Who made my blue eyes blue

Zima trzyma! Welcome to the hotel California – such a lovely place… Z chęcią bym się wybrała do takiego hotelu, najlepiej na Florydzie. Tam dziś w miejscowości Winter Heaven jest 22 stopnie powyżej zera. Niemal czterdzieści stopni różnicy! Lekkie zachmurzenie z przewagą słońca. Prawdziwy zimowy raj! Mój ciel’ ;)

Dziś, na przekór śnieżnej pogodzie, będę myśleć o wakacjach w pełnym słońcu. O łażeniu po górach bez raków i bez nart. O ubieraniu cienkiej kurtki po wejściu na wietrzny szczyt. O chowaniu głowy przed upałem pod kapeluszem. I o plecaku, w którym dwulitrowa butelka mineralnej za chwilę przestanie tak ciążyć.

To ciekawe, ale nie tylko ja tak mam. Kiedy jestem w górach, już na wieczór pierwszego dnia mam ochotę na Pepsi. Inni mają ochotę na Coca-Colę, co tam komu w duszy gra, ale zależność jest ta sama. Słodkie, zimne, gazowane, z kofeiną, z plastikowej butelki. Ohyda! Normalnie mogę się obyć bez tego, przejść obok i nie zauważyć w ogóle istnienia takiego napoju. Co jest? Nie widziałam żadnej reklamy związanej z górami, w której pojawiałaby się Pepsi. Nie przypominam sobie, żebym w dzieciństwie jakoś szczególnie za nią tęskniła. A tu masz babo placek. Znaczy, Pepsi. Ciągnie mnie do tego czegoś, złożonego w większości z cukru i już.

Nie przypomnę sobie za cholerę, za żadne skarby i za nic, przed jakim filmem piłam wersję o nazwie Cino. Tak. Krótko, bo krótko, ale była i taka. Smakowała jak połączenie zwykłej Pepsi z kawą Cappucino. Stąd nazwa. Widziałam ją tylko w jednym sklepie. Może inne nie odważyły się wprowadzić jej do swojej oferty. Szkoda. Nawet ja, osoba znacząco uodporniona na takie dziwactwa, po prostu oszalałam na jej punkcie. Zachowałam etykietę, gdybym nie mogła uwierzyć, że to piłam. Niestety, to było w 2006 roku, więc etykieta zdążyła zginąć. Identyczne możecie obejrzeć tutaj.

Za oknem zima. A tu macie zdjęcie słowackiego Ladoveho stitu. Lodowy bez lodu. Teraz to tam pewnie idzie sobie wybić wszystkie zęby przy podejściu. Ale wtedy było całkiem ciepło i wesoło.Takich klimatów się trzymajmy.

W moich zbiorach powycieczkowych ostała się etykieta po czekoladzie. Oprawa graficzna godna zainteresowania. Zjedzona z przekonaniem, że świat stanie się weselszy, a przynajmniej humor się poprawi. Zachęcające to było, ale nie wiem, czy poza opakowaniem sugerującym zabronioną zawartość, miało to jeszcze coś wspólnego z konopiami. Zjadłam połowę opakowania. I nic. Czekolada o smaku czekolady. A jako konopny seminek czy jak toto się odmienia to oni włożyli siemię lniane albo śmieci zebrane podłogi. Serio. Chyba, że to była wersja uspokajająca i stąd brak widocznych oznak bezgranicznego szczęścia.

To Lec powiedział, że Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady. I miał chłop rację.

Zostaje jeszcze pytanie: Who made my blue eyes blue?

Eric Clapton. The Who. Elton John. Limp Bizkit. Mika. REM. Willie Nelson i Shania Twain. The Cranberries. Within Temptation. Crosby, Stills & Nash. Velvet Underground. Cary Brothers. Johnny Cash! Ida Jenshus. A nawet Paul Baribeau.

Wszyscy śpiewali o niebieskich oczach. Sprawdziłam własnym słuchem przed chwilą. Tyle zaskoczeń w jednym dniu. Skąd ja sobie przypomniałam o Pepsi Cino? I dlaczego ta czekolada mi przyszła na myśl? A skąd ja mam to wiedzieć.

Zaczęło się od Claptona. Śpiewał i śpiewał. It was you. It was you. It was you. A chórek dośpiewywał resztę. Who put the clouds around me. Who made the tears fall down. Who broke my heart in pieces. It was you who made my blue eyes blue.

Oryginalny teledysk niechętny do pokazania się na moim blogu, może to i lepiej. Momentami straszliwie ckliwy, jednoznacznie pełen miłości i takich tam bzdetów w stylu jazda na białym koniu i tym podobne w wykonaniu Julii Roberts i Richarda Gere. Dobrze, że chociaż na początku pokazali Claptona z gitarką.

I wszystko się wyjaśniło. 

tarte au chocolat

Rozpływa się w ustach. A dzięki temu, że jest niewysoka, nie trzeba sobie odmawiać kolejnego kawałka!

Dobre momenty, jak fotografie, chowam w swej głowie jak w starej szafie :)

Nieprzypadkowo motyw mojego bloga nazywa się Choco!

