Chciałam powiedzieć, że mam się dobrze.

Witajcie.

To będzie wspomnienie. Dochodzę do siebie i z przyjemnością wspominam. Wczoraj, kiedy wróciłam do domu, zmęczona, zdenerwowana, bo pan taksówkarz i jeszcze jedna osoba czekali na mnie ponad 15 minut, a ja dalej byłam w pracy… Wczoraj, mój Ukochany Mężczyzna się mną zajął.

Wysłuchał mojej historii. Dał mi się wygadać. Zachęcił do ukojenia nerwów. Mimo, że sam miał przeraźliwy dzień i moje problemy w pracy to wręcz święty spokój przy tym, co on przeżywał i co pewnie trzeba będzie nam powoli oswajać.

Mam dla Was taki spokój – przypomnienie lata w zdjęciach i przepisach. A potem… Zresztą, pooglądajcie proszę i wszystko się okaże w swoim czasie.

(C) Zytka Maurion 2011

Na pocieszenie, skoro jest środek nocy i ciemno za oknem (tak jakoś dochodzi wpół do pierwszej), może chcecie muffinkę cytrynową z makiem? :)

Dookoła mówią, że świat zwariował. Że szaleje zbrojenie, sankcje i inne straszne słowa.

A u mnie na stole kolorowy obrus, z zielonym bieżnikiem i kuchenny ręcznik z zielono-żółtymi motylami. Szklana buteleczka z 4 kolorowymi rurkami. A może chcecie muffinki jogurtowe z cytryną?

Za oknem rano było biało. Odśnieżałam samochód! To nic, że już cieplej i zostały tylko resztki białego (!) śniegu, który wczoraj rozpoczął się wielką burzą, kiedy byłam w pracy. Nagle pociemniało, zawiało i zaczęło walić gradem i śniegiem. A dziś – już po wszystkim.

Dziś jest wtorek. To znaczy, dla mnie jest coś między sobotą a niedzielą, bo poprzednie wolne miałam kilka dni temu. W środę bodajże. A potem… Nie wiem. Chyba teraz. Jutro znów środa. I po weekendzie. ;)

Na deser – kanapki szczęścia. Z sierpniowych pomidorów.

Moi Drodzy. Miałam w końcu czas zrobić porządek w szafkach kuchennych. I poczytać przepisy. Znaleźć czas na robienie zdjęć i oglądanie zdjęć.

Jestem sobą i nikim innym być nie potrafię. Usycham bez możliwości działania po swojemu. A takie dni, które spędzam sama, organizuję w całości po swojemu i odnajduję kawałeczki siebie.

www.youtube.com/watch?v=CpnmPjo-Yf4

Na koniec – skoro mieliście się przekonać o czymś – wpis z dawien dawna – It’s packed up. Po polsku całość. Kiedy go czytam, plecy bolą mnie jeszcze bardziej, ale czuję się przeszczęśliwa. Mam nadzieję, że Wam również sprawi radość. :)

Dobrej nocy!

PS. Mieliśmy dziś na obiad ryż basmati z cytryną i goździkami. Pierwszy raz w życiu gotowałam ten ryż. Pyszny. Do tego marchewka z groszkiem (może drugi raz w życiu robiłam, wstyd się przyznać), kalafior z masełkiem i tartą bułeczką i surówka z kapusty pekińskiej i pomidora.

Jak na mnie, to chyba najbardziej tradycyjne danie, jakie w życiu zrobiłam z własnej, nieprzymuszonej woli. Taki polski odpowiednik comfort food, kiedy rzeczywiście najbliższy świat się zmienił totalnie i potrzebny jest jakiś punkt odniesienia, który ukoi i będzie ostoją.

Jedzenie. To zawsze działa, prawda?

PS. Chcecie jeszcze na koniec (ale już taki koniec-koniec) zobaczyć genialne zdjęcia? Weselne, dodam. Tak odjechane, że wydają się niemożliwe. Ustawię sobie jako stronę główną, bo działają jak gaz rozweselający. Południowoafrykański w dodatku.

Oczywiście stronę znalazłam dzięki szukaniu przepisów i etykiet do wydrukowania. Przekierowało mnie na inną stronę. I znów na inną Aż mnie wciągnęło na dobre.

Wesele Urliki i Dirka – Kikitography – Mpumalanga, niedaleko Lydenburga (328 km na wschód od Johannesburga).

