Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.

No i cóż, że ze Szwecji

Wstęp

Tyle się dziś wydarzyło, że nie zdążę tego przed północą zapisać. A zaczęło się od wczorajszych snów, które mnie bardzo rozbawiły i ucieszyły. Zresztą, trzynasty jest dla mnie dobrym dniem. Potem było przypadkowe spotkanie na moście, odgrzebane stare kartki i listy (miłosne, hehe), wielkie i radosne zaskoczenie w domu, a na końcu znalazłam stare płyty z muzyką i głupawymi grami. Jeśli nie podzielę tego na rozdziały, sama się w tym zgubię.

Żeby było miło, macie dziś  gratis parę piosenek o niczym. Wolnoczytający może nawet zdążą usłyszeć całość. Będą dopasowane do klimatów rozdziałów. Subiektywnie dopasowane. Proszę nie szukać drugiego dna, to nie wiersze Słowackiego. Autorka nic nie chciała przez to powiedzieć. Może trochę. A co się dziwisz.

Amen.


Rozdział I. Jak się dogadałć bez gadania

Kiedy wracałam ze studiów do domu na święta czy na wakacje, słyszałam, że zaciągam po krakowsku. „Jakoś tak śmiesznie mówisz”. Jakoś tak śmiesznie mówię. No tak. Pewnie. Prawie po góralsku. Przeciągam. Zaciągam. I w ogóle mówię inaczej. Hej.

Pojechałam do Krakowa. Spytałam ludzi z roku, jak mówię. „Jakoś tak bez żadnego akcentu. Po polsku”. Na studiach miałam przekrój geograficzny przez całą Polskę wzdłuż i wszerz. Augustów, Gdańsk, Zamość, Katowice, etc., etc. Dla Krakusów też nie brzmiało to po krakowsku. Czyli że mówiłam po swojemu. Nikt w tym nie widział swojego akcentu, swojego zaciągania. No i dobra, jedziemy dalej.

Kiedyś pojechałam jako opiekun młodzieży (animator na oazie, ale to szczegół) na Śląsk. Byłam tam jedyną osobą, która nie rozumiała ani słowa i kiedy słyszałam po raz kolejny „ja, ja”, to stałam dalej w miejscu, bo nie wiedziałam, co to za ja i po co, i na co. Ponieważ bardzo lubię słuchać gwary [słuchać, niekoniecznie rozumieć!], to ciągle prosiłam ludzi, żeby o czymś rozmawiali. Pewien chłopak, nazwijmy go Wnuczek, był na tyle miły, że potem mi to tłumaczył na ogólnopolski polski. Mam nadzieję, że mówił to samo, tylko po polsku. Pewna nie jestem, tak się wszyscy śmiali, że nigdy nie jadłam karminadla czy nie wiem, kto to farorz. Myślałam, że to nazwisko. Ja.

No, wesoło było, jak moje „dzieci” kochane zaczynały mówić do mnie, ja się wyłączałam, a potem one patrzyły na mnie i były bardzo zaskoczone, że nie biorę udziału w dyskusji. Hmm. Mogłam jedynie zapisywać wszystko i prosić o tłumaczenie niemal każdego słowa. Ale bez względu na stopień dogadywalności (bo jedni mówili tylko w gwarze, inni tylko takim zwyczajnym polskim, a inni pół na pół), byli to najmilsi ludzie na świecie, z jakimi przyszło mi spędzić ponad dwa tygodnie. Znalazłam dziś zdjęcia z wyjazdu. I przypomniałam sobie, jak potem pojechałam do Krakowa, to nie miałam pojęcia, ile czasu będę jechać i gdzie w ogóle znajduję się na mapie. W 2011 roku byłam za to tyle razy w tych okolicach, że dotarłabym już tam z każdej strony Polski, pociągiem, autobusem, stopem czy rowerem. No. Może rowerem nie, bo po górach wolę chodzić. Mountain hiking not mountain biking ;)

Nie powiem, na jakim Śląsku byłam, bo to podobno zależy od miejsca zamieszkania, gdzie widzi się granicę. Ślonzok z Katowic (nie było to w Katowicach) to dla jednych Śloznok, a dla drugich gorol. A Ślonzoki nie lubiom goroli. Czy jakoś tak. Może powinnam się skontaktować ze znajomymi, co na Ślunsku mieszkają, żeby mi przetłumaczyli jak małemu dziecku, co, jak i gdzie. Bo jeszcze się okaże, że nawymyślałam tu jakiś wyrazów, a one wcale nie takie śląskie.

