Karkonosze – cz. III i inne takie owakie

I jak tu pisać o Karkonoszach, jak jeszcze zostały Niżke Tatry, kolejny wyjazd w Karkonosze, w międzyczasie Śląsk i ze trzy razy już Beskidy? Jak tu pisać o pięknej zimie, siedząc w pociągu z Katowic do Warszawy i myśląc o czekającym błocie pośniegowym, tłumach w autobusach, zapchanych tramwajach – a to wszystko za cenę biletu miesięcznego, bo nawet jadąc na tydzień nie opłaca się kupować innego?

Siedzę z laptopem w RegioEkspress RE Chemik. (Chomik? W wojsku zrobimy z ciebie tygrysa! –> dla niewtajemniczonych proszę bardzo link). Jedziemy jakieś 26 kilometrów na godzinę.  Następna stacja: Włoszczowa Północ. Każdy chciałby, żeby u niego zatrzymywały się pociągi ekspresowe. Tylko nie każdy umie wytłumaczyć, dlaczego zatrzymanie kilkunastu składów dziennie miałoby być opłacalne akurat ze względu na tę jedną osobę.

Taaaaak. Od kaloryfera bije przyjemne ciepło. Amortyzacja w pociągu działa. Wagon bezprzedziałowy lekko kołysze moimi skołatanymi, stęsknionymi myślami.

Miałam mieć laptopa przez dwa tygodnie. Ale kiedyś już przestałam planować tak daleko i widzę, że moim życiowym przeznaczeniem jest już przy tym pozostać. Plan zmienił się z chwili na chwilę. Zamiast jechać z Katowic do Warszawy, pojechałam w Beskidy. Jakie to szczęście, że już nie tłukłam się sama z plecakiem. Choć tym razem jedzenia wzięliśmy mało. Jak nie kojarzy się, że niedziela to szósty stycznia i sklepy mogą być zamknięte (chociaż basen był otwarty), to potem ma się to, co się ma. I jest lepiej, niż w snach. Na przykład są gorące bułeczki francuskie, od których ściska żołądek z rozkoszy. I można usłyszeć takie pytanie, kierowane do Małej Dziewczynki. Ile zjesz, Kochanie? Bo chcieliśmy kupić po dwa z każdego rodzaju, jeśli jakieś nam zostawisz. Życie jest prostsze, niż zatrzymanie pociągu na stacji Włoszczowa Płn. Byle tylko sobie nie komplikować.

Wróćmy do wspomnień. Do wina o smaku winogron, zupełnie jakby zrywanych pod koniec sierpnia z płotu przy bramie. Do ciepła płynącego kojącą falą od kominka i pieca kaflowego. Do strzelania wysuszonego świerkowego drzewa. Do rozmów o życiu. Swoim. Cudzym. Naszym i Waszym. Do barszczu czerwonego, wyciskającego łzy z oczu. I do planowania maksymalnie dzień do przodu.

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem.

Trochę mnie znów wyobraźnia poszła do przodu. Bo widoki w Beskidach raczej takie:

Śniegu było po pas. Autentycznie. Po kilku dniach trochę się ubił i był tylko po kolana. Ale bez żadnej ściemy dało się robić zdjęcia, stojąc po pas w zaspie. I wcale nie trzeba było szukać specjalnych miejsc. Wszędzie było specjalnie dużo. I pomyśleć, że wszystko to spadło w kilka dni po Sylwestrze. To zdjęcie robione  było jeszcze wcześniej, kiedy te łąki zielone, pod błękitnym niebem rozciągnione, jeszcze wystawały nieco spod białej pierzynki. Raj. Taki mały raj na ziemi. Ze świadomością, że w niektóre dni jest się jedyną osobą na świecie, która ma takie widoki.

Ale ale. Karkonosze tuż tuż, a tu wciąż pierwsza wizyta od lat niezapisana. Poza jednym jedynym kalendarzem. I jedną mapą, nad którą siedliśmy z markerem i wspólnie doszliśmy do tego co, kto, gdzie i kiedy. Gdzie zupa czosnkowa, a gdzie siniaki na łokciach. Gdzie niezwykłe wieczory, pełne gwiazd, a gdzie szuranie liśćmi i bieganie z górki na pazurki.

