Ktoś umie to powiedzieć lepiej, niż ja

Słuchałam dziś kilka razy „Kwiatów we włosach” według Kasi Kowalskiej. Zostałam sama z katarem i komputerem w domu, bo reszta się na basen wybrała. Jakoś sobie nie wyobrażam iść na basen, jak jeszcze kilka dni temu walczyłam z gorączką. Nie dla wszystkich dookoła jest to oczywiste, ale dla mnie tak.


Czytaj dalej

Jak dobrze nam zdobywać góry! [i myć auto po zimie]

I młodą piersią chłonąć wiatr.

Ja tam dziś gór nie zdobyłam, ale za to skorzystałam z iście wiosennej pogody [zimy to już raczej nie będzie...] i wymyłam samochód. Prosił się o to mocno, biedaczek, brudny jak nieboskie stworzenie. Tak dawno tego nie robiłam, że niemal zapomniałam, jak to jest.

Pan, który kładzie nam podłogę, jak mnie zobaczył z gąbką w ręce, powiedział:

Niech pani tak dokładnie nie myje! Jutro ma padać.

Jakby to było coś nowego, że zawsze po myciu samochodu leje jak z cebra. Na wszelki wypadek nie sprawdzam pogody, bo jeszcze chłop będzie miał rację.

Czytaj dalej

Z piorunami na drugim planie

The boy child is locked in the fisherman’s yard
There’s a bloodless moon where the ocean died
A shoal of nightstars hang fire in the nets
And the chaos of cages where the crayfish lie

Jestem w cywilizacji i zupełnie nie mogę się odnaleźć. Jestem do tego marudna. Bo się nie wyspałam! Jednak chrapanie, chociaż sygnalizuje obecność człowieka, zupełnie nie daje mi szans na spokojną noc. Kiedy chłopak wrócił ze spotkania ze znajomymi, a ja byłam po jakimś ataku dreszczy z zimna, z wielkim katarem i z początkiem migreny, on spał jak zabity, a ja się męczyłam. Po trzeciej w nocy nie wytrzymałam i uciekłam na sofę, zamykając za sobą dwoje drzwi. Dalej SŁYSZAŁAM takie chrrrr chrrrr… Za mną superudana noc. ;)

Czytaj dalej

Tak się zaczyna, a tak się kończy

Tak się zaczyna piosenka, którą dziś rano usłyszałam zaraz po włączeniu Trójki.

Jak tu ciemno i ponuro…

Otworzyłam szerzej oczy. Szczęśliwie, nie jest tak źle. W końcu po ósmej to nawet zimą zrobi się jaśniej. Temperatura wciąż na plusie. Pomyślałam, że pewnie w lutym przywali nas śniegiem i znów minus trzydzieści rozgości się w Polsce. Ale na razie nawet w nocy, kiedy wracaliśmy z knajpki, było ciepło.

Szczęśliwie, dla moich skołatanych poranną piosenką zmysłów do studia przy Myśliwieckiej wkroczył już Wojciech Mann i zapowiedział trochę jesiennie swoją audycję.

Czytaj dalej

Jest dziś jakiś mecz?

Pooooolska! Biało-czerwoni!

Droga daleka, noc taka ciemna,
Nikt na Ciebie nie czeka, zostań ze mną.
Niebo tak blisko, niebieska opieka,
A na około ani śladu człowieka.

Tak. Jestem dziś jak żywa flaga Polski. Mogę iść na mecz naszych z kimś i nie muszę nawet mówić, za kim jestem. Wiadomo. Gdybym tylko była bardziej na bieżąco z piłką nożną (czyli w ogóle chociaż w jednym stopniu wiedziała, czy grają dziś, w tym tygodniu czy stuleciu JAKIKOLWIEK mecz)… a grają?

Malowałam konstrukcję pod taras impregnatem o kolorze „mahoń”. Czy to był mahoń czy raczej jakiś sraczkowaty z daleka w opakowaniu, to nie jestem w stu procentach pewna. Na drewnie wygląda genialnie. W puszce nieco gorzej. Na mnie wygląda jak nagła epidemia gruźlicy, różyczki, alergii i cholery. I cholera wie czego jeszcze.

