czasem

Welcome to the Hotel California! Such a lovely place ;)

Słuchaliście wczoraj LP3? Jeśli wykonanie Sto lat przed numerem jeden (Andrusowe Piłem w Spale, spałem w Pile, a jakże) znajdzie się w następnej liście na pierwszym miejscu, uznam to za oczywistą oczywistość. Wszystkie zwrotki w radosnym wykonaniu Pracowników Trójki. Yeah. Może da się na stronie Trójki posłuchać? Może. Poszukajcie, bo warto.

Dziś jestem poza czasem i poza światem. Kto zna to bezcenne uczucie wychodzę z nową fryzurą od fryzjera? Ja znam. W krótkim czasie zdarzyło mi się już trzeci raz i tak myślę, że każdej kobiecie powinno się aplikować taką dawkę radości, kiedy jest jest smutno i źle. Mnie jest wesoło, ale dobry fryzjer nie zaszkodzi. Szykuję się mentalnie na wieczór. Bardzo przyjemny wieczór zresztą. Stąd ta fryzura. Reszta szykowania się po południu.

A teraz zanurzam się w dobrze mi znane dźwięki Poza czasem. Dorota Miśkiewicz pojawiła się już tu. Wczoraj jechałam przez las i wyminęłam bażanta, śpiewając właśnie tę piosenkę. Przy akompaniamencie grzmotów.



A oryginalny, milutki teledysk, który wstydzi się pokazać: 

Rogi bawołu i 100 000 PLN

Czego to człowiek nie znajdzie, jak zacznie robić porządki! Bałagan zrobi się sam, a porządek nie. Znalazłam mnóstwo, naprawdę mnóstwo staroci, których nie potrafię wyrzucić, chociaż wiem, że nikt ich nigdy nie będzie używał.

Tysiąc pięćset sto dziewięćset spinaczy. Moje mleczne zęby. Sztuk trzy, zawinięte w folię aluminiową.

Najtrudniej pozbyć się straconych złudzeń.

Władysław Grzeszczyk – Parada paradoksów

Poza wszechobecnym kurzem, którego nie da się uniknąć bez kombinezonu kosmicznego, porządki mają swoje zalety. Pakując rodowe kryształy (hehehe) w gazety, można sobie poczytać dobrą literaturę sprzed paru lat.

Jakbym tak zaczęła wymieniać, to powstałby plan inwentaryzacji.

  1. Wazon czarny ceramiczny – 1 szt.
  2. Wazon kremowy ceramiczny – 1 szt.
  3. Wazon stożkowy,czerwony, szklany – 1 szt.
  4. Wazon kwadratowy, lazurowy, szklany – 1 szt.
  5. Wazon kamionkowy, w motywy ludowe – 1 szt.

Heavens know, jak dużo dziś zapakowałam w gazety różnych wazonów, wazoników. Dziesiątki pojemników i pojemniczków wszelkiej maści, kolorów, kształtów i materiałów. ZDECYDOWANA większość na wartość jedynie sentymentalną. Obdrapane starocie, z których się nie korzysta. Jakieś pojemniczki, buteleczki, które „mogą się kiedyś przydać„. Kilka postanowiłam zostawić na wierzchu. Przydadzą się na wiosenne kwiaty. Tylko nie mówcie o tym nikomu!

Znalazłam nawet zdjęcia robione analogowym aparatem, które od 2006 czy 2007 roku jeszcze się nie doczekały wywołania… Nie wiem, czy teraz to w ogóle opłacalny biznes i czy chcę wiedzieć, co ja wtedy wyczyniałam?

Całe moje łóżko zajmują stare zeszyty, w których zapisywałam różne pierdoły. Na przykład sms-y. Przytoczę jeden z ciekawszych: „Jest nas trzy osoby i walimy w kocioł.”  Żebym chociaż wiedziała, od kogo to i co to miało znaczyć. Mogę sobie za to wpisać w doświadczeniu zawodowym „prowadzenie korespondencji służbowej”.

