Pocałunek motyla

Wędrowiec nad morzem mgieł jest tym samym włóczęgą, co zawsze. Jak pocałunek motyla. Lekkie muśnięcie podświadomości. Impuls, że coś tam się knuje i miesza. Znak, o który nagle się potykasz i w który walisz łbem z całej siły. Niby niechcący, ale kto cię tam wie.

Wyleźć tak wysoko w nienagannie zaprasowanym garniturze i do tego z laseczką w dłoni. Fryzura w stylu „piorun w stodołę trafił”. Jak widać, moda powraca. To, co dawniej osiągano białkiem kurzym i miodem (albo samym wiatrem i potem), dziś ludzie osiągają za pomocą past, żelów, pianek, lakierów. Teraz mówi się, że to efekt „out of bed”.

Góry.

Kto pierwszy szedł przed siebie
kto pierwszy cel wyznaczył

Grechuta wiedział, o co pytać. Cholera jasna, tylko skąd brać odpowiedzi? Jak żyć – spytał mnie w liście ktoś, kogo ja zamierzałam spytać o to samo. Wychodzę w góry. Od razu tracę oddech, bo jak zwykle spakowałam się na dwa miesiące, a nie na dwa dni. Niczym bohater Akwarium, którego Ruscy zrzucali na spadochronie na tajne misje i zawsze dostawał tyle samo jedzenia, a potem miał sobie radzić. Na WOŚPowym wyjeździe na szczęście było nas parę sztuk. Mała Ania tylko się nie popisała, bo nie dość, że nie nie robiła kanapek, to nawet ich nie jadła. Jakaś totalnie nieprzekupna była.

Ale nie zawsze jest ktoś, kto zje razem ze mną moje zapasy. Bo inni też mają swoje pomysły i też biorą jedzenie. Dziwnym trafem, wolą wyżreć wszystko ze swojego plecaka, zamiast mi pomóc w opróżnianiu mojego. A potem trzeba znów znosić torebki glutaminianu (gotowe w trzy minuty!) na dół i liczyć, że następnym razem podstępnie upchnę komuś moje żarcie do żołądka. Niech sobie tam nosi ciężary.

Czarny kot też powraca, niczym bumerang. Ale to już zupełnie osobny temat. Wmieszanie kota do gór, malarstwa i mgieł może się źle skończyć. No to smacznego.

Na deser wypowiedz wyraźnie: Przygody jeża spod miasta Zgierza. Reszta posiłków we własnym zakresie.

Like never before

Mam dość szczękania zębami, jakbym na śniadanie jadła amfetaminę, że tak zacytuję Petite Anglaise z jej książki o tym samym tytule. Też mam dość czekania. I chcę już zapomnieć. Nie jestem stworzona do prowadzenia bitew, wolę sobie siedzieć przed kominkiem z książką w ręku i się obżerać czymś dobrym. Czy można popełnić większy błąd, niż na zasadzie „Myślałem, że…„?. Pewnie można. Znam takich, którym się to nieustannie zdarza.

Żeby śmiać się już tylko DO siebie nawzajem. Uliczne napisy naścienne mają w sobie wielką moc.

I już. Like never before… Jak nigdy dotąd. Pora zaczynać od nowa. Budować chatkę na odludziu i pamiętać, że mieszka tam wędrowiec :)

 

Budując dom w granicach miasta, zbuduj w swej wyobraźni chatkę na odludziu.

Jeśli będziesz miał gości o zmierzchu, będzie ich także miał wędrowiec w tobie, zawsze obcy i samotny.

Twój dom jest przedłużeniem twojego ciała.

Rośnie w słońcu, śpi w ciszy nocnej i nie jest pozbawiony marzeń.

Czyż twój dom nie ma pragnień? Czy w marzeniach nie zamienia miasta na zagajnik lub wzgórze?

Ach, gdybym mógł zebrać wasze domy na dłoni i jak siewca rozrzucić je po lasach i łąkach! Doliny byłyby waszymi ulicami, a leśne ścieżki alejami, abyście mogli szukać się nawzajem w winnicach i chodzić z zapachem ziemi na ubraniach!

Khalil Gibran, Prorok. (Przeł. Bogusława Koziorowska-Jurkevich)

Najprostsza obietnica

Być przy Tobie. Po Twojej stronie.