Życie jest tak różnorodne i tak niesamowite, że złapanie chwil wydaje się niemal melodią ulotną. Mela coś o tym wie. I o poszukiwaniu tego, co przecież się zdarzy. On na pewno gdzieś jest. On już moim śladem idzie.

Dzień II. Odrodzenie (się) w Odrodzeniu.

Wstaliśmy rano. Czyli nie w południe i nie wieczorem. Minęliśmy Świnki Trzy i przez cały dzień chodziła już za mną jedna piosenka. Nie wiem, czy Wy też tak macie, że łazi za wami coś, czego nie macie na mp3, w telefonie, albo nie leciało w radiu od wieków, a bardzo chcecie to usłyszeć? Mnie tak ciągle coś łapie. Co do Świnek Trzech, to już zupełnie fatalnie, bo to kawałek jak wyciągnięty z podziemia. Może w Radiu Bajka leci do czasu do czasu, le skąd na pograniczu polsko-czeskim wytrzasnąć takie radio.

Zdjęć ze swojego aparatu mam niewiele. Albo przymarzała bateria, albo popsuty uchwyt się psuł jeszcze bardziej, albo w trakcie robienia zdjęć „coś” się psuło i zamiast mieć trzech zdjęć, mam jedno jak ze złej odbitki. Kiedyś, na aparatach analogowych, z ręcznym przewijaniem filmu, działy się takie rzeczy. Zdjęcia na siebie nachodziły, prześwietlały się wzajemnie i dawały złudzenie, że świat jest zupełnie inny. Moja cyfrówka też to potrafi.

Szliśmy sobie, rozpieszczani przez pogodę. No naprawdę, żeby przez cały zimowy wyjazd, mieć tak genialną pogodę! Ani płatka śniegu. Ani zmrożonego deszczu, osiadającego na twarzy grubą warstwą. Ani wiatru sto na godzinę, odrywającego wnętrzności. Tylko bajkowe słońce, zadbane szlaki, piękne widoki i pokoje w schroniskach jak apartamenty. Dawno mnie tam nie było? Czy to kwestia wyboru terminu po/przed sezonem, kiedy pracownicy takich miejsc mogą stawiać zakłady, kto przyjdzie i czy na pewno w tym tygodniu?

Chodząc ścieżką przyjaźni polsko-czeskiej czy może i czechosłowacko-polskiej, bo to i inne czasy były, a szlaki dalej się trzymają, można odnieść wrażenie, że to już nie jest Polska, ale inny kraj. Lepszy. Czysty. Zadbany. Dobrze oznakowany. Porządny. Bez błota. Mam porównanie z Beskidami. Z Tatrami. Z innymi górami, jakie w życiu widziałam. I tam, gdzie bliżej do Niemiec, tam i Polacy jacyś niemieccy się stają. Bliżej im do porządku, czystości, szacunku do przyrody i siebie samych. I do słupków granicznych, stawianych dokładnie tam, gdzie mają być. Choćby wypadało to na skale.

 

Odrodzenie. Czy w ciągu jednej doby może wydarzyć się tak dużo? Czy ludzie, którzy w sumie znają się niedługo, choć widzieli kilka razy i pomogli sobie tak, jak potrafili, mogą iść w góry, spędzić cały dzień razem i nie mieć siebie dość? Czy po dźwiganiu plecaka (w moim przypadku) i po noszeniu plecaka (w każdym innym), kiedy człowiek nie marzy o niczym, nawet o zupie czosnkowej… Czy można wykorzystać wieczór na coś innego, niż spanie?

Spał będę w nocy, a nie spał w dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Jasny, bez demonów będzie mój sen,
Zaś na jawie nie zjedzą mnie pleśnie.

Można. Można usiąść we trójkę, spojrzeć na telefony i przekonać się, że istnieje coś solidniejszego, niż masa innych. I można przekonać nie tylko siebie. Zresztą, kto wie, ten korzysta. Jak ktoś potrzebuje telefonu do dzwonienia i ewentualnie pisania sms-ów, używania latarki i w ramach bonusu korzystania z radia czy odtwarzacza mp3, ten wie, który telefon wytrzyma trzy tygodnie bez ładowania.