Wyjęłam z rzeczy „do wyniesienia” kilka kaset. Właśnie Sade skończyła swój koncert. Och, jak ja kochałam tę kasetę! Kupiłam ją sobie kiedyś na Boże Narodzenie i od tamtej pory maltretowałam ją na wszystkie możliwe sposoby. W starym magnetofonie ją wciągało. W nowych urządzeniach na szczęście nic się nie działo, poza skrzypieniem rolek. Przy pierwszym słuchaniu wiedziałam, że ten koncert zostanie ze mną na całe życie.

Sade naprawdę ma masę pięknych piosenek, chociaż większość ludzi zna ją przede wszystkim ze „Smooth Operator”. Ja chciałabym, żebyście posłuchali czegoś innego. O bardzo wdzięcznym, niemal owocowym tytule. I niesamowitym brzmieniu gitar.

Zamknijcie oczy, nadchodzi ukojenie.

 

 

Plastikowy kompas, który dostałam na początku podstawówki, dalej wskazuje prawidłowo północ, a co za tym idzie – południe, wschód i zachód też. Jutro poproszę go o wskazanie azymutu na dobre, pogodne życie.

Ale i tak najciekawsze zdobycze z przeszłości to tytułowe rogi bawołu i kupa for$y. Rogów nie fotografowałam. Możecie chyba sobie wyobrazić coś takiego, jak plastikowa głowa bawołu, co? Skąd to się wzięło w tej szafie, dlaczego dalej tam jest i co sobą reprezentuje, któż to wie. Jakby nie patrzeć, wprawiło mnie to w doskonały humor. No bo jak tu się nie szczerzyć, jak otwieracie kredens, a na pierwszym planie, na talerzyku leży plastikowa głowa zwierzęcia? I to jeszcze z taką dziurą w środku. Czyli że korpus kiedyś też był. Co to za bawół bez reszty ciała? Mozzarelli by nie było.

Á propos, uruchomił mi się pewien schemat poznawczy:

Mozzarella → Zakupy → Pieniądze → Gotówka → Banknoty → Dużo banknotów → 100 000 złotych

Widzieliście na żywo sto tysięcy złotych? Dotykaliście ich, czuliście fakturę i zapach? Przyglądaliście się szanownemu Jaśnie Królowi Jagielle na nominale? Ja tak połowicznie. Mogę Wam opisać swoje wrażenia.

Sto tysięcy to ciężki kawałek ka$y. Można nim rzucić i wybić komuś obie górne jedynki. Albo stosować taki stosik zamiast zakładki do książki. Pokażę Wam, jak to wygląda.

Pięknie, co? Kiedyś to BYŁO sto tysięcy. Teraz nadaje się jedynie do spalenia w specjalnym piecu. Podobno ogrzewa się tym szklarnie, do kominka się nie nadaje ze względu na zawartość kleju. Dlatego jeszcze je mam. Nawet profesjonalny napis dokleiłam swego czasu. Kupa forsy! Ale pieniądze jak to pieniądze – nie śmierdzą ;)

Szkoda, że tak dobrze je zniszczyli w Narodowym Banku Polskim. Jakby chociaż jedna stóweczka się zachowała w całości. A tu kij ci w oko, wszystko zniszczyli. Mnie by tam nie przeszkadzało, że stówka jest „zużyta”.

Persona non grata

Człowiek nie grat, wyrzucić go niełatwo. Ale jak zaraz zobaczycie, rzeczy też trudno się pozbyć. Dziś do mojej kolekcji absurdów dochodzi kolejny, tym razem taki absurd na prawdziwe miejsce N°1.

W moich skromnych progach zawitał Pan Listonosz. Serdecznie mu współczuję, bo tyle czasu, ile straci na dojście od furtki do moich drzwi, to w bloku wbiega na trzecie piętro. Tyle, że w bloku nie pada deszcz po drodze i można się przytulić do ciepłego kaloryfera.

Listonosz miał dziś dwie rzeczy. Podpisałam odbiór paczki, a potem on wyjął z torby list. Niemal jak królika z kapelusza. List był polecony, wysłany miesiąc temu przeze mnie do kogoś innego. Do persony non graty ;) Adresat nie kwapił się odebrać listu. A ja tyle się namęczyłam, tyle tych słów nasmarowałam, tyle wysiłku włożyłam w czytelne wypisanie adresu na tym niemal miłosnym dokumencie. Kij z tym.

