Nawet, jeśli nie myślę o jedzeniu…

… to jedzenie myśli o mnie. :)

Thanks to Aneko & Tomek!

Przy okazji – warto zobaczyć film Incepcja. Nawet, jeśli za pierwszym razem będziecie mieć wrażenie, że niewiele się tam zgadza. Może za drugim razem będę wiedzieć, skąd się wzięło coś, czego nie było. Tomek wiedział. Półkule…*

Co to dużo gadać. Film nakręcony z pomysłem, a nawet być może z użyciem czyjejś chorej wyobraźni. Zaprzęgnięto do niego nie tylko niezłych aktorów, masę efektów specjalnych, ale również imaginację najwyższych lotów. Ogląda się świetnie po trzech gofrach!

A jutro… Jutro będzie futro. Nawet dwa wielkie futra, które potrafią siedzieć, skakać, ocierać się o nogi, mruczeć i wykonywać takie akrobacje łapami, że najlepszym gimnastyczkom artystycznym żółć się wylewa z zazdrości. I to wszystko potrafią pod jednym warunkiem – jak im się akurat zachce.

Koty tak mają.

* Przy okazji półkul. :) Możecie też zobaczyć film Baby są jakieś inne. Wprawdzie ilość przekleństw na centymetr kwadratowy taśmy filmowej przekracza tam normę dziesięć razy (tak, to polski film). Ale przynajmniej jest potem nad czym myśleć. W skrócie: film drogi. Niskobudżetowy, bo obsada prawie żadna. Dwóch kolesiów jedzie samochodem i dyskutują. Wnioski widać w tytule filmu. Kurde, faceci naprawdę rozmawiają o TAKICH RZECZACH podczas jazdy samochodem?!

Głębokie wyrazy współczucia.

Wilk to mały pikuś

Klo lubi zwierzątka większe, niż plankton?

Trzeba mieć naprawdę szalonych znajomych, którzy wyciągną Cię na koniec dnia w miejsce, o którym nie wiesz nic. Dobra, wiedziałam, kto tam będzie. I jakie żywe niespodzianki mnie czekają. :)

Na dzień dobry Psy Trzy. Który jest który? Oto jest pytanie.

Na pierwsze danie – konie. Piękne, spokojne i ani się mnie nie bały, ani ja ich. A z końmi to niewiele w życiu miałam do czynienia. Zawsze uważałam, że są bardzo mądre i na tym się cała moja wiedza kończyła. W tamtym roku jeszcze byłam na zabezpieczeniu skoków. Atmosfera takich miejsc robi jak najbardziej pozytywne wrażenie. Zresztą, wszystkie osoby „z końską pasją”, jakie znam, mają ten dobry typ charakteru. Dobrzy ludzie. Yen, to do Ciebie też!

Na drugie danie – powtórka z rozrywki. Jak stoi obok Ciebie pies rasy wilczarz, a przy nim drugi trochę większy, a przy nim trzeci, jeszcze większy… to zwyczajnej wielkości pies i  inne stworzenia boskie nie robią na Tobie wrażenia. Byle tylko nie mówić wilczarzom wprost, że po burzy śmierdzą mokrym psem. Bo wtedy się obrażają. ;)

Przy takim psie, to człowiek siedzi w zagrodzie, żeby mu szaszłyka nie zeżarły. A maleństwa stoją za ogrodzeniem, robią smutne oczy i udają, że nie jadły od tygodni, chociaż dopiero co opróżniły michy. Ale jak nie dostaną Twojego kawałka kiełbasy, to przecież na pewno zginą z głodu. Widocznie psy (i koty też) mają to w genach, bez względu na rasę czy płeć. Wielkie, smutne oczy. Daj, no daj, to na pewno miała być moja kiełbasa.

Ciężko stwierdzić, czy to ja się do nich przytulałam, czy raczej one to wymuszały. Kot sam właził do przytulania. Najpierw uparcie wchodził na talerze, póki były pełne. Ale potem zmieniło mu się i już przychodził tak od niechcenia. Niby się łasił, niby przytulał, ale jak widział w pobliżu szansę na wyżerkę, to leciał jak głupi. Czyli że taki głupi to on nie jest.