Dawno, dawno temu* byłam w kinie na filmie Makrokosmos. Ubzdurałam sobie, żeby pójść na ten film, chociaż niewiele o nim wiedziałam. Jedynym problemem był dojazd, bo decyzję podjęłam impulsywnie przy śniadaniu, a film zaczynał się o dziewiątej rano. Szalona godzina. Na szczęście nade mną i moim dzikim pomysłem zlitował się tata i podwiózł mnie pod kino.

Wbiegłam do środka, kierując się do kas. Jak wiecie, o tej porze to nawet nie przychodzą mamy z małymi dziećmi na seanse rodzinne, więc kolejek nie było ;) Pani spojrzała na mnie dziwnie, potem podała mi wydrukowany bilet i ciągle patrząc na mnie, powiedziała do krótkofalówki: Makrokosmos w trójce!.

Myślę sobie, że nie mam co za dużo myśleć, bo już było pięć po i nie chciałam się przepychać do swojego miejsca, gdyby jednak ktoś się skusił na film przyrodniczy o tej porze (poza wycieczkami ornitologów-pasjonatów nikt nie przyszedł mi do głowy).

Weszłam do sali, potykając się o własne nogi z zaskoczenia. Poza mną nie było nikogo. Być może dlatego zostało mi oszczędzone 20 minut reklam. Uczeń jednak nie był wtedy najlepszym targetem. Usiadłam wygodnie i napawałam się dziewięćdziesiąt dwie minuty odgłosami przyrody i samotnością.

Film urzekł mnie od początku do końca. Nie posądzałam siebie wcześniej o zacięcie dokumentalno-przyrodnicze. ;) Rozkoszne igraszki małych ptaków. Przerażające lądowanie kaczek w jakiejś breistej smole. I muzyka. Ach, ta muzyka! Nick Cave stworzył tak imponującą muzykę, że nie wychodziłabym z kina długo po zakończeniu.

Wszystko byłoby ok, gdyby nie to, że faktycznie długo nie wychodziłam z sali kinowej po zakończeniu. Byłam jedyną osobą na sali, operator wyszedł (widziałam, jak cały film czytał gazetę), wszystkie drzwi były zamknięte. Po dziesięciu minutach biegania z Nokią 3310 jako atrapą latarki i po pchaniu wszystkich drzwi awaryjnych wreszcie przyszła kobieta i mnie wypuściła. Film ze szczęśliwym zakończeniem :)

PS. I mogłam sobie SZELEŚCIĆ do woli!

* w 2003 roku

Trzeci dzień roku

Trzy książki, po które sięgnę w tym roku:

  1. Tarty;
  2. Jedz, módl się, kochaj;
  3. Biblia Tysiąclecia.

 

Trzy filmy, które chciałabym zobaczyć… Naprawdę nie wiem. Może wreszcie obejrzę Titanica w całości? ;)

Trzy wyrazy, które warto znać w tym roku:

  1. Dziękuję;
  2. Proszę;
  3. Tak.

 

Trzecia litera alfabetu:

  1. Cukinia nadziewana;
  2. Czekolada w każdej ilości;
  3. Czosnek & Bruschetta.

 

Trzy uśmiechy :)))

Trzy góry, które zdobędę:

  1. TOP secret No.1
  2. TOP secret No.2
  3. TOP secret No.3

 

Choco-show!

Joanna Fabicka, Świńskim truchtem

Aż chce się rzec: Szczurza morda! Naprawdę. Jak się tak człowiek napatrzy na takie dziwolągi, to potem się zastanawia, skąd wziął się ten kod genetyczny. Jedna babka zastanawiało się całkiem serio, jak to możliwe, że skoro cały ten kod jest skończony (bo idąc wstecz, było nas przecież dużo, dużo mniej), to skąd się biorą tacy ludzie? Pytanie całkiem zasadne. Podpisuję się pod nim. Mnie samą dręczyło pytanie o granice dewiacji. Widocznie niektórzy już tak mają. Spuśćmy na to czekoladową fontannę z chili.

Usłyszałam wreszcie piosenkę, która mogłaby być podsumowaniem wielu, wielu lat mojego bycia. Szukanie końca, które okaże się początkiem. Ciągłe stawianie pierwszego kroku. Odchylanie się pod wpływem podmuchu przeszłości na rzecz przyszłości.