Trzy pomysły i trzy udane

Dziś miałam całe popołudnie w kuchni i zupełnie nie żałuję. Wypróbowałam trzy nowe przepisy, z czego każdy wyszedł wspaniały i z przyjemnością go powtórzę. Mało czasu mam, pora późna, całe przepisy po polsku niedługo. Póki co, w ramach cieszenia oczu – kilka zdjęć z innych wpisów. Może Was zainspirują.

Moja sałatka zimową porą – doskonała nawet podczas tak upalnego października, jak dziś (w Chorzowie ponad 25 stopni na plusie!).

salatka_ogorek03

Czytaj dalej

O focacci i bacówce

Nawiązując do wczorajszego wpisu i znajomego, który to nie mógł pojąć, że w górach na Słowacji kelner nie zna słowa focaccia. I że tego nie ma w menu. Miały być dwie rzeczy.

Pierwsza. We Włoszech w pizzerii TEŻ NIE MAJĄ FOCACCI. Pizza to pizza. Nie ma tysiąca składników. Mozzarella, prosciutto i oliwki. Ewentualnie gorgonzola i pomidorki koktajlowe. Świeża bazylia. Oliwa i ocet na stole. Na deser espresso. Amen! A nie, że mają focaccię i może jeszcze będą ją piekli pół godziny, bo ktoś ma takie widzimisię.

Druga rzecz. Święte oburzenie, że czegoś nie ma, spotykało mnie be przerwy w pracy w bacówce. Ludzie, zamiast się cieszyć, że w ogóle jest wybór inny, niż „wrzątek, ino zimny”, narzekali. Przychodzili i zadawali głupie pytania. Przykład rozmowy:

Czytaj dalej

I’ll send an SOS to the World. Sending out an SOS!

Dzień minął pod znakiem Stinga i pędzla z białą, a jednak nieco fioletową farbą. Obiecałam sobie kupić wielką butelkę szamponu i nie wydrapywać pazurami spadającego tynku z włosów. Szampon od szampana dzieli tylko jedna literka, a tym drugim nie myłabym włosów.

Ciekawostka.

Grzeję sobie tyłek przy kominku, obok świeci cieplutko lampka, stjuningowana do 7 watowej żarówki lodówkowej. Pół dnia myślałam o tym, żeby napisać znów na blogu. I oto nadejszła wiekopomna chwila.

Czytaj dalej

O jedzeniu słów kilka (kefir i kasza gryczana)

Bez jedzenia jest gorzej, niż bez piniendzy w filmie „Pieniądze to nie wszystko”. Dlatego dziś kilka prostych, ale doskonałych przepisów na upał.

Na dzień dobry przepis, bez którego u nas nie ma obiadu. Przyznam, że nie jestem zwolenniczką kefirów czy maślanek naturalnych. Raz w podstawówce na zajęciach z techniki jadłam maślankę z truskawkami mrożonymi, ale to wszystko, na co mnie było stać. Za to kiedy dodam do kefiru świeże zioła, mogę zapomnieć o wszystkich innych napojach.

Prezentowane dania doskonale sprawdzają się na naszej budowie. To znaczy, nie każdy uważa, że cytrynowa panna cotta z lemon curd czy domowe lody z borówkami w czekoladzie są typowo budowlane, ale dziś będzie o prostych, klasycznych daniach.

Polecam!

Czytaj dalej

Jeść, czyli o nienasyceniu chronicznym (sałatka letnia)

Mogę stać nad kuchenką i śpiewać: Nienasycenie do nieba strąca mnie.  Niestety, nie dla mnie są chwile wytchnienia. Od zmysłów odejdę, nie znajdą mnie. Aniele mój, niech zgaśnie me nienasycenie.

Kiedy panowie od docieplenia powiedzieli na arbuza, że oni tego nie jedzą, pomyślałam sobie: JAK TO? Upał był prawie plus trzydzieści stopni, a arbuz był prosto z lodówki. Zostaliśmy z nim sami we dwójkę i nie narzekaliśmy.

Czytaj dalej

Heja, hej, dzielny marynarzu!

Witajcie.