Można posiedzieć, posłuchać niesamowitych historii o słoweńskich schroniskach, gdzie nikt nie narzeka na zimną wodę pod prysznicem. Bo tam, na prawie 150 schronisk, chyba w żadnym nie ma prysznica. I ciepłej wody. A i tak można spędzić pół roku w Alpach, codziennie śpiąc gdzie indziej. A przy gorszej pogodzie, można się wybrać nad cieplejsze, niż nasze morze i leżeć do góry kołami. I tak minął wieczór i poranek, dzień drugi.

Poranek minął ciekawie. Nic z niego nie pamiętam. Poza tym, że spaliśmy w apartamencie all incusive, z prysznicem, stołem w pokoju, szafą, radiem, lampką nocną, dwoma pokojami i czajnikiem bezprzewodowym. A gwiazdy świeciły nad nami, jak dobra wróżba na kolejne dni.

Pójdę bezpowrotnie daleko, hen,
Kiedy na nowo się narodzę,
Wszędzie na miłość głuchy jak pień,
Będę w sadach obrywał czereśnie.

Można odrodzić się pod prysznicem. Śpiąc po ciężkim dniu. Lub patrząc nowopoznanej osobie w oczy i widzieć tam radość z wyjścia w góry. Nie każdy ma w sobie tyle energii, żeby jechać pociągiem, potem czymś i potem wychodzić po ciemku, żeby spędzić kilka dni w górach. Przyjaźń. Jeśli do tej pory myślałam, że wiem już wiele o tym, to okazało się, że moje wiele jest czymś bardzo niewielkim.

Ja potrzebuję słów. Mężczyznom wystarcza spojrzenie. Jakiś gest. I wszystko jasne. Patrzeć na ludzi, którzy rozumieją się bez słów. Bo kiedyś potrafili zrobić więcej, niż jest to tylko wymagane. Bo słowa są niepotrzebne, kiedy i tak nie da się ich wypowiedzieć. Kiedy są sytuacje, o których ja nigdy nie będę mieć pojęcia.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Nawet gdy to będzie śmierci mej dzień,
Może jednak narodzę się wcześniej.

Dzień III. Samotnie w Samotni.

Na ten dzień potrzebuję wiele czasu. Ale przyznam się od razu, że trochę się obawiałam tempa. Po historii z poprzedniego dnia, jak to trzeba było iść bez przerwy dziesięć godzin do następnego schroniska w Alpach, zaczynałam mieć obawy, czy moje chodzenie po górach nie jest czasem pochodną od ścieżki dla niepełnosprawnych, jaka wytyczona została przed Odrodzeniem.

Okazało się jednak, że i tak każdy idzie swoim tempem. Że wlokąc się za wycieczką z moim plecakiem pełnym niepotrzebnego żarcia (wiekopomna chwila, przyznałam się do tego po raz pierwszy i być może nie ostatni), jednak dawałam radę. Przerwa na zdjęcie? Przerwa na oddech? Przerwa na zdjęcie plecaka i na prawdziwy oddech? Proszę bardzo. Wersal. Można się opalać, więc nikomu się nie spieszy. Szczególnie tym, co to robią jeden krok, a ja dwa i pół.

 

Po drodze do kultowej Samotni –  Śnieżka. Po drodze, jak po drodze, jaki sens ma schodzenie w dół, żeby zostawić plecak, skoro można potem zejść na dół. Jak dla mnie, okazało się, że miałoby wielki. Wychodzenie po stromym lodowisku okazało się ponad moje siły. Trzymałam się zębami. Łokciami. Kolanami. A i tak obiłam sobie wszystkie części ciała. Na szczęście, na zdjęciach jestem ubrana w wystarczającą ilość warstw, żeby nikt o tym nie wiedział. Samo dojście na Śnieżkę okazało się jednak przyjemnością przy konieczności wejścia do schroniska. Tam to raki, czekan i jazda cżłowieku. Ja raków nie miałam, czekana tym bardziej. Efektowne rozciąganie na ekranie i dobiłam dwukrotnie nerw łokciowy. Miałam siłę się śmiać. Czasem bezsilność przerasta i nic więcej nie pozostaje. Tylko czeskie piwo. W SZKLANYM KUFLU.