Listonosz  mnie poinformował, że są dwie wiadomości. Dobra i zła. Zacznijmy od złej, podobno tak jest lepiej.

Zła wiadomość: Gdybym chciała z powrotem swój list, powinnam wyjąć 3 złote 75 groszy. Wtedy podpiszę taką śmieszną karteczkę i mogę sobie zrobić co chcę. Podetrzeć się tym, spalić w kominku, dać kozie do zjedzenia. Nie mam kozy, więc nie dam.

Dobra wiadomość: Mogę jednak tego listu nie chcieć z powrotem. Wtedy powędruje do UPN do Koluszek.

Wybrałam bramkę numer dwa. Lubię podróże, czemu mój list miałby nie zrobić kolejnych kilkuset kilometrów, skoro ja akurat siedzę na tyłku?

UPN to Urząd Przesyłek Niedoręczalnych. Niedaleko Nowych Wągrów (!). No wiecie i tej Łodzi, co pod Koluszkami leży. Trafiają tam wszystkie nieodebrane lub niedoręczone przesyłki. Jeśli nie da się odnaleźć adresata lub ktoś odmówił przyjęcia paczki bądź też nie spieszyło mu się z awizo na pocztę, to Poczta Polska oddaje paczkę do Urzędu.

Po feralnych 13 miesiącach (rok na postępowanie reklamacyjne i miesiąc, jakby ktoś jednak chciał odebrać), taka nieszczęśliwa przesyłka może zostać otworzona. A jej zawartość wystawiana jest na licytacji. Dlaczego dowiaduję się o tym dopiero teraz?!

  • Gdybym wiedziała wcześniej, w 2008 roku na pewno wzięłabym udział w przetargu na golarkę używaną za 7,50 zł.
  • I stałabym się właścicielką osiemdziesięciu sześciu biustonoszy. W cenie 50 groszy za sztukę, za łączną sumę 43 złotych. Któryś musiałby pasować!
  • Na prezent kupiłabym stetoskop za piątkę i komplet ubrań. Sukienka, pięć swetrów, szalik, golf. Najważniejsze dwa elementy zestawu to bliżej nieokreślone”wdzianka”. Jedno na ekspres!
  • A jakbym się popłakała z radości, dokupiłabym chusteczki higieniczne, dwa opakowania za całe 20 groszy.
  • I kajdanki za 4 złote. Nie jest napisane, czy z kluczykiem w zestawie.

W późniejszych latach można było jeszcze ciekawsze rzeczy kupić. Osiemnaście rodzajów włosów w cenie od 6 do 20 złotych. Transmiter EKG za 10 złotych. Talerz satelitarny za pięć złotych!Dwadziescia dwie pary stringów. Dozownik chloru.

I mój faworyt. Aniołek, łańcuch. 5 złotych. Ten łańcuch to żeby anioł nie odleciał?

 

Przy okazji różnych absurdalnych rzeczy – ten człowiek jest mistrzem idiotyzmów.

http://www.youtube.com/watch?NR=1&feature=endscreen&v=jyEZO_k-IE8

PS. Kto w tym roku jedzie ze mną do Koluszek?

Geografia uczuć – cz. 4

Część pierwsza tutaj. Druga tutaj, a trzecia tam. ;)

2009 rok.
Dziwny rok. I dobry, i zły.

Szalony, pełen nerwów, nowych wyzwań i uczenia się ratownictwa.

Noc Muzeów z P. i jego znajomymi. Stoimy w kilkusetmetrowej kolejce przed wejściem do Muzeum Czartoryskich. Obok klub z mocno przesłodzonym wnętrzem. Koleżanka pyta P.: „Zgadnij, jak nazywa się ten klub?”. P. patrzy i mówi: „No nie wiem, może Różowe Landrynki?”. Klub nazywa się Stalowe Magnolie. Obraz we wnętrzu muzeum urzekł mnie całkowicie. Szczególnie, że był wypożyczony.

Razem, a jednak osobno.

Słowacja. Liptovska Mara. Śląski Dom. Solisko. Maliny w ilości nieskończonej. Dużo pociągów. Jeszcze więcej wątpliwości.

