Na jesienną chandrę

Oczywiście chandra jest tak głupim słowem, że nawet nie wiem, skąd to mi się bierze (że jestem mitologiczne zwierzę).

Witajcie.

Moje życie znów wywróciło się do góry nogami, a to dobry moment, żeby przysiąść nad blogiem, uzupełnić go o przepisy z ostatnich miesięcy i zrobić w końcu coś dla siebie.
Zrobić coś dla siebie.

Będę liczyć gwiazdy. :)

To moje motto od dłuższego czasu. Zająć się sobą, zaopiekować się tą małą dziewczynką, która domaga się więcej gorącego chleba i więcej ciastek czekoladowych. Do kawy. To już w ramach marzeń mnie obecnej.

Odkrywam się na nowo, a może w ogóle po raz pierwszy w życiu wiem, że prawdą są te wszystkie banały typu „jak weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie, to zobaczysz, jak dużo się zmieni”.

Wzięłam się w garść. W kwietniu wyprowadziłam się od chłopaka, bo nasze relacje przypominały opowieść Anthony’ego de Mello o facecie, który wsiadł do autobusu z wielką torbą. I tak siadł, trzymając torbę na kolanach. Ludzie go pytali, co tam wiezie, a on na to, że bombę. Na to zebrał się tłum i krzyczy” Bomba? To niebezpieczne! Proszę natychmiast włożyć ją pod siedzenie!”.

Ekhm. No właśnie. Miałam dość trzymania bomb pod siedzeniem autobusu.
Czytam bardzo dużo książek. Jestem z tych osób, które wyrabiają polską normę dla kliku osób miesięcznie, więc zawyżam cholerne statystyki. W które po pięciu latach socjologii nie wierzę, bo statystyczny Polak nie istnieje. Ale całego „Przebudzenia” jeszcze nie przeczytałam ze zrozumieniem. To zupełnie jak z „Prorokiem” Khalila Gibrana.

Zresztą, ja uwielbiam książki, które można czytać sto razy i dalej być w nich zakochaną. Uwielbiam je nad wiele, wiele rzeczy. I spraw. Tak na przykład są dla mnie ważniejsze, niż niektórzy znajomi.

I niż masło orzechowe.

I moje niektóre zdjęcia (szczególnie z czasów, kiedy dopiero uczyłam się trzymać lustrzankę w rękach).

I nawet ważniejsze, niż mój ulubiony kubek, który dostałam w prezencie od chłopaka. Kubek jest z cieniutkiej porcelany, wysoki, chudy jak ja i równie piękny. :) A wszystko smakuje z niego lepiej. Całkiem poważnie!

Książki. Jestem zawalona książkami, odkąd się tu przeprowadziłam. W mieszkaniu Maćka i w domu na wsi na wszystko było mnóstwo miejsca. Było więcej pokojów, więcej półek. Nie musiałam mieszać bakalii z foremkami do ciast i kłaść ich obok trzydziestu książek kucharskich. I około dwóch tysięcy przepisów w segregatorach.

I obok podręcznej biblioteczki, takiej złożonej pewnie ze stu pięćdziesięciu książek. Rodzina w domu nie może odżałować do tej pory, że wzięłam tylko część swoich książek, bo ich już się nie mieszczą. Więc jak tylko przyjeżdżaliśmy z Maćkiem samochodem, od razu znajdowały się jakieś kartony z książkami, które na pewno chcę zabrać. :)

Takie życie, pełne przepisów, książek, zdjęć i kolorów.

Nie powiem, brakuje mi wszystkiego. Przede wszystkim, brakuje mi nas z czasów, kiedy wszystko było super i marzyliśmy, żeby się w końcu przeprowadzić na wieś na stałe. Siedzieliśmy w fotelach z Ikei, na gołym betonie, grzejąc stopy na podłogówce i smażąc kiełbaski w kominku.

I było genialnie, cholernie genialnie.

A potem nastąpiło życie, które jak zawsze jest totalnie inne, niż nasze wyobrażenia. A szaleństwo to wciąż robić tą samą rzecz w ten sam sposób i liczyć, że wyjdzie coś innego.

Nawet pan Albert E. to wiedział.