Czytaj dalej

Zastanawiające, ile czasu trzeba, by to odkryć

Jaka jesteś, naprawdę nie wiem. Pamiętam te słowa, wypowiadane w okolicy trzeciej klasy szkoły podstawowej. Odchodziła wtedy na emeryturę pani dyrektor i miałam przyjemność zadeklamować dla niej wiersz. Mama pewnie ubrała mnie w białą, odprasowaną bluzeczkę z dopinanym kołnierzykiem (zmora dzieciństwa). Ze stresu zupełnie zapomniałam, jak wygląda dyrektorka i przez cały czas patrzyłam na jakąś inną nauczycielkę.

I teraz mam ciekawszy stres – a jaka JA jestem?

Czytaj dalej

Prawdziwe dziwaki, czyli Stacja Warszawa 5.5

Albo coś ze mną nie tak, albo wyglądam jakoś szczególnie, albo mam na czole wielki napis: Podejdź do mnie! Normalnie bez względu na to, jakim środkiem transportu się poruszam, czy idę na piechotę, czy jadę rowerem, czy autobusem, zasada działa. Zawsze, no zawsze, przylezie ktoś, będzie czegoś ode mnie chciał, albo tylko będzie chciał spytać, czy może chcieć coś ode mnie.

Dzięki M., która wyjechała na Opener’a, mam rower! I korzystam z tego, ile się da. Przejechałam dziś ze trzydzieści kilometrów. Trochę się bałam, że od razu się zgubię. Ale to nie takie łatwe na prostej drodze.

Trzy historie, trzy biedronki. W Ogrodzie Botanicznym była ich cała plaga!

Scenka nr 1. Obok murów obronnych Starego Miasta

Siedzę na ławce. Rower przypięłam do płotka, nogi uwolniłam z sandałów, wyjęłam (już) ciepłą wodę mineralną i reklamówkę z suchym chlebem. Zaczęłam swoją ucztę i pojawił się facet w koszuli. Ubrany zwyczajnie, nie jakoś obskurnie i nie nazbyt elegancko. Stanął przede mną. Z grzeczności zdjęłam okulary i usiadłam trochę mniej „luźno”.

On: Spokojnie, proszę się nie szykować, to nie jest napad! Chciałem tylko o coś spytać.
Ja: Słucham.
On: Nie ma pani może złotówki?
Ja: Nie mam, ale mam chleb. Mogę panu dać, jeśli pan potrzebuje.
On: A, chleb. To nie, chleb to ja mam w domu. No to przepraszam, miłego dnia.
Ja: Wzajemnie.

Facet poszedł. Następnych ludzi pytał o papierosa.

Scenka nr 2. Przed katedrą świętego Jana

Stałam na przeciwko katedry, żeby zobaczyć wszystkie herby, portale i inne takie tam cuda. Oparłam się o mur i… przykleiłam do wielkiej pajęczyny przy rynnie.  Kiedy obierałam się z nitek, podeszło do mnie dwóch starszych panów. Jeden mówił cały czas, drugi tylko się śmiał razem ze mną.

Pan nr 1: Oj, panienka się przykleiła do muru!
Ja: Widzi pan, a chciałam tylko zobaczyć, jakie herby tu są na katedrze.
Pan nr 1 (zadzierając głowę do góry): Mieszkam tu tyle lat, a nie mam pojęcia!

Opowiedziałam panom o wszystkich trzech herbach, miałam je ślicznie opisane w notatkach cioci. Okazało się, że nie mieli pojęcia o ich istnieniu. Najciemniej pod latarnią, jak to mówią. Potem pan spytał, skąd jestem i okazało się, że nazwa nie jest mu obca.

Pan nr 1: Ja wiem, gdzie pani mieszka, bo ja zjeździłem całą Polskę wzdłuż i wszerz, setki razy, ja dobrze wiem, gdzie to jest!
Ja: To pan dużo podróżował?
Pan nr 1: A tak! A teraz to nawet bez mapy jeżdżę, bo ja już wiem, gdzie jadę. Ja to mówię, że na węch jeżdżę.
Ja: Na węch?