Przedpołudnie i południe też minęło świetnie. Jak tak dalej pójdzie, nadrobię wszystkie zaległości towarzyskie w tym tygodniu. Albo w przeciągu dwóch tygodni. Mój wykres socjometryczny nabierze niespotykanych dotąd barw i życia. Dolce far niente! :)

Jeśli rano myślałam, że nie dam rady się bardziej opalić, to godzinna wycieczka rowerkiem wodnym z Przyjaciółką, jej chłopakiem i jego siostrą dobitnie mi uświadomiła, że nie ma rzeczy niemożliwych. A chciałam tylko zaznaczyć, że mamy początek maja!

I do tego objadłam się dziś tortillą z salsą pomidorową. A na obiad zjadłam dwa kawałki kruchej tarty. Szpinak, soczewica, prosciutto, kabanosy, ser wędzony, masa jajeczna, śmietanka kremówka… Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała. Będzie przepis na specjalne życzenie, ale błagam, jest dwanaście po północy. Nie dziś!

Aha. I jechałam pociągiem. Taaaaaaa. To jest dopiero powód do dumy i chwały. Za kilka dni już nie będę taka szczęśliwa, bo inaczej jedzie się półtorej godziny, a inaczej półtorej dnia. Szczegół. Dziś wymyśliłam se, że wstanę o szóstej i zdążę na pociąg o wpół do ósmej. Ja! O tej porze! W Święto Narodowe i Kościelne! Wstałam! [Gromkie brawa. Kurtyna opada. Widzowie krzyczą Bis! Bis!]

W drodze powrotnej zasnęłam z gazetą w ręku (w wielkim sekrecie napiszę, że był to numer Smaki. Psychologia i kuchnia). Obudził mnie ulewny deszcz, który lał mi się na głowę przez otwarte okno. Cóż za klimatyzowane pomieszczenie, taki stary pociąg.

Don’t let me be misunderstood

Wszystko mi przypomina to, o czym dawno zapomniałam. Albo co zepchnęłam w otchłań niepamięci (niech się święci cud).

Rower, któremu trzeba napompować oponę trzy razy w ciągu godzinnej jazdy po mieście. Zdjęcie butów z półmetrowym szpicem, do wybijania zębów idealne. Dojrzałe awokado (wreszcie!), które w markecie uznali widocznie za zbyt miękkie do sprzedaży i przecenili na złoty dwadzieścia. Muffinki tres leches do rozsmarowania komuś na twarzy (nie żartuję, tak pisze o nich autorka!).

A najbardziej telefon, w którym ciągle klikam w radio, a on do mnie, żebym podłączyła słuchawki. Sorry, Winnetou. Najpierw musiałabym je odzyskać ze szponów sb who collected his records and then changed his number. BTW, z tym numerem to jest najlepsza historia, bo faktycznie zmienił numer. <Ironiczny śmiech>. Oj tam, oj tam. A czego się niby powinnam spodziewać, przecież nie rzeczowej rozmowy.

Wpisałam tu przed chwilą zdanie, które chciałam zobaczyć tylko i już. Wykasowane. Brzmiało nieźle, ale nigdy nie pisałam tego słowa, więc nie wiem, przez jakie „h” czy „ch” się je pisze. A była to daleko idąca generalizacja na temat mężczyzn. Pozostał po niej ślad w mojej pamięci. A już w weekend zostawię inne ślady i uruchomię pamięć mięśni. Och, Kobietą być! :)

Nie ogarniam tej kuwety. Nie łapię. Nie uważam, że jest cool. Nie kumam bazy. W ogóle nie znam się na powiedzonkach i tym podobnych. Najbardziej denerwuje mnie słowo zaj***ste. Cholera jasna, nie mam pojęcia, co ono znaczy. Słowo-wytrych normalnie. Wszystko i nic, klucz do świętego Grala (słownik w przeglądarce zasugerował, że może chodzi mi o Grilla) i kod na wygrywanie szóstki w lotto w jednym.

