Dzięki za miłość – uwaga, będzie rzewnie

Groniec. Hey. Kowalska. Paktofonika. Wieczór wspomnień. Jak to się dzieje, że wystarczy jedno spojrzenie, przypadkowe spotkanie, nazwisko przeczytane w internecie, żeby wróciły wspomnienia?

Jak to jest, że siedząc sama w domu, kiedy nikogo nie ma, wraca do mnie wszystko, co działo się przez ostatnie lata? Czyżbym tylko w takich chwilach pozwalała sobie na bycie sobą?

Czytaj dalej

To, co zostało – książka Judi Picoult

Wróciliśmy dziś z tygodniowego wyjazdu na Słowację. Zamiast siedzieć w Karkonoszach tydzień wcześniej i bez grama śniegu, skorzystaliśmy z nadziei na w/w w Niżkich Tatrach. Jechaliśmy wyposażeni po zęby, że się tak wyrażę. Rakiety śnieżne, raki, kijki, odzież na minus dwadzieścia. Wiecie, gotowi na wszystko. Łącznie z zimą, która nas lekko olała. Deszczem i brakiem śniegu w wielu miejscach. W końcu narty i deska wyleciały po drodze na  budowie i zrobiło się więcej miejsca, aczkolwiek smutniej. Bo jak tu cieszyć się zimą bez zimy???

Moja łąkotka cierpi wciąż po jednym bieganiu z początku stycznia, także zamiast nart wzięłam dwie książki. Za To, co zostało Judi Picoult próbowałam się zabrać już pół roku temu. Ale jej książki wymagają pełnego zaangażowania, głowy wolnej od innych spraw i nawet nie było szans czytać w wirze budowy. Teraz się udało. I to jak!

Picoult pisze barwnie. Najprawdopodobniej ma jednego dobrego tłumacza w Polsce (ewentualnie dwóch?), bo wszystkie książki wciągają mnie bez reszty i jednakowo podniecają mój umysł stylem. Tym razem temat o tyle makabryczny, o ile niestety prawdziwy. Holocaust.

Jak i gdzie indziej, kilku głównych bohaterów opowiada kilka historii, które splatają się w opowieść niezwykle realistyczną. Babcia, która przeżyła Auschwitz; SS-man, który zabił tam pewnie setki więźniów (niekoniecznie własnymi rękami); wnuczka-piekarka, która nie radzi sobie po tragicznym wypadku; agent FBI, który zostaje powołany do pewnej dziwnej sprawy…

Nieprawdopodobne, jak ta książka trafia do mnie. Przeczytałam ją w trzy dni. Nie potrafię przestać o niej myśleć, analizuję zaskakujące zwroty akcji. Trzy noce śniła mi się jej akcja częściowo w innych realiach. Jedni ludzie męczyli innych, ktoś polewał oprawców rozwodnionym wapnem gaszonym z trucizną. Horrory we śnie, horrory w książce. I naga prawda o naturze ludzkiej.

Polecam serdecznie. Przyznam, że nie byłam nigdy na terenie żadnego obozu koncentracyjnego. Czasem jeździmy na budowę przez Oświęcim i mijamy obóz, ale zawsze budził we mnie zbyt wiele sprzecznych i trudnych uczuć, żebym się tam wybrała. Po tej książce patrzę inaczej. Historia opowiedziana przez jednostkę (choćby wymyślona, ale przecież jakże prawdziwa) zmienia perspektywę. Uczucia, emocje, żal, gorycz i nadzieja. To nie ma nic wspólnego z traumą narodową. To życie jednej osoby, z jej pięknymi i strasznymi stronami. Ta, Która Przeżyła.

Ile w nas dobra, a ile zła? Każda książka Judi Picoult zostawia wyrwę w moim myśleniu. Potrzebuję czasu, żeby spojrzeć na świat swoimi oczami. Pytania – filozoficzne, ale cholernie życiowe – nasuwają się same.

I… Kto tu jest potworem?

Nawet, jeśli nie myślę o jedzeniu…

… to jedzenie myśli o mnie. :)

Thanks to Aneko & Tomek!

Przy okazji – warto zobaczyć film Incepcja. Nawet, jeśli za pierwszym razem będziecie mieć wrażenie, że niewiele się tam zgadza. Może za drugim razem będę wiedzieć, skąd się wzięło coś, czego nie było. Tomek wiedział. Półkule…*

Co to dużo gadać. Film nakręcony z pomysłem, a nawet być może z użyciem czyjejś chorej wyobraźni. Zaprzęgnięto do niego nie tylko niezłych aktorów, masę efektów specjalnych, ale również imaginację najwyższych lotów. Ogląda się świetnie po trzech gofrach!

A jutro… Jutro będzie futro. Nawet dwa wielkie futra, które potrafią siedzieć, skakać, ocierać się o nogi, mruczeć i wykonywać takie akrobacje łapami, że najlepszym gimnastyczkom artystycznym żółć się wylewa z zazdrości. I to wszystko potrafią pod jednym warunkiem – jak im się akurat zachce.

Koty tak mają.

* Przy okazji półkul. :) Możecie też zobaczyć film Baby są jakieś inne. Wprawdzie ilość przekleństw na centymetr kwadratowy taśmy filmowej przekracza tam normę dziesięć razy (tak, to polski film). Ale przynajmniej jest potem nad czym myśleć. W skrócie: film drogi. Niskobudżetowy, bo obsada prawie żadna. Dwóch kolesiów jedzie samochodem i dyskutują. Wnioski widać w tytule filmu. Kurde, faceci naprawdę rozmawiają o TAKICH RZECZACH podczas jazdy samochodem?!

Głębokie wyrazy współczucia.

Pytania niedokończone

Przeczytałam tyle książek, że już normalnie nie wiem, od której zacząć. Pewnie będzie tak, jak zwykle, że napiszę o jednej, chociaż przeczytałam do tej pory dziesięć różnych. Czuję jednak wewnętrzny imperatyw kategoryczny, żeby napisać o tej konkretnej. Światło dnia Jamiego Saula.

Co jest ważniejsze – uczciwość czy lojalność?

Znacie odpowiedź na to pytanie? Są w ogóle takie odpowiedzi na trudne pytania, których udzielacie jednym tchem? Bez zastanowienia? Bez wahania? A co byście sobie odpowiedzieli, jakby okazało się, że pytający już nie żyje?

Saul napisał świetną książkę. I długą, co ważne. To znaczy – nie da się przeczytać w godzinę i zapomnieć. I pod koniec ogarnęło mnie dobrze znane uczucie, że za mało kartek zostało do końca.

W wielkim skrócie, bo nie lubię odbierać przyjemności czytania: główny bohater jest profesorem i mieszka z synem w niewielkiej miejscowości. Książka koncentruje się na trzech etapach życia: razem z żoną artystką;  wspomnieniach z życia syna i ojca oraz to wszystko, co jest wynikiem nieprzewidzianych splotów okoliczności. Kryminał, obyczajówka, dramat, nie wiem. Komedia to nie była. Wątek miłości pojawia się w zupełnie inny sposób, niż w literaturze typu Harlequin.

Mogę powiedzieć dwie rzeczy.