I tu zaczęła się dopiero historia…

Pan nr 1: No, kiedyś to nawet znajomej powiedziałem, że nie wiem, jak do niej dojechać. Ale wiedziałem. Ale tak jej powiedziałem, żeby było wesoło. I poprosiłem ją, żeby mi dała swoje skarpetki, to po nich trafię na miejsce. Jak jadę gdzieś na kilka dni, to wrzucam zawsze do bagażnika jakieś koszulki, ze dwie pary skarpetek. Czystych, oczywiście. I kiedyś jak pojechałem do tej znajomej, to wypadły mi te skarpetki z bagażnika. No to jej powiedziałem, że to właśnie tamte skarpetki, dzięki którym dojechałem. Wszyscy się śmiali.
Ja: Świetnie, ma pan poczucie humoru!
Pan nr 1: A pewnie, jest wesoło!

Potem pan był ciekawy, gdzie mieszkam. Nie wdając się w szczegóły, powiedziałam, że mam rodzinę w Warszawie. I tu pan zaczął mi śpiewać piosenkę o tym, że rodzinka jest najważniejsza, że dobrze mieć rodzinkę. Nie mogę teraz znaleźć tekstu, ale był pogodny i humorystyczny.

Na koniec życzyliśmy sobie dobrego dnia i pan poszedł z kolegą. Kolega przed odejściem jeszcze powiedział mi, że w środku jest grób kard. Wyszyńskiego. Uśmiechał się przy tym bardzo miło. Pewnie też miał sporo ciekawych historii do opowiedzenia. W takich chwilach mam ochotę zaprosić ludzi na herbatę i słuchać bez końca.

Scenka nr 3. Rynek Starego Miasta

Pojechałam wczoraj wieczorem obejrzeć kamieniczki. Chociaż cały czas grzmiało i się błyskało, chciałam skorzystać za namową cioci z możliwości zwiedzania miasta i zobaczyć jak najwięcej. Akurat jak dotarłam do Rynku, zaczęła się normalna, regularna burza. Parasola nie wzięłam, bo wcześniej już lało ze trzy razy i jak dla mnie, dzienny limit był wyczerpany.

Schowałam się pod parasolem, wystającym z jednego z ogródków i tak stojąc, oglądałam kamieniczki i czytałam z przewodnika co ciekawsze rzeczy. Im bardziej lało, tym więcej piorunów się pojawiało (nie dam sobie głowy uciąć, że jedno to przyczyna, a drugie skutek). Ale przynajmniej widziałam tekst od czasu do czasu.

Przez płytę Rynku przeszedł facet ubrany jak kucharz. Biała bluza kuchenna, czarna zapaska na spodniach, biała czapka budyniówka. I do tego ogromny, niebieski parasol. Wyglądał bajecznie. Jak Papa Smerf. Chciałam mu zrobić zdjęcie  znienacka. On jednak zatrzymał się zaraz przy mnie i zaczął gadać z kelnerami w „moim” ogródku. Z odległości 10 cm trudno zrobić po ciemku zdjęcie z ukrycia bez lampy. ;)

Po chwili rozważań, gdzie siedzi więcej ludzi i ile udało się zarobić, pan kucharz poszedł sobie dalej, a ja wróciłam do szukania kamienicy, w której mularz zamurował czarnego kota, zamiast dziewicy. Cóż za wspaniałomyślność z jego strony, nie sądzicie?

Kiedy znów naszykowałam aparat, facet podszedł do mnie i zagaił rozmowę. Był nieco zaskoczony, że ktoś o dziewiątej wieczorem zwiedza Warszawę. I też wiedział, skąd jestem. Kiedyś mówiłam wszystkim pytającym, że jestem z Krakowa, ale odkąd mówię prawdę, to okazuje się, że większość osób albo potrafi doskonale zlokalizować moje miasto, albo ma tam rodzinę/znajomych/przyjaciół.

