Ścieśniaj, ścieśniaj

Ile można ścieśnić?

Takie  pytanie nasunęło się moim myślom w głowie (bo gdzie niby indziej) dzisiaj po obejrzeniu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Kawałek z krzyżówką wrzuciłam już kiedyś, o tutaj. Wszystko można ścieśnić. Kaczkę. Paprykarz szczeciński. Jamnika-jajnika. Ciotkę Różę-obżartucha. Chociaż ją to raczej rozciągnąć można, bo wciąga kabanosy i nawet nie pogryzie.

gdy wszystko się zdarzy
( muzyka Grzegorz Turnau,
słowa E. E. Cummings / Stanisław Barańczak)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego, dowiózł na drugi dworzec i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa, chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu, znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości. Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

Jednego dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy, więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie, przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach, zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu. Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie „dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem. Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie, to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości.

Zima, skrzy się śnieg, mrozik trzyma. Spokój, wielki spokój na ziemi. A tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

I była słoneczna zima. W najpiękniejszym jej momencie schodziliśmy na dół po trochę jedzenia. I rąbaliśmy drewno, nosiliśmy i woziliśmy na taczkach do kotłowni. I było tak ciepło przy kominku, że chciało się po prostu spać. Jedliśmy sałatkę grecką, scony z pomarańczami, dorsza z pieca, kruche ciasta z przyprawami i parę innych rzeczy. W pamięć zapadł mi ten sok malinowy. Z malin o smaku malin. Jak domowy. A zatem można spędzić trzy dni i dwie noce ot tak, po prostu. Nie samej, troszcząc się o wszystko. Ale z pomocą, nawet przy myciu kibli i pryszniców. Rzadko spotykam w tym miejscu mężczyzn, u których za deklaratywną chęcią pomocy idzie czyn. Ewentualnie, bardzo ewentualnie, mogą pomóc przynieść drewno. I chcieliby, żeby padać im do stóp za to. A tu nie. Dobrze być kobietą i dobrze, że są tacy, którzy to widzą i szanują. Dzięki.

O kurczę.

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu bałwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Przestawię tylko godzinę publikacji na dziś, czyli na wczoraj.

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

No to pa.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca-Zytka-Której-Ścieśnianie-Zupełnie-Nie-Wychodzi.

(a nigdy jest zawsze nigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś 

więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był

spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie

siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła

mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie

możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego

dworca, dowiózł na drugi i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem

minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z

następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się

minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa,

chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu,

znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z

przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga

skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości.

Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych

nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często

słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie

ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

Jedengo dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy,

więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed

zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na

frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i

dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie,

przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za

nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po

kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć

skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U

nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach,

zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie

trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu.

Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który

ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie

radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie

„dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie

znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem.

Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie,

to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości. Spokój, wielki spokój na ziemi, a tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu balwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca Zytka.

Koperta

Nic takiego. Zwyczajna koperta. Ot, taka tam, bez żadnych szaleństw i innych wymysłów. No, taka narysowana.

W środku papier lekko spłowiały, wymięty i z wyraźnym kółkiem po odbitej filiżance herbaty. Pachnący lawendą, wieszaną na mole i wieloletnim kurzem ze strychu.

To coś jak opowiadanie bajek przy świetle gwiazd. Pisanie palcem po piasku nad brzegiem oceanu. Świeży, jeszcze gorący chleb z masłem. Odnalezienie najdelikatniejszego dotyku. Nagły impuls, żeby zrobić coś niezwykle prostego. Chwile, które mijają, ale nigdy nas nie opuszczają.

Taka trochę muzyczna pocztówka. Proszę się częstować, przeżuwać i pamiętać, że to życzenia na całe życie. Dla Was. Ode mnie.

Nie zapominajcie o zdumieniu!

„Nie ustaniemy w poszukiwaniu,
A kresem naszych wszelkich poszukiwań
Będzie dojście do punktu, z któregośmy wyszli,
I poznanie tego miejsca po raz pierwszy”
(T.S Eliot )

Nie nadążam lirycznie i dynamicznie (cytrynowe dołeczki)

Codziennie jem co najmniej jedno nowe danie, a ostatnio zdarza się ich zatrzęsienie. Dziś będzie o tym, jak wykorzystać nadmiar soku z cytryny, zrobić orzeźwiający krem słodko-kwaśny i najeść się przy tym surowego ciasta bez wyrzutów sumienia.