Po pierwsze, rzadko mam okazję czytać książkę mężczyzny, który nie odziera swojego bohatera z uczuć i nie każe mu grać macho. Ten facet czuje, kocha, myśli, płacze, cieszy się i ucieka we wspomnienia. Dobija go głupota i cieszy dobra pogoda. Jest zwyczajny, a nie papierowy. I kiedy wspomina, robi to po ludzku. Nie ma tu szalonej psychoanalizy, nie ma idiotycznych amerykańskich wtrętów typu: wszystkie problemy rozwiązują się same, kiedy cała rodzina zasiądzie przy stole.

Po drugie, lubię grube książki, które zaprzątają moje myśli, ale są nawet zbyt ciężkie, żeby przeczytać je od razu. Tę odkładałam wiele razy, bo była za trudna, wymagała zbyt wiele zaangażowania. Wciągała za bardzo. Pytanie o lojalność i uczciwość doprowadziło do dramatu bohatera. A mnie do napisania o książce.

A że chodzi za mną cały dzień piosenka Lady Pank, to się nią nie podzielę. Za to spójrzcie na młode oblicze Wojewódzkiego. Jaki to był grzeczny chłopiec, chociaż teksty miał takie same. I nawet jedną linijkę tekstu zna. Proszę bardzo. Dalej już klasyka w najlepszym wydaniu. Na dobry sen. Na szalone życie.

http://www.youtube.com/watch?NR=1&feature=endscreen&v=IDrvR4KZYo4

Łakomczuchy mają pełne brzuchy

Na zawsze i na wieczność uczyńmy z życia święto!

Otwórz oczy. Otwórz oczy. OTWÓRZ OCZY! Słuchałam niedawno przez godzinę czy dwie muzyki z filmu Vanilla Sky. Widziałam ten film lata temu, a zapadł mi w pamięć tylko przez to, że cholernie mnie wkurzał od początku do końca. Zabija się laska, potem się okazuje, że się nie zabiła. Potem zabija się facet, ale w sumie to się nie zabił. Potem laska jednak umiera, a on dalej nie. Potem jest inna kobieta, którą gra Penelope Cruz, więc było rozkosznie, sceny ten tego i takie tam. A na końcu znów otwórz oczy i otwórz oczy. Oł fak.

Zmieńmy temat może.

Jechałam pociągiem! Ciapongiem. Relacji Krk – Lbl. Przy wyłączonym ogrzewaniu temperatura sięgała 30 stopni na plusie. Ugotowałam się, siedząc niemal tylko w koszulce termoaktywnej. Ufffff. A w Lublinie lało cały dzień na przemian ze słońcem, gradem i śniegiem tak samo, jak w Krakowie. ;)

Hervé This, człowiek, który umie zrobić 24 litry majonezu z jednego jajka, byłby ze mnie dumny, bo obgryzłam właśnie po raz pierwszy w życiu pieczone udko z kurczaka w panierce. Wcześniej próbowałam wiele razy, ale zazwyczaj mi zostawało 3/4 mięska przy kości. Dorosłam! I stało się to przy Eweko i B. Przy Ranczu i gryzieniu po kostkach.

O szanownym TYM Panu (This wskazuje, że chodzi o niego) mogę powiedzieć, że napisał jedną z najlepszych książek kulinarnych na świecie. Odkrycia kulinarne są książką , którą dumnie nazwę sztandarem ideowym kuchni molekularnej dla laików. Nie ma tam wprawdzie zaleceń, żeby gotować pod ciśnieniem trzy dni mięso. Za to wyjaśnione jest dokładnie, dlaczego nie należy solić całego jajka sadzonego i smażyć go na wielkiej patelni. :)

Po raz pierwszy od liceum miałam do czynienia z chemią. I fizyką. Molekuły, proteiny, atomy. Emulsje, żele, atrakcje i bajery. Możecie być ze mnie dumni. Przeszłam nawet przez przepisy z wykorzystaniem świńskiej skóry i cielęcej nogi.

Ech. Kobiety zrozumieć nie możesz. Ale niektórych facetów też.

Zielona kropka…

…może oznaczać obecność, chodź nie zawsze.*

Myśl na dziś i na wczoraj.

/…/ całe życie czeka się na chwilę.

To był ks. Jan Twardowski. Dobry człowiek.

Zżera mnie ciekawość, co byście powiedzieli na mój kolejny sen, który był przedstawieniem całej treści książki, którą przeczytałam sobie przed snem. Jillian Westfield wyszła za mąż. A ja razem z nią i to prawie dwa razy.

Jeśli zastanawialiście się kiedyś, „co by było gdyby…”, to nie jesteście w tym odosobnieni. Tylko ten się nie myli, który nic nie robi, prawda? Ja się zaczęłam zastanawiać po przeczytaniu ostatniej strony (podziękowania dla redaktorów, wydawców, całej rodziny, kosmitów i kogo tam jeszcze Allison Winn Scotch miała pod ręką), co by było gdybym sama podjęła zupełnie inne decyzje. O wyborze studiów, o zerwaniu z pierwszą miłością w liceum, o listach, na które kiedyś nie odpisałam i o telefonach, których nie odebrałam. Tak się kończy nocne czytanie książek.

Świetnie przetłumaczonych. Zasługa Martyny Tomczak. Czyta się szybko, bo dialogi są nieźle skonstruowane, a akcja toczy się wartko jak wzbierający na wiosnę górski potok. Łatwo popsuć bestseller lipnym tłumaczeniem, na pewno ciężko tak to zrobić, żeby dalej dało się śmiać w zabawnych momentach.

Czemu jej nie powiedziałam, że dwa tygodnie temu, (…), poszłam sama na głupiutką komedię romantyczną z Orlandem Bloomem i Kate Hudson, a potem spędziłam cały wieczór, marząc o tym, by Orlando Bloom przybył uwolnić mnie z pułapki mojego pozbawionego nadziei małżeństwa. O r l a n d o  B l o o m! Całkowicie pochłonęła mnie ta fantazja i wyobrażałam sobie odtąd, jak wpadam na niego w Tribece, ewentualnie podczas wakacji w Londynie albo gdziekolwiek indziej, byle nie tu. Gdy w poniedziałek wybrałam się na zakupy, ujrzałam jego twarz na okładce tabloidu – paparazzi przyłapali go z jakąś supermodelką – i poczułam wyraźne, godne politowania ukłucie zazdrości.                     O r l a n d o  B l o o m!

Wrzuciłam cały taki długi kawałek, ponieważ w czasach sukcesu kinowego Władcy Pierścieni przepadałam za widokiem elfiego Orlando o długich blond włosach. Razem z przyjaciółkami kochałyśmy się w bohaterach LOTR. Żałosne, tak? Ale spokojnie, nie spotkało mnie to idiotyczne ukłucie zazdrości, thanks God. Teraz, kolokwialnie mówiąc „po latach” , bardzo mnie bawi to wspomnienie. Wtedy jednak skaczący po drzewach facet z wielkimi szpiczastymi uszami wydawał mi się całkiem ok. Dużo bardziej, niż wyłupiaste oczy Frodo, hehe.

Ekhm, przysypmy te wspomnienia popiołem ze spalonych pożółkłych kalendarzy. Tamten blondi nie był uosobieniem wszystkich moich marzeń. Tylko niektórych.