Czekoladowa tarta z kawowym aromatem

Kruche ciasto:

  • 175 g mąki pszennej
  • 2 czubate łyżeczki kakao
  • 125 zimnego masła, pokrojonego w kostkę
  • 25 g cukru pudru

Nadzienie:

  • 4 łyżeczki żelatyny w proszku
  • 3 łyżki zimnej wody
  • 125 g cukru
  • 3 żółtka
  • 1 łyżka mąki kukurydzianej
  • 600 ml mleka
  • 2 łyżki grubo zmielonej kawy espresso
  • 50 g czekolady posiekanej na drobne kawałki

Dodatkowo:

  • starta czekolada do przybrania (najlepiej starta ostrym nożem kuwertura), ew. groszki czekoladowe
  • bita śmietana

Uwagi: Oryginalny przepis pochodzi z książki „Tarty”  wyd. Muza SA 2005. Jednak w mojej wersji pojawił się zaskakujący błąd drukarski, który uniemożliwia zrobienie nadzienia wg przepisu, ponieważ mówi o wymieszaniu i zagotowaniu wszystkiego razem, ale najpierw  z żelatyną. A w następnym zdaniu pojawia się informacja, żeby zdjąć garnek z ognia i znów dodać żelatynę.

Zrobiłam po swojemu i taką wersję napiszę.

Przygotowanie:

  • Ciasto: Rozgrzej piekarnik do 180°C. Przesiej mąkę i kakao, rozetrzyj dokładnie z masłem i dodaj cukier. Ugnieć szybko na jednolitą masę. Ciasto powinno być dość lepkie, nie należy dodawać mąki. Wyłóż nim posmarowaną tłuszczem, głęboką formę o średnicy 20 cm z karbowanym brzegiem. Piecz od razu 20 minut w piekarniku lub włóż do lodówki na pół godziny. Nie nakłuwaj spodu ani brzegów, żeby później nie wypłynęła masa. W tym przypadku piekarnik możesz rozgrzać później. Upieczone ciasto odstaw do ostudzenia.
  • Nadzienie: Żelatynę namocz z zimnej wodzie. W miseczce wymieszaj dokładnie cukier, mąkę kukurydzianą i 2 łyżki mleka.  Resztę mleka zagotuj z kawą w rondelku i dodaj do masy z cukrem.
  • Masę przelej znów do rondelka i ostrożnie podgrzewaj, aż zgęstnieje. Zdejmij garnek z ognia i dodaj żelatynę. Ubijaj masę dotąd, aż cała żelatyna się rozpuści. Następnie dodaj posiekaną czekoladę i mieszaj, aż się rozpuści. Wylej masę na ciasto i schładzaj przez kilka godzin.
  • Przełóż ciasto na paterę i obficie posyp startą czekoladą.

Z ciasta wychodzą też bardzo dobre chrupiące ciasteczka. Po schłodzeniu lub nawet zmrożeniu, ciasto wałkujemy, podsypując kakao. Wycinamy foremką ciasteczka. Pieczemy około 15-20 minut, zależnie od grubości ciasta.

Choco-show!

Joanna Fabicka, Świńskim truchtem

Aż chce się rzec: Szczurza morda! Naprawdę. Jak się tak człowiek napatrzy na takie dziwolągi, to potem się zastanawia, skąd wziął się ten kod genetyczny. Jedna babka zastanawiało się całkiem serio, jak to możliwe, że skoro cały ten kod jest skończony (bo idąc wstecz, było nas przecież dużo, dużo mniej), to skąd się biorą tacy ludzie? Pytanie całkiem zasadne. Podpisuję się pod nim. Mnie samą dręczyło pytanie o granice dewiacji. Widocznie niektórzy już tak mają. Spuśćmy na to czekoladową fontannę z chili.

Usłyszałam wreszcie piosenkę, która mogłaby być podsumowaniem wielu, wielu lat mojego bycia. Szukanie końca, które okaże się początkiem. Ciągłe stawianie pierwszego kroku. Odchylanie się pod wpływem podmuchu przeszłości na rzecz przyszłości.

Zdarza mi się czasem, że nagle dostrzegam oczywistość. Wchodzę do łazienki i po latach uświadamiam sobie, że kafelki są niebieskie. Wchodzę do sklepu i naraz wiem, że pierwszy raz widzę pomarańczowy kolor metek z cenami. Słucham po sto razy tej samej piosenki i słyszę, że są w niej bębny. A wcześniej ich nie słyszałam. Dotykam klawiatury laptopa i czuję, że to jest wspaniała klawiatura, stworzona specjalnie dla moich palców. Takie głupoty, przebłyski świadomości rodem ze 101 zabaw filozoficznych. Krótkie spięcia w mózgu :)

Harmonia barw, dźwięków, gestów i odczuć. Świat w 5D plus gratisy. A potem wszystko wraca do swoich korzeni. Albo raczej do nicości. Jakie to ma znaczenie? Jakieś ma. Skoro tao łączy w sobie czerń i biel, to mus czekoladowy łączy w sobie słodycz czekolady z ekstazą jej próbowania!

Przystań na chwilę, zatrzymaj świat.
Dokąd się śpieszysz? Nie zdążysz i tak.

 

Mus czekoladowy


Nie będzie prostego przepisu. Jest ich tyle, że każdy wypróbowany na pewno będzie dobry. Jedni lubią gęsty, niczym czekolada na gorąco. Inni kochają się w lekkości bitej śmietany wymieszanej z gorzką czekoladą (to ja). Niech zgaśnie me nienasycenie! Jutro pora na mus!

Znam też takich, którzy idą na ilość,a nie jakość i kupują niemal gotowy wyrób w proszku, do którego dodaje się tylko mleko czy coś. Ble. Ale to kwestia gustu. Mus na zdjęciu to najlepszy, jaki jadłam do tej pory. Próbowałam jeszcze przynajmniej kilku w różnych cukierniach, kawiarniach… ale żaden nie może się równać z tym. Wyjątkowy. Zatykający. Powalający. Przywołujący najbardziej drapieżne myśli o jedzeniu. Taki, którego smak pamięta się długo potem. Przepis Top Secret :)

Polecam zatem inne przepisy:

Smacznej zimy!