To znaczy – ja nigdy nie mam wyrzutów sumienia, kiedy wpierniczam surowe ciasto. Jeśli Wy macie jakiekolwiek, sama nie rozumiem, skąd to mi się bierze (że jestem mitologiczne zwierzę) i jak to się leczy w Waszym przypadku. ;)

 

Słodkie dołeczki z kremem cytrynowym

Uśmiech proszę!

Przepis to kompilacja dwóch bardzo udanych przepisów: ciasto (klik) i lemon curd (klik)

Przygotowanie: 15 minut | Chłodzenie: minimum 1 godzina | Czas pieczenia 30 minut, po 15 minut na każdą blachę | Trudność: łatwe

Składniki ciasta:

  • 3/4 szklanki (180 g) masła w temp. pokojowej
  • 1/2 szklanki (75 g) cukru pudru
  • 1/4 szklanki (44 g lub 4 płaskie łyżki) cukru
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka skórki z cytryny
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 szklanki (290 g) mąki pszennej

 

Przygotowanie:

Do miski wrzucić miękkie masło, cukier puder i zwykły cukier. Ubijać mikserem na średnich obrotach, aż masa będzie jasna i puszysta. Wbić do masy jajko, dodać ekstrakt, skórkę i sok z cytryny, ubić. Na małych obrotach dodać proszek do pieczenia, następnie w kilku częściach dodawać mąkę. Ubić, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą. Nie próbować co minutę, czy jest już dobre!

Wstawić do lodówki na minimum godzinę lub na co najmniej 20 minut do zamrażalnika.W tym czasie przygotować lemon curd, a następnie blachę lub dwie wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.

Kiedy lemon curd będzie gotowy, rozgrzać piekarnik do 175 stopni C. Ciasto wyjąć z lodówki, po upewnieniu się, że jest już bardzo zimne. W przeciwnym razie zacznie się „rozpływać” przy obecnych upałach. Na tym etapie można próbować ciasta do woli. Szczególnie, jeśli macie tylko jedną blachę i uparliście się, że wszystkie ciastka się na niej zmieszczą. Jest to niemal niemożliwe! ;)

Lepić z ciasta niewielkie kulki, każdą spłaszczyć i zrobić w niej dziurkę jak w kluskach śląskich. Można do tego używać łyżki jako narzędzia do porcjowania lub wyciskać ciastka przez jakieś zaawansowane urządzenie. Praska do czosnku nie wchodzi w grę. Ciasteczka rosną sporo w trakcie pieczenia, także radzę zachować duże odstępy pomiędzy nimi.

Każdy dołeczek wypełnić łyżeczką lemon curd. Piec 15 minut, następnie ostudzić na kratce. Podawać z dodatkową porcją schłodzonego lemon curd i wyborną herbatą Earl Grey.

Składniki kremu lemon curd:

Przepis na 2 szklanki, potrzebna będzie jedna do wypełnienia ciastek, a druga będzie doskonała do maczania już po ostudzeniu.

  • 3 duże jajka
  • 3 cytryny (skórka i sok)
  • 2/3 szklanki (100 g) cukru pudru
  • 100 ml (100 g) bardzo zimnego masła

 

Jajka wymieszać w misce widelcem lub rózgą kuchenną, dodać cukier puder, skórkę i sok z cytryn. Wstawić do naczynia, w którym można gotować na parze. Cały czas mieszając, podgrzać, ale nie gotować. Po kawałeczku dodawać masło, za każdym razem dobrze mieszając drewnianą łyżką. Podgrzewać na parze, powoli mieszając, do czasu, aż widocznie zgęstnieje. Nie dopuścić do zagotowania!

Po ostudzeniu można przechowywać w szczelnym pojemniku w lodówce przez kilka dni.

Można zapiekać z ciasteczkami, podawać jako dodatek do lodów, ciast, albo stosować jako krem do słodkich bułeczek i rogalików. Można też zjeść po prostu sam, prosto z miski, szklanki czy czegokolwiek. Mniam.

Moje uwagi:

  • Lemon curd jest nie do zastąpienia. Może brzmi nieco egzotycznie, ale wszystkie składniki bez problemu można znaleźć w każdym sklepie spożywczym, a zazwyczaj i tak mamy je we własnym domu.
  • Krem przygotowuje się na parze, także należy wstawić na gaz garnek z wodą, zagotować i przygotować miskę o średnicy nieco większej, niż garnek (lub wziąć garnek o średnicy nieco mniejszej, niż miska). Ważne, żeby spod miski nie stykał się z gotującą wodą! Chyba, że bardzo chcecie mieć słodką jajecznicę.
  • Mieszać należy cały czas. Im rzadziej mieszamy,tym więcej nieapetycznych grudek powstanie. Można temu zaradzić, przecierając gotową masę przez sito, ale ja wolę postać przy kuchence dziesięć minut, niż myć jeszcze jedno akcesorium kuchenne. Zdecydowanie nienawidzę myć sitek.
  • Krem zaraz po zdjęciu z gazu będzie dość gęsty, o konsystencji rzadkiego budyniu. Jeśli go wystudzimy i wstawimy do lodówki na kilka godzin, zgęstnieje dużo bardziej i zmieni nieco teksturę. Lemon curd można spokojnie przygotować nawet kilka dni wcześniej, przełożyć do zamykanego słoiczka i trzymać w lodówce do czasu robienia ciasteczek.
  • Mam wrażenie, że to ciasto dobrze sprawdzi się w roli fast fooda na przyjęcie: lemon curd można zrobić wcześniej, a ciasto bez nadzienia zamrozić w formie gotowych kulek z dziurką i wyłożyć na blachę prosto z piekarnika. Warto spróbować, mrożąc kulki na tacce i potem wkładając je do opisanego woreczka. Trzeba je będzie piec do 5 minut dłużej, ale i tak jest to alternatywa nie do pobicia przez gotowe ciasto ze sklepu. Można piec w ogóle bez nadzienia i napełniać już po upieczeniu.

 

 

Wspomniałam o dynamice, liryce i mitologii. Jak powiedziało się A, należy powiedzieć B.

Enjoy my Friends, please. :)

http://www.youtube.com/watch?v=G-3nmxVIblc

Okruszek

W Sprawie dla reportera samotny ojciec śpiewał córeczce Kołysankę dla Okruszka. Zaczęłam szukać na YouTube, żeby się nią podzielić i drogą kolejnych linków doszłam do Turnaua. Pianista i ja. (Tutaj do posłuchania i poczytania, jak to w lutym bywa wesoło i dlaczego Ślunsk nie jest jeden, ja).

Słodka Bazylia – tak się nazywa bar.
Zamknięty, bo minęła już dwunasta.
Tak ciepło tu. Wychodzić trochę żal.

Pozostańmy przy prostocie. Nie będzie kołysanek. Nie będzie Okruszka. Idąc za nieśmiertelnym tekstem Pana Kononowicza, nie będzie nic.

 

Idąc myślałem, stary, widzisz, tak to jest.
To co mówiłeś jest mi jakby skądś znajome.
To piwo i ty… i na ulicy deszcz…
I każdy z parasolem w swoją stronę…

Na pewno wkrótce znajdzie się dziewczyna,
Co myśli, czuje, kocha i potrafi…
Więc zanim znowu siądziesz jutro do pianina,
Wyrzuć tych kilka niepotrzebnych fotografii.

Geografia uczuć – cz. 4

Część pierwsza tutaj. Druga tutaj, a trzecia tam. ;)

2009 rok.
Dziwny rok. I dobry, i zły.

Szalony, pełen nerwów, nowych wyzwań i uczenia się ratownictwa.

Noc Muzeów z P. i jego znajomymi. Stoimy w kilkusetmetrowej kolejce przed wejściem do Muzeum Czartoryskich. Obok klub z mocno przesłodzonym wnętrzem. Koleżanka pyta P.: „Zgadnij, jak nazywa się ten klub?”. P. patrzy i mówi: „No nie wiem, może Różowe Landrynki?”. Klub nazywa się Stalowe Magnolie. Obraz we wnętrzu muzeum urzekł mnie całkowicie. Szczególnie, że był wypożyczony.

Razem, a jednak osobno.

Słowacja. Liptovska Mara. Śląski Dom. Solisko. Maliny w ilości nieskończonej. Dużo pociągów. Jeszcze więcej wątpliwości.

Obóz typu naukowego. Kielce. Nie uwierzycie, w jakich dziurach mogą kryć się poważne firmy z międzynarodowymi kontaktami. I na jakich ludzi możecie trafić, mieszkając w akademiku Politechniki. Pozdrawiam pana, który hodował kury na trawniku obok uczelni. I tego chłopaka, który twierdził, że Rihanna śpiewa o nim piosenkę.

 

Parapetówka. Całkowicie nowe znajomości. Wygrałam w tramwaju podwójne zaproszenie do kina na Festiwal Etiuda&Anima. Jako jedyny pasażer wiedziałam, kto i w jakim filmie powiedział, że życie jest jak pudełko czekoladek. Poszliśmy z Mr.

Z moim szczęściem trafiliśmy na dość niecodzienną serię filmową. Wyszliśmy, kiedy dzieci rzucały kotem o wielką beczkę. Kot nadział się na hak. Zaproszenie trzymam do tej pory. Żebym wiedziała, na jaki festiwal więcej nie iść.