Dotarłam na ten Ślunsk prosto z pielgrzymki do Częstochowy. Więcej na pielgrzymkę nie poszłam. Moje nogi są uczulone na chodzenie po rozpalonym asfalcie. Nie złapałam wprawdzie żadnego uczulenia typu „asfaltówka”, ale ilość i wielkość odcisków przerażała nawet personel medyczny.  Więcej nie pozwoliłam sobie na takie ekscesy. Za to dzięki przyjaźni z Frumentówką, miałam często dostęp do zimnego frumentu. Wiecie, co to? Napój jabłkowo-miętowy. No, zwykły frument, kiedyś można było go kupić w każdym spożywczaku bez kaucji i potem oddać szklaną butelkę. Recykling w czasach bez szumnych haseł ekologicznych. Teraz wraca do łask, szczególnie latem.

A ja może jednak używam wyrazów, które nie są wszędzie znane. Noszę ciapy. Nie papucie, kapcie, pantofle. Nawet nie laczki! Pantofelki to są eleganckie buty wyjściowe, takie na bal. Kiedy robię kotlety, to znaczy, że ubijam mięso i panieruję. A niekoniecznie, że mielę je na mielone. Nie na karminadel. Schabowy to schabowy z mięsa wieprzowego, mocno rozbity, może być w panierce.  No i nie mam kamerlika. Niestety. Ale mam parę innych pomieszczeń i swojego bloga. O!

Jest tylko jedna zasada, która zawsze się sprawdza. Szeroki uśmiech. Metoda nie jest opatentowana, a działa zawsze i wszędzie. Dogadać się tak można z Węgrem, Słowakiem, Hiszpanem, Amerykaninem, z kim tam chcecie. Beata Pawlikowska sprawdzała nawet wśród plemion pierwotnych – działa! :D


Rozdział II O tym, jak wpaść w samozachwyt i nie móc się z niego wydostać

Rozmawiałam niedawno z kilkoma znajomymi osobami. Podobno nawet to czytają.

Od jednej osoby usłyszałam, że piszę tak mądrze (??!!)), że ona nie czuje się na siłach wpisać komentarza. Jak powiedział Wojciech Mann na słowa „Panie Wojtku, jak pan pięknie dziś wygląda”: „Szansa na sukces widziała już różne wcielenia lizusostwa, ale to, co powiedział X, to jedynie rzetelna ocena sytuacji”. Mądrze nie piszę. Jeszcze wszystkich instrukcji obsługi nie pozjadałam ;D

Druga osoba powiedziała: „Podoba mi się twój styl pisania. Tylko czemu ciągle o żarciu?”. No jak to, wszystkim zdarza się coś zjeść. Nawet mnie, chociaż coraz bardziej nie wyglądam.

Trzecia powiedziała, że dużo tego. Reszty emocjonujących recenzji nie będę przytaczać. Bo jeszcze napopmuję się jak samotna pompa w ulicy Chryzopompa. Wiecie, z rury gęba delfina dawny świat przypomina, lecz na co? I zaczną się dziać ciekawe rzeczy.

Parę osób się nie przyznaje, że czyta, a jednak wiem, że czytają. Serdecznie zatem Was pozdrawiam i zapraszam do skomentowania. Możecie wpisać, że zaprzeczacie.


Rozdział III Dlaczego warto komentować wpisy innych blogerów, szczególnie kulinarnych

Jak niektórzy z Was już słusznie zauważyli, mam tendencję do zachwycania się różnymi daniami. Obecnie na tapecie (tej w głowie, jeszcze nie laptopa, ale to niezły pomysł, dzięki) mam Domowego Snickersa. Robi się cztery różne warstwy, każda tak pyszna i słodka, że od patrzenia wypadają wszystkie plomby. A najlepsze jest to, że takie cudo ma dużo orzechów i z samego wyglądu zmusza do szykowania chusteczek. Można się uślinić od patrzenia.

Zobaczcie sami i powiedzcie – czyż to nie jest arcydzieło? (Podpowiem odpowiedź: Oczywiście, że tak).

Ale niestety, jak to w Ameryce, jednym z ważnych składników jest Marshmallow Fluff. W Polsce mamy tylko pianki Marshmallow, polskie dzieci prawdopodobnie jeszcze nie opiekają ich nad świeczką czy ogniskiem. Za to tego Fluffa nie mamy pod żadną postacią. To takie coś między gęstą pastą a kremem. Nie do zastąpienia. O ile zielona tarta Grasshopper Pie zawiera po prostu roztopione pianki (jakkolwiek by to nie brzmiało idiotycznie), o tyle Snickers ma zawierać tamten Fluff i co mu zrobisz.