Pan ma u mnie w mieście brata. I ma na pewno, bo podał nazwę dzielnicy, którą może znać tylko tubylec. ;)

Potem niestety, pan postanowił przejść na ty, a w końcu zaczął wypytywać, co na moje podróże mówi chłopak.  Szybko nakreśliłam mu moją teorię, stworzoną właśnie do odpowiadania na głupie pytania. Zrozumiał, zgodził się ze mną i przeszedł do komentowania mojej urody. Ach. Och. Jaka piękna opalenizna! To ostatnie to raczej zgadywał, bo niby co widać spod kaptura kurtki. Po chwili zaprosił mnie na kawę. Albo na spotkanie. Albo co chcę.

Nie lubię, kiedy ktoś zaczyna się narzucać, po czym ściska mnie i twierdzi, że jest taki uczuciowy i czuły. Powiedziałam wprost, że źle się czuję, że nie życzę sobie obściskiwania.

I szybko się pożegnałam.

Dziś jechałam na rowerze, zobaczyć w ciągu dnia moje ulubione kamieniczki i facet łaził w tym ubranku po Rynku. Widocznie tam pracuje. Strzeżcie się go. ;)

Ale spotkałam też dwóch bardzo miłych panów, którzy nic ode mnie nie chcieli, a jeszcze mi bezinteresownie pomogli. Jeden podwyższył mi siodełko, bo miałam kolana na wysokości nosa. Ot tak, chociaż mógł sobie za to zażyczyć kasę, bo pracował w Cafe Wygodny Rower. Jeździłam do tej pory autobusem i nawet nie wiedziałam, że jest taki fantastyczny punkt niedaleko Ronda de Gaulle’a (rondo z palmą). Jutro idę tam na kawę. I popatrzeć sobie na fajnych panów, którzy znają się na kluczach od roweru.

I właśnie znalazłam na ich stronie informację, że mają jeszcze punkt na Muranowie i w Wilanowie. Czyli, że jakbym potrzebowała pomocy, to z pracy będzie niedaleko do punktu przy ul. Stawki 19. A jakbym się porwała na niedzielne zwiedzanie Wilanowa też na rowerze, to gdzieś tam też mają punkt. Stawki 19. Może jak to sobie powtórzę ze trzy razy, to zapamiętam. A może da się tam zaparkować rowerem? Bo jakoś nie bardzo widzę miejsce roweru na piątym piętrze, w sali z kilkoma innymi osobami i milionem pudeł z dokumentacją z projektu do sprawdzenia. ;)

To był jeden pan.

Drugi pan podbiegł do mnie, kiedy czołgałam się po schodach na górę z Nowego Miasta. Spytał, czy pomóc i wyniósł mi rowerek na samą górę. How nice. Przy trzydziestu stopniach na plusie to samo podniesienie ręki wymaga samozaparcia, nie mówiąc o dźwiganiu roweru.

Thanks a lot!

Cóż innego przecież mógł?

Krótko i na temat.

Byłam dziś w stacji diagnostycznej, czy jak to się nazywa. Pojechałam na doroczny przegląd (piosenki aktorskiej). Pomyślałam, że jeśli pan każe mi wjechać kołami na toto z taką wielką dziurą w środku, to powiem mu, żeby sam wsiadł i sobie przejechał tym samochodem.

Jakoś nie pomyślałam, że będzie mogła mnie obsługiwać kobieta.

Albo że mimo wszystko wjadę tam sama.

Dojechałam. Zaraz za mnie wepchnął się facet, który szybciutko poleciał zapłacić za przegląd. Ale ja zaparkowałam elegancko zaraz za poprzednim samochodem i tak w końcu byłam przed tym idiotą. Obsługiwał mnie facet. Pani za to podała mi filiżankę z wodą mineralną i zagadała o upale na dworze. Oboje się uśmiechali. Full wypas.