Życie jest jak pudełko czekoladek, naprawdę. Nigdy nie wiesz, na co trafisz.

 

2010 rok.
Nocnym pociągiem aż do końca świata.

Weekend majowy. Kraków – Gdańsk – Gdynia – Wrocław – Warszawa – Kraków.

Weekend lipcowy. Kraków – Hel – (promem) Gdynia – Świnoujście – Poznań – Kraków – Wrocław – Kraków.

Lato. Violettes bonbons. Mi favoritas. Z fiołków.

Tydzień wrześniowy. Üzenet a McDonald’s-ból. Jó reggelt. Viszontlátásra! Vonat EuroCity. Balaton.hu. Tibor, żona Tibora i Barbie. Be youfself, no matter what they say. Najlepsze langosze NA CAŁYM ŚWIECIE. Było, minęło.

Jesień. Odwiedziny Skansenu Kolejowego w Chabówce. Nie pierwszy raz w tym roku i nie ostatni w ogóle. Pozamykali wszystkie sklepy z dopalaczami, co upamiętniłam zdjęciem witryny jednego ze sklepów. W oknie wywieszona była kartka:

TOWAR MA PAN TUSK.

Więc proszę się z nim kontaktować.

Pozdrawiamy wszystkich klientów.

 

2011 rok.
„I tak nie zrozumiesz!”.

Never understand why. Why now? Why me? Why?

I wake in pain
I dream of love as time runs through my hand

This fire burns
I realize that nothing’s as it seems



 

2012 rok.

Wszystko przede mną?

Thanks God, I’m a woman.

Dobrnęliście do końca. Gratulacje. Idźcie na kolację.

—————————————————————————————————————————–

Geografia uczuć, zaklęta w zdjęciach, pocztówkach, zapachach. Są miejsca naznaczone poziomicami bólu. Dominuje w nich kolor czerwony. Są też zielone depresje radości, im większe, tym piękniej odznaczają się na wyżynnym tle niezwykłej codzienności.

Jestem z tych osób, które zbierają w sobie wspomnienia. Magazynuję je jak najlepsze jedzenie na ciężkie czasy. Oglądam, smakuję, dotykam ich chropowatej powierzchni. Czuję. Dla siebie. Jak Edyta Bartosiewicz, nie byłabym sobą, gdy byłabym inna.

Chciałabym podzielić się z Wami jeszcze zupełnie innymi wspomnieniami.Ich odbiciem są wspomnienia drugiej osoby. Patrzę na zieloną kropkę, sygnalizującą obecność. Jaka to obecność, najwyraźniej nieobecna. Spytać czy pisać bez pytania? Nie wrzucać zdjęć, czy wrzucać z czarną dziurą, gdzie stał ktoś inny? To są dopiero dylematy.

To by było dużo ciekawsze, niż biografia zapisana wyrwanymi z kontekstu zdarzeniami. Kiedyś, obiecuję. Kiedy już nic nie będzie kuło, bolało, trzeszczało na myśl, że to już przeszłość. Kiedy się pięknie zestarzeję, moja szyja przestanie mi się podobać, a notatki na blogu będę pisać zgrzybiałymi palcami staruszki. Was wyobrażam sobie w okularach z wielką ilością dioptrii, wpatrzonych w ekrany przedpotopowych komputerów (bo do tego czasu pewnie tylko nieliczni będą rozumieć słowo „laptop”, a cała reszta będzie się porozumiewać za pomocą telepatii czy czegoś innego).


No i cóż, że ze Szwecji

Wstęp

Tyle się dziś wydarzyło, że nie zdążę tego przed północą zapisać. A zaczęło się od wczorajszych snów, które mnie bardzo rozbawiły i ucieszyły. Zresztą, trzynasty jest dla mnie dobrym dniem. Potem było przypadkowe spotkanie na moście, odgrzebane stare kartki i listy (miłosne, hehe), wielkie i radosne zaskoczenie w domu, a na końcu znalazłam stare płyty z muzyką i głupawymi grami. Jeśli nie podzielę tego na rozdziały, sama się w tym zgubię.

Żeby było miło, macie dziś  gratis parę piosenek o niczym. Wolnoczytający może nawet zdążą usłyszeć całość. Będą dopasowane do klimatów rozdziałów. Subiektywnie dopasowane. Proszę nie szukać drugiego dna, to nie wiersze Słowackiego. Autorka nic nie chciała przez to powiedzieć. Może trochę. A co się dziwisz.

Amen.