Jeśli napiszę, że moje życie jest zaje****e, to znaczy, że jest:

  1. dobre?
  2. szalone jak kot da Vici?
  3. szare, długie i do d***, jak papier toaletowy?
  4. jak tramwaj i tylko ja wiem,  jak się otwiera drzwi?
  5. jak pudełko czekoladek?
  6. czy jak paczka Fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta, w którym występował też smak woskowiny z uszu?

Ja jestem za szóstką. A Wy?

Dziękuję za komentarze, odwiedziny i każde słowo, jakie zostawiacie po sobie.

Oddana (może nie dozgonnie, ale jednak) Zytka.

 

PS. Zrozumienie przynosi różne efekty i jeszcze różniejsze skutki. Rożne różniste. Rozumiesz, babe? Oh Lord, please don’t let me be misunderstood. Joe Cocker wie, o co c’mon.

Koniec i bomba. Kto nie słuchał, ten trąba!

Wiecie, jaka dziś temperatura w Szczecinie miała być? Jeśli nie wiecie, proszę bardzo. Niezastąpiony redaktor Mann Wojciech poradził sobie z zadaniem przedstawienia prognozy jak zawsze rewelacyjnie. A nawet lepiej. Posłuchajcie:

. Już niedługo… W Szczecinie nie wiem. Dziękuję za uwagę (i wcale się nie wygłupiałem).

Taki widok miewałam kiedyś przy osiedlowym sklepie. A że było późno i ciemno, a nie chciałam wkurzać psów lampą błyskową, zrobiłam im zdjęcie jak paparazzi, niemal z ukrycia. Zdjęcie nadaje się na wystawę pod tytułem Tęsknota doskonałaludziom wstęp wzbroniony.

Już widzę wielkie otwarcie w galerii, na które można przyjść za darmo, pod warunkiem, że weźmie się ze sobą zwierzę. Jak w sklepie zoologicznym – Zapraszamy z psami i kotami. Konie prosimy zostawić na zewnątrz. Ktoś recytuje na żywo wiersz Szymborskiej Kot w pustym mieszkaniu.

A w kolejnej sali zdjęcia i odgłosy tęskniącego wieloryba. W centralnym miejscu stoi odlana z brązu figurka psa słuchającego głosu swojego pana, Marka Barrauda.

 

Nipper

Nipper - Dog Looking At and Listening to a Phonograph (Francis Barraud)

I w takiej atmosferze nikomu już więcej nie przychodzi do głowy wyrzucić swojego (sic!) psa w lesie czy przywiązać go do słupa wysokiego napięcia.

- Nie – odrzekł Mały Książę. – Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”?

- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.

- Stworzyć więzy?

- Oczywiście – powiedział lis.

- Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.

- Zaczynam rozumieć – powiedział Mały Książę. – Jest jedna róża… zdaje mi się, że ona mnie oswoiła…

Na koniec Norah Jones z najnowszej płyty. Oh yeah.

Albo nie. Lepszy kawałek na dziś to jednak Sunrise z teledyskiem wywołującym uśmiech. Wyjęłam rower z garażu, wyczyściłam, uruchomiłam. I jazda. World is so beautiful! :) Marzenia małej dziewczynki…

Good night. Niech Ci się przyśni coś tak pięknego, że rano będziesz płakać, że to był tylko sen. ;)

- Nie – odrzekł Mały Książę. – Szukam przyjaciół. Co znaczy „oswoić”? 

- Jest to pojęcie zupełnie zapomniane – powiedział lis. – „Oswoić” znaczy „stworzyć więzy”.

- Stworzyć więzy?

- Oczywiście – powiedział lis.