Obóz typu naukowego. Kielce. Nie uwierzycie, w jakich dziurach mogą kryć się poważne firmy z międzynarodowymi kontaktami. I na jakich ludzi możecie trafić, mieszkając w akademiku Politechniki. Pozdrawiam pana, który hodował kury na trawniku obok uczelni. I tego chłopaka, który twierdził, że Rihanna śpiewa o nim piosenkę.

 

Parapetówka. Całkowicie nowe znajomości. Wygrałam w tramwaju podwójne zaproszenie do kina na Festiwal Etiuda&Anima. Jako jedyny pasażer wiedziałam, kto i w jakim filmie powiedział, że życie jest jak pudełko czekoladek. Poszliśmy z Mr.

Z moim szczęściem trafiliśmy na dość niecodzienną serię filmową. Wyszliśmy, kiedy dzieci rzucały kotem o wielką beczkę. Kot nadział się na hak. Zaproszenie trzymam do tej pory. Żebym wiedziała, na jaki festiwal więcej nie iść.

Życie jest jak pudełko czekoladek, naprawdę. Nigdy nie wiesz, na co trafisz.

 

2010 rok.
Nocnym pociągiem aż do końca świata.

Weekend majowy. Kraków – Gdańsk – Gdynia – Wrocław – Warszawa – Kraków.

Weekend lipcowy. Kraków – Hel – (promem) Gdynia – Świnoujście – Poznań – Kraków – Wrocław – Kraków.

Lato. Violettes bonbons. Mi favoritas. Z fiołków.

Tydzień wrześniowy. Üzenet a McDonald’s-ból. Jó reggelt. Viszontlátásra! Vonat EuroCity. Balaton.hu. Tibor, żona Tibora i Barbie. Be youfself, no matter what they say. Najlepsze langosze NA CAŁYM ŚWIECIE. Było, minęło.

Jesień. Odwiedziny Skansenu Kolejowego w Chabówce. Nie pierwszy raz w tym roku i nie ostatni w ogóle. Pozamykali wszystkie sklepy z dopalaczami, co upamiętniłam zdjęciem witryny jednego ze sklepów. W oknie wywieszona była kartka:

TOWAR MA PAN TUSK.

Więc proszę się z nim kontaktować.

Pozdrawiamy wszystkich klientów.

 

2011 rok.
„I tak nie zrozumiesz!”.

Never understand why. Why now? Why me? Why?

I wake in pain
I dream of love as time runs through my hand

This fire burns
I realize that nothing’s as it seems



 

2012 rok.

Wszystko przede mną?

Thanks God, I’m a woman.

Dobrnęliście do końca. Gratulacje. Idźcie na kolację.

—————————————————————————————————————————–

Geografia uczuć, zaklęta w zdjęciach, pocztówkach, zapachach. Są miejsca naznaczone poziomicami bólu. Dominuje w nich kolor czerwony. Są też zielone depresje radości, im większe, tym piękniej odznaczają się na wyżynnym tle niezwykłej codzienności.

Jestem z tych osób, które zbierają w sobie wspomnienia. Magazynuję je jak najlepsze jedzenie na ciężkie czasy. Oglądam, smakuję, dotykam ich chropowatej powierzchni. Czuję. Dla siebie. Jak Edyta Bartosiewicz, nie byłabym sobą, gdy byłabym inna.

Chciałabym podzielić się z Wami jeszcze zupełnie innymi wspomnieniami.Ich odbiciem są wspomnienia drugiej osoby. Patrzę na zieloną kropkę, sygnalizującą obecność. Jaka to obecność, najwyraźniej nieobecna. Spytać czy pisać bez pytania? Nie wrzucać zdjęć, czy wrzucać z czarną dziurą, gdzie stał ktoś inny? To są dopiero dylematy.

To by było dużo ciekawsze, niż biografia zapisana wyrwanymi z kontekstu zdarzeniami. Kiedyś, obiecuję. Kiedy już nic nie będzie kuło, bolało, trzeszczało na myśl, że to już przeszłość. Kiedy się pięknie zestarzeję, moja szyja przestanie mi się podobać, a notatki na blogu będę pisać zgrzybiałymi palcami staruszki. Was wyobrażam sobie w okularach z wielką ilością dioptrii, wpatrzonych w ekrany przedpotopowych komputerów (bo do tego czasu pewnie tylko nieliczni będą rozumieć słowo „laptop”, a cała reszta będzie się porozumiewać za pomocą telepatii czy czegoś innego).


