O odwadze słów kilka

 

Odkąd chodzę często na basen, czyli od jakiegoś tygodnia, myślę na basenie o jednym facecie. Odkąd chodzę na basen = od kiedy to postanowiłam na stałe wrócić do cywilizacji, zamiast myśleć, czy mięso zeżre mi lis, a ser zjedzą myszy, i czy drewna starczy do podłożenia wieczorem do pieca.

Czytaj dalej

It’s packed up

Prawie packed i prawie up. Jeszcze tylko wepchnąć ponownie do plecaka trochę ciuchów, ciepłych skarpet i koszulek. Jeszcze tylko sprawdzić, czy zmieszczę się w dwudziestu pięciu kilogramach wagi plecaka. Może z każdym kolejnym wyjazdem będę ograniczać. Chociaż o kilogram. Zeszłam już z ponad trzydziestu. Kręgosłup mam tylko jeden.

– No za to będzie puszka pasztetu pełna do połowy.
– A można wymienić na jabłka?
– Można, ale będą całe tylko do połowy.

Wczoraj, a właściwie to już dziś w nocy, siedziałam, biegałam i kombinowałam. Zamiast czterech pudełek herbaty, wezmę po kilka sztuk z każdej. Zamiast kilku kilogramów mąki – dwa małe pudełeczka i reszta typu tapioka czy maizena w małych woreczkach. Tak samo przerzuciłam wszystko, co było większe, niż 500 gram. Kupiłam w sklepie papierniczym za pięć złotych pięćdziesiąt woreczków strunowych  (o takich) i przełożyłam już do nich yerbę, kolendrę, czarnuszkę, sól morską, trawę cytrynową, suszone nasiona, cukierki, kawę Oxfam z Tanzanii (polecam, chociaż zazwyczaj nie piję kawy rozpuszczalnej – bo nie dość, że wygląda, jakby miała drobinki złota, to jeszcze smakuje przygodą i jest naprawdę Fair Trade)… Mogę wymieniać jeszcze długo.

– Kawy?
– Prawdziwa?
– Nie, z żołędzi.
– To wolę herbatę.
– Herbata też z żołędzi, tyle że mniej szkodzi, bo to herbata.

Większe rzeczy też włożyłam, siłą rozpędu, do woreczków – tym razem takich. Mówię Wam, mam teraz każdą rzecz w woreczku. Ładowarki do telefonu, aparatu, akumulatorki, baterie. Miejsca więcej nie zajmuje, a ani nie zamoknie, ani się po drodze nie zgubi, bo będzie zamknięte. Istne szaleństwo woreczków. Plastik tu, plastik tam. Jak w Baśni o Ludziach Stąd.

– Świat schodzi na psy. Pamiętam, kiedyś to śmietnisko było jak jedna czwarta tego, co teraz. Ale co to były za śmieci…
– Społeczeństwo się spauperyzowało. Już nie ma prawdziwych śmieci.
– Kiedyś było drewno, marmur, porcelana, a teraz…
– Nylon, plastik, nylon…
– A kiedyś…
– A teraz plastik.
– Jedwab, len…

Mój nieco przydługi wywód na temat pakowania zakończę jeszcze jednym elementem.

Płynne rzeczy przelałam do buteleczek. Każda ma 100 ml, jest plastikowa i daje komfort psychiczny pod tytułem „Nie dźwigam słoików, metalowych puszek i szklanych butelek”. Dzięki temu pozwoliłam sobie na zabranie oleju arachidowego, oliwy do smażenia i extra virgin, octu balsamicznego, melasy, syropu waniliowego do kawy i słodkiego sosu chili. Bez przepakowania wzięłabym pewnie tylko buteleczkę sosu.

– Za późno, teraz jesteś już nasz.
– Faktycznie, teraz jestem jakiś nieswój.

Tak. Kosmetyki też mam w małych pojemniczkach. W ogóle robię się sama kompaktowa, tylko że plecak wciąż wielki. Było nie kupować w promocji (ech…) 85+10, tylko kupić uroczą sześćdziesiątkę bez możliwości podniesienia komina. Mam za dobry plecak. Ile do niego upchnę, tyle się zmieści. Tylko kto to podniesie. A niedługo pora wstawać.

Jak to mówią – czas nie guma, budzik nie sanki.

Tu by się przydał taki wielki napis: KONIEC.