- Teraz jesteś dla mnie tylko małym chłopcem, podobnym do stu tysięcy małych chłopców. Nie potrzebuję ciebie. I ty mnie nie potrzebujesz. Jestem dla ciebie tylko lisem, podobnym do stu tysięcy innych lisów. Lecz jeżeli mnie oswoisz, będziemy się nawzajem potrzebować. Będziesz dla mnie jedyny na świecie. I ja będę dla ciebie jedyny na świecie.

- Zaczynam rozumieć – powiedział Mały Książę. – Jest jedna róża… zdaje mi się, że ona mnie oswoiła…

Geografia uczuć – cz.2

[Edit] Dziś Dzień Kota. Wszystkiego dobrego dla Prawdziwych Kotów, w tym dla siebie samej!  Zytka M.

Część I Geografii uczuć do przeczytania tutaj.

2004 rok.
Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji.

Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e
2005 rok.
Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.
Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.


2006 rok
W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

Czerwiec. Wianki. Marillion.

W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

A może nawet 28.

Tyle. Starczy na dziś tych wspomnień. I uczuć nie do opisania.

2004 rok.
Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji. 

Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e

2005 rok.
Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.

Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.

2006 rok
W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

Czerwiec. Wianki. Marillion.

W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

Tęsknisz za przyszłością?

Dzień pod znakiem mrozu i pieca kaflowego; dzień kurzu i wspomnień; starych listów miłosnych i pocztówek ze świata.

Mono no aware. Patrząc na setki rzeczy, które dziś obejrzałam, przełożyłam, dotknęłam, od których się zakurzyłam, myślę, że Japończycy i tu się nie mylili. Mądry naród, co wymyślił haiku i celebruje picie herbaty przez długie godziny.

Przekładając do pudełek moje „skarby”, czułam się tak. jakbym obdzierała siebie ze skóry na tym siarczystym mrozie. Dobra. Jakbym była kotem, nagle przyłapanym na spaniu pod szafą z lustrem. Otwieram oczy, widzę siebie, a miało mnie tu nie być. Och. Czy koty potrafią się uśmiechać?

Nie sądziłam, że to może być takie wspaniałe. Całe ręce mam zakurzone, włosy zmatowiałe, za paznokciami brud. Jak mawiała Babcia – żałoba po zdechłym kocie. Ale jestem szczęśliwa. Dzięki temu, że nie byłam sama z tym wszystkim. Inaczej nie dałabym razy wygrzebać tylu książek, które przecież czekają, aż je przeczytam!

Nie nadaję się na nomada. Udało mi się upchnąć część rzeczy do mniejszej ilości pudeł, niż w momencie szybkiej przeprowadzki. Ale nie znalazłam nic niepotrzebnego, wartego wyrzucenia czy też niewartego zostawienia (a to różnica!). Zdecydowanie, przeprowadzka to nie jest moje drugie imię. Raczej – uporczywe przywiązanie do pamiątek.

Nawet stary gwizdek, zawieszony na odblaskowej smyczy coś mi przypomina. Szkoła podstawowa. Tornister. A później Chabówka 2011. Lokomotywy parowe. Dużo ludzi w czerwonych strojach i jeszcze więcej litrów deszczu, które nam leciały na głowy.

To był przykład. Bo jaką historię ciągnie za sobą moje zdjęcie, na błękitnym tle, w antyramie? Zrobione dawno, dawno temu przez przyjaciółkę z dzieciństwa? Leżę w trawie, patrzę prosto w obiektyw i chyba przez ten szeroki uśmiech mam jeszcze bardziej niebieskie oczy. Zdjęcie robione zwykłym aparatem. Na kolorowy film z 36 klatkami. Przewijanymi ręcznie. Kiedy to było? Pamiętam, że jak odbierałam od fotografa wywołane zdjęcia, najpierw poszłam na pobliski plac zabaw, żeby w spokoju wszystkie obejrzeć. Siedziałam na karuzeli i ze zdziwieniem odkryłam, że już nie mieszczę się w te malutkie siedziska dla dzieci. Tyłek urósł, a ja wraz z nim. Nie ma jak poważny wniosek na koniec.