Geografia uczuć – cz.2

[Edit] Dziś Dzień Kota. Wszystkiego dobrego dla Prawdziwych Kotów, w tym dla siebie samej!  Zytka M.

Część I Geografii uczuć do przeczytania tutaj.

2004 rok.
Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji.

Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e
2005 rok.
Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.
Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.


2006 rok
W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

Czerwiec. Wianki. Marillion.

W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

A może nawet 28.

Tyle. Starczy na dziś tych wspomnień. I uczuć nie do opisania.

2004 rok.
Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji. 

Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e

2005 rok.
Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.

Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.

2006 rok
W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

Czerwiec. Wianki. Marillion.

W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

Tęsknisz za przyszłością?

Dzień pod znakiem mrozu i pieca kaflowego; dzień kurzu i wspomnień; starych listów miłosnych i pocztówek ze świata.

Mono no aware. Patrząc na setki rzeczy, które dziś obejrzałam, przełożyłam, dotknęłam, od których się zakurzyłam, myślę, że Japończycy i tu się nie mylili. Mądry naród, co wymyślił haiku i celebruje picie herbaty przez długie godziny.

Przekładając do pudełek moje „skarby”, czułam się tak. jakbym obdzierała siebie ze skóry na tym siarczystym mrozie. Dobra. Jakbym była kotem, nagle przyłapanym na spaniu pod szafą z lustrem. Otwieram oczy, widzę siebie, a miało mnie tu nie być. Och. Czy koty potrafią się uśmiechać?

Nie sądziłam, że to może być takie wspaniałe. Całe ręce mam zakurzone, włosy zmatowiałe, za paznokciami brud. Jak mawiała Babcia – żałoba po zdechłym kocie. Ale jestem szczęśliwa. Dzięki temu, że nie byłam sama z tym wszystkim. Inaczej nie dałabym razy wygrzebać tylu książek, które przecież czekają, aż je przeczytam!

Nie nadaję się na nomada. Udało mi się upchnąć część rzeczy do mniejszej ilości pudeł, niż w momencie szybkiej przeprowadzki. Ale nie znalazłam nic niepotrzebnego, wartego wyrzucenia czy też niewartego zostawienia (a to różnica!). Zdecydowanie, przeprowadzka to nie jest moje drugie imię. Raczej – uporczywe przywiązanie do pamiątek.

Nawet stary gwizdek, zawieszony na odblaskowej smyczy coś mi przypomina. Szkoła podstawowa. Tornister. A później Chabówka 2011. Lokomotywy parowe. Dużo ludzi w czerwonych strojach i jeszcze więcej litrów deszczu, które nam leciały na głowy.

To był przykład. Bo jaką historię ciągnie za sobą moje zdjęcie, na błękitnym tle, w antyramie? Zrobione dawno, dawno temu przez przyjaciółkę z dzieciństwa? Leżę w trawie, patrzę prosto w obiektyw i chyba przez ten szeroki uśmiech mam jeszcze bardziej niebieskie oczy. Zdjęcie robione zwykłym aparatem. Na kolorowy film z 36 klatkami. Przewijanymi ręcznie. Kiedy to było? Pamiętam, że jak odbierałam od fotografa wywołane zdjęcia, najpierw poszłam na pobliski plac zabaw, żeby w spokoju wszystkie obejrzeć. Siedziałam na karuzeli i ze zdziwieniem odkryłam, że już nie mieszczę się w te malutkie siedziska dla dzieci. Tyłek urósł, a ja wraz z nim. Nie ma jak poważny wniosek na koniec.

Znalazłyśmy też z Mamą milion kluczy do niczego. Jeden nadawał się do otworzenia pustej szuflady, a reszta? No dosłownie, do niczego nie pasują. Zostały jeszcze po Dziadku, który gromadził klucze jak ja przepisy. Żaden nie jest podpisany. Niektóre spięte w pęki, inne luzem. Może pochodzą jeszcze z innych czasów? Może są kluczem do wielu tajemnic, jakie przyjdzie mi rozwiązać w życiu.