Nie jest to najlepszy cytat, który mógłby podsumować książkę, która pełna jest bardzo życiowych obserwacji. Na przykład o tym, że nieświadomie chcemy przykryć strach i zdenerwowanie podwójną ilością dezodorantu. Albo że z amerykańskich pism kobiecych można się wiele nauczyć o porządkowaniu przestrzeni, jeśli się tego nie wiedziało wcześniej (zrób porządek dookoła, a w Tobie powstanie harmonia).

Albo, że kiedy staramy się pomóc na siłę, pieprzymy całą sprawę jeszcze bardziej, zaślepieni jak koń z klapkami na oczach.

Albo, że większość par w końcu się synchronizuje, nawet jeśli jedno notorycznie się spóźnia, a drugie jest zawsze przed czasem. Jej się nie udało. Mnie chyba też. Jak łatwo zapomina się szczegóły, które kiedyś stanowiły podstawę do kłótni. Jak łatwo zgubić w pamięci słowa, które stanowiły punkt zapalny. Wypowiedziane nawet lekkim tonem zawsze dawały zamierzony efekt. Najłatwiej zranić najbliższych, bo ich znamy najlepiej.

Powrót do przeszłości może boleć. I wcale nie musi być tak przyjemny, jak sądzimy. Dlatego, że zazwyczaj zapominamy dużo więcej, niż pamiętamy. Takie nagle powtórzone wrażenia nie są miłe.

Co sprawia, że czuję się, jakbym tonęła w ruchomych piaskach – z jednej strony pragnąc, by mnie wessały, a z drugiej zaś rozpaczliwie usiłując się wydostać, ponieważ myśl o utonięciu, o tym, że los zrobi ze mną, co mu się żywnie podoba, jest zbyt przerażająca, by do tego dopuścić.

Skoro wiemy, jaka będzie przyszłość, to czy mamy na nią jakikolwiek wpływ?

Skoro cofnęliśmy się w czasie i nikt poza nami o tym nie wie, to manipulacja wydarzeniami ma znaczenie czy nieuchronnie prowadzi do tego samego miejsca, tylko inną drogą?

I czy w ogóle możemy sami decydować o swoim losie?

Nie pytam dlatego, że brzmi to jak recenzja z katalogu wydawnictwa. Pytam, ponieważ bardzo mnie to zaciekawiło. Ile sama bym zmieniła? Czy mówiąc „niczego nie żałuję”, faktycznie niczego nie żałuję? Badania naukowe (marcowy numer Charakterów i dobry artykuł o nostalgii) mówią, że dużo bardziej żałujemy niewykorzystanych szans, niż tego, co zrobiliśmy. Tyle, że nie każdy ma szansę przenieść się w czasie i sprawdzić to namacalnie.

Za to możemy przeczytać, jak poradziła sobie z tym Jillian.

I zaśpiewać razem z Norah Jones I  gotta get ya out of my head. Get out! Tak dla równowagi. Nie bądźmy dla siebie złą wiadomością, proszę. Kochaniutki, nie będę więcej twoim głupkiem, o nie.  Tekst jest, nie ma się co zastanawiać. No już, śpiewać.

Dzięki. Następnym razem fałszujcie trochę ciszej, żebym jednak mogła słyszeć swoje myśli. :)

 

* tam nie ma błędu ortograficznego. Tak ma być. Patrzę na to zdanie i jak dla mnie, to podświadomość kazała napisać w ten sposób. Nie moja, nie mnie. Czyjaś, komuś. Dobrze czy źle, jaka różnica. Wobec śmierci wszyscy są równi.

Jedz, bo dam psu!

[Co za skuteczna metoda motywowania domowników do zjedzenia więcej, niż zmieszczą w żołądku. ;P]

W moim śnie działo się więcej. Jak tylko uciekłam dziewczynie-przewodniczce, dopadł mnie dupek i męczył, żebyśmy razem poszli na Open’era. Ja do niego, żeby się odwalił, a on żebyśmy jednak poszli. Ja do niego, że nawet go nie lubię, a on do mnie, że może jednak.

W końcu się odczepił i ktoś mi uświadomił, że krzyczałam na nieznajomego, bo dupek już sobie poszedł, a wspólne wyjście na festiwal proponował mi ktoś inny. Tak straciłam szansę na wycieczkę do Gdyni za friko.

Ale w końcu byłam na festiwalu. Dość niezwykle, bo w kwietniu. Ale tłumy i błoto typowo letnie. Właśnie był pierwszy koncert, ja klęczałam nad moim ogromnym plecakiem i zastanawiałam się, gdzie schować kartę do bankomatu. Problem zniknął, bo okazało się, że mam samo opakowanie po karcie, a jej wcale.

K-o-n-i-e-c snu. Ale nie życia.


Kraków. Napatrzyłam się na mój stary, brudny i śmierdzący Kraków. Najpierw we śnie, potem w telewizji. Chociaż straszliwie mi zbrzydł, nadal go kocham, jak kocha się starego misia z oderwanym uchem i dyndającym szklanym okiem.

Na TVP Kultura leciał Zakochany Anioł. Och, płakałam jak bóbr, ale po cichutku, żeby nikt nie widział. Patrzyłam na Planty, po których biegałam codziennie na uczelnię. Płakałam, kiedy bohaterka szła obok Placu Świętej Magdaleny, a na przeciwko miała mój instytut. Płakałam, kiedy całowała się z Globiszem nad Wisłą.

I płakałam, kiedy spotkali się na Kazimierzu niedaleko zapiekanek. Bo w żadnym punkcie, u żadnego Endziora Kędziora NIE DAJĄ BEZ PIECZAREK! Czujecie to? Tak się chwalą, że najlepsze w mieście, że świeże, że znane w całej Polsce. A jak chcesz bez kilograma pieczarek, to pani mówi, że ma tylko gotowe z pieczarkami.

Całujcie się w nos.

Uwielbiam filmy, których akcja dzieje się w Krakowie. Zakochany Anioł. Da Vinci. Anioł w Krakowie. Nie kłam, kochanie. A to, co lubię, to widzieć je w Krakowie w Arsie albo Kijowie. W kinie Kijów-Centrum powinnam już napisać.

A Zakochany Anioł to film, który warto obejrzeć niezależnie od szerokości geograficznej. Jest trochę smutny, trochę ironiczny i zwyczajnie piękny. Jak dobra książka do poduszki.

W tym szaleństwie jest metoda

Człowiek jest w stanie znieść sporo trudów, podjąć się wielu wyrzeczeń i doprowadzić świat do szaleństwa, żeby tylko udowodnić sobie, że jest normalny.

W Boże Narodzenie (tak, to było całkiem dawno) przyszła pora na leniwy film, żeby zapchany żołądek mógł sobie spokojnie trawić. Wyjęłam z pudełka film Lars and The Real Girl. Na Filmwebie napisali, że to podobno dramat i komedia. Wkurzające jest to ciągłe etykietowanie. Film to film, sama sobie o nim wyrobię zdanie i moim zdaniem, to ani komedia, ani dramat nie jest. To drugie bardziej nie jest, niż to pierwsze jest.