Rozdział I. Jak się dogadałć bez gadania

Kiedy wracałam ze studiów do domu na święta czy na wakacje, słyszałam, że zaciągam po krakowsku. „Jakoś tak śmiesznie mówisz”. Jakoś tak śmiesznie mówię. No tak. Pewnie. Prawie po góralsku. Przeciągam. Zaciągam. I w ogóle mówię inaczej. Hej.

Pojechałam do Krakowa. Spytałam ludzi z roku, jak mówię. „Jakoś tak bez żadnego akcentu. Po polsku”. Na studiach miałam przekrój geograficzny przez całą Polskę wzdłuż i wszerz. Augustów, Gdańsk, Zamość, Katowice, etc., etc. Dla Krakusów też nie brzmiało to po krakowsku. Czyli że mówiłam po swojemu. Nikt w tym nie widział swojego akcentu, swojego zaciągania. No i dobra, jedziemy dalej.

Kiedyś pojechałam jako opiekun młodzieży (animator na oazie, ale to szczegół) na Śląsk. Byłam tam jedyną osobą, która nie rozumiała ani słowa i kiedy słyszałam po raz kolejny „ja, ja”, to stałam dalej w miejscu, bo nie wiedziałam, co to za ja i po co, i na co. Ponieważ bardzo lubię słuchać gwary [słuchać, niekoniecznie rozumieć!], to ciągle prosiłam ludzi, żeby o czymś rozmawiali. Pewien chłopak, nazwijmy go Wnuczek, był na tyle miły, że potem mi to tłumaczył na ogólnopolski polski. Mam nadzieję, że mówił to samo, tylko po polsku. Pewna nie jestem, tak się wszyscy śmiali, że nigdy nie jadłam karminadla czy nie wiem, kto to farorz. Myślałam, że to nazwisko. Ja.

No, wesoło było, jak moje „dzieci” kochane zaczynały mówić do mnie, ja się wyłączałam, a potem one patrzyły na mnie i były bardzo zaskoczone, że nie biorę udziału w dyskusji. Hmm. Mogłam jedynie zapisywać wszystko i prosić o tłumaczenie niemal każdego słowa. Ale bez względu na stopień dogadywalności (bo jedni mówili tylko w gwarze, inni tylko takim zwyczajnym polskim, a inni pół na pół), byli to najmilsi ludzie na świecie, z jakimi przyszło mi spędzić ponad dwa tygodnie. Znalazłam dziś zdjęcia z wyjazdu. I przypomniałam sobie, jak potem pojechałam do Krakowa, to nie miałam pojęcia, ile czasu będę jechać i gdzie w ogóle znajduję się na mapie. W 2011 roku byłam za to tyle razy w tych okolicach, że dotarłabym już tam z każdej strony Polski, pociągiem, autobusem, stopem czy rowerem. No. Może rowerem nie, bo po górach wolę chodzić. Mountain hiking not mountain biking ;)

Nie powiem, na jakim Śląsku byłam, bo to podobno zależy od miejsca zamieszkania, gdzie widzi się granicę. Ślonzok z Katowic (nie było to w Katowicach) to dla jednych Śloznok, a dla drugich gorol. A Ślonzoki nie lubiom goroli. Czy jakoś tak. Może powinnam się skontaktować ze znajomymi, co na Ślunsku mieszkają, żeby mi przetłumaczyli jak małemu dziecku, co, jak i gdzie. Bo jeszcze się okaże, że nawymyślałam tu jakiś wyrazów, a one wcale nie takie śląskie.

Dotarłam na ten Ślunsk prosto z pielgrzymki do Częstochowy. Więcej na pielgrzymkę nie poszłam. Moje nogi są uczulone na chodzenie po rozpalonym asfalcie. Nie złapałam wprawdzie żadnego uczulenia typu „asfaltówka”, ale ilość i wielkość odcisków przerażała nawet personel medyczny.  Więcej nie pozwoliłam sobie na takie ekscesy. Za to dzięki przyjaźni z Frumentówką, miałam często dostęp do zimnego frumentu. Wiecie, co to? Napój jabłkowo-miętowy. No, zwykły frument, kiedyś można było go kupić w każdym spożywczaku bez kaucji i potem oddać szklaną butelkę. Recykling w czasach bez szumnych haseł ekologicznych. Teraz wraca do łask, szczególnie latem.

A ja może jednak używam wyrazów, które nie są wszędzie znane. Noszę ciapy. Nie papucie, kapcie, pantofle. Nawet nie laczki! Pantofelki to są eleganckie buty wyjściowe, takie na bal. Kiedy robię kotlety, to znaczy, że ubijam mięso i panieruję. A niekoniecznie, że mielę je na mielone. Nie na karminadel. Schabowy to schabowy z mięsa wieprzowego, mocno rozbity, może być w panierce.  No i nie mam kamerlika. Niestety. Ale mam parę innych pomieszczeń i swojego bloga. O!