Przejrzałam jakiś milion trylion zdjęć z jachtów i nadeszła wreszcie wiekopomna chwila opublikowania chociaż jednego. Wywaliłam z trzysta zdjęć, w tym minimum sto pięćdziesiąt było takich, że:

  • wszystko, poza ludźmi było ostre. Czyli i tak nic nie było widać, bo akurat fali na Zalewie Wiślanym nie było;
  • widać było tylko kawałek buta i kawałek podłogi, oba elementy nieostre. A miało być widać na przykład, jak chłopaki coś tam coś tam na rufę, albo coś tam coś tam grota;

  • zapomniałam, że w aparacie mam ustawioną opcję czterech zdjęć przy samowyzwalaczu. Po dogłębnym przestudiowaniu, o ile pikseli poruszyli się „modele”, wybierałam to, na którym ja wyglądałam najmniej głupio;
  • były zupełnie bez sensu, bo choć przypominały śmieszną historię, ludzie na nich na bardzo zmęczonych, zdenerwowanych lub w ogóle nie wyglądali, bo ktoś inny zasłonił ich ręką/nogą/mózg na ścianie. Dobrze, że nie zafortepianował.

Czytaj dalej

Ciepłe wspomnienia

Wzięłam się za oglądanie zdjęć z wyjazdów z tamtego roku. Przecież to głupie trzymać na dysku setki zdjęć, do których nawet nie zajrzałabym choć raz. Przepiękne Niżke Tatry. Może nie dosłownie Niżke to były, ale wciąż w Liptovie. Jedno z moich ulubionych miejsc to Dolina Stu Mostków. Tak naprawdę jest ich mniej, ale szum potoku w Ziarskiej Dolinie zachęca do postawienia nawet i stu mostków.

Cudowne miejsce. Byłam w nim kilka razy. Ostatnio, pod koniec listopada, była zatvorena. Ana. Jak wszystko niemal. Plan przejścia głównym czerwonym szlakiem i jednocześnie kawałkiem trasy od Atlantyku nie wypalił, większość chat słowackich jest zamkniętych w tym czasie. I większość ciekawszych szlaków też. U nich przyroda potrzebuje czasu dla siebie i wszyscy to rozumieją.

Piękne miejsce. Leżałam w poszyciu leśnym, żeby tylko złapać trochę więcej wody. Udało się.

Nie tylko miejsca zostają w pamięci. Pogoda też. Zimno. Ponuro. Deszczowo. Mgliście. A i tak fantastycznie. Można zatrzymać się bez wyrzutów i pożreć białą czekoladę Studencką. Zrobić sobie kilka zdjęć samowyzwalaczem, żeby uznać, że na wszystkich wyszło się idiotycznie. Można, nie spiesząc się, iść powoli pod górę i robić zdjęcia każdej roślince. Każdemu krzakowi, kamieniom, oznakowaniu szlaku.

Można iść za Kimś i myśleć o tym, że nigdy Go nie przegonisz, idąc Jego śladami. Możesz Go przegonić i myśleć, że na przewodnika to się nie nadajesz najlepiej. Możesz iść obok i po prostu być.

Bo wiadomo – chata będzie zamknięta, a szlak prowadzący wyżej też będzie zamknięty. Wystarczy, że wrócimy do samochodu i zdążymy przed zamknięciem szlabanu. Który zamykają, jak się ściemni.

Schodziliśmy po zmroku. Moja latarka resztką sił udawała, że świeci. Po ciemku widziałam lepiej, niż z nią. Schodziliśmy drogą, jakby asfaltową, w samym środku lasu. Padało cały dzień. Mżyło, lało, kropiło. Na zmianę. I nagle w ciemności coś błysnęło. Coś zagrzmiało. To było straszne. Dookoła wysokie drzewa, ciemno jak cholera. Nie bardzo wiadomo, jak daleko jeszcze do samochodu i czy jakiś nadgorliwy parkingowy nie zamknął już na amen parkingu. Dziwaczne uczucie – burza pod koniec listopada. Zastanawiałam się, czy może jakaś wojna się zaczęła czy ćwiczenia z użyciem rakiet Wojskowej Akademii z Liptovskiego Mikulasza. Burza. Po kilku burzach w Tatrach mam już wielką niechęć do spędzania najmniejszej chwili w towarzystwie piorunów.

Samochód stał grzecznie tam, gdzie go zostawiliśmy. Parkingowego widać nie było cały dzień, bo nikt nie chciał opłaty za postój. Szlabanu nikt nie ruszał. Myśleliśmy, żeby podjechać na zupkę czosnkową do knajpki. Wszystko zamknięte na głucho. Atmosfera okolicy dość ponura. I ten głupi deszcz, lejący się strumieniami z nieba. Jak miło, że byłam tam w bardzo miłym towarzystwie. W towarzystwie Kogoś, na kim te pioruny nie robiły wrażenia. I ten Ktoś potrafi prowadzić nocą na wąskich drogach, chociaż nic nie widać. A ja potrafię wtedy myśleć tylko o ciepłej herbacie, albo o soku malinowym z termosu.