Każda rzecz, każde spotkanie może czegoś nauczyć o sobie. Stosunek, z jakim podchodzę do listu sprzed sześciu lat od Ł. Uczucia, jakie budzą we mnie kartki z widokiem na góry od S. Pocztówki, zapisane tak charakterystycznym pismem P., że nic nie jest w stanie ich podrobić, za każdym razem dające tyle radości. Malowane ręcznie kartki od B., pisane ze swadą i tą magią dnia codziennego, które nie tylko czytałam, ale oglądałam. Jakieś pojedyncze, wzięte nie wiadomo skąd kartki z cytatami od ludzi, którzy wywarli na mnie wrażenie, a dziś pewnie bym ich nie poznała na ulicy.


I budząca śmiech kartka na Dzień Kobiet. Sprzed dziesięciu lat! Ale bardziej się nadaje na Walentynki, niż koniec stycznia, więc pewnie jeszcze o niej wspomnę. A dziś warta uczczenia pocztówka z gorącej Hiszpanii. Zapisana radosnym pismem M. Miała wtedy trochę mniej lat, niż dziś. M. napisała, że jest gorąco i ma widok na śmietniki. Ale musi kończyć, bo się dusi i musi iść do okna. Pozdrowienia, ostatnie pożegnanie czy przestroga?

Przy okazji porządków wyszła kwestia jedzenia, które z taką przyjemnością gromadziłam dla „nas”. Słoiki z przetworami poszły do piwnicy. Sosy znalazły się wreszcie w jednym miejscu. Makarony (wcale ich tak dużo nie było, bo ktoś jednak je systematycznie zjadał z oliwą w wakacje) jakoś udało się wepchnąć do szafki. Fasola, ciecierzyca i inne takie konserwy trafiły do spiżarni. Już nie czekają na radosne przenosiny. Teraz czekają na radosną konsumpcję.

Skończyłam wczoraj po raz kolejny miłość przez małe m. Ile to kot może namieszać w życiu samotnego człowieka. Jak tu nie wierzyć w pocałunki motyla, skoro tak zwane byle co po jednej stronie świata wywołuje huragan po drugiej. Bycie kotem ma swoje zalety. Należy się tylko do siebie, jak Ty czy ja należymy tylko do siebie. Przyciąga się samą wolą dobre zdarzenia, zamiast nieustannie ich wyczekiwać. Śpi się długo. Taaaak. Widocznie jestem kotem. Mruczeć też potrafię.

Czyż może być urojeniem to, co daje nam zadowolenie? (Cierpienia młodego Wertera).

Tygrys

Kabaret Moralnego Niepokoju spłodził kiedyś kawałek o bladym i chudym kolesiu z pacyfką na piersi, który to koleś, nazwiskiem Chomik,  został wezwany na komisję wojskową.

Na dzień dobry usłyszał: „Chomik! W wojsku zrobimy z ciebie tygrysa!”. I wysłali go do Dywizjonu Rakietowego. A potem zostało mu tylko sobie przekląć i zaśpiewać razem z Nowakiem.


Jeśli coś się dzieje ze mną
zawsze dzieje się na pewno więc
to co było jest spełnione
błądzę tylko w jedną stronę więc
czekam i wiem
po prostu wiem
że co odchodzi i nie wraca
kończy się na końcu świata gdzieś
po prostu gdzieś

Have your friends collect your records?

(and then change your number)

Staroci czas. Idzie nowe, idzie stare i zamiast robić tartę cytrynową, ja ciągle myślę, wiruję w przeszłości. Szukam melodii dzieciństwa, oglądam teledyski sprzed jedenastu lat, albo troszkę młodsze. I starsze. Dorotka Miśkiewicz nawołuje, a Jamiroquai się szczerzy w głupawym uśmiechu. Nie do wiary, te piosenki naprawdę mają tyle lat? ;)

Wspominam sobie leżenie pod jabłonią na własnym podwórku (aż jabłonkę piorun strzelił i to by było na tyle), tyłek obity na siodełku po letnich wycieczkach z Ł. gdzieś na koniec świata, wyjazdy w góry z moją szaloną rodzinką i znajomymi, smak jagód w lesie (i to przerażenie, że mnie kleszcz znów dziabnie, a mama nie da rady go oderwać). Razem ze mną nie spiesz się. Nie ma po co, nie ma gdzie.