Film jest o facecie z dalekiej, europejskiej Północy. Takim trochę zagubionym, żyjącym we własnym świecie. Ale to, czego tam brakuje, to zwyczajna bliskość drugiej osoby. Nawet gdyby świat na zewnątrz przewrócił się do góry nogami i zrobił wszystko dla Larsa, on dalej żyłby jak odludek w garażu.

Do czasu. Na horyzoncie pojawia się Bianka. To trudna miłość, w ogóle nie zrozumiana początkowo przez resztę społeczności z miasteczka. Misjonarka, pielęgniarka, w dodatku wyzywająco ubrana. Zjawia się w paczce, przywiezionej przez kuriera i dopiero tutaj zaczyna się życiowy roller coaster.

Bo Bianka jest trochę inna. Jakby nieprawdziwa? Niewiele mówi. Prawdę mówiąc, nikt poza Larsem jej nie słyszał. Ale jak każdy (człowiek) ma uczucia, potrzebuje zrozumienia, odpoczynku, czułości i akceptacji. Chociaż to tylko wielka lalka.

Piękna opowieść o potrzebie zwyczajnej miłości. Nie ma tu nic z hollywoodzkiej sztuczności, wielkich kaskaderskich popisów i furmanek pieniędzy. Jest za to dużo tolerancji dla bliskich, jest wielka dawka humoru i całkiem sporo zakręconych bohaterów. Jeśli komuś nie przeszkadza ZWYCZAJNE życie, widziane oczami innych, będzie wspominał film z uśmiechem.

Kiedy oglądam Olly’ego Mursa w piosence Busy, od razu przypominam sobie Larsa i jego perypetie.


We don’t wanna hear
The real world passing by
Saying that we’re crazy

;)

 

————————————————————————–

Wrzuciłam wczoraj tekst o kolei. A dziś koło południa dowiedziałam się, co się stało pod Szczekocinami. Katastrofy masowe są tak przerażające, że samo słuchanie o tym powoduje jeżenie się włosów. Współczuję wszystkim, którzy stracili wczoraj bliskich albo ucierpieli. Mam tylko takie wrażenie, że nadużywamy żałoby narodowej. Bo w każdy weekend giną ludzie i nieraz ginie ich dużo więcej… a jakoś żałoby nie ma. Czy to znaczy, że śmierć jednych jest ważniejsza, a śmierć innych nie??? To z jednej strony pokrzepiające, że Prezydent był na miejscu i mówił o solidarności. Ale ile w tym prawdziwego współczucia i wrażliwości, a ile medialnych półprawd? Nie mnie oceniać.

Take it like a man. Vol.2 + Snickers

Proszę, proszę. Napisałam o Desperado, a tu dziś pokazali film na Polsacie.

- Chcesz się wyspowiadać?
- Może później, ojcze, bo tam, gdzie idę, znowu nagrzeszę.

Jak powszechnie wiadomo, Polsat to stacja, która daje dużo czasu na robienie kolacji, mycie się, gotowanie wody na herbatę w trakcie oglądania filmu. Już trwa druga seria reklam, a za mną może pół godziny filmu. Napiszę Wam o tym, co dziś dobrego zrobiłam.

Kiedyś miał nadejść ten dzień, w którym obrzydną mi wszelkie słodycze. I nadszedł dziś. Przegięłam totalnie.

He stalks the night with no intent
His brow sweets for innocence
Take it like a man
The strange face of love

Tito & Tarantula.To jest dopiero znacząca nazwa dla zespołu.

Weź to na klatę, facet. Spróbuj zjeść domowego Snickersa i się nie skrzywić się od ilości słodyczy.

Ilość cukru w tym czymś, co mi wyszło, przekracza roczne zapotrzebowanie na energię czteroosobowej rodziny. Jakby dało się to przeliczyć na energię elektryczną, to stuwatowa żarówka świeciłaby na takim paliwie tydzień bez przerwy.

Spójrzmy na to, co zrobiłam i co z tego wyszło.

Broń Was, Panie Boże, od próbowania co chwilę, czy dobrze smakuje!

Domowy Snickers

Najsłodsze danie na świecie. Gwarantuję, że z największą determinacją nie dacie rady zjeść w pojedynkę nawet jednej trzeciej! ;) Przepis na formę 9′ x 13′ (23×33 cm). Ja zrobiłam w takiej formie 18 x 18 cm, ale jest jednak zdecydowanie za wysoki. Umieram z przejedzenia! Przepis pochodzi ze strony How Sweet It Is.

Szklanka – 250 ml

Czas przygotowania: 40 minut | Czas chłodzenia: 60 minut | Czas jedzenia: miesiąc | Ilość porcji: 16*

Dokładnie wysmaruj masłem całą formę. Możesz też wyłożyć ją papierem pergaminowym.

 

Dolna warstwa czekolady

  • 1 1/4 szklanki groszków czekoladowych lub 2 czekolady deserowe po 100 g
  • 1/4 szklanki masła orzechowego

 

Rozpuść czekoladę razem z masłem orzechowym i wylej na spód formy. Poczekaj, aż zastygnie i zestali się całkowicie.

Nugat

  • 1/4 szklanki (55 g) niesolonego masła
  • 1 szklanka cukru
  • 1/4 szklanki mleka skondensowanego (może być niesłodzone)
  • 1 1/2 szklanki pianki Marshmallow Fluff**
  • 1/4 szklanki masła orzechowego
  • 1 1/2 szklanki posiekanych prażonych , solonych orzeszków ziemnych
  • 1 łyżeczka ekstraktu z wanilii (zastąpiłam łyżeczką barmańskiego syropu waniliowego)

 

Rozpuść masło w rondelku na średnim ogniu. Dodaj cukier i skondensowane mleko. Mieszaj, aż cukier się rozpuści, a całość zacznie wrzeć. Gotuj przez pięć minut, mieszając od czasu do czasu. Dodaj piankę Marshmallow, masło orzechowe i wanilię. Mieszaj do rozpuszczenia masła i uzyskania jednolitej konsystencji. Zdejmij z ognia, dodaj posiekane orzechy ziemne i wylej na warstwę czekolady. Odstaw do całkowitego ochłodzenia.

Karmel

  • 400 g krówek, najlepiej odmiany „mordoklejki”, posiekane
  • 1/4 szklanki (60 ml)  śmietany 30%

 

Wlej śmietankę do rondelka, dodaj pokrojone krówki i podgrzewaj na małym ogniu. Mieszaj od czasu do czasu, aż całość się rozpuści i uzyska gęstszą konsystencję . Powinno zająć to od 10 do 15 minut. Wylej na warstwę nugatu i pozostaw do zastygnięcia.

Górna warstwa czekolady

  • 1 1/4 szklanki groszków czekoladowych lub 2 czekolady deserowe po 100 g
  • 1/4 szklanki masła orzechowego

 

Rozpuść czekoladę razem z masłem orzechowym i wylej na spód formy. Poczekaj, aż zastygnie i zestali się całkowicie. Wstaw najlepiej na całą noc lub nawet 24 godziny do lodówki.

Już wyobrażacie sobie, jak słodki jest ten Snickers?

UWAGI

* Ilość porcji podaję za oryginalnym przepisem. Jak dla mnie, ilość porcji to co najmniej 30!