Jest tylko jedna zasada, która zawsze się sprawdza. Szeroki uśmiech. Metoda nie jest opatentowana, a działa zawsze i wszędzie. Dogadać się tak można z Węgrem, Słowakiem, Hiszpanem, Amerykaninem, z kim tam chcecie. Beata Pawlikowska sprawdzała nawet wśród plemion pierwotnych – działa! :D


Rozdział II O tym, jak wpaść w samozachwyt i nie móc się z niego wydostać

Rozmawiałam niedawno z kilkoma znajomymi osobami. Podobno nawet to czytają.

Od jednej osoby usłyszałam, że piszę tak mądrze (??!!)), że ona nie czuje się na siłach wpisać komentarza. Jak powiedział Wojciech Mann na słowa „Panie Wojtku, jak pan pięknie dziś wygląda”: „Szansa na sukces widziała już różne wcielenia lizusostwa, ale to, co powiedział X, to jedynie rzetelna ocena sytuacji”. Mądrze nie piszę. Jeszcze wszystkich instrukcji obsługi nie pozjadałam ;D

Druga osoba powiedziała: „Podoba mi się twój styl pisania. Tylko czemu ciągle o żarciu?”. No jak to, wszystkim zdarza się coś zjeść. Nawet mnie, chociaż coraz bardziej nie wyglądam.

Trzecia powiedziała, że dużo tego. Reszty emocjonujących recenzji nie będę przytaczać. Bo jeszcze napopmuję się jak samotna pompa w ulicy Chryzopompa. Wiecie, z rury gęba delfina dawny świat przypomina, lecz na co? I zaczną się dziać ciekawe rzeczy.

Parę osób się nie przyznaje, że czyta, a jednak wiem, że czytają. Serdecznie zatem Was pozdrawiam i zapraszam do skomentowania. Możecie wpisać, że zaprzeczacie.


Rozdział III Dlaczego warto komentować wpisy innych blogerów, szczególnie kulinarnych

Jak niektórzy z Was już słusznie zauważyli, mam tendencję do zachwycania się różnymi daniami. Obecnie na tapecie (tej w głowie, jeszcze nie laptopa, ale to niezły pomysł, dzięki) mam Domowego Snickersa. Robi się cztery różne warstwy, każda tak pyszna i słodka, że od patrzenia wypadają wszystkie plomby. A najlepsze jest to, że takie cudo ma dużo orzechów i z samego wyglądu zmusza do szykowania chusteczek. Można się uślinić od patrzenia.

Zobaczcie sami i powiedzcie – czyż to nie jest arcydzieło? (Podpowiem odpowiedź: Oczywiście, że tak).

Ale niestety, jak to w Ameryce, jednym z ważnych składników jest Marshmallow Fluff. W Polsce mamy tylko pianki Marshmallow, polskie dzieci prawdopodobnie jeszcze nie opiekają ich nad świeczką czy ogniskiem. Za to tego Fluffa nie mamy pod żadną postacią. To takie coś między gęstą pastą a kremem. Nie do zastąpienia. O ile zielona tarta Grasshopper Pie zawiera po prostu roztopione pianki (jakkolwiek by to nie brzmiało idiotycznie), o tyle Snickers ma zawierać tamten Fluff i co mu zrobisz.

Znalazłam od razu przepisy na takie cuś. Kilka odrzuciłam, bo nie mam syropu kukurydzianego i nie będę się nad tym głowić. Ale jest nawet jeden, z innej strony, którą regularnie odwiedzam (niedługo ACTA znajdzie mnie po numerach IP i każe mi wyrzucić wszystkie ściągnięte przepisy, które pochodzą z Ameryki, cha cha). Przepis jest prosty, o ile przez prostotę rozumiemy maksymalnie 4-5 składników. Jak go zrobię, od razu znajdę sto możliwości wykorzystania. Wysmaruję tym wierzch muffinki i wepchnę komuś do gardła.

Wybaczcie. Moja wyobraźnia działa sprawnie, ale na swój sposób. Oto, co o tym myślę (klik!).

A wpisy komentować warto, bo zawsze można napisać, że się mieszka w Polsce i tu ni widu ni słychu takich cudów. I potem trafia się Wam, tak jak i mnie się trafiło, że pisze do Was Belgijka. Że ona też ma ciągle problemy ze znalezieniem takich wynalazków, ale może wysłać kilka słoików Marshmallow Fluff’a. I że szkoda, że nie rozumie polskiego, bo ten blog całkiem w dechę. O widzicie, kolejny powód do nadmuchania się jak balonik. Kto chce wziąć sprawy (czytaj igłę) w swoje ręce i pomóc mi wrócić na ziemię?