Znalazłam od razu przepisy na takie cuś. Kilka odrzuciłam, bo nie mam syropu kukurydzianego i nie będę się nad tym głowić. Ale jest nawet jeden, z innej strony, którą regularnie odwiedzam (niedługo ACTA znajdzie mnie po numerach IP i każe mi wyrzucić wszystkie ściągnięte przepisy, które pochodzą z Ameryki, cha cha). Przepis jest prosty, o ile przez prostotę rozumiemy maksymalnie 4-5 składników. Jak go zrobię, od razu znajdę sto możliwości wykorzystania. Wysmaruję tym wierzch muffinki i wepchnę komuś do gardła.

Wybaczcie. Moja wyobraźnia działa sprawnie, ale na swój sposób. Oto, co o tym myślę (klik!).

A wpisy komentować warto, bo zawsze można napisać, że się mieszka w Polsce i tu ni widu ni słychu takich cudów. I potem trafia się Wam, tak jak i mnie się trafiło, że pisze do Was Belgijka. Że ona też ma ciągle problemy ze znalezieniem takich wynalazków, ale może wysłać kilka słoików Marshmallow Fluff’a. I że szkoda, że nie rozumie polskiego, bo ten blog całkiem w dechę. O widzicie, kolejny powód do nadmuchania się jak balonik. Kto chce wziąć sprawy (czytaj igłę) w swoje ręce i pomóc mi wrócić na ziemię?

To teraz, kiedy już wiecie o mnie niemal wszystko, będzie rozdział czwarty. Tylko dla wytrwałych. Kto nie widział tego teledysku Marysi S. powyżej, niech najpierw zobaczy, a potem czyta! Inaczej to jemu wepchnę do gardła tamtą muffinkę. To nie groźba. To zachęta.

Rozdział IV O smarkaniu prawie na rzece Kwai

Szłam dziś przez miasto. Było to zaraz po wysłaniu listu na Poczcie Głównej. Pobrałam numer, a jakże. Podeszłam do okienka, pani była czymś zajęta. Nie było nikogo w kolejce. Poprosiłam o kopertę A5. I o kartkę na urodziny. Ja nie wiem, czy na poczcie wszystkie kartki muszą być z obowiązkowym pizdrykiem do przesuwania cyferek? Ustawiasz właściwą liczbę i przypominasz Drogiemu Jubilatowi, jak bardzo się postarzał odkąd ostanio życzyłeś mu wszystkiego najlepszego.

Podczas kiedy oglądałam te wynalazki rodem z Pomysłowego Dobromira, w tle ciągle grała melodyjka typu midi. Przez dłuższą chwilę nie mogłam sobie przypomnieć, co to takiego. W końcu do mnie dotarło. Sto lat! Sto lat! Niech żyje, żyje nam! Niech żyyyyjeeee naaaaam! To grała otwarta kartka w gablotce z pokazowymi modelami znaczków i kopert. Nie wiedziałam, że poza kartkami na Pierwszą Komunię Świętą i ewentualnie na Boże Narodzenie produkuje się kartki z malutką bateryjką, grające takie „szlagiery”. Zanim skończyłam wpisywać życzenia, miałam serdecznie dość wszystkich piosenek na świecie. Happy birthaday. Zum Geburtstag viel Glück! Dień rażdienia tolka raz w gadu. Sto lat. Nieeee! Nieeee! Na dziś mam dość.

Wyszłam z poczty, poszłam w stronę mostu. A że zima i różnica temperatur wewnątrz i na zewnątrz jest jednak spora, wyjęłam chusteczkę i najnormalniej w świecie postanowiłam się wysmarkać. Nic takiego. Ale u mnie zawsze, ale to zawsze się coś dzieje. Jak nie zaczepi mnie koleś, żeby pokazać latem swój tatuaż tao na nodze, to babka  w autobusie wygłosi ku mnie oratorium na cześć jedzenia śniadania przed wyjściem z domu, albo jakiś dziadek opowie mi zatrważającą historię z czasów wojny. Widocznie przyciągam nieszkodliwych dziwaków.