** Jeśli nie przepadasz za lekko słonym smakiem masła orzechowego, dobrze jest kupić właśnie taki mały słoiczek -250 g, ponieważ po zrobieniu Snickersa nie zostanie go dużo. Jeśli jednak lubisz takie wynalazki, możesz zaopatrzyć się w prawie półkilogramowy, taki duży słoik. ;)

** Przepis na Marshmallow Fluff lub Marshmallow Creme jest bardzo prosty. Niezbędny jest mikser lub wkurzony mężczyzna, który będzie bardzo szybko ubijał pianę. Polecam mimo wszystko opcję pierwszą.

Niektórzy robią po prostu warstwę nugatu z rozpuszczonymi piankami Marshamallow, ale to jednak nie to samo. Marshmallow Fluff to bardzo gęsta i słodka piana. Pianki dostępne w sklepie mają zupełnie inną konsystencję.

 

Marshmallow Creme  (beza włoska)

Przepis ze strony Bon Appétit. Nieco ponad 2 szklanki.

Czas przygotowania: około 10-15 minut

  • 1/2 szklanki cukru (podzielone na 90 ml i 35 ml)*
  • szczypta soli
  • 2 białka
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii**
  • 1/8 szklanki / 30 ml/ 2 pełne łyżki stołowe wody

 

Wymieszaj 90 ml cukru z wodą w małym rondelku na średnim ogniu. Rozpuszczaj cukier bez mieszania, aż osiągnie temperaturę 240°C. Od czasu do czasu zwilżaj brzegi naczynia mokrym pędzlem kuchennym. Ja gotowałam go po prostu na małym ogniu przez 5 minut.

W tym czasie ubij na sztywno pianę z białek razem z solą. Stopniowo dodawaj cukier i wanilię i ubijaj dalej na dużych obrotach, aż piana znów będzie sztywna. Zmniejsz obroty, ostrożnie i bardzo powoli wlewaj syrop, ciągle miksując. Ponownie zwiększ obroty i ubijaj, aż piana będzie sztywna, lśniąca i bardzo ciągnąca. Zmniejsz obroty i ubijaj dotąd, aż piana wystygnie. Voilà!

Pyszne. Zbyt pyszne, żeby się oprzeć.

 

*1 plaska łyżka stołowa = 15 ml. Możesz odmierzyć pół szklanki i odsypać 2 czubate łyżki.

** patrz uwagi przy nugacie

Amen. Po takiej porcji wypadną Ci wszystkie zęby. Twój dentysta Ci za to podziękuje.

- Podziękowałem ci już?
- Nie.
- Zrobię to.

I odjechał do innego miasta. Z Caroliną. I z gitarą. Tak na wszelki wypadek.

Zrób to po męsku.

Wrócił, żeby się rozliczyć z przeszłością. Z kimś. Z kimkolwiek. Z każdym.

Wychodzi na ulicę z nieśmiertelnym czarnym futerałem. Ociera pot z twarzy. Zawsze chodzi w cieniu. Nawet, jeśli idzie w pełnym słońcu. Już zapomniał, jak to jest kochać. Z każdym krokiem bliżej mu do nieba. Albo do piekła.

The rain’s soul makes killer cry
He wants desperately to die
But fast and silkfully forgets
He’s back on the streets
with no regrets

Desperacja czyni go perfekcyjnym zabójcą. Wytrwale tropi swoją ofiarę. Cierpliwie czeka na właściwy moment. Nie spieszy się, jeśli nie musi. Nikt nie widział jego twarzy. Niewiele o nim wiadomo. Prawdopodobnie jest największym Meksykaninem na świecie.

Buscemi: Suddenly they got very interested in who you were. So, I laid the story down nice and thick.
El Mariachi: How thick?
Buscemi: Well, pretty thick, I told ‚em you were the biggest Mexican I’ve ever seen…

I co najważniejsze – gra na gitarze. A jak wchodzi z nią do baru, sadza ją na krześle niczym swoją dziewczynę.

Desperado. Nikt nie strzela z gitary tak dobrze, jak on. Back in the city. Back to the house that love build.

Genialna muzyka. Te gitary i bębny mnie rozwalają na kawałki, niczym Banderas robiący zadymę w mieście.

Robert Rodriguez odwalił kawał dobrej roboty. ¡Muchos gracias, Rodriguez!

Nie pytam, czy widzieliście. Po prostu nie uwierzę, że mogliście nie widzieć. Przy jednej z piosenek ktoś tak się podekscytował, że w komentarzu wpisał: takie zaje**ste, że pójdę do garażu po wideo i obejrzę cały film :D

Wyciągajcie zatem z garaży, strychów, pawlaczy, kamerlików i półek odtwarzacze wideo, wkładajcie do środka kasetę i wieczór filmowy gotowy.

A jeśli ktoś uśnie podczas oglądania, weźcie gitarę i… rozliczcie się z nim po męsku.

Jesteś, ale nigdy Cię nie było

Jak zwykle, jestem w trakcie czytania kilku książek naraz. Między czytaniem książek szukam sobie sensownego zajęcia, które przynosi pieniądze i satysfakcję. O czytaniu przepisów nie wspomnę, bo nawet mnie to jakoś nie ciągnie ostatnio. Zbrzydło mi, czy coś.

Skończyłam czytać „Przyślę Panu list i klucz”, na biurku leży Gałczyński i „Jeżynowe wino” J. Harris. O tym piszę, piszę i skończyć nie mogę. Na łóżku „Zaufanie” profesora Sztompki, gdzieś tam rzucony „Wieczór” Susan Minot. I od dwóch tygodni czytam kilka stron tekstu o odczuwaniu czasu w górach. Od Bożego Narodzenia sięgam też po „Proroka” Khalil Gibrana, ale on nie nadaje się do czytania jednym ciągiem. Uff. A może frytki do tego?

Ale teraz się już nie poddałam i przeczytałam o tych górach, chociaż bardzo nie lubię czytać tekstu na ekranie. Właśnie kiedy skończyłam, pomyślałam: „Zytka, mogłaś to już dawno wydrukować!”. Mogłam. Too late, miss Zytka. Too late. W każdym razie, wniosek widzicie w temacie. Mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, tylko jak kończy.

Może jednak zacznę od początku. Kto, co, gdzie, kiedy, dlaczego.

  • Kto & Co: Manuel Schneider, Time at High Altitude: Experiencing Time on the Roof of the World (Czas na dużej wysokości: doświadczanie czasu na Dachu Świata).
  • Gdzie: Akcja rozgrywa się na Dachu Świata. Czyli w górach powyżej 8 tysięcy metrów, jak to elegancko precyzuje autor na dzień dobry. Dobrze wiedzieć, że nic tu się nie zmieniło, odkąd uczyli mnie geografii.
  • Kiedy: Rzecz dzieje się podczas wyprawy. Jak również przed nią i po niej. Dramatyczny rozwój akcji zależy od wielu czynników.

 

[Patrzę i oczom nie wierzę. Ja to napisałam? Miałkie, jak słaba wymówka przed pójściem na ryby, zamiast do pracy. Halo, jest tu jeszcze ktoś?]