PS. Maciek tego na pewno nie przeczyta. Czytał mój blog tylko na samym początku i tylko przez przypadek, kiedy przy udostępnianiu mu zdjęć z naszego pierwszego (ach, ach. ach) wyjazdu w Karkonosze. Prawie tylko we dwoje. Z jego wspaniałym przyjacielem, który tylko się uśmiechał w BARDZO charakterystyczny sposób i udawał, że szybko zasypia. ;)

A potem… już wiedział, dlaczego robię tyle zdjęć jedzenia. I najwyraźniej na tym poprzestał, bo nigdy nie skomentował nawet słowem moich tekstów na temat budowy, życia, wyjazdów i czegokolwiek.

A jeśli dotrwaliście do teraz, oto nagroda-niespodzianka. Piosenka, której chętnie będę używać jako budzika i będę się przy niej (może?) w końcu gimnastykować. Bo na pewno nie będę uprawiać fitnessu we własnym pokoju! Wystarczy, że mam na parapecie bazylię i rozmaryn.

Piosenka, którą usłyszałam w bacówce równe trzy lata temu. A wczoraj znalazłam małą żółtą karteczkę z nazwą piosenki. I zakochałam się w życiu od nowa!

Dzięki za miłość – uwaga, będzie rzewnie

Groniec. Hey. Kowalska. Paktofonika. Wieczór wspomnień. Jak to się dzieje, że wystarczy jedno spojrzenie, przypadkowe spotkanie, nazwisko przeczytane w internecie, żeby wróciły wspomnienia?

Jak to jest, że siedząc sama w domu, kiedy nikogo nie ma, wraca do mnie wszystko, co działo się przez ostatnie lata? Czyżbym tylko w takich chwilach pozwalała sobie na bycie sobą?

Czytaj dalej

To, co zostało – książka Judi Picoult

Wróciliśmy dziś z tygodniowego wyjazdu na Słowację. Zamiast siedzieć w Karkonoszach tydzień wcześniej i bez grama śniegu, skorzystaliśmy z nadziei na w/w w Niżkich Tatrach. Jechaliśmy wyposażeni po zęby, że się tak wyrażę. Rakiety śnieżne, raki, kijki, odzież na minus dwadzieścia. Wiecie, gotowi na wszystko. Łącznie z zimą, która nas lekko olała. Deszczem i brakiem śniegu w wielu miejscach. W końcu narty i deska wyleciały po drodze na  budowie i zrobiło się więcej miejsca, aczkolwiek smutniej. Bo jak tu cieszyć się zimą bez zimy???

Moja łąkotka cierpi wciąż po jednym bieganiu z początku stycznia, także zamiast nart wzięłam dwie książki. Za To, co zostało Judi Picoult próbowałam się zabrać już pół roku temu. Ale jej książki wymagają pełnego zaangażowania, głowy wolnej od innych spraw i nawet nie było szans czytać w wirze budowy. Teraz się udało. I to jak!

Picoult pisze barwnie. Najprawdopodobniej ma jednego dobrego tłumacza w Polsce (ewentualnie dwóch?), bo wszystkie książki wciągają mnie bez reszty i jednakowo podniecają mój umysł stylem. Tym razem temat o tyle makabryczny, o ile niestety prawdziwy. Holocaust.

Jak i gdzie indziej, kilku głównych bohaterów opowiada kilka historii, które splatają się w opowieść niezwykle realistyczną. Babcia, która przeżyła Auschwitz; SS-man, który zabił tam pewnie setki więźniów (niekoniecznie własnymi rękami); wnuczka-piekarka, która nie radzi sobie po tragicznym wypadku; agent FBI, który zostaje powołany do pewnej dziwnej sprawy…

Nieprawdopodobne, jak ta książka trafia do mnie. Przeczytałam ją w trzy dni. Nie potrafię przestać o niej myśleć, analizuję zaskakujące zwroty akcji. Trzy noce śniła mi się jej akcja częściowo w innych realiach. Jedni ludzie męczyli innych, ktoś polewał oprawców rozwodnionym wapnem gaszonym z trucizną. Horrory we śnie, horrory w książce. I naga prawda o naturze ludzkiej.

Polecam serdecznie. Przyznam, że nie byłam nigdy na terenie żadnego obozu koncentracyjnego. Czasem jeździmy na budowę przez Oświęcim i mijamy obóz, ale zawsze budził we mnie zbyt wiele