Cha. Cha. Cha. Jak zobaczyłam, że pani podaje nam piwo w szklanych kuflach, to się prawie popłakałam. Ja bez dodatkowych elementów jestem w stanie wybić sobie wszystkie zęby, a już z czymś w dłoni, to równowagę mam zerową. Pani w ogóle nie była zbyt chętna do sprzedaży nam tego napoju. Jak dla niej – niedobre. Mało procent. No i kolor jakiś dziwny. Kto to w ogóle pije. My! My, droga pani. Ale co się dziwić. Kobieta miała widoki nieziemskie na świat, jak z piosenki SDMu, a ona mówi wprost, że już jej się to dawno znudziło. Oł je, bejbe. Współczuję całym sercem. Jak obrzydną mi góry, każcie mnie zakopać w jakimś dole. Byle z pożywieniem.

A w kultowej Samotni faktycznie kultowo. O Boże. Idziesz tam i świat się kończy. Słońce zachodzi wcześniej, bo to w samym sercu dziury. Doliny. Czego by nie było, miejsce magiczne. Z małą Marysią, jeżdżącą na rowerku. Z okienkami na Mały Staw. Z bufetem czynnym do dziewiętnastej. I płatnym wrzątkiem, nawet dla nocujących. Ale za to jakie łóżka wygodne – wielkie! Gorąca woda pod prysznicem. Piękne, malowane drzwi, nawet w toaletach. Jajecznica firmowa, która jajecznicy schroniskowej nie przypomina.

Jajka. Ser. Szynka. Papryka. Chlebek. Masełko. Och. Ach. A ja powiedziałam, że nie chcę?! Nie wiem, no nie wiem.

Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie. Każdy plan, który ma szansę na realizację, jest przyjemny. Graliśmy w remika na świetlicy. Było cicho, spokojnie. Poza dwiema babkami, które musiały informować cały świat o swoich geriatrycznych problemach. Albo problemach rodziny. Albo znajomych. Przebytych operacjach. Planowanych zabiegach. Wykonanych przeszczepach czy czym tam jeszcze można się pochwalić w piękną noc w Samotni. Czy człowiek ucieka na koniec świata, żeby słuchać takich historii? Było prawie samotnie. Wyjdźmy stąd, zanim wszyscy umrą. Gdyby dało się udusić ze śmiechu, zrobiłabym to bez problemu.

Niebo gwiaździste nad nami. Piękne niebo. Mróz. Ciepłe światło z okien. Szum wody. A może by tak… Nie, nie, trzeba iść dalej. Przecież Czechy i Czesi czekają.

 

Do Warszawy bardzo niedaleko. Niecała godzinka i już. A ja zamiast spać czy przygotowywać się do pracy, siedzę przed laptopem i nie mogę się nadziwić, że ja doczekam tego dnia. Nad wagonem anioł leci. Kto nie poznał tych radości, niech przejedzie się pociągiem. I będzie jeszcze prościej. Bo jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej.

Ściskam gorąco.

Zytka.

w wielkim mieście niebo jasne
i wiadomo żyć nie łatwo
w wielkim mieście
oto widać idą ludzie przy wystawach
i o cudzie myślą i nareszcie
nad głowami anioł leci od tej pory
komuś w życiu będzie znacznie lepiej
kto nie poznał tych radości
niech spróbuje
znów pokochać kogoś jeszcze prościej


Karkonosze – część I

Wreszcie! Wreszcie siedzę i mogę spisać wycieczkę w Karkonosze. Było cudownie. Czy już o tym wspominałam?

To było wszystko trochę zwariowane, ponieważ przed moim wyjazdem do pracy na ponad dwa tygodnie, ustaliliśmy jedynie, że gdzieś pojedziemy w góry. Tyle. Trzy tygodnie naprzód to trochę za dużo, żeby robić szczegółowe plany. Biorąc pod uwagę, że u mnie wszystko zmienia się sto razy dziennie, naprawdę nie warto myśleć o takiej przyszłości.

Nie troszczcie się więc zbytnio o jutro, bo jutrzejszy dzień sam o siebie troszczyć się będzie. Dosyć ma dzień swojej biedy.