Lata temu znalazłam na płycie z programami komputerowymi program PhotoImpact. Wersja 6. Trial, 30 dni zabawy. To było coś. Sama go zainstalowałam. A po miesiącu czekałam, aż Win95 się popsuje doszczętnie (co było niemal niewykonalne) i będę mogła znów sobie zainstalować moją zabaweczkę. Potem przyszła era Win98, który udowodnił, że przycisk reset nie został wbudowany na marne. Powoli mijały czasy SuperMarioBros. Zaczynały się moje prywatne czasy uwielbienia RollerCoaster Tycoon. Dalej uwielbiam tę grę. Tyle lat, tyle lat.

Wyczesane wspomnienia!

Fascynacje rozpoczęte w dzieciństwie albo mocno się mnie trzymają (na przykład dalej zdarza mi się zbierać bilety), albo totalnie mnie opuściły (na przykład… na przykład… nic nie znalazłam! Wyparcie czy jak?). Stinga ubóstwiam odkąd pierwszy raz go usłyszałam. Phila Collinsa tak samo. Kto by pomyślał, ale jedną z niewielu piosenek Deep Purple, których byłam w stanie słuchać, było Smoke on the water. Zamiłowania muzyczne odziedziczone po tacie. Miłość do książek (i zapominanie przy tym o Bożym świecie) po mamie. Jak tak dalej pójdzie, zorganizuję sobie na blogu mini-terapię wspominkową. Niedługo wyjazd w góry, więc będzie o czym pisać.

Mam już WOŚPowy identyfikator. Z jakimś innym zdjęciem, niż wysyłałam, totalnie nie wiem, czemu? Ale na szczęście z moim własnym. Gry planszowe przygotowane. Stuptuty gotowe na śnieg, buty zaimpregnowane. A Wy? Gotowi na Stos gier na Stożku? Zapraszam!

Leniwce!

Szokujące to nie jest zupełnie, ale z danych prezentowanych w Newsweeku wynika, że mężczyźni są leniwi: tylko 4 procent pierze, a 6 procent włącza odkurzacz.

Poza studentami, którzy nie są zbyt reprezentatywną i na pewno nie najbardziej charakterystyczną grupą społeczną, to niewielu facetów w Polsce pamięta o takich drobiazgach. Naprawdę się zastanawiam, jak w takim razie została wynaleziona pralka? Jeśli wierzyć internetowym źródłom, pralkę jednak wynalazł facet. Był to świętej (!) pamięci James King. W Roku Pańskim 1851. Czyli, że pralka liczy sobie 160 lat. Gdzie huczne obchody, gdzie uliczne fety, gdzie fajerwerki na cześć pralki? No właśnie. Nigdzie. Rok zbliża się ku końcowi, a tu żadnych jubileuszów, rocznicowych pochodów czy okolicznościowych prelekcji. A pralka pierze dalej.

Skoro facet potrafił wynaleźć, to czemu teraz facet nie potrafi użyć? Samochód? Wiertarka? Kosiarka elektryczna? Kolejka dla dzieci? Wszystko OK. Wszystko proste, tylko „czemu kobiety nie potrafią tego obsłużyć, to ja nie wiem”. A jakoś o pralce nie słyszę takich ironicznych uwag. Kiedy przychodzi do wrzucenia prania, robi się problem. A benzynę to wiecie, którą zatankować? To czemu w takim razie robi się problem z wybraniem odpowiednich rzeczy do wyprania?

Przecież to żadna wiedza tajemna. Kobiety wiedzą takie rzeczy, bo czytają instrukcję na metce. 30 stopni. Nie prasować. Prać tylko z podobnymi kolorami. Żółty z żółtym. Czarny z czarnym. That’s easy men!

Pytam wujka Google, czy mężczyźni… i od razu pokazuje się kilka podpowiedzi. Czy mężczyźni mogą zajść w ciążę? Czy mężczyźni są światu potrzebni? Czy są potrzebni? Może lepiej spytać „do czego są potrzebni”? ;)

If you believe they put the man on the Moon
If you believe there’s nothing up this sleeve
Then nothing is cool