Pan Manuel, z brzmienia Niemiec (a pisze po angielsku, niebywałe), sam zdobył parę szczytów w swoim życiu, w tym trochę ośmiotysięczników. Liczby nie są najważniejsze, facet pisze z doświadczenia, więc można mu wierzyć. Zaczyna się dość lirycznie. „Każde miejsce ma swój czas”. Co innego w markecie, a co innego w lesie. Och (przy okazji zobaczyłam słowo-przy-którym-plącze-się-język-w-gębie: interconnectedness. I już wyszedł z niego niemiecki duch naukowca). Czas jest nierozerwanie połączony z wysokością miejsca, w którym się znajdujemy. I o tej wysokości będzie mowa.

W żółwim tempie
Im wyżej jesteś, tym wolniej się poruszasz. Jak na stop-kaltce. Jak powszechnie wiadomo, zmienia się ilość tlenu w powietrzu, a na ośmiu tysiącach poziom ten spada do 30 procent normalnej ilości. Słowem, ciężko jest. I paradoks robi się sam: dużo wiatru, czyli dużo powietrza, a i tak nie ma czym oddychać. Poruszasz się 100 metrów na godzinę. Wszystko zwalnia. Na Dachu Świata ruch zmierza ku zatrzymaniu, a nie ku radosnym, enegricznym podskokom. I zmienia się perspektywa. Bo na szczyt trzeba wydrapać się jak kot, na czterech łapach. Takie małe „borderline” normalnie zwykłych ludzi.

Everybody’s changing and I don’t feel the same ;)

STOPer w mózgu
Weź głęboki oddech i przeczekaj. Złą pogodę. Zbyt duże ryzyko samoczynnie schodzących lawin. I najważniejsze: własną „camp fever”. Nie daj się złapać na wariackie sztuczki umysłu, który każe natychmiast zwijać obóz i biec w górę. Aklimatyzacji nie da się przyspieszyć. Na 5 tysiącach potrzebujesz co najmniej dziesięciu dni, inaczej się pochorujesz.  Łeb ci będzie pękał, stracisz apetyt i jeśli pójdziesz za szybko, możesz nie wrócić. Zaczekaj na SIEBIE. Zaczekaj na właściwy czas. Cena za pośpiech jest niemal zawsze tylko jedna. Śmierć.

Ale to, co najpierw pomaga, potem staje się wrogiem. Powyżej granicy 5 300 metrów niezauważalnie przekraczasz cienką linię pomiędzy naturalną regeneracją organizmu a  bezpowrotną na te wysokości utratą sił. Schneider mówi: Nawet w Andach czy Himalajach nikt nie żyje na co dzień na takiej wysokości. To niemożliwe. A Ciebie czeka jeszcze jedna granica: około 7 300 metrów. Tutaj liczy się każda godzina. Nieprzypadkowo nazwano to strefą śmierci. Bez względu na to, co robisz, żeby przeżyć, z każdą chwilą Twoje ciało ulega degeneracji totalnej. Nie wspominając o psychice*.

Tutaj czeka Cię prawdziwa praca nad sobą. Jeśli teraz znajdziesz rytm, jeśli Twój „indywidualny czas” stanie się wędrówką wgłąb siebie, masz szansę osiągnąć cel. Mimo tego, że z każdym krokiem w górę jesteś coraz bardziej samotny. Liczy się tylko tu i teraz. Ten krok. Ten oddech. To miejsce. Wszystko to, co wewnątrz Ciebie, jest dużo bardziej realne, niż nieziemskie widoki. O nich pogadamy, jak wrócisz i zrobisz spotkanie przy zdjęciach. Teraz liczy się jednak co innego.

Kairos
Kairos to dawniej bożek z wagą w ręku. Obecnie – szczęśliwy moment, krótkie mgnienie radości. Lub niewykorzystana szansa, która się już nie powtórzy.

Dlatego każda wyprawa ma dwa cele: zdobyć szczyt i po prostu iść. Szczyt jest celem, droga też. Kairos, równowaga Wszechświata i Twoich dążeń zdarza się raz albo wcale. Tu wszystko musi do siebie pasować. Właściwy człowiek, we właściwym czasie, we właściwym miejscu. Jak pisze M. Schneider, nie można powiedzieć, że „zdobyło się szczyt”. Objawia się to szczególnie wtedy, gdy uda Ci się wyjść na samą górę. Natura co najwyżej pozwala Ci na to. Przyzwala i toleruje Twoją obecność. Ty jesteś tylko gościem, więc szanuj Gospodarza. Bo zostajesz tylko Ty i Góra. Świat jest daleko, a może nie ma go tam wcale.

Coś za coś
Tu i teraz na szczycie jest tym, do czego dążyłeś. Jest tym, czemu podporządkowałeś miesiące, a może i lata. Cel osiągnięty. Pozostało zejść na dół.

The here and now lives off the ‘once I am up there’. Reaching the summit abruptly turns all this into the past.

Została pustka. Przeszłość już się spełniła, teraźniejszość kurczy się do walki ze sobą, bo przed Tobą tyle samo drogi w dół, co w górę. Tyle, że sił masz dużo mniej i być może jedyną myślą jest: „Zostać tu na zawsze”. Te słowa mnie poruszyły. Niektórzy ostatkiem sił wychodzą na szczyt i tam umierają. Ale ponieważ czas ograniczony jest teraźniejszości, a w Tobie nic poza ekstazą, umrzeć na szczycie to najpiękniejsza rzecz, jaka mogła Cię spotkać: „I suppose that for them, death was very peaceful.”

Najpierw się cieszysz, a potem nadciąga czarna chmura. Utraciłeś jedyne marzenie, jakie miałeś. Już po wszystkim. Z każdym krokiem w dół jesteś bliżej kolejnej wyprawy. You are never really up there.

 

 

A wszystko opisała z zachwytem Zytka Maurion. Nie mam swoich doświadczeń z takich wysokich gór, ale też zdarzało mi się wychodzić na czworaka zimą. Im więcej punktów podparcia, tym lepiej.

* Wątek strefy śmierci roztrząsany był na prawo i lewo w 1996 roku w związku z tragicznymi wyprawami na Mt Everest. Między 10 a 13 maja w wyniku nieprzewidzianych sytuacji i braku organizacji zginęło łącznie osiem osób. Powstał nawet film pt. „Into hot air”.

Mam kilka dobrych tekstów na temat tych wydarzeń. W tym jeden, na podstawie niemal dwóch tysięcy stron różnorodnych dokumentów. Christopher Kayes analizuje po kolei każdy etap przygotowań i zdobywania szczytu. Niesamowita praca, bardzo rzetelna. Można się wiele nauczyć na cudzych błędach i wykorzystać tę wiedzę w życiu codziennym, niekoniecznie od razu planując wyprawę w Himalaje. Abstrakt tutaj.

A gdybyście chcieli posłuchać o wspaniałym człowieku, który zwyciężył nie tylko górę, ale też siebie, PO POLSKU tym razem, wejdźcie na stronę Radia Białystok i przy wielkim kubku gorącej herbaty albo z horským Nosičkim čajem w rękach i posłuchajcie o Jerzym Truchanowiczu.

Do czego komu służy badyl

i jaki z niego można zrobić użytek na luksusowym jachcie, płynącym przez Ocean?