Zdarza mi się czasem, że nagle dostrzegam oczywistość. Wchodzę do łazienki i po latach uświadamiam sobie, że kafelki są niebieskie. Wchodzę do sklepu i naraz wiem, że pierwszy raz widzę pomarańczowy kolor metek z cenami. Słucham po sto razy tej samej piosenki i słyszę, że są w niej bębny. A wcześniej ich nie słyszałam. Dotykam klawiatury laptopa i czuję, że to jest wspaniała klawiatura, stworzona specjalnie dla moich palców. Takie głupoty, przebłyski świadomości rodem ze 101 zabaw filozoficznych. Krótkie spięcia w mózgu :)

Harmonia barw, dźwięków, gestów i odczuć. Świat w 5D plus gratisy. A potem wszystko wraca do swoich korzeni. Albo raczej do nicości. Jakie to ma znaczenie? Jakieś ma. Skoro tao łączy w sobie czerń i biel, to mus czekoladowy łączy w sobie słodycz czekolady z ekstazą jej próbowania!

Przystań na chwilę, zatrzymaj świat.
Dokąd się śpieszysz? Nie zdążysz i tak.

 

Mus czekoladowy


Nie będzie prostego przepisu. Jest ich tyle, że każdy wypróbowany na pewno będzie dobry. Jedni lubią gęsty, niczym czekolada na gorąco. Inni kochają się w lekkości bitej śmietany wymieszanej z gorzką czekoladą (to ja). Niech zgaśnie me nienasycenie! Jutro pora na mus!

Znam też takich, którzy idą na ilość,a nie jakość i kupują niemal gotowy wyrób w proszku, do którego dodaje się tylko mleko czy coś. Ble. Ale to kwestia gustu. Mus na zdjęciu to najlepszy, jaki jadłam do tej pory. Próbowałam jeszcze przynajmniej kilku w różnych cukierniach, kawiarniach… ale żaden nie może się równać z tym. Wyjątkowy. Zatykający. Powalający. Przywołujący najbardziej drapieżne myśli o jedzeniu. Taki, którego smak pamięta się długo potem. Przepis Top Secret :)

Polecam zatem inne przepisy:

Smacznej zimy!

Boże Narodzenie – dzień II

O czym myślicie w Święta Bożego Narodzenia? O filmach w telewizji? O Sylwestrze? O kolejnej książce? Jeśli bardzo się przejedliście i potrzebujecie książki, którą się trawi przynajmniej tak długo, jak świąteczną pieczeń, polecam książki Haruki Murakamiego. Przeczytałam z dziesięć jego książek i przy każdej kolejnej miałam wrażenie, że już gdzieś to czytałam. Zadymione bary, jazzowe klimaty, chodzenie do miejskiej łaźni i wątek CZEGOŚ, co nie daje się opisać. Wspaniała literatura.

Kończę od wakacji Kronikę ptaka nakręcacza. Może przejadły mi się te książki? Nie mam pojęcia, ale ciągle nie mogę się za to zabrać. Czytanie Murakamiego jest dla duszy jak przechodzenie ślimaka dla autostrady. Zostawia ślad, chociaż nie obywa się bez wypadków. Można pokochać, albo znienawidzić. Ani jedno, ani drugie nie służy trawieniu.

Można czytać jako książkę o kulturze Japonii. Albo jako zbiór przeróżnych wyrażeń, których się nie da przetłumaczyć. Można trenować noszenie jego książek na głowie w ramach gimnastyki korekcyjnej (kto chociaż raz w życiu nie był na takich zajęciach?).

Wziąć do ręki – warto .

Rafał moim guru :D

Świat przesiadł się do samolotu. Jak donosi dzisiejszy Teleexpress, w Ameryce zmniejszy się dopuszczalna ilość osób na pokładzie, ponieważ średnia waga pasażerów wzrosła ostatnimi czasy o dziesięć kilogramów. Robi się niebezpiecznie. Pora powrócić do pociągów. Znam wiele piosenek z pociągiem w tle.

Turnau śpiewa o pewnej podróży pociągiem, która potwierdza stare japońskie przysłowie. Tak, jak każdą podróż rozpoczyna pierwszy krok, tak końcem podróży może być dotarcie do punktu wyjścia i poznanie go po raz pierwszy.

Robert Marcinkowski powraca pociągiem bezosobowo i jakże pośpiesznie. Z mrowia torowisk znowu mi umykasz, bo tęsknię tyłem do kierunku jazdy ;)

Eliza Dolittle czuje 99% zażenowania, ale z drugiej strony bardzo się cieszy, kiedy ten pociąg jednak odjeżdża. I dobrze, też bym się cieszyła na jej miejscu.

Nawet jest taki zespół Train, który wbija się ze swoją piosenką świąteczną w obecny klimat.