Zdjęcia, takie słoneczne i letnie, są z dedykacją dla tych wszystkich, którzy polskiej późnej jesieni znieść nie mogą i włącza im się mechanizm autodestrukcyjny pod tytułem „Narzekanie na śniadanie, obiad i kolację być może gratis”.  Bo świat jest zbyt ciężki, żeby przykładać do niego wagę.

Cytaty z filmu Baśń o Ludziach Stąd. Bardzo dobry na długie wieczory. Pisałam już kiedyś gdzieś o tym filmie. Warto zobaczyć. Klasyka polskiego kina. I wszyscy znani kabareciarze byli tacy młodzi… ;)

– Bo ty w gruncie fajny jesteś.
– Tak? A przystojny też?
– Szczerze?
– No.
– Na pewno szczerze?
– To ja już muszę iść.

Jiro śni o sushi

Kto lubi dobrze zjeść, ten na pewno słyszał o filmie Jiro śni o sushi. Kto jeszcze nie był na tym niezwykłym dokumencie, ten może skorzystać jeszcze z tanich poniedziałków w Kinie Muranów lub poszukać w innych miastach również kim studyjnych albo małych, klimatycznych sal z ekranem (grają jeszcze w Warszawie, Krakowie i Katowicach na pewno).

Chciałabym tylko zacytować słowa sprzedawcy tuńczyków, od którego syn głównego bohatera kupuje codziennie świeże ryby. W wielkim stopniu może to podsumować siedemdziesięcioletni wysiłek Jiro, jaki włożył w udoskonalenie tego przysmaku.

Myśląc, że już wszystko wiesz, oszukujesz sam siebie. I wpadasz w depresję.

Jiro, mimo 80-tki na karku, uważa, że jeszcze wiele mógłby zmienić. I kocha swoją pracę ponad wszystko. Bohaterem tego dokumentu nie mógłby być nikt inny, jak tylko Japończyk.

Biję pokłony i albo spróbuję sushi u niego, w maleńkiej restauracji na 9 miejsc, gdzie trzeba rezerwować krzesełko kilka miesięcy wcześniej, albo… wcale.

 

Tak tylko cichutko

Właśnie wróciłam z filmu Nietykalni. Wybierałam się na niego od maja, ale przez ciągłe zmiany miejsc „zamieszkania” albo nie trafiałam na dobrą godzinę do większego miasta, albo już nie grali. Na szczęście dla mnie, kino Muranów jest kinem studyjnym, także tam repertuar nie zmienia się co tydzień.

Wchodząc do budynku, nie czuje się zapachu popcornu. A na sali nikt nie szeleści papierkami z chipsów.

Miałam ochotę płakać, że film się skończył. Bo poza tym, śmiałam się tak, że prawie spadłam z fotela. A przy wyjściu wszyscy się do siebie uśmiechali… To nie była cukierkowa bajka romantyczna. To był film, jakich mało. Ale za to wzbudził na twarzy uśmiech typu „banan” na długie godziny.

Magia dnia codziennego. Szaleństwo życia. Radość z prostoty. Wariactwo!

A w poniedziałek idę na Jiro śni o sushi. Czekałam na ten film od ponad roku. I w poniedziałek w Muranowie są bilety po 11 złotych. :D

 

Zytka Maurion

 

PS. To było niesamowite. Takie małe znaki od Życia, że jest ok. Wracałam autobusem 111. O 22:22. A w ciągu dnia było pewnie ze 33 stopni.

Nawet, jeśli nie myślę o jedzeniu…

… to jedzenie myśli o mnie. :)

Thanks to Aneko & Tomek!

Przy okazji – warto zobaczyć film Incepcja. Nawet, jeśli za pierwszym razem będziecie mieć wrażenie, że niewiele się tam zgadza. Może za drugim razem będę wiedzieć, skąd się wzięło coś, czego nie było. Tomek wiedział. Półkule…*

Co to dużo gadać. Film nakręcony z pomysłem, a nawet być może z użyciem czyjejś chorej wyobraźni. Zaprzęgnięto do niego nie tylko niezłych aktorów, masę efektów specjalnych, ale również imaginację najwyższych lotów. Ogląda się świetnie po trzech gofrach!

A jutro… Jutro będzie futro. Nawet dwa wielkie futra, które potrafią siedzieć, skakać, ocierać się o nogi, mruczeć i wykonywać takie akrobacje łapami, że najlepszym gimnastyczkom artystycznym żółć się wylewa z zazdrości. I to wszystko potrafią pod jednym warunkiem – jak im się akurat zachce.