Ponieważ i tak, żeby dotrzeć do pracy, jadę i idę w góry, nie brałam zbyt wielu dodatkowych rzeczy. Poza jedzeniem, którego ilość starczyłaby dla pułku wojska. I w końcu trzy czwarte mojego niezbędnego prowiantu zostało w bagażniku w samochodzie. Bo całej reszty było aż zanadto.

Trasa została ustalona połowicznie. To znaczy, wiedzieliśmy skąd i dokąd zmierzamy, a liczyliśmy, że po sezonie letnim i przed zimowym miejsc do spania będzie dużo. I było.

Dzień zerowy.

Wróciłam z pracy. Brzmi to dziwacznie, bo wracam z pracy raz na dwa-trzy tygodnie i potrzebuję kilku dni, żeby dojść do siebie. Szczególnie, że cała sytuacja była nietypowa. Jechałyśmy z Ka pociągiem. Miałyśmy jechać rano, ale wyszło inaczej. Życie potrafi boleśnie weryfikować wszelkie plany, które nie mają szans realizacji. Plan był taki: ja jadę do Bielska, idę pod prysznic w PTSMie, a Ka jedzie sobie do Katowic i z racji 11 listopada trzyma mocno kciuki, żeby coś jechało dalej. Wysiadłyśmy obie w Bielsku.  Jakie to szczęście, że na dworcu czekał już eM i wyręczył mnie w noszeniu mojego tobołu (toboła?). Jak to w Polsce w święto bywa, autobus do Krakowa nie przyjechał. Staliśmy we trójkę na dworcu w tłumie zdezorientowanych ludzi i kiedy ostatnia iskierka nadziei zgasła, poszliśmy na PKP. Które samo w sobie potrafi odebrać całą nadzieję, kiedy patrzysz na długość trasy w kilometrach i nijak nie potrafisz dopasować do tego niewspółmiernie długiej jazdy pociągiem. Ka w końcu dotarła do Krakowa, a my skończyliśmy dzień, jedząc kiełbaski z ogniska, które nie było ogniskiem. Ale smakowało super.

Dzień I. Bielsko-Biała (szeroko rozumiana) – Szklarska Poręba – Schronisko na Hali Szrenickiej

Pomijając superdługi korek w stronę Katowic i fakt, że jak się akurat skończył, to się przesiedliśmy, droga mijała cudownie. Cudownie dla mnie. Bo jechałam jako kierowca do samej Szklarskiej. Ach, te kilometry na autostradzie! I te słowa: Teraz możesz wrzucić szósty bieg. Po siedzeniu dwa i pół tygodnia bez prądu, jazda furmanką byłaby dla mnie nie lada wydarzeniem. A o tym, że JEST szósty bieg w samochodzie to w ogóle zapomniałam. Bo nigdy wcześniej go nie miałam możliwości używać!

Wracając do tego, że cudownie dla mnie. Ekhm, mężczyzna pozwolił mi kierować swoim samochodem. I bynajmniej nie było to auto do natychmiastowej kasacji, ale genialny samochód, który daje się z lekkością prowadzić nawet takiej babie, jak ja. Ach. Och. Ech. Już jutro znów zobaczę to fantastyczne auto. I może nawet usłyszę Lalunię, która ma tendencję do autorytarnego stwierdzania Jedź w lewo! Jedź w lewo!, kiedy nie ma przez kilka kilometrów naprzód żadnego skrętu w lewo. Ani też w prawo, gdyby Lalunia okazała się prawdziwą kobietą i miała na myśli to drugie lewo.

Po drodze mijaliśmy takie miejsca, o jakich mijaniu nie marzyłam. Może dzięki Laluni i jej nieustannej chęci zwiedzania największych dziur w okolicy albo kierowania w stronę ślepych uliczek. Nie narzekam. Kobieta wykazuje się nad wyraz dobrą wolą i ma zapędy na turystę kwalifikowanego. Szkoda tylko, że pozostaje głosem GPS-a, bo jako przewodnik mogłaby zaprowadzić mnie w nieznane rejony. Wręcz jestem skłonna stwierdzić, że za jej przyczyną pojawiłyby się nowe białe plamy na mapie, które ona odkryłaby na nowo.