Pan Obsługujący przypominał Rysia Kalisza. Nie mogłam oderwać od niego wzorku. Kazał mi zapisać na karteczce numer numer rejestracyjny. Potrzebowałam wyjść na zewnątrz i sprawdzić. ;P

Do tego miałam dopisać numer telefonu i wrzucić całość do RÓŻOWEGO pudełka, przewiązanego wielką kokardą. Chyba wzięłam przy okazji udział w jakimś konkursie czy czymś.

Podobno Ryszard Kalisz jest bardzo miłym politykiem. Facet, który go przypominał był bardzo, bardzo miły. Kulturalny, spokojny, wszystko mi tłumaczył, kiedy wrzucić jedynkę, kiedy hamować i co to jest zbieżność kół. Wszystkiego się spodziewałam, ale żeby było aż tak miło?

I nawet wjechałam sama nad ten dół. Na szczęście miał po obu stronach takie metalowe zabezpieczenia, w razie jakby jakaś baba chciała skręcić i mimo wszystko wpaść do środka. Ja nie wpadłam. Ale w razie jakby co, nie zapinałam pasów.

Babę zesłał Bóg. Raz mu wyszedł taki cud.

Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.

Do śmiechu

Wygrzebałam stare kawały, takie sprzed dobrych paru lat. Może już je zapomnieliście i znów będą Was śmieszyć? Są dość idiotyczne. Samo życie, chciałoby się rzec.

***

Dentysta do pacjenta podczas „prac głębinowych”:
- O przepraszam, zdaje się, że naruszyłem panu nerw.
- Nie szkodzi, nawet nie bardzo bolało. – Uspokaja pacjent. – Tylko niepotrzebnie pan z tego powodu wyłączył światło…

***

Mama do Jasia:
- Wiesz, ta dziewczyna, którą przyprowadziłeś, jest bardzo ładna i miła, ale wysyłając cię po osiemnastkę, miałam na myśli śmietanę.

***

Karol i Hela spędzają powtórny miodowy miesiąc, na uczczenie 40-tej rocznicy ślubu. Lecą sobie do Australii. Nagle głos pilota:
- Drodzy pasażerowie, silniki odmówiły posłuszeństwa. Możemy lądować awaryjnie na wyspie przed nami, ale prawdopodobieństwo, że ktoś nas odnajdzie jest równe zeru. Dziękujemy za wyrozumiałość.
Karol drapie się w głowę i mówi do Heli:
- Kochanie, opłaciłaś rachunki za mieszkanie?
- Tak najmilszy, uregulowałam tuż przed wyjazdem.
- A za telefony?
- Też zapłaciłam, najdroższy.
Karol myśli, myśli, myśli…
- A ZUS-y nasze popłaciłaś ?
- O Boże, kochanie, na śmierć zapomniałam! Och, dowalą nam karę!
Karol całuje ją tak, jak nie całował od lat 30-tu, śmieje się, wrzeszczy jak wariat:
- Przeżyjemy! Znajdą nas! Te skurczybyki znajdą nas, nawet na końcu świata!!!

***

Jaś i Małgosia bawią się w dom. Jaś próbuje „obiadu” i mówi:
- Wiesz co, kotku, chyba jest troszeczkę niedosolone…
Małgosia:
- Niedosolone? Niemożliwe, przecież sama odpowiednio soliłam! Może uważasz ze za mało i ja nie mam racji? To co, ja nigdy nie mam racji? Nawet jak posolę odpowiednio obiad? Może uważasz ze w ogóle nie posoliłam i kłamię!? Ja kłamię! Może ja tylko kłamię! Może w ogóle uważasz, że jak kłamię, to nawet nie jestem człowiekiem, żeby się pomylić! A może uważasz, że ja już nie jestem człowiekiem! A może ja już nawet nie mówię po ludzku, a tylko szczekam?! Mamoooo!!!! Jasiu powiedział do mnie „ty suko”!

Don’t let me be misunderstood

Wszystko mi przypomina to, o czym dawno zapomniałam. Albo co zepchnęłam w otchłań niepamięci (niech się święci cud).