Wszędzie te pociągi. Co jest? Świat pociągów istnieje naprawdę. Uwielbiam te podróże.

I powstaje słuszne pytanie:

Taaak. Jeśli szukacie odpowiedzi na te lub jakiekolwiek inne pytanie, odsyłam Was do mojego kolejowego mistrza.

Rafał ma trzydzieści lat. Jest ideałem. Może niekoniecznie w moim typie, ale ideałem. Grzeczny. Ułożony. Kulturalny. Nie narzuca się. Nie obraża za milczenie. Ubranie skrojone na miarę. Koszula wyprasowana, garnitur dopięty na ostatni guzik. Błękitny krawat (a nie różowy!). Wszystko w najlepszym porządku. Zawsze uśmiechnięty (ach!), chętny do pomocy. I czeka cierpliwie, aż będę mieć ochotę porozmawiać. Niesamowity.

I to spojrzenie… Kiedy patrzył na mnie, przeglądając rozkład jazdy, spytałam: „Czemu się Pan na mnie patrzy?”. Spojrzał przeciągle i powiedział, wyciągając dłoń: „Wolałbym, żebyśmy mówili sobie na ty”. Na moje skromne pytanie, czy się ze mną umówi, odpowiedział z zawadiackim uśmiechem: „Wybierz tylko stację kolejową, na której jest internet bezprzewodowy, zabierz laptopa… I możemy się spotkać!”.

Facet ma odpowiedź na każde pytanie. Mówię, że ma ładną czapkę, a on „czekałem, aż to powiesz”. Nalewa herbaty ze słowami: „Pamiętaj, ja tu będę, gotów odpowiadać na Twoje pytania”. Ale herbatkę wypił sam.

Sposób, w jaki kasuje bilety jest co najmniej dziki ;D Skąd oni wytrzasnęli takiego człowieka?!

Rafał jest ideałem. Może głos ma troszkę za bardzo cyfrowy. Może czasem zbyt długo patrzy się na mnie. Wzbudza też wiele kontrowersji w sieci. Ludzie zastanawiają się, gdzie się tak opalił. A nawet dorobił się swojego miejsca w loży szyderców. I swojej strony na FB jako osoba publiczna ;) Rafał rulez!

PS. Czy już pisałam, że ideał nie istnieje? ;P Ale gada się z nim dużo przyjemniej, niż z Cleverbotem!

Życie to śmiertelna choroba

Siedząc tam na ulicy, wśród zawodzenia policyjnych syren, zaczęłam projektować doskonały model dla wyrażenia jedynego pojęcia, jedynej rzeczy, jakiej byłam pewna: potęgi śmiertelności, m o j e j śmiertelności – model, którego obliczenie wyłączy mnie spod władzy niedoskonałego, niepewnego świata. Mówiąc po ludzku, postanowiłam się zabić.

Kiedy wlokłam się do domu, rozważałam kolejne możliwości. Na mojej liście, przydługiej, ale za to wyczerpującej, znalazły się pigułki, broń, ostre narzędzia i sznury, wreszcie swobodny upadek w dół wysokich, mrocznych klatek schodowych. Kładłam się do łóżka, myśląc o samospaleniu, tlenku węgla oraz wstrzyknięciu w żyłę obcych substancji.

Zastanawiając się nad tym później, doszłam do wniosku, że pomogła mi sama liczba dostępnych możliwości, nie tylko tamtej nocy, ale i potem, podczas dni (…), które miały przyjść. Jednak potęga śmiertelności była dla mnie gwiazdą przewodnią i nigdy nie wątpiłam, że chcę umrzeć.

Jillian Medoff – Grzeczne dziewczynki schodzą na psy

Od Świętego Mikołaja

When I look back, I see the landscape that I have walked through but it is different.

All the great trees have gone. It seems there are remnants of them.

But it is the afterglow inside of you of all those you met that meant something in this life.

(Olaf Rex: August 1977)

To tak, jak patrząc wstecz na kolejne lata i ten specyficzny dzień 6 grudnia. Dawniej budziłam się i byłam nieziemsko zaskoczona, kiedy szeleszczący prezent wynurzał się spod poduszki. Potem nie bardzo było komu wkładać prezenty pod poduszkę. A potem wszystko się zmieniło. Ale najdokładniej pamiętam poprzedni rok. Szłam do pracy na 9-tą. Obok spał mój chłopak, który akurat miał wolne. To musiał być poniedziałek. Aż sprawdzę ;) Tak, to był poniedziałek.