Czy to był ten sam dzień, w który jadłam trzy rodzaje wysmażanego sera? Dzień, w którym moja garderoba poszerzyła się o dwie pary spodni w kratkę? Ten piękny dzień, w którym wszystko było możliwe, bo dlaczego niby miałoby być inaczej? Można wrócić, najeść się nieprzeciętnie, wypić kilka gorących herbatek owocowych. Iść pod prysznic, zmyć z siebie górskie zimno. Można zacząć myśleć o cudownym wieczorze.

Można myśleć o tych wszystkich dobrych rzeczach, jakie czekają na zjedzenie. Na śniadanie. Jeszcze o tym nie wiesz, ale za kilka dni zjesz je wszystkie. W górach. Tam, gdzie teoretycznie zostały już tylko korzonki do jedzenia.

Ale to brzmi, nie? :)

Tak niewiele trzeba planować, żeby tak wiele się udało. Jestem szczęśliwa.

Samo wspomnienie wyjazdu czyni ze mnie superszczęśliwą osobę. (Tak, tak, w języku polskim super i przymiotnik lub rzeczownik piszemy zawsze razem – supermarket chociażby. Wygląda dziwnie, a jednak.)

Jeśli u Was tak samo zimno, jak u mnie, powspominajcie ciepłe chwile spędzone z bliskimi. Rozgrzewacz odśrodkowy zawsze mile widziany. A jeśli wolicie coś zjeść, może ciasto bananowe? Na stronie Nigelli znalazłam świetny przepis tak świetny, że wychodzi nawet na oko, pieczony w piecu kaflowym bez ustawiania temperatury. Mniam. Sąsiedzi (a to luksus, mieć sąsiadów) śmiali się, że ja nic nie robię, tylko jem słodycze w pracy. Taka dolce vita, dosłownie. Wszystko słodkie. Ciasto bananowe. Słodkie jak Słodki Całus od Baby. Tfu. Od Buby.

Słyszeliście o nich? Warto poszukać.

Najwyraźniej nieskładnie

Są takie dni, w których wszystko układa się samo. Nie trzeba się starać, zabiegać. Nawet nie trzeba o niczym myśleć. A szczęście przychodzi samo. Wystarczy się schylić.

Dziś będzie tak troszkę o wszystkim, dobrze?

Wprawdzie jadłam wczoraj mnóstwo pysznych rzeczy, przygotowanych przez Tomka (w kuchni wysprzątanej na błysk przez Aneko), a sama przyniosłam tylko muffinki z rabarbarem i imbirem. I dziś zrobiłam sobie kuleczki z mięsa mielonego z mnóstwem dobrodziejstw z inwentarza (?!?). I delektowałam się zupą botwinkową. I…

I wszystkie te rzeczy chciałabym Wam pokazać i jeszcze na niektóre, nieobjęte patentem dodać przepis (lub, jak powiedział jeden pan psycholog: jeszcze nie skopirajotwane), ale to zupełnie kiedy indziej (i jeszcze dwa mecze obejrzałam, więcej w ciągu jednego dnia, niż przez całe dotychczasowe życie. I nawet dzięki Marshallowi wiem, dlaczego czeski bramkarz miał na głowie taką czapkę śmiszną).

Ale dziś świat kończy się na małej biedronce, która wędrowała po ogrodzie.

Taka chwila, która już nigdy się nie powtórzy. Zapisana nie tylko w pamięci podręcznej w głowie, ale też złapana na gorącym uczynku zaskoczenia.

Dzięki Annie-Marii, która opisuje swój magiczny świat w Kucharni, płakałam dziś z radości. Ponieważ skomentowała poprzedni wpis i dedykowała mnie swój okruszkowy wpis. Taka kruszynka radości, która chwyta za serce i potrząsa dotąd, aż wszyscy będą ozłoceni i uśmiechnięci. Dziękuję. Za piękno, którym obdarzasz świat. I za pochwałę świata, tak prostego w swojej wyjątkowości i tak wyjątkowego w swojej prostocie.

Ten tekst zobaczyłam na murze krakowskiego Kina Kijów w czasie ostatniej wycieczki objazdowej po Polsce. Budziłam się w tylu miejscach, że pod koniec nie mogłam zasnąć we własnym łóżku, jeśli nie wyobraziłam sobie:

  • siebie w pociągu;
  • siebie w autobusie;
  • siebie w busie;
  • siebie we wszystkich tych środkach lokomocji naraz.