Tym razem też się udało. Jak chowałam chusteczkę, odwróciła się do mnie kobieta, mnie więcej 35-letnia i krzyczy na całą ulicę: „Teraz to wszyscy chodzą i smarkają!”. Stanęłam zdezorientowana. Czy ona chce mi przez to coś powiedzieć? Podchodzę bliżej, bo szłam w tę samą stronę, a ona kontynuuje. „Ja już dwa miesiące biorę antybiotyki i nic mi nie pomagają. Wszyscy chorują”. Idę dalej, ale kobiecie wyraźnie spodobało się moje towarzystwo i już zdążyła się upewnić, że idziemy w tę samą stronę. Zanim skręciłam w inną ulicę, niż ona, wiedziałam, że była dziś na targu, kupiła mężowi wielki Kubek Szczęściarza (widziałam!) za znalezione pieniądze (24,5 zł). I postanowiła wydać je na prezent walentynkowy. Żeby mąż mógł pić w pracy herbatę z niemal litrowego kubka. Zrobi sobie facet rano herbatę i będzie tak pił do wieczora. Bardzo ekonomicznie. Pogadałyśmy o pogodzie, o pracy, o kupowaniu spodni („bo teraz to jakieś dziwne robią, albo bardzo wąskie, albo tak szerokie, że tyłka nie widać”) i w końcu nadszedł ten moment rozstania. Pani życzyła mi powodzenia i poszła. She made my day!

A poza tym, znalazłam dziś sporo starych listów i pocztówek. Kartek naliczyłam osiemdziesiąt cztery. A to i tak nie wszystkie, bo brakuje całej masy zabranych na studia, włożonych w ramki, zużytych jako zakładki do książek czy po prostu zgubionych. Wspaniałe listy dziś znalazłam. Bardzo krzepiące. Nawet próbowałam kiedyś nawiązać ponowny kontakt z adresatem, ale po tylu latach miał prawo zmienić numer telefonu. A pisać list… Nie wiem, czy by sobie życzył. Każdy ma już swoje życie, prawda?

Zdjęcia sprzed ośmiu lat. Nic się nie zmieniłam. Dalej przypominam siebie. Oczy mi jakoś wyblakły. Ale kiedy patrzę na niedawne zdjęcia, na których się uśmiecham, kolor wraca. Jest dobrze.

Wyrzucam tych kilka niepotrzebnych fotografii. Odważnie, Zytka, odważnie. Świat się dopiero zaczyna. Na razie wyrzucam tylko w myślach. Jak już dobrze sobie to zwizualizuję, to może nawet wezmę te realne zdjęcia, obejrzę i wywalę. Czy trzeba spalić przeszłość, żeby zacząć żyć teraźniejszością?

Tej piosenki słuchałam, kiedy z Przyjacielem wjeżdżaliśmy późnym wieczorem do Lublina. Słuchałam jej, kiedy czułam tak wielką pustkę, jakby ktoś wyrwał mi serce, zdeptał  i wyrzucił na  śmietnik. Słuchałam jej setki razy pod rząd, patrząc w rozgwieżdżone niebo nad Halą Miziową. Tak, słuchałam jej cały czas, kiedy przez cztery godziny tamtej czarej nocy rozmawiałam przez telefon, marząc, żeby ta rozmowa się nie kończyła, żebym nie musiała potem przypomnieć sobie, że nic nie jest tak, jak miało być. A szczególnie tamta rozmowa. Słuchałam jej w lodowaty jesienny poranek i w ponury zimowy wieczór. Słucham jej teraz.

Nie odnajduję już swoich słów.Wypadły razem z kilkoma niepotrzebnymi fotografiami.

 

Dziękuję za wszystkie komentarze. Jak opanuję nowe funkcje WP, to może zamiast „Your comment is awaiting moderation” pojawi się napis „Dzięki za odwiedziny”. Może.

Zytka M.

Tu nie ma gosposi!

Jest takie miejsce, za górami, za lasami, gdzie wszyscy mężczyźni po sobie sprzątają bez gadania. Ale nie tak. A na pewno ci wszyscy, których tam widziałam. Siedziałam sobie za długim stołem w jadalni/sali wykładowej/świetlicy i patrzyłam, jak pewien mężczyzna, który postanowił się tam wybrać na wycieczkę, zbiera wszystkie okruszki na szmatkę i wyrzuca. Albo jak inny, z samego rana, szaleje z odkurzaczem. Bo o rąbaniu drewna czy rozpalaniu w kominku nie mówię, to w końcu męskie zajęcia :) Cud? Codzienność!

Jakie to proste. Wystarczy wydrukować napis, nieprzypadkowo niebiesko-czerwony. I wszystko staje się prostsze.

Jeśli ktoś nie wierzy, może się tam wybrać, przenocować, odpocząć od świata :) POI 49o32’24,1″N 19o19’00,6″E.