Koty tak mają.

* Przy okazji półkul. :) Możecie też zobaczyć film Baby są jakieś inne. Wprawdzie ilość przekleństw na centymetr kwadratowy taśmy filmowej przekracza tam normę dziesięć razy (tak, to polski film). Ale przynajmniej jest potem nad czym myśleć. W skrócie: film drogi. Niskobudżetowy, bo obsada prawie żadna. Dwóch kolesiów jedzie samochodem i dyskutują. Wnioski widać w tytule filmu. Kurde, faceci naprawdę rozmawiają o TAKICH RZECZACH podczas jazdy samochodem?!

Głębokie wyrazy współczucia.

No co?

No co, no co, no co, no co, no co ja ci zrobiłem?!

nie brałem, gdy znalazłem
nie szafowałem masłem

Cóż ja takiego zrobiłem, jakąż to zbrodnię?
Że dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie?
Nosiłem Ci do pralni,
Paliłem piec w sypialni,
Czyściłem w umywalni kran ,
Kolacje jadłem zimne,
Zalutowałem rynnę,
A wady tak niewinne mam!

Zgubiłam się wśród tych wszystkich no co. Ten głos, ten tekst, ten dzień. A wady tak niewinne maaaaaam!

 

odwracasz się tyłem

—————-

Czym się zajmujesz? – spytała dorosłego, jakby się mogło zdawać, mężczyznę.

-Niczym. – odpowiedział, nieco zmieszany (z błotem). – Zajmuję się niczym. Ale teraz postanowiłem oderwać się. Od tego oderwania, rozumiesz, oderwać się. – Tu odwrócił się z myślą: „Przepadłem. Za chwilę skończą się tematy do rozmów”.

- Jaki rap pani woli? Ze wschodniego czy zachodniego wybrzeża? – wtrącił się niespodziewanie do rozmowy facet siedzący po jej prawej stronie. Kobieta z uśmiechem odpowiedziała:

- Nie widzę różnicy. Choć są tacy, którzy ją widzą. Jak pan zapewne zauważył… – Mężczyzna od pierwszej kwestii pomyślał tylko: „I tematy się skończyły”.

Wszystko umiem, wszystko potrafię, a dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie.

—————-

Wchodzę na portal zajmujący się sprzedażą usług telekomunikacyjnych, urządzeń nadawczo-odbiorczych oraz  innych takich (do czego to doszło, żebym tak obrazowo pisała, że weszłam na stronę orange, ale tak, żeby nie napisać, że to ich strona…). A tam wielkimi literami, chociaż na dole strony, napis: Eksperci: 27 proc. Europejek nie jest zainteresowanych seksem. Aha. Duch Wielkiego Socjologa we mnie zadrżał. Pomyślałam: Ciekawe. Jak oni* to zbadali? Bo chyba nie tak, jak pan profesor Lew Starowicz, który zajmuje się tematem od lat?

Stop. Weszłam w artykuł, a tam w dużej mierze jego treścią jest wypowiedź profesora Starowicza. To się dowiedziałam tyle, że dalej nic nie wiem.

Dobra. I got it. Weszłam na stronę kongresu Kobieta i Mężczyzna. To właśnie na nim, najprawdopodobniej w sesji plenarnej między 11:00 a 12:30 pojawiło się to zdanie prof. dr hab. n. med. Alessandry Graziottin. Obecnie Dyrektor  Centrum Ginekologii oraz Seksuologii Medycznej szpitala San Raffaele Resnati w Mediolanie. To nieco zmienia postać  rzeczy, chociaż zdanie mogło być totalnie wyrwane z kontekstu. To po pierwsze. A po drugie, nie bardzo wiem, jak można w ramach podsumowania dwudniowego kongresu użyć jednego zdania, wypowiedzianego niemal na „dzień dobry”, na początku?Czepiam się, to przecież nie było żadne podsumowanie. A kongres dotyczył w dużej mierze starzenia się. I oczywiście miłości. ♥. No i seksu. Wśród traw, łąk, pól i lasów. W malinowym chruśniaku też, I think.

Okej, jest to chwytliwe, skoro nawet ja wlazłam w link, a nie robię tego często.

I może ktoś tu ma rację? Może mamy ciekawsze rzeczy do zrobienia w życiu. A może nie ma z kim. Przyczyny się nie wykluczają. Tym bardziej, że i liczba singli rośnie (wpiszcie takie hasło w wyszukiwarkę dla potwierdzenia). Yeah. Będzie w czym wybierać na starość.