 

Tak bardzo w/w napis przypadł mi do gustu, że zaczęłam zabawę z formą. Nie przerosła treści, mam nadzieję.

Banieczka napisała do mnie, że dziś jest Dzień Przyjaciela. To ciepło, rozlewające się w sercu, które pojawia się, kiedy bliska osoba widzi we mnie Przyjaciela. To poczucie, że w każdej chwili mam na kogo liczyć. Czy ja potrafię być takim oparciem?

 

serendepity /ˌsɛr(ə)nˈdɪpɪti/

the occurrence and development of events by chance in a happy or beneficial way

 

Cały dzień pod znakiem szczęśliwych okoliczności, które przecież nie są przypadkowe. Niech nadzieja będzie Waszym Nauczycielem, odwaga Przyjacielem i zdziwienie Mistrzem. Walczcie o marzenia.

Nawet, jeśli nie myślę o jedzeniu…

… to jedzenie myśli o mnie. :)

Thanks to Aneko & Tomek!

Przy okazji – warto zobaczyć film Incepcja. Nawet, jeśli za pierwszym razem będziecie mieć wrażenie, że niewiele się tam zgadza. Może za drugim razem będę wiedzieć, skąd się wzięło coś, czego nie było. Tomek wiedział. Półkule…*

Co to dużo gadać. Film nakręcony z pomysłem, a nawet być może z użyciem czyjejś chorej wyobraźni. Zaprzęgnięto do niego nie tylko niezłych aktorów, masę efektów specjalnych, ale również imaginację najwyższych lotów. Ogląda się świetnie po trzech gofrach!

A jutro… Jutro będzie futro. Nawet dwa wielkie futra, które potrafią siedzieć, skakać, ocierać się o nogi, mruczeć i wykonywać takie akrobacje łapami, że najlepszym gimnastyczkom artystycznym żółć się wylewa z zazdrości. I to wszystko potrafią pod jednym warunkiem – jak im się akurat zachce.

Koty tak mają.

* Przy okazji półkul. :) Możecie też zobaczyć film Baby są jakieś inne. Wprawdzie ilość przekleństw na centymetr kwadratowy taśmy filmowej przekracza tam normę dziesięć razy (tak, to polski film). Ale przynajmniej jest potem nad czym myśleć. W skrócie: film drogi. Niskobudżetowy, bo obsada prawie żadna. Dwóch kolesiów jedzie samochodem i dyskutują. Wnioski widać w tytule filmu. Kurde, faceci naprawdę rozmawiają o TAKICH RZECZACH podczas jazdy samochodem?!

Głębokie wyrazy współczucia.

I feel good

Będzie krótko. Ale na każdy temat.

1. Awokado doskonale smakuje, kiedy najpierw wrzuci się je do wypchanego plecaka, wozi ze sobą trzy dni, a potem zje. Z zapiekaną polentą, szynką długodjrzewającą, grzankami z bułeczki, sałatą lodową, pomidorkami koktajlowymi. Tak. Zdjęcie kiedy indziej. Sorry Gregory. ;)

Edit: oto i zdjęcie. Voilà!


2. Na pustym szlaku niesamowite szlagiery przychodzą do głowy. I nikt nie marudzi, że śpiewam na głosy Budkę Suflera, The Cardigans, SDM, Stinga i tak dalej. Ktoś umie gwizdać i potrafi mnie nauczyć? :D

3. Katowice może i będą piękne, ale szybkie bieganie z wywieszonym jęzorem i plecakiem większym ode mnie nie jest moją specjalnością. Wole proste rozwiązania. Na dworcu jest przechowalnia bagażu, bok peronu 1. 9zł duża skrytka. Niby mała 6 zł, ale żadnej małej nie było.

I tak spóźniłam się na pociąg o trzy minuty. Wszystkie inne były spóżnione po pół godziny. Ten jeden nie. Opalanie się na dworcu w towarzystwie panów robotników, wiercących dziurę pod ławkę przy peronie obok zajęło mi półtorej godziny do kolejnego pociągu. Tez wyjechał o czasie, ale zaraz za Katowicami już miał pół godziny spóźnienia. Przypadek?

4. Jazda quadem to naprawdę genialny pomysł, kiedy ma się taki plecak jak ja. Albo będę musiała się ograniczać, albo nie łączyć pracy z przyjemnościami odpoczynku w górach. Inaczej następny raz może być moim ostatnim. Chyba, że znów trafi się dobra dusza, która nie dość, że wywiezie mnie i plecak, to jeszcze wniesie go do pokoju na górę. Ech, za dobrze mi tutaj ;)

Taka zabaweczka, nie? :P

Co do samej jazdy, było to przeżycie podwójnie ekstremalne. Przy bardziej stromych odcinkach zamykałam oczy. Ale jak się jedzie z człowiekiem, który się na tym zna, to nic złgo zdarzyć się nie może. Żyję!