To teraz, kiedy już wiecie o mnie niemal wszystko, będzie rozdział czwarty. Tylko dla wytrwałych. Kto nie widział tego teledysku Marysi S. powyżej, niech najpierw zobaczy, a potem czyta! Inaczej to jemu wepchnę do gardła tamtą muffinkę. To nie groźba. To zachęta.

Rozdział IV O smarkaniu prawie na rzece Kwai

Szłam dziś przez miasto. Było to zaraz po wysłaniu listu na Poczcie Głównej. Pobrałam numer, a jakże. Podeszłam do okienka, pani była czymś zajęta. Nie było nikogo w kolejce. Poprosiłam o kopertę A5. I o kartkę na urodziny. Ja nie wiem, czy na poczcie wszystkie kartki muszą być z obowiązkowym pizdrykiem do przesuwania cyferek? Ustawiasz właściwą liczbę i przypominasz Drogiemu Jubilatowi, jak bardzo się postarzał odkąd ostanio życzyłeś mu wszystkiego najlepszego.

Podczas kiedy oglądałam te wynalazki rodem z Pomysłowego Dobromira, w tle ciągle grała melodyjka typu midi. Przez dłuższą chwilę nie mogłam sobie przypomnieć, co to takiego. W końcu do mnie dotarło. Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! Niech żyyyyjeeee naaaaam! To grała otwarta kartka w gablotce z pokazowymi modelami znaczków i kopert. Nie wiedziałam, że poza kartkami na Pierwszą Komunię Świętą i ewentualnie na Boże Narodzenie produkuje się kartki z malutką bateryjką, grające takie „szlagiery”. Zanim skończyłam wpisywać życzenia, miałam serdecznie dość wszystkich piosenek na świecie. Happy birthaday. Zum Geburtstag viel Glück! Dień rażdienia tolka raz w gadu. Sto lat. Nieeee! Nieeee! Na dziś mam dość.

Wyszłam z poczty, poszłam w stronę mostu. A że zima i różnica temperatur wewnątrz i na zewnątrz jest jednak spora, wyjęłam chusteczkę i najnormalniej w świecie postanowiłam się wysmarkać. Nic takiego. Ale u mnie zawsze, ale to zawsze się coś dzieje. Jak nie zaczepi mnie koleś, żeby pokazać latem swój tatuaż tao na nodze, to babka  w autobusie wygłosi ku mnie oratorium na cześć jedzenia śniadania przed wyjściem z domu, albo jakiś dziadek opowie mi zatrważającą historię z czasów wojny. Widocznie przyciągam nieszkodliwych dziwaków.

Tym razem też się udało. Jak chowałam chusteczkę, odwróciła się do mnie kobieta, mnie więcej 35-letnia i krzyczy na całą ulicę: „Teraz to wszyscy chodzą i smarkają!”. Stanęłam zdezorientowana. Czy ona chce mi przez to coś powiedzieć? Podchodzę bliżej, bo szłam w tę samą stronę, a ona kontynuuje. „Ja już dwa miesiące biorę antybiotyki i nic mi nie pomagają. Wszyscy chorują”. Idę dalej, ale kobiecie wyraźnie spodobało się moje towarzystwo i już zdążyła się upewnić, że idziemy w tę samą stronę. Zanim skręciłam w inną ulicę, niż ona, wiedziałam, że była dziś na targu, kupiła mężowi wielki Kubek Szczęściarza (widziałam!) za znalezione pieniądze (24,5 zł). I postanowiła wydać je na prezent walentynkowy. Żeby mąż mógł pić w pracy herbatę z niemal litrowego kubka. Zrobi sobie facet rano herbatę i będzie tak pił do wieczora. Bardzo ekonomicznie. Pogadałyśmy o pogodzie, o pracy, o kupowaniu spodni („bo teraz to jakieś dziwne robią, albo bardzo wąskie, albo tak szerokie, że tyłka nie widać”) i w końcu nadszedł ten moment rozstania. Pani życzyła mi powodzenia i poszła. She made my day!

A poza tym, znalazłam dziś sporo starych listów i pocztówek. Kartek naliczyłam osiemdziesiąt cztery. A to i tak nie wszystkie, bo brakuje całej masy zabranych na studia, włożonych w ramki, zużytych jako zakładki do książek czy po prostu zgubionych. Wspaniałe listy dziś znalazłam. Bardzo krzepiące. Nawet próbowałam kiedyś nawiązać ponowny kontakt z adresatem, ale po tylu latach miał prawo zmienić numer telefonu. A pisać list… Nie wiem, czy by sobie życzył. Każdy ma już swoje życie, prawda?