A poza tym, jak wiadomo (jeszcze jest to w miarę oczywiste, ale czasy się zmieniają), bez seksu raczej nie ma dzieci. I piosenka Gołasa wtedy niepotrzebna. Bo na żywo słuchanie takich piosenek nie przypomina miłego głosu z Kabaretu Starszych Panów. Tylko piskliwe skrzeczenie. Lub ciężki baryton.

BTW, widzieliście już to? Część widziała, sorry. Ukradłam z googli+ po ciekawej dyskusji. Thanks, Darek B.

* kategoria ONYCH obejmuje wszystkich, którzy zajmują się dowolnym tematem, w sposób dowolny. Rewelacje dziennikarskie mnie nie wzruszają do głębi. Jakby człowiek tak przeżywał wszystko, to osiwiałabym na pierwszym roku studiów, zaraz po pierwszych zajęciach, tyle tam rewelacji było życiowych. Na przykład badania jednej z pań na wydziale na temat kohabitacji. Och, czego tam nie było! I o wszystkim dyskutowaliśmy w ramach zajęć, nawet o praniu brudnych skarpetek. Bo to ważna kwestia, czy ktoś wypierze je sam, czy wrzuci pod łóżko i po miesiącu drugi ktoś odkryje, co tak śmierdzi.

A treść informacji prasowej pochodzi z Polskiej Agencji Prasowej. Pewnie nie tylko w tym jednym portalu pojawiła się taka informacja.

Łakomczuchy mają pełne brzuchy

Na zawsze i na wieczność uczyńmy z życia święto!

Otwórz oczy. Otwórz oczy. OTWÓRZ OCZY! Słuchałam niedawno przez godzinę czy dwie muzyki z filmu Vanilla Sky. Widziałam ten film lata temu, a zapadł mi w pamięć tylko przez to, że cholernie mnie wkurzał od początku do końca. Zabija się laska, potem się okazuje, że się nie zabiła. Potem zabija się facet, ale w sumie to się nie zabił. Potem laska jednak umiera, a on dalej nie. Potem jest inna kobieta, którą gra Penelope Cruz, więc było rozkosznie, sceny ten tego i takie tam. A na końcu znów otwórz oczy i otwórz oczy. Oł fak.

Zmieńmy temat może.

Jechałam pociągiem! Ciapongiem. Relacji Krk – Lbl. Przy wyłączonym ogrzewaniu temperatura sięgała 30 stopni na plusie. Ugotowałam się, siedząc niemal tylko w koszulce termoaktywnej. Ufffff. A w Lublinie lało cały dzień na przemian ze słońcem, gradem i śniegiem tak samo, jak w Krakowie. ;)

Hervé This, człowiek, który umie zrobić 24 litry majonezu z jednego jajka, byłby ze mnie dumny, bo obgryzłam właśnie po raz pierwszy w życiu pieczone udko z kurczaka w panierce. Wcześniej próbowałam wiele razy, ale zazwyczaj mi zostawało 3/4 mięska przy kości. Dorosłam! I stało się to przy Eweko i B. Przy Ranczu i gryzieniu po kostkach.

O szanownym TYM Panu (This wskazuje, że chodzi o niego) mogę powiedzieć, że napisał jedną z najlepszych książek kulinarnych na świecie. Odkrycia kulinarne są książką , którą dumnie nazwę sztandarem ideowym kuchni molekularnej dla laików. Nie ma tam wprawdzie zaleceń, żeby gotować pod ciśnieniem trzy dni mięso. Za to wyjaśnione jest dokładnie, dlaczego nie należy solić całego jajka sadzonego i smażyć go na wielkiej patelni. :)

Po raz pierwszy od liceum miałam do czynienia z chemią. I fizyką. Molekuły, proteiny, atomy. Emulsje, żele, atrakcje i bajery. Możecie być ze mnie dumni. Przeszłam nawet przez przepisy z wykorzystaniem świńskiej skóry i cielęcej nogi.

Ech. Kobiety zrozumieć nie możesz. Ale niektórych facetów też.

UFO mi się zgniotło

Takiego zasuszonego motyla zgarnęłam razem z drobnym drewnem na rozpałkę. Przeleżał tak pewnie całą zimę, aż w końcu się zliofilizował i rozpadł przy podmuchu wiatru.