5. W Beskidach jest śnieg. Błoto też wróciło, odkąd ostatni raz tu nocowałam. Czyli wszystko w normie. Najlepsze buty to kalosze z protektorem. Okulary też się przydają. I oczywiście w środku tygodnia spotkanie żywej duszy na szlaku graniczy z cudem. Jak już spotkałam, to gadaliśmy z pół godziny. O błocie, górach, schroniskach. Czas się nie liczy, słońce zachodzi późno…

6. Makaron z Lidla o nazwie Stir-Fry Noodles (jakoś tak) jest szczytem moich możliwości, kiedy wracam po kilkugodzinnej wyciecze i marzę o czymś ciepłym. Chleb nie zdaje tu egzaminu. A makaron zdaje.

7. Widziałam krokusy!

8. Miejsce, w którym mężczyźni sprzątają, gotują, dbają o wszystko… Pisałam o tym niemal na samym początku. I ten słodki zapach wiatru, który niesie ze sobą wspomnienia minionych dni… Przeszywa ubranie, ciało, a nawet duszę. Problemy znikają. Albo są takie malutkie i dalekie, że nijak nie idzie się nimi przejmować.

Dziękuję Wam za komentarze. Znikam, bo siedzę już za długo na komputerze, a nie wypada się tak rozsiadać. Ale tu jest tak ciepło i dobrze. Nie mam ochoty wychodzić.

A może by tak iść coś zjeść? :)

Niech tylko będzie wciąż zdziwiona

Spójrzcie tylko. Cała moja i do tego piękna. :)

Bolą mnie nogi. I to jak! Dokładnie tak, jak powinny boleć po dobrej zabawie do rana i po jakiś dwudziestu kilometrach na rowerze pół na pół po asfalcie i mokrym lesie.

Mogę podzielić moje ciało na części i powiedzieć, która boli po czym. Stopy bolą po weselu. Łydki bolą po rowerze. Tyłek też po wycieczce rowerowej. Trzeba coś zrobić z siodełkiem. Potem boli mnie tylko głowa. Nie wiem zupełnie, po czym bardziej. Gorsze jest świeże powietrze czy dwa kieliszki wina? Właśnie. Ano to, ani to nie jest złe. :)

A jakie towarzystwo było dobre. Wyśmienite wręcz. Tak samo jedzenie.

I wszystko. WSZYSTKO. W-s-z-y-s-t-k-o!

Dzięki. Serdeczne dzięki. Dobra zabawa wymaga dobrego towarzystwa. A jak jeszcze można sobie potańczyć, pogadać o pracy, hartowaniu szyb, pociągach, górach, szkole (podstawowej na przykład), zmęczeniu materiału, delegacjach… to już  w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać. Jakie to różne tematy przychodzą do głowy nad ranem w ramach odpoczynku.

Zdziwiona byłam nieustannie. Zaskoczona ilością jedzenia, jakie można w siebie włożyć bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Zadziwiona tym, że wszyscy kończyli pierwszy deser, a ja dopiero zaczynałam drugie danie. Dla ciekawych – był też rosół. A tort był z truskawkami. ;)

Mnie dziwiła nawet dekoracja talerzy. Profesjonalizm obsługi. Weselne zabawy. A przecież to takie… proste. Oczywiste. Naturalne. Nie dla mnie. Niby dlaczego miałabym patrzeć na wszystko, jak na rutynowe zajęcie? Dla Pary Młodej to przecież było Jedyne Takie Wesele. Nie żadne tam rutynowe spotkanie przy okazji. Jestem wiecznie zdziwiona..

Dziś jechałam sobie na rowerze, niczym słynne cudowne dziecko dwóch pedałów i śpiewałam piosenkę za piosenką. Zdarłam sobie gardło do cna. Nie krzyczałam głośno, tylko tak wiecie, żebym słyszała. Darcie gęby w środku lasu nie jest w moim stylu. Szczególnie jeśli trzeba mocno trzymać kierownicę, jeśli się chce wyjechać suchą stopą z wielkiej kałuży.

Niech zdziwienie Wam towarzyszy. Dziś to o mnie piosenka, ale może i o Was? :)