Szczęście to mała dziewczynka

Ale mi wesoło! Dawno nie sprawdzałam poczty, na którą zarejestrowałam bloga. Nie mam pojęcia, jak połączyć ją z inną i sprawdzać w jednym miejscu, więc jak sobie przypominam, to wchodzę i sprawdzam. Z ogromnym niedowierzaniem i jeszcze większym wyszczerzem zębów przeczytałam taką oto wiadomość:

Witamy serdecznie,

Miło nam poinformować, iż notka opublikowana przez Panią na blogu oderwaneiprzyklejone.blog.pl (
http://oderwaneiprzyklejone.blog.pl/2012/07/02/pot-i-lzy/
) w czasie trwania Euro 2012, znalazła się w gronie 10 najlepszych, wybranych w konkursie Euroblogerzy 2012. Konkurs zorganizowany został przez serwis Blog.pl we współpracy z redakcją Onet.sport.

Nagrodą w konkursie jest zestaw gadżetów w skład których wchodzą: kubek termiczny, pendrive, długopis, notes oraz smycz.

Serdecznie gratulujemy!

Pozdrawiamy,

Redakcja konkursu Euroblogerzy2012

Jest mi bardzo, bardzo miło! Dziękuję Organizatorom.

Smyczy nigdy za dużo. Era kluczy elektronicznych jeszcze nie nastała, za to powiedzenie klucze na szyję dalej aktualne. Tak samo nigdy dość kubków termicznych (ach, te góry!). Świetnie, coś dla mnie. Długopis i notatnik to sobie w ramkę oprawię na pamiątkę Mistrzostw. A pendrive jest rzeczą genialną. Może będzie mniej różowy, niż mój obecny. ;)

Jak ja kocham takie gadżeciki. Wczoraj siłą odklejałam się od półki z przecenionymi torbami z logo Euro2012. Po cztery złote były.

Dobrze, że nie trzeba było w mailu odpowiadać na dodatkowe pytanie, co to jest spalony (co faceci się tak uparli na tego spalonego, jest przecież jeszcze milion innych rzeczy, ktorych kobiety nie wiedzą o piłce) albo ile metrów ma bramka. Ja wiem tylko, że bramkarz Czechów wyglądał jak Janek z Czterech Pancernych, bo miał wstrząs. I wiem jeszcze, że zmieniają się bramki na drugą połowę. Aha, a dziś mówili o Berlusconim i jego akcji ze sprzedaniem najlepszych piłkarzy innym klubom.

Takie wielkie Mistrzostwa, a tu proszę, proszę, nawet ja, imbecyl piłkarski, przeżywałam mecze.

Teraz jak to opublikuję, to już mi nic nie wyślą. ;)

Pot i łzy

Widzieliście ten mecz?!?!?!?!?!?! La Furia Rocha! Spokój Hiszpanów, cytując komentatora. :)

Normalnie miazga! A ja błam całym sercem za Włochami… i jak widziałam ich łzy, ten straszliwy żal, rozczarowanie i pewnie niedowierzanie, to było mi strasznie smutno, strasznie, strasznie, strasznie. Pirlo się popłakał, inni się popłakali, okrutna przegrana! ;(

Dziś nie ma po co oglądać żadnych wiadomości, przecież będą mówić tylko o tym.

I Balotelli, jak popchnął tego działacza, przecież miał ogień w oczach! A wszystkie przeróbki, jak stoi na poprzednim meczu z rozłożonymi rękami jako baletnica, to było coś zwierzęcego, dzikiego i bardzo jednoznacznego. Kto wtedy rządził? On.

Spodobała mi się bardzo postawa Hiszpanów, którzy wypuszczając przodem Włochów do dekorowania medalami, klepali ich po plecach. Jakby mogli, to by ich przytulili. Kurczę, przecież oni się wszyscy znają, sami też znają smak porażki.

Ale emocje były. Nie mogłam usnąć z wrażenia, chociaż chwaliłam się wieczorem M. i G., że ja to zasypiam bez problemów. Nie mam słów. Wielka klasa, ogromne zaangażowanie, szaleństwo!

Dobra. Starczy. Tyle meczów to ja naprawdę nie obejrzałam w całym życiu. Widziałam wcześniej (przed Euro2012) tylko jeden mecz. Polska – Nowa Zelandia. Dziesięć lat temu!

A te kilka dni zleciało mi szybciej, niż ten mecz Włochom i Hiszpanom. Zwiedziłam sobie Stare Miasto, Łazienki, Wilanów. Czy wiedzieliście, że Pałac w Wilanowie odzwierciedla chwałę, potęgę i siłę Rzeczpospolitej? Że jest apoteozą Jana III Sobieskiego i KAŻDY element dekoracyjny ma tam znaczenie, począwszy od ozdób na dachach, a kończąc na wieńcach z granatów, którymi owinięte są postaci atlantów? Genialna budowla. Dawniej budowano tak, żeby wszystko mówiło samo za siebie. Każdy detal architektoniczny, każdy zaułek ogrodu i najmniejszy kamień coś znaczyły.