Znalazłyśmy też z Mamą milion kluczy do niczego. Jeden nadawał się do otworzenia pustej szuflady, a reszta? No dosłownie, do niczego nie pasują. Zostały jeszcze po Dziadku, który gromadził klucze jak ja przepisy. Żaden nie jest podpisany. Niektóre spięte w pęki, inne luzem. Może pochodzą jeszcze z innych czasów? Może są kluczem do wielu tajemnic, jakie przyjdzie mi rozwiązać w życiu.

Każda rzecz, każde spotkanie może czegoś nauczyć o sobie. Stosunek, z jakim podchodzę do listu sprzed sześciu lat od Ł. Uczucia, jakie budzą we mnie kartki z widokiem na góry od S. Pocztówki, zapisane tak charakterystycznym pismem P., że nic nie jest w stanie ich podrobić, za każdym razem dające tyle radości. Malowane ręcznie kartki od B., pisane ze swadą i tą magią dnia codziennego, które nie tylko czytałam, ale oglądałam. Jakieś pojedyncze, wzięte nie wiadomo skąd kartki z cytatami od ludzi, którzy wywarli na mnie wrażenie, a dziś pewnie bym ich nie poznała na ulicy.


I budząca śmiech kartka na Dzień Kobiet. Sprzed dziesięciu lat! Ale bardziej się nadaje na Walentynki, niż koniec stycznia, więc pewnie jeszcze o niej wspomnę. A dziś warta uczczenia pocztówka z gorącej Hiszpanii. Zapisana radosnym pismem M. Miała wtedy trochę mniej lat, niż dziś. M. napisała, że jest gorąco i ma widok na śmietniki. Ale musi kończyć, bo się dusi i musi iść do okna. Pozdrowienia, ostatnie pożegnanie czy przestroga?

Przy okazji porządków wyszła kwestia jedzenia, które z taką przyjemnością gromadziłam dla „nas”. Słoiki z przetworami poszły do piwnicy. Sosy znalazły się wreszcie w jednym miejscu. Makarony (wcale ich tak dużo nie było, bo ktoś jednak je systematycznie zjadał z oliwą w wakacje) jakoś udało się wepchnąć do szafki. Fasola, ciecierzyca i inne takie konserwy trafiły do spiżarni. Już nie czekają na radosne przenosiny. Teraz czekają na radosną konsumpcję.

Skończyłam wczoraj po raz kolejny miłość przez małe m. Ile to kot może namieszać w życiu samotnego człowieka. Jak tu nie wierzyć w pocałunki motyla, skoro tak zwane byle co po jednej stronie świata wywołuje huragan po drugiej. Bycie kotem ma swoje zalety. Należy się tylko do siebie, jak Ty czy ja należymy tylko do siebie. Przyciąga się samą wolą dobre zdarzenia, zamiast nieustannie ich wyczekiwać. Śpi się długo. Taaaak. Widocznie jestem kotem. Mruczeć też potrafię.

Czyż może być urojeniem to, co daje nam zadowolenie? (Cierpienia młodego Wertera).

Świnia 2 i esej o kocie

Andrzej Bursa popełnił kiedyś znamienny wiersz. Nawet BARDZO znamienny.

Dlatego dziś będzie tak o pięknych okolicznościach fauny. I być może flory, jak mówili w Baśni o ludziach stąd. Nie lubię uczenia się na pamięć, a i tak wrył mi się w umysł kilka lat temu, kiedy akurat potrzebowałam takiej poezji. Ponieważ nie zaznaczałam, że blog jest dostępny dla osób powyżej 18 r.ż, troszkę go ocenzuruję. Bywa.