Rower, któremu trzeba napompować oponę trzy razy w ciągu godzinnej jazdy po mieście. Zdjęcie butów z półmetrowym szpicem, do wybijania zębów idealne. Dojrzałe awokado (wreszcie!), które w markecie uznali widocznie za zbyt miękkie do sprzedaży i przecenili na złoty dwadzieścia. Muffinki tres leches do rozsmarowania komuś na twarzy (nie żartuję, tak pisze o nich autorka!).

A najbardziej telefon, w którym ciągle klikam w radio, a on do mnie, żebym podłączyła słuchawki. Sorry, Winnetou. Najpierw musiałabym je odzyskać ze szponów sb who collected his records and then changed his number. BTW, z tym numerem to jest najlepsza historia, bo faktycznie zmienił numer. <Ironiczny śmiech>. Oj tam, oj tam. A czego się niby powinnam spodziewać, przecież nie rzeczowej rozmowy.

Wpisałam tu przed chwilą zdanie, które chciałam zobaczyć tylko i już. Wykasowane. Brzmiało nieźle, ale nigdy nie pisałam tego słowa, więc nie wiem, przez jakie „h” czy „ch” się je pisze. A była to daleko idąca generalizacja na temat mężczyzn. Pozostał po niej ślad w mojej pamięci. A już w weekend zostawię inne ślady i uruchomię pamięć mięśni. Och, Kobietą być! :)

Nie ogarniam tej kuwety. Nie łapię. Nie uważam, że jest cool. Nie kumam bazy. W ogóle nie znam się na powiedzonkach i tym podobnych. Najbardziej denerwuje mnie słowo zaj***ste. Cholera jasna, nie mam pojęcia, co ono znaczy. Słowo-wytrych normalnie. Wszystko i nic, klucz do świętego Grala (słownik w przeglądarce zasugerował, że może chodzi mi o Grilla) i kod na wygrywanie szóstki w lotto w jednym.

Jeśli napiszę, że moje życie jest zaje****e, to znaczy, że jest:

  1. dobre?
  2. szalone jak kot da Vici?
  3. szare, długie i do d***, jak papier toaletowy?
  4. jak tramwaj i tylko ja wiem,  jak się otwiera drzwi?
  5. jak pudełko czekoladek?
  6. czy jak paczka Fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta, w którym występował też smak woskowiny z uszu?

Ja jestem za szóstką. A Wy?

Dziękuję za komentarze, odwiedziny i każde słowo, jakie zostawiacie po sobie.

Oddana (może nie dozgonnie, ale jednak) Zytka.

 

PS. Zrozumienie przynosi różne efekty i jeszcze różniejsze skutki. Rożne różniste. Rozumiesz, babe? Oh Lord, please don’t let me be misunderstood. Joe Cocker wie, o co c’mon.

No co?

No co, no co, no co, no co, no co ja ci zrobiłem?!

nie brałem, gdy znalazłem
nie szafowałem masłem

Cóż ja takiego zrobiłem, jakąż to zbrodnię?
Że dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie?
Nosiłem Ci do pralni,
Paliłem piec w sypialni,
Czyściłem w umywalni kran ,
Kolacje jadłem zimne,
Zalutowałem rynnę,
A wady tak niewinne mam!

Zgubiłam się wśród tych wszystkich no co. Ten głos, ten tekst, ten dzień. A wady tak niewinne maaaaaam!

 

odwracasz się tyłem

—————-

Czym się zajmujesz? – spytała dorosłego, jakby się mogło zdawać, mężczyznę.

-Niczym. – odpowiedział, nieco zmieszany (z błotem). – Zajmuję się niczym. Ale teraz postanowiłem oderwać się. Od tego oderwania, rozumiesz, oderwać się. – Tu odwrócił się z myślą: „Przepadłem. Za chwilę skończą się tematy do rozmów”.

- Jaki rap pani woli? Ze wschodniego czy zachodniego wybrzeża? – wtrącił się niespodziewanie do rozmowy facet siedzący po jej prawej stronie. Kobieta z uśmiechem odpowiedziała:

- Nie widzę różnicy. Choć są tacy, którzy ją widzą. Jak pan zapewne zauważył… – Mężczyzna od pierwszej kwestii pomyślał tylko: „I tematy się skończyły”.