Pięknie było po drodze. Jesiennie, nieco słonecznie, urokliwie. Gęba śmiała mi się na myśl, że siedzę na fotelu kierowcy. Duma rozpierała mnie i niemal rozerwała na strzępy. Nawet pod informacją turystyczną, przy której parkuje się (jak na mój gust) prawie do góry nogami (a pewnie nie jest tam więcej stopni pochylenia, jak 45). I przy której to niemal rozjechałam turystów, bo chciałam podjechać wyżej bez zaciągania ręcznego w międzyczasie. Wszyscy mieli ubaw ze mnie, jak to śmiesznie parkuję pod górkę. A parkujcie sobiee sami w takich miejscach, to pogadamy.

W informacji panie były przemiłe. Wszystko nam wyjaśniły, wszystko powiedziały, sprawdziły najświeższą (co to za wyrażenie?!) pogodę, dały ulotki do miejsc, w których może można zostawić samochód na kilka dni. W końcu, po zwiedzeniu okolicznych parkingów zaparkowaliśmy kilkanaście metrów dalej, niż na początku. Pod kamerą. Bo parking strzeżony był tak pilnie strzeżony, że przez piętnaście minut nikt nie otwierał szlabanu i nawet nie podszedł do nas spytać, po co przyjechaliśmy. W budce żadnego ciecia nie było. Nawet nie było śladu po cieciu.

Tu powinna nastąpić litania rzeczy, które zostały mi wyperswadowane. Nastąpi tylko przedstawienie najciekawszych rzeczy, bez których planowałam nie przeżyć ani minuty, a które jednak zostały w bagażniku.

  • nóż szefa kuchni, długość ostrza 15 cm;
  • młynek do soli i pieprzu;
  • 30 batoników musli;
  • kilkanaście par skarpet;
  • słoik masła orzechowego.

Żeby się bardziej nie pogrążać, napiszę, że miałam ze sobą i tak z dziesięć czystych par skarpet. A używałam może jednej trzeciej, bo w każdym miejscu działały kaloryfery.

Dotarliśmy na Halę Szrenicką już po ciemku. Szlak wygląda jak dobrze utrzymana poniemiecka droga z kamieni. Już na początku wiedziałam, że będzie ciężko. Bo po wyjściu na górę, zamiast zjeść cały prowiant, kupiłam sobie naleśniki z serkiem, jagodami i bitą śmietaną.

Nastąpiło szczegółowe określenie, dokąd dalej idziemy i w sumie można było iść spać. Nie było się z kim integrować, zapoznawać czy coś. Poza obsługą byliśmy tylko my. Oto zalety chodzenia po górach w ciągu tygodnia pod koniec listopada!

Aha. W schronisku było gorąco. Muszę oddać sprawiedliwość Pracownikom tego miejsca, którzy bardzo życzliwie nas przyjęli w swe progi. Ale temperatura w pokoju była tropikalna. Na zewnątrz mróz i gwiaździste niebo nade mną, a wewnątrz prawo moralne dusiło się i szalało z gorąca. Jeśli grzeją tam tak całą zimę, to płynnie przechodzą do letnich upałów. A może nawet nie zauważają, że coś się zmieniło?

Tyle na dziś, mili Państwo. Pora znów pakować się na kolejny wyjazd. Moje plany sylwestrowe zmieniały się w ciągu ostatnich dni jakieś dwadzieścia razy. Teraz trwa przygotowanie do kolejnej wersji, która w sumie już uległa transformacji. Do 31 grudnia jeszcze zdąży się pewnie zmienić ze trzy razy.

Tym razem wyjeżdżam na miesiąc. Ale zabieram ze sobą laptopa i przez pierwsze dwa tygodnie na pewno znajdę chwilę na internet. Może niekoniecznie codziennie i niekoniecznie długą chwilę, ale z przyjemnością powrócę do czytania Waszego Świata i do dzielenia się swoim. Choćby to miało być jedno zdjęcie z wycieczki. Jeden kawałek z YouTube, który zasiedział się w mojej głowie i czeka na uwolnienie.

Dziękuję za uwagę.
Zytka