- Czy nie zamierzała pani przypadkiem oddalić się na zawsze? – spytał z demonstracyjnym niepokojem. – Taka doskonała droga aż ciągnie, żeby nią jechać dalej i dalej… A dla nas byłaby to niepowetowana strata!

- Jasne, że strata – odparłam zgryźliwie. – Brak mnie jest dla każdego zawsze okropną stratą i nieszczęściem. Moje towarzystwo jest szalenie atrakcyjne, sama wiem o tym i nie zamierzałam panów pozbawiać największego szczęścia w życiu.

Jakie przygody może mieć kobieta, grająca nielegalnie w ruletkę i obstawiająca w wyścigach konnych? Najdziwniejsze. Szczególnie jak ubiera perukę i obok niej umiera nie z własnej woli i chęci gość, dość znaczący w świecie przestępczym. A w dodatku wygaduje jakieś idiotyczne sformułowania. A potem jego koledzy z branży mówią coś równie mądrego.

Samochód pojawił się bardzo szybko. Mój towarzysz wyciągnął krótkofalówkę, wydał dyspozycje, z których część zrobiła na mnie wrażenie policyjnego szyfru, stosowanego w nadzwyczajnych okolicznościach, w rodzaju: tu miotła, jajko na kwadrat be ce dwadzieścia cztery, odbiór (…)

Jak ma się niewyparzoną gębę i mówi się to, co myśli, a nie to, co wypada, to robią się poważne kłopoty. Nawet zamki nad Loarą niewiele tu pomogą. Dobre zdrowie i zła pamięć, oto czego sobie trzeba życzyć w podobnych okolicznościach.

Czasem jednak zła passa zamienia się w wielkie nieróbstwo. Wiecie, jak się jest kobietą, to nawet dość miłym uczuciem jest bycie zauważoną. Nie jako element dekoracji. A kiedy straciło się w walce o życie ulubione szydełko i w ramach zdjęcia do życiorysu można dopiąć karteczkę „Z twarzy podobna zupełnie do nikogo. Bardziej do trupa w pięć lat po pogrzebie”. Nagłe zainteresowanie płcią przeciwną budzi emocje.

Oprócz tubylców zaczął także latać za mną Szwed, przekonany, że przy okazji kształci się we francuskim języku. Chłopak był jak ta lalka, ale miał jedną wadę. Mianowicie gęba mu się świeciła od rana do wieczora z niepojętych przyczyn, a na głowie zaś wyglądał tak, jakby go krowa jęzorem przylizała. Ten drobny, zdawałoby się szczegół uniemożliwiał mi odwzajemnienie jego uczuć.

Nie mogę napisać więcej, bo znów wzięłam się do czytania. A głośne wybuchy śmiechu są w nocy bardzo niepożądane, jeśli dom ma świetną akustykę. ;)

Warto przeczytać i poznać Ostatnie zdanie nieboszczyka Joanny Chmielewskiej. Jak dla mnie, najlepsza z jej zwariowanych książek. Czytałam ją kiedyś w autobusie i naprawdę, musiałam mocno udawać, że nie ruszają mnie przez trzy i pół godziny dziwne spojrzenia współpasażerów, kiedy nagle wybuchałam śmiechem. Kobieta pisze tak szalone rzeczy, że naprawdę, kreatywności jej nie brakuje.

Nie przypuszczałam, że akrylowy szal i szydełko mogą być równie przydatne, co wiertarka pneumatyczna. Jak ma się do czynienia z wariatami, wszystko jest możliwe.

Życie jest grą. Ta gra jest sposobem na życie.

Sonia Raduńska w Kartkach z białego zeszytu pisze:

W świetlistym lesie, pełnym kobiecej energii moje spotkanie z Babą-Jagą. Zadzierając głowę, widzę pomiędzy drzewami ogień słońca. Ona ma czarne bezlistne paluchy pokryte strzępami pajęczyny. Mówię do niej:

Daj mi ogień!

Daj mi odwagę!

Daj mi mężczyznę!

- Dlaczego miałabym ci dać? – pyta.

- Bo cię o to proszę?

Tyle. Schodzę w stronę leśnego traktu. Po drodze sikam.

 

Prawie jak haiku! Ostatnio jem dużo dobrych rzeczy. Jak zwykle.

  • Ziemniaki pieczone w mikrofalówce na śniadanie. Jak z ogniska! Do tego masło i chleb. Proste.
  • Naleśniki z ziołami i pikantnym farszem z salsą. Na deser naleśniki z sosem waniliowym, rodzynkami i skórką cytrynową. Proste.
  • Zielona zupa z groszkiem, fasolą i sosem miętowym. Zimowa, bo częściowo potraktowana blenderem, a potem hojnie doprawiona śmietanką kremówką. Najlepsza dzień później. Proste.
  • Sałatka coleslaw z cytrynowym vinaigrette. Pokrojona jak warzywa do chińskiego woka, lekko ugnieciona rękami, żeby smaki się wymieszały. Odstawiona na kilka godzin. Proste.
  • Pieczone ziemniaki (najlepsze według przepisu mojej Siostry!) z pstrągiem i sosem koperkowym. Dużo soku z cytryny. Świeżo zmielony pieprz. Przyprawa z suszonych pomidorów, czosnku i oregano. Proste.

 

Jeśli życie jest grą, oto jej reguły. Prostota myślenia. Otwartość na nowe smaki życia. Uśmiech przy obiedzie. Promień słońca na drewnianym stole. Pojedyncza żaba w trawie. Proste? To tyle. Spis cudów (<-klik!), dla których warto żyć.

Zytka Maurion :)

PS. Jeśli marzenia służą do spełniania (się), to do czego służy upadanie?

Who? Yeee!

Kierkegaard to był mądry facet. Napisał „Albo-Albo” i co tu kryć, ta książka ma w sobie potencjał. Cokolwiek zrobisz, jak wynika z życiowej refleksji filozofa, to i tak będzie inaczej. Tak źle i tak niedobrze!

Ożeń się, będziesz tego żałował; nie żeń się, będziesz tego żałował; zeń się lub nie żeń, będziesz i tego, i tego żałował, albo się ożenisz, albo nie ożenisz, będziesz żałował i tego, i tego.

Pan Filozof miał wiele do powiedzenia, chociaż niewielu ważnych wtedy chciało go słuchać. Osobowość przesiąknięta religijnością, stare klątwy z przeszłości, publikowanie pod pseudonimem, poszukiwanie w rzeczywistości ciągłych wyborów. Świat ogarnęła nuda. I tak zaczął się wielki upadek.

Można tę sprawę prześledzić od początku świata. Bogowie się nudzili, a więc stworzyli człowieka. Adam się nudził w samotności, powstała więc Ewa*. Od tego momentu nuda zakradła się do dziejów świata i rosła coraz bardziej dokładnie w miarę tego, jak rosła ilość ludności.

No. Rodzinnie nudzić się to było nudno, ludzie w końcu zbudowali wieżę Babel. Kierkegaard i tu znajduje wytlumaczenie, iście w swoim stylu.

[ludzie ogólnie, zbiorowo i nie przypadkiem] Dla rozrywki powzięli myśl zbudowania wieży tak wysokiej, że wierzchołek jej sięgał obłoków. Myśl ta była tak nudna, jak wieża była wysoka, i stała się ostatecznym dowodem, że nuda wszystko zwyciężyła.