A dziś? Sztuka nowoczesna daleko odeszła od motywów mitologicznych i wielkich bohaterów. Słowo instalacja nie porusza mnie zupełnie. Co innego pałac.

Weekend spędziłam, chroniąc się przed upałem na działce Rodzinki. Wstyd, że prawie nie wychodziłam. Ale jeśli tam było ponad trzydzieści stopni w cieniu, to w Warszawie było pewnie z pięćdziesiąt. Ufff.

Z miłą chęcią podzielę się z Wami wieczorem zdjęciami i wrażeniami. Bardzo edukacyjny ten wyjazd. Dziś idę oglądać bardziej szczegółowo Łazienki. Poprzednio bawiłam się tylko z samą sobą w chowanego w parku. Teraz pobawię się w spostrzegawczość. Co przeoczę, co znajdę, a czego nie ma w wielkim segregatorze – przewodniku mojej Cioci?

Będzie wielkomiejsko. Albo staromiejsko? Miłego dnia!

:)

 

PS. Zapomniałam. Przecież ja jeszcze ciągle coś żarłam! Każdego dnia jadłam coś nowego. W weekend wzięłyśmy się z Ciocią za ciasto filo.  I za udka pieczone z warzywami. I kurczaka po cypryjsku. A wcześniej Ciocia zrobiła makaron z cukinią, kremowym sosem z mascarpone i indykiem w piętnaście minut. I pyszną zupę z fasolką, brokułem, kalafiorem i niebieskim serkiem. Jamie Oliver przy Niej po prostu się guzdrze!

Najwyraźniej nieskładnie

Są takie dni, w których wszystko układa się samo. Nie trzeba się starać, zabiegać. Nawet nie trzeba o niczym myśleć. A szczęście przychodzi samo. Wystarczy się schylić.

Dziś będzie tak troszkę o wszystkim, dobrze?

Wprawdzie jadłam wczoraj mnóstwo pysznych rzeczy, przygotowanych przez Tomka (w kuchni wysprzątanej na błysk przez Aneko), a sama przyniosłam tylko muffinki z rabarbarem i imbirem. I dziś zrobiłam sobie kuleczki z mięsa mielonego z mnóstwem dobrodziejstw z inwentarza (?!?). I delektowałam się zupą botwinkową. I…

I wszystkie te rzeczy chciałabym Wam pokazać i jeszcze na niektóre, nieobjęte patentem dodać przepis (lub, jak powiedział jeden pan psycholog: jeszcze nie skopirajotwane), ale to zupełnie kiedy indziej (i jeszcze dwa mecze obejrzałam, więcej w ciągu jednego dnia, niż przez całe dotychczasowe życie. I nawet dzięki Marshallowi wiem, dlaczego czeski bramkarz miał na głowie taką czapkę śmiszną).

Ale dziś świat kończy się na małej biedronce, która wędrowała po ogrodzie.

Taka chwila, która już nigdy się nie powtórzy. Zapisana nie tylko w pamięci podręcznej w głowie, ale też złapana na gorącym uczynku zaskoczenia.

Dzięki Annie-Marii, która opisuje swój magiczny świat w Kucharni, płakałam dziś z radości. Ponieważ skomentowała poprzedni wpis i dedykowała mnie swój okruszkowy wpis. Taka kruszynka radości, która chwyta za serce i potrząsa dotąd, aż wszyscy będą ozłoceni i uśmiechnięci. Dziękuję. Za piękno, którym obdarzasz świat. I za pochwałę świata, tak prostego w swojej wyjątkowości i tak wyjątkowego w swojej prostocie.

Ten tekst zobaczyłam na murze krakowskiego Kina Kijów w czasie ostatniej wycieczki objazdowej po Polsce. Budziłam się w tylu miejscach, że pod koniec nie mogłam zasnąć we własnym łóżku, jeśli nie wyobraziłam sobie:

  • siebie w pociągu;
  • siebie w autobusie;
  • siebie w busie;
  • siebie we wszystkich tych środkach lokomocji naraz.

 

Tak bardzo w/w napis przypadł mi do gustu, że zaczęłam zabawę z formą. Nie przerosła treści, mam nadzieję.

Banieczka napisała do mnie, że dziś jest Dzień Przyjaciela. To ciepło, rozlewające się w sercu, które pojawia się, kiedy bliska osoba widzi we mnie Przyjaciela. To poczucie, że w każdej chwili mam na kogo liczyć. Czy ja potrafię być takim oparciem?

 

serendepity /ˌsɛr(ə)nˈdɪpɪti/

the occurrence and development of events by chance in a happy or beneficial way

 

Cały dzień pod znakiem szczęśliwych okoliczności, które przecież nie są przypadkowe. Niech nadzieja będzie Waszym Nauczycielem, odwaga Przyjacielem i zdziwienie Mistrzem. Walczcie o marzenia.