Pantofelek

Dzieci są milsze od dorosłych
zwierzęta są milsze od dzieci
mówisz że rozumując w ten sposób
muszę dojść do twierdzenia
że najmilszy jest mi pierwotniak pantofelek

no to co

milszy mi jest pantofelek
od ciebie ty sk******nie

Skoro już jesteśmy przy temacie zwierząt, napiszę więcej o KOTach(!). Koty są wredne, totalnie ignoranckie i za to je uwielbiam. Kot, patrząc na głupka, umie jednocześnie myśleć o czymś innym. Jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi. Szczególnie kiedy przygotowujesz mięso i jeden kotlet „spadnie” na podłogę, a Ty nie zdążysz go podnieść. Ścisk kociej szczęki jest w tej sytuacji mocniejszy od ścisku pit bulla, krokodyla i mrówki tkaczki razem wziętych.

 

 

Jak żyć w właścicielem neurotycznego kota, pyta się (sic!)kot i odpowiedź ma gdzieś. Bo on doskonale wie, że to nie ma znaczenia, dopóki jest żarcie przygotowane i żwirek wymieniony. On tu rządzi. W końcu Twoja pościel służy mu za wycieraczkę. A dokładniej Ty sam mu służysz za wielki, cudownie miękki ręcznik frotte. O tak – klik!. :)

Ciekawe, czy jeśli Twój kot (o, pardon, Pan Kot) łaskawie wyjdzie na świeże powietrze  i zobaczy śnieg (o ile mu wolno = o ile będzie miał ochotę w ogóle kiedykolwiek wyjść), to czy zrobi tak, jak mój kot kiedyś robił? Mój chodził „na palcach”. A jaki był przy tym oburzony, że jest mokro! Kto to widział, żeby na JEGO TERENIE spadł nieuprawniony śnieg. Kot go nie prosił o spadanie. Niektóre koty wolą obserwować śnieg z przytulnego wnętrza. Mogą się wypiąć na świat i iść spać, a na dworze nich sobie szaleje wichura śnieżna.

Ale, ale. Pamiętacie Filemona? Taki typowy przykład kota, który jest mądro-głupi.

Zdjęcie pochodzi ze archiwum TVP i pozwoliłam sobie zaprezentować je, ponieważ mina Filemona jest priceless. Totalnie bezcenna.  A jaka to przyjemność patrzeć, jak kot nagle głupieje! Niby wszystko jest w porządku, wyniosła poza dumnego bohatera zachowana, ale pojawia się niespodziewanie niezborność ruchów i duma spada niczym fortepian Szopena w maturalnych wypracowaniach. Yeah. Ale nie mówcie kotu, że wygląda śmiesznie. I tak nie uwierzy. ;)

——

Głosowanie rozpoczęte! Jeśli chcesz, żebym wygrała skuter (bo na nim można jeździć nawet bez prawa jazdy), albo nowego laptopa (żebym mogła oddać Ci swojego), albo nie wiem co, to możesz się wykosztować i włożyć energię w wysłanie sms-a o treści A00241 na numer 7122. :)



Pocałunek motyla

Wędrowiec nad morzem mgieł jest tym samym włóczęgą, co zawsze. Jak pocałunek motyla. Lekkie muśnięcie podświadomości. Impuls, że coś tam się knuje i miesza. Znak, o który nagle się potykasz i w który walisz łbem z całej siły. Niby niechcący, ale kto cię tam wie.

Wyleźć tak wysoko w nienagannie zaprasowanym garniturze i do tego z laseczką w dłoni. Fryzura w stylu „piorun w stodołę trafił”. Jak widać, moda powraca. To, co dawniej osiągano białkiem kurzym i miodem (albo samym wiatrem i potem), dziś ludzie osiągają za pomocą past, żelów, pianek, lakierów. Teraz mówi się, że to efekt „out of bed”.

Góry.

Kto pierwszy szedł przed siebie
kto pierwszy cel wyznaczył

Grechuta wiedział, o co pytać. Cholera jasna, tylko skąd brać odpowiedzi? Jak żyć – spytał mnie w liście ktoś, kogo ja zamierzałam spytać o to samo. Wychodzę w góry. Od razu tracę oddech, bo jak zwykle spakowałam się na dwa miesiące, a nie na dwa dni. Niczym bohater Akwarium, którego Ruscy zrzucali na spadochronie na tajne misje i zawsze dostawał tyle samo jedzenia, a potem miał sobie radzić. Na WOŚPowym wyjeździe na szczęście było nas parę sztuk. Mała Ania tylko się nie popisała, bo nie dość, że nie nie robiła kanapek, to nawet ich nie jadła. Jakaś totalnie nieprzekupna była.