To wyspiarski klimat ma wpływ na powstawanie takich przewrotowych refleksji? Dania. Skandynawia. Kraj położony w 30 procentach na 443 wyspach. Mieszkańcy lubią świeże ryby z morza. Jedzą dużo serów. Posiłek bez sera jest jak piękna kobieta bez oka, powiedział Anthelme Brillat-Savarin. Duńczyk, który wymyślił też tekst Powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś. Ten też miał coś do powiedzenia o nudzie. Bo stół to jedyne miejsce, gdzie człowiek się nie nudzi przez pierwszą godzinę.

Może więc Kierkegaard chodził głodny?

W każdym bądź razie, na pewno niczego nie upraszczał do schematycznego podejścia. U niego wcale nie jest tak, że świat jest tylko czarny. Lub tylko biały. Świat jest albo czarny, albo biały; albo nie jest czarny, albo nie jest biały, albo w ogóle go nie ma, parafrazując ten styl.

Jestem tak samo, jak i on, rozczarowana życiem. Nie masz powtórzenia. Nic nie jest czarne, ani białe. Kawa szczególnie!

 

* Jak prosto została wyjaśniona kwestia powstania kobiety! Z nudów. A nie z kości Adama ;)

Wszystkie cytaty za Søren Kierkegaard, Albo – albo, przełożyli  Jarosław Iwaszkiewicz i Karol Toeplitz, Warszawa 1976

[sic!]

Dwie sprawy do poruszenia. Na razie koniec z patetyczną, szalenie skupioną powagą. Pora się zabawić. Karnawał jest! A jak się bawić, to tylko przy dobrym jedzeniu! Zajrzyjmy może do książki kucharskiej po przepis na coś pysznego. Tylko… do której?

 

Właśnie. Do której. W moim własnym segregatorze przybyło dziś jakieś pięćdziesiąt przepisów. Na pappardelle z sosem serowym, ciastka z polentą, czekoladową bezę, dania za mniej niż 1$, paluszki rybne z soli, krakersy zbożowe, ciasto z piankami Marshmallow, gorącą sałatkę z czerwonej kapusty z fetą, piadę rodem z WARSu w dwóch wydaniach oraz 40 innych przepisów, których już nawet nie pamiętam. Szaleństwo. Jak być zdecydowanym, kiedy tyle różnych przepisów krzyczy o uwagę?

Siedzę zakopana w przepisach. To nie jest takie zwyczajne przeglądanie. Wie coś o tym Banieczka, która miała taki obraz regularnie. Wszystkie możliwe książki kucharskie rozłożone na podłodze. Ja w środku, grzebiąc za tym wyjątkowym przepisem, mrucząca pod nosem coraz to dziwniejsze kuchenne obelgi na autorów.

Zwariowali chyba, skąd ja wezmę o dziesiątej wieczorem sklep ze świeżym awokado?

Ale dobrze, skupiłam się i wygrzebuję kolejny przepis.

A jakby tak zastąpić imbir w proszku świeżym? Przecież trzeba być nienormalnym, żeby do TAKIEGO dania dawać imbir w proszku! Równie dobrze mogę tego wcale nie robić.

I tak w kółko. Żeby się tak nie pogrążać w Waszych oczach, dodam, że niektóre przepisy uwielbiam nieustannie i za każdym razem, kiedy na nie patrzę, chcę je zrobić natychmiast, bez żadnych zmian. Potrafię docenić, ale zadowala mnie tylko najlepsze. ;)

W kuchni nie ma miejsca na substytut szczęścia. Albo jest pyszne, albo beznadziejne. Nie ma półśrodków, za to jest wielka improwizacja. Mam jednak swoją zasadę. Pierwszy raz robię dokładnie według przepisu. Dzięki temu mam masę sosów, przypraw i innych elementów, które wykorzystałam raz lub dwa. Kuchenne rewolucja to dobra wymówka, żeby sprawić sobie radość i kupić coś dobrego.

 

 

Tak to mniej więcej wygląda. Przepis wybiera mnie, a nie ja przepis. Bywało i tak, że przepis chodził za mną, snuł się jak cień i zatruwał sobą myśli przez pół roku. Bo zawsze znalazł się inny, a akurat do „tego” brakowało mi jakiegoś składnika. Albo była nie ta pora roku. Albo w sklepie się skończyły zapasy przyprawy. Na przykład długo i namiętnie szukałam w różnych sklepach semoliny. W końcu się wkurzyłam i kupiłam Kaszę mannę, której ktoś z angielska dopisał pod polską nazwą: Semolina. Czy to jest to samo? Heavens know.

Chciałam zrobić hummus. Potrzebna była pasta tahini, a ja postanowiłam zrobić ją sama. Kupiłam ciecierzycę w puszce, 250 gram sezamu i… utknęłam. Jakoś nie wierzę, że da się sezam zemleć w blenderze. No jak?!

 

Moje trzy sergagatory, cudownie rozmnożone po Świętach znów zaczynają pękać w szwach. A przecież wybieram tylko te przepisy, które w ogóle kiedykolwiek chciałabym zrobić. Nie drukuję, nie wycinam, nie szukam niczego, na co sama nie miałabym ochoty. Jakie to skomplikowane w swej prostocie. Myślę, że do końca świata się nie wyrobię ze zrobieniem wszystkich przepisów. I bardzo dobrze. Na to liczę. Do tego szumnie zapowiadanego końca świata to na pewno nie zdążę, daję na to stuprocentową gwarancję jakości.

- Tato, jaka jest natura ludzka?

- Nie dla dzieci!

Człowiek według Mrożka.

Wredność. Istnieje taki wyraz ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu. Wrednie nie powiem wcale, że robiłam dziś niesamowicie prostą i szalenie wciągającą sałatkę z czerwonej kapusty. Przyznaję. Kapustę czerwoną jadłam do tej pory może ze trzy razy w życiu. Nie lubiłam jej w takiej wersji, w jakiej widziałam gdzieś u kogoś na stole. U mnie w domu występowała nadzwyczaj rzadko. Może dlatego, że nie było dobrego przepisu? Ten leżał wydrukowany kilka dni, aż pojawiła się kapusta w domu i prośba, żeby coś z nią zrobić. Wszystko na swoim miejscu. Chrupiący, karmelizowany słonecznik. Smak przełamany dodatkiem rozmarynu i octu balsamicznego. Parmezan i feta.  Rodzynki i cebula. Prostota. A jaki smak!

Fiolet. Przecież to jest obłędny kolor! Gotowana kapusta robi się jakaś taka czerwono-blada. A smażonej kapuście kolor nie znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Wzmacnia się wręcz. Jak ja nie lubię skomplikowanych przepisów. Zjeść, chętnie zjem. Ale na pewno sama nie zrobię. A tu, kapusta (można siekać w rękawiczkach). Trochę tradycyjnie, trochę nie. Warta uwagi i spróbowania. Słodka, ale ostra. Z charakterem. Przepis od Heidi – 101 Cookbooks.com.

Autor oryginalnego przepisu, w książce, z której pochodzi ten przepis, napisał prosto. I niech to przesłanie Wam towarzyszy. Nie tylko w kuchni :)