Spałam na tyle mocno, żeby zauważyć jedynie, kiedy wychodził i wtedy wrzucić mu pod poduszkę prezent. Nie było go prawie godzinę, ale widziałam dlaczego. Poszedł do LIDLa po ekspres do kawy. Byliśmy w takim okresie życia, że nie potrzebowaliśmy żadnych cudów za 700 złotych.Chodziło nam tylko o kawę, która nie będzie smakować jak rozpuszczalna. W razie, jakby się sprawdził, mieliśmy kupić  w przyszłości lepszy. Pamiętam, że niemal minęłam się z nim w drzwiach wejściowych, kiedy wnosił ogromne pudło do mieszkania.

-Spotkałem po drodze Świętego Mikołaja i zobacz, co kazał Ci wręczyć!

To była radość! Cały czas w pracy myślałam tylko o tym, że jak wrócę, napijemy się kawy. :)

Wróciłam, mój mężczyzna zdążył już przenieść się z ekspresem do siebie. Taki prezent niby dla mnie, ale w sumie stał u niego. Przeczytałam instrukcję, chociaż on był pewny, że wie wszystko bez instrukcji. A prawda, jak to prawda, leżała po środku.

Pamiętam ten smak pierwszej kawy. Te stosy filiżanek, kubków, akcesoriów do spieniania mleka, cukier, łyżeczki. Kawa nie była powalająca. Bardzo mocno palona, w dodatku oboje stwierdziliśmy, że z małej ilości na pewno nie będzie dobra. No to sypnęliśmy podwójną porcję na każdy kubek. Była tak mocna, czarna, smolista, kwaśna, że nie byłam w stanie jej wypić nawet z mlekiem. Ale wspomnienie zostało i to całkiem miłe. A jak waliło mi serce!

Wprawdzie teraz ani ekspresu nie ma (gałka od zmiany ustawień pękła, ekspres zmarł i dostaliśmy zwrot pieniędzy), ani chłopaka (jemu nic nie pękło, żyje nadal). Kto by się spodziewał, miało być inaczej…

Prezenty były bez dedykacji „dla grzecznego X” czy „grzecznej Z”. Ale może lubicie mieć władzę symboliczną i w ramach dedykacji chcecie napisać parę słów? Jeśli brakuje Wam pomysłów, zobaczcie, co w 1966 roku napisała moja Babcia Dziadkowi na okładce „Ocalenia Syrakuz” :)

Od Świętego Mikołaja – Dla niedobrego Męża.

 

6 XII 66r.

That’s life

Uwielbiam małe zaskoczenia. Chwile nagłej nieuwagi, kiedy okazuje się, że świat zmienia się na moich oczach. Zamykam powieki, otwieram. I nagle już jest inaczej, czuję to każdą cząstką swojego ciała.

Czuliście kiedyś mrowienie, spowodowane czekającą na Was niespodzianką, o której nie wiedzieliście nic, poza faktem, że jest? :)

Gorzko-słodkie życie. Odczarowane, oderwane, prawdziwe, chociaż brutalność przeplata się w nim z czułością. Pięknie opowiada o tym książka „101 zabaw filozoficznych” autorstwa  Roger-Pol Droit’a. W niesamowitym przekładzie Elżbiety Urscheler.

Pamiętacie jeszcze słowa:

  • prostota
  • błahostka;
  • oczarować kogoś;
  • marzenia;
  • zdumienie;
  • poszukiwanie?

Facet, który napisał tę książkę, musiał się chytrze uśmiechać przy każdej kolejnej stronie. Nie sposób „pobawić się” we wszystkie zabawy po kolei. Niektóre mogą być wręcz niebezpieczne, niektóre są tak irracjonalne, że czyta się jedną stronę dziesięć razy dla pewności, że naprawdę chodzi o zrobienie „czegoś”.

Do odważnych należy wypróbowanie. Podany jest czas trwania (2-3 minuty), potrzebne materiały (to, co masz pod ręką) i efekt końcowy (odsymboliczniający). Przykład pochodzi z zabawy nr 2 Pozbawić jakieś słowo sensu. :)

Do dzieła. Ja już odsymboliczniłam BUTY (?!?!?), SZNURÓWKI, BALON. Uch. Co za słowa!

Dla mniej odważnych, ale spragnionych literatury pięknej i szalonej, doskonała propozycja do czytania. Lepsze niż kryminały.