Wszystko umiem, wszystko potrafię, a dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie.

—————-

Wchodzę na portal zajmujący się sprzedażą usług telekomunikacyjnych, urządzeń nadawczo-odbiorczych oraz  innych takich (do czego to doszło, żebym tak obrazowo pisała, że weszłam na stronę orange, ale tak, żeby nie napisać, że to ich strona…). A tam wielkimi literami, chociaż na dole strony, napis: Eksperci: 27 proc. Europejek nie jest zainteresowanych seksem. Aha. Duch Wielkiego Socjologa we mnie zadrżał. Pomyślałam: Ciekawe. Jak oni* to zbadali? Bo chyba nie tak, jak pan profesor Lew Starowicz, który zajmuje się tematem od lat?

Stop. Weszłam w artykuł, a tam w dużej mierze jego treścią jest wypowiedź profesora Starowicza. To się dowiedziałam tyle, że dalej nic nie wiem.

Dobra. I got it. Weszłam na stronę kongresu Kobieta i Mężczyzna. To właśnie na nim, najprawdopodobniej w sesji plenarnej między 11:00 a 12:30 pojawiło się to zdanie prof. dr hab. n. med. Alessandry Graziottin. Obecnie Dyrektor  Centrum Ginekologii oraz Seksuologii Medycznej szpitala San Raffaele Resnati w Mediolanie. To nieco zmienia postać  rzeczy, chociaż zdanie mogło być totalnie wyrwane z kontekstu. To po pierwsze. A po drugie, nie bardzo wiem, jak można w ramach podsumowania dwudniowego kongresu użyć jednego zdania, wypowiedzianego niemal na „dzień dobry”, na początku?Czepiam się, to przecież nie było żadne podsumowanie. A kongres dotyczył w dużej mierze starzenia się. I oczywiście miłości. ♥. No i seksu. Wśród traw, łąk, pól i lasów. W malinowym chruśniaku też, I think.

Okej, jest to chwytliwe, skoro nawet ja wlazłam w link, a nie robię tego często.

I może ktoś tu ma rację? Może mamy ciekawsze rzeczy do zrobienia w życiu. A może nie ma z kim. Przyczyny się nie wykluczają. Tym bardziej, że i liczba singli rośnie (wpiszcie takie hasło w wyszukiwarkę dla potwierdzenia). Yeah. Będzie w czym wybierać na starość.

A poza tym, jak wiadomo (jeszcze jest to w miarę oczywiste, ale czasy się zmieniają), bez seksu raczej nie ma dzieci. I piosenka Gołasa wtedy niepotrzebna. Bo na żywo słuchanie takich piosenek nie przypomina miłego głosu z Kabaretu Starszych Panów. Tylko piskliwe skrzeczenie. Lub ciężki baryton.

BTW, widzieliście już to? Część widziała, sorry. Ukradłam z googli+ po ciekawej dyskusji. Thanks, Darek B.

* kategoria ONYCH obejmuje wszystkich, którzy zajmują się dowolnym tematem, w sposób dowolny. Rewelacje dziennikarskie mnie nie wzruszają do głębi. Jakby człowiek tak przeżywał wszystko, to osiwiałabym na pierwszym roku studiów, zaraz po pierwszych zajęciach, tyle tam rewelacji było życiowych. Na przykład badania jednej z pań na wydziale na temat kohabitacji. Och, czego tam nie było! I o wszystkim dyskutowaliśmy w ramach zajęć, nawet o praniu brudnych skarpetek. Bo to ważna kwestia, czy ktoś wypierze je sam, czy wrzuci pod łóżko i po miesiącu drugi ktoś odkryje, co tak śmierdzi.

A treść informacji prasowej pochodzi z Polskiej Agencji Prasowej. Pewnie nie tylko w tym jednym portalu pojawiła się taka informacja.