Zdjęcia sprzed ośmiu lat. Nic się nie zmieniłam. Dalej przypominam siebie. Oczy mi jakoś wyblakły. Ale kiedy patrzę na niedawne zdjęcia, na których się uśmiecham, kolor wraca. Jest dobrze.

Wyrzucam tych kilka niepotrzebnych fotografii. Odważnie, Zytka, odważnie. Świat się dopiero zaczyna. Na razie wyrzucam tylko w myślach. Jak już dobrze sobie to zwizualizuję, to może nawet wezmę te realne zdjęcia, obejrzę i wywalę. Czy trzeba spalić przeszłość, żeby zacząć żyć teraźniejszością?

Tej piosenki słuchałam, kiedy z Przyjacielem wjeżdżaliśmy późnym wieczorem do Lublina. Słuchałam jej, kiedy czułam tak wielką pustkę, jakby ktoś wyrwał mi serce, zdeptał  i wyrzucił na  śmietnik. Słuchałam jej setki razy pod rząd, patrząc w rozgwieżdżone niebo nad Halą Miziową. Tak, słuchałam jej cały czas, kiedy przez cztery godziny tamtej czarej nocy rozmawiałam przez telefon, marząc, żeby ta rozmowa się nie kończyła, żebym nie musiała potem przypomnieć sobie, że nic nie jest tak, jak miało być. A szczególnie tamta rozmowa. Słuchałam jej w lodowaty jesienny poranek i w ponury zimowy wieczór. Słucham jej teraz.

Nie odnajduję już swoich słów.Wypadły razem z kilkoma niepotrzebnymi fotografiami.

 

Dziękuję za wszystkie komentarze. Jak opanuję nowe funkcje WP, to może zamiast „Your comment is awaiting moderation” pojawi się napis „Dzięki za odwiedziny”. Może.

Zytka M.

Nie ma innych miejsc

Widziałam się dziś z przyjaciółmi. Wyjścia do świata robią dobrze na poskręcane zwoje mózgowe. Pan kelner, którego wg oceny E. lepiej nie spotkać w ciemnym zaułku, podał mi zarąbistą herbatę jakąś tam-waniliową. Porzeczkowo-waniliową? Never mind (I’ll find someone like you). Dostałam nawet prezent! Szeroki uśmiech tego stworzonka z platfusem zabija wszelkie troski lepiej, niż Domestos zabija bakterie na śmierć. Anioł Struś ;)

 

Piszę o herbacie, bo dostałam ją w pięknym dzbanuszku, który zawsze przywołuje wspomnienia. Nazbierało się ich już tyle, że niedługo eksploduję od nadmiaru wrażeń, podwodności moich marzeń, wiem, dobrze wiem! Już widziało się słyszało, przeczuwało, dotykało, lecz nam było ciągle mało. Zamiast westchnąć, czy powiedzieć, nam się chciało WIEDZIEĆ.

Niebo zaśnieżone nade mną, prawo moralne we mnie. Jaki jest sens pisania tego wszystkiego? Jaką masz pewność, że jest to jedyna wersja tego, co moje zmarszczki w głowie sobie myślą o byciu pyłkiem na wyjściowej marynarce świata? Jaką masz pewność, że napisałam to dziś, a nie miesiąc temu? Przekładalność perspektyw się kłania. Giddens mógłby coś powiedzieć, gdyby nie fakt, że tego nie czyta. Fantastyczny facet, jak na socjologa przystało. Sobie nie wróżę takiej błyskotliwej kariery w polityce, bo bym umarła ze śmiechu na myśl, że mam komuś doradzać w sprawie rządzenia krajem.

W Zetce leciała dziś piosenka totalnie nieznana/znana. Ale kawałek sobie wymyślił Grzegorz Ciechowski. Koleś, który prowadził wieczorny program powiedział, że zawsze, kiedy ma ochotę wyjechać, włącza tę piosenkę ;) Nie miałam pojęcia, jaki jest tytuł i że tu chodzi o taką poczciwą matronę… Nie przeczuwałam niczego takiego. Ot, piosenka o tym, co jedni nazywają miłością, a inni szukają bardziej wysublimowanych eufemizmów.

A Ty nie pytaj mnie, co ciągle widzę w niej.  I dlaczego chcę zasypiać w Niej i budzić się. I dlaczego nie ma dla mnie innych miejsc.