Od listopada zbieram się, żeby wrzucić post o paleniu w kominku. Całą zimę cieszyło mnie rozpalanie, ale wynoszenie popiołu i czyszczenie odkurzacza było wkurzające jak cholera. [Tak, tak, niektórzy mają w domu odkurzacze do kominka, a nie do dywanu.]  Pół minuty odkurzania, dwanaście razy tyle czasu czyszczenia i mycia. I tak zawsze się usyfiłam jak prosiątko. Taką cenę płaci się za nowoczesną technikę we własnym domu. Zostań bohaterem we własnym domu. Cha.

Ucho mi się wgniotło w szyję w nocy. Dziwne uczucie, wszystko słyszę, ale czuję przy okazji. Na co dzień nie mam AŻ TAKIEJ świadomości, że mam uszy. Dolby Double Surround Pro Logic. Życie w wersji kinowej normalnie.

Morał z tej historii jest dokładnie taki – Małysz lata dalej, niż latają ptaki. Już jest wiosna. Utopiliście Marzannę?

Mówi się, że prawdziwa sztuka obroni się sama. Ale nie przede mną!

Kabaret Potem. Dobrze się ich oglądało w hicie kinowym Baśń o ludziach Stąd. Kto nie słyszał o nich, kiedy już dostali tego Oscara i Złotego Lwa w Cannes? No dobra, trochę podkoloryzowałam. Ale ten film to jeden wielki kabaret. Scenariusz, reżyseria, wszyst-ko. Wszys-tko. Wszy-stko.

Można powiedzieć, plejada polskiej sceny kabaretowej sprzed kilku lat, kiedy jeszcze żadni Łowcy.B ani inne takie nie byli znani. Moralny Niepokój, Potem, Stuhr, Tym, Kamiński, Górski, Kołaczkowska, Sikora. Koniecznie do obejrzenia, aż do ostatnich napisów końcowych. A jest ich ze cztery.

Oscara nie dostali, bo to było ambitne kino. Dialogi na cztery nogi. Jak ktoś nie rozumie znaczenia słowa aluzja czy przenośnia, to niech sobie daruje. Zanudzi się na śmierć. Nic tu nie jest oczywiste. A szczególnie kto jest kim. I o czym, do kogo mówi. Film niezatapialny jak Titanic.

Najlepiej obejrzeć kilka razy. Za pierwszym widzi się aktorów, za drugim dialogi, za trzecim całą resztę. Na przykład przelotne opady. Niski budżet nie musi oznaczać totalnego dna. Antylaureatem Węży nie będą, o to się nie martwię.

(mój) Tekst, jak ta przyroda, niedorozwinięta(-ty).


Jedz, bo dam psu!

[Co za skuteczna metoda motywowania domowników do zjedzenia więcej, niż zmieszczą w żołądku. ;P]

W moim śnie działo się więcej. Jak tylko uciekłam dziewczynie-przewodniczce, dopadł mnie dupek i męczył, żebyśmy razem poszli na Open’era. Ja do niego, żeby się odwalił, a on żebyśmy jednak poszli. Ja do niego, że nawet go nie lubię, a on do mnie, że może jednak.

W końcu się odczepił i ktoś mi uświadomił, że krzyczałam na nieznajomego, bo dupek już sobie poszedł, a wspólne wyjście na festiwal proponował mi ktoś inny. Tak straciłam szansę na wycieczkę do Gdyni za friko.

Ale w końcu byłam na festiwalu. Dość niezwykle, bo w kwietniu. Ale tłumy i błoto typowo letnie. Właśnie był pierwszy koncert, ja klęczałam nad moim ogromnym plecakiem i zastanawiałam się, gdzie schować kartę do bankomatu. Problem zniknął, bo okazało się, że mam samo opakowanie po karcie, a jej wcale.

K-o-n-i-e-c snu. Ale nie życia.


Kraków. Napatrzyłam się na mój stary, brudny i śmierdzący Kraków. Najpierw we śnie, potem w telewizji. Chociaż straszliwie mi zbrzydł, nadal go kocham, jak kocha się starego misia z oderwanym uchem i dyndającym szklanym okiem.

Na TVP Kultura leciał Zakochany Anioł. Och, płakałam jak bóbr, ale po cichutku, żeby nikt nie widział. Patrzyłam na Planty, po których biegałam codziennie na uczelnię. Płakałam, kiedy bohaterka szła obok Placu Świętej Magdaleny, a na przeciwko miała mój instytut. Płakałam, kiedy całowała się z Globiszem nad Wisłą.

I płakałam, kiedy spotkali się na Kazimierzu niedaleko zapiekanek. Bo w żadnym punkcie, u żadnego Endziora Kędziora NIE DAJĄ BEZ PIECZAREK! Czujecie to? Tak się chwalą, że najlepsze w mieście, że świeże, że znane w całej Polsce. A jak chcesz bez kilograma pieczarek, to pani mówi, że ma tylko gotowe z pieczarkami.

Całujcie się w nos.

Uwielbiam filmy, których akcja dzieje się w Krakowie. Zakochany Anioł. Da Vinci. Anioł w Krakowie. Nie kłam, kochanie. A to, co lubię, to widzieć je w Krakowie w Arsie albo Kijowie. W kinie Kijów-Centrum powinnam już napisać.

A Zakochany Anioł to film, który warto obejrzeć niezależnie od szerokości geograficznej. Jest trochę smutny, trochę ironiczny i zwyczajnie piękny. Jak dobra książka do poduszki.

W tym szaleństwie jest metoda

Człowiek jest w stanie znieść sporo trudów, podjąć się wielu wyrzeczeń i doprowadzić świat do szaleństwa, żeby tylko udowodnić sobie, że jest normalny.

W Boże Narodzenie (tak, to było całkiem dawno) przyszła pora na leniwy film, żeby zapchany żołądek mógł sobie spokojnie trawić. Wyjęłam z pudełka film Lars and The Real Girl. Na Filmwebie napisali, że to podobno dramat i komedia. Wkurzające jest to ciągłe etykietowanie. Film to film, sama sobie o nim wyrobię zdanie i moim zdaniem, to ani komedia, ani dramat nie jest. To drugie bardziej nie jest, niż to pierwsze jest.

Film jest o facecie z dalekiej, europejskiej Północy. Takim trochę zagubionym, żyjącym we własnym świecie. Ale to, czego tam brakuje, to zwyczajna bliskość drugiej osoby. Nawet gdyby świat na zewnątrz przewrócił się do góry nogami i zrobił wszystko dla Larsa, on dalej żyłby jak odludek w garażu.

Do czasu. Na horyzoncie pojawia się Bianka. To trudna miłość, w ogóle nie zrozumiana początkowo przez resztę społeczności z miasteczka. Misjonarka, pielęgniarka, w dodatku wyzywająco ubrana. Zjawia się w paczce, przywiezionej przez kuriera i dopiero tutaj zaczyna się życiowy roller coaster.

Bo Bianka jest trochę inna. Jakby nieprawdziwa? Niewiele mówi. Prawdę mówiąc, nikt poza Larsem jej nie słyszał. Ale jak każdy (człowiek) ma uczucia, potrzebuje zrozumienia, odpoczynku, czułości i akceptacji. Chociaż to tylko wielka lalka.

Piękna opowieść o potrzebie zwyczajnej miłości. Nie ma tu nic z hollywoodzkiej sztuczności, wielkich kaskaderskich popisów i furmanek pieniędzy. Jest za to dużo tolerancji dla bliskich, jest wielka dawka humoru i całkiem sporo zakręconych bohaterów. Jeśli komuś nie przeszkadza ZWYCZAJNE życie, widziane oczami innych, będzie wspominał film z uśmiechem.

Kiedy oglądam Olly’ego Mursa w piosence Busy, od razu przypominam sobie Larsa i jego perypetie.


We don’t wanna hear
The real world passing by
Saying that we’re crazy

;)

 

————————————————————————–

Wrzuciłam wczoraj tekst o kolei. A dziś koło południa dowiedziałam się, co się stało pod Szczekocinami. Katastrofy masowe są tak przerażające, że samo słuchanie o tym powoduje jeżenie się włosów. Współczuję wszystkim, którzy stracili wczoraj bliskich albo ucierpieli. Mam tylko takie wrażenie, że nadużywamy żałoby narodowej. Bo w każdy weekend giną ludzie i nieraz ginie ich dużo więcej… a jakoś żałoby nie ma. Czy to znaczy, że śmierć jednych jest ważniejsza, a śmierć innych nie??? To z jednej strony pokrzepiające, że Prezydent był na miejscu i mówił o solidarności. Ale ile w tym prawdziwego współczucia i wrażliwości, a ile medialnych półprawd? Nie mnie oceniać.