Ale nie zawsze jest ktoś, kto zje razem ze mną moje zapasy. Bo inni też mają swoje pomysły i też biorą jedzenie. Dziwnym trafem, wolą wyżreć wszystko ze swojego plecaka, zamiast mi pomóc w opróżnianiu mojego. A potem trzeba znów znosić torebki glutaminianu (gotowe w trzy minuty!) na dół i liczyć, że następnym razem podstępnie upchnę komuś moje żarcie do żołądka. Niech sobie tam nosi ciężary.

Czarny kot też powraca, niczym bumerang. Ale to już zupełnie osobny temat. Wmieszanie kota do gór, malarstwa i mgieł może się źle skończyć. No to smacznego.

Na deser wypowiedz wyraźnie: Przygody jeża spod miasta Zgierza. Reszta posiłków we własnym zakresie.

Tygrys

Kabaret Moralnego Niepokoju spłodził kiedyś kawałek o bladym i chudym kolesiu z pacyfką na piersi, który to koleś, nazwiskiem Chomik,  został wezwany na komisję wojskową.

Na dzień dobry usłyszał: „Chomik! W wojsku zrobimy z ciebie tygrysa!”. I wysłali go do Dywizjonu Rakietowego. A potem zostało mu tylko sobie przekląć i zaśpiewać razem z Nowakiem.


Jeśli coś się dzieje ze mną
zawsze dzieje się na pewno więc
to co było jest spełnione
błądzę tylko w jedną stronę więc
czekam i wiem
po prostu wiem
że co odchodzi i nie wraca
kończy się na końcu świata gdzieś
po prostu gdzieś

Rzeczy zmieniają się tak szybko…

Zima i Święta mocno motywują do myślenia. Jest ciągle ciemno i ponuro. Nie trzeba się głęboko zastanawiać, żeby wejść w swoje skulone i skostniałe myśli. Słońce jest tylko namiastką ciepła, dzień jest tak krótki, że łatwo go przeoczyć.

Spotkałam niedawno kota. Żadna nowość, powiecie, jest tyle kotów na świecie. Ten był wyjątkowy, bo i okazja szczególna. To był czarny kot, siedzący przy żywopłocie. Dookoła gęste mgły, a słońce dopiero wschodziło. Niesamowite wrażenie. Tylko Kot i Ja. Strange little girl, where are you going?

Właśnie, gdzie? Donikąd. Wszędzie i nigdzie. Tak myślę, że żadna różnica. Kot poszedł swoją własną ścieżką, ja swoją. Rzeczy zmieniają się tak szybko, że nawet nie warto pamiętać wszystkich szczegółów. Chyba, że macie takie coś jak ja i bez tego wszystko zapominacie? ;)

Zimowa pora, zimowa dziewczyna, zimowa herbata. Wszystko białe, szare, czarne. Życie jak film w niemym kinie. Walizki wspomnień o dzieciństwie na sankach, o ślizgawce wylanej przez woźnego na szkolnym boisku, o pierwszych nartach z rysunkiem postaci z kreskówek. Tori Amos tak pięknie śpiewa o tym, że wszystko przemija, zmienia się i kończy. Mała dziewczynka tworzy wspomnienia, duża dziewczynka nimi żyje. Karmi się tym, co dawało bezpieczeństwo, radość, dobroć i szalone pomysły. Powroty do przeszłości są podobno dobre dla starszych ludzi. W takim razie bardzo się postarzałam od drugiego tygodnia listopada.

Miało być o górach, o jedzeniu. A wychodzi ciągle o muzyce. Ciągnie mnie do muzyki, jak do nałogu. Zawsze znajdzie się piosenka, która wyrazi to, co czuję. Jak Winter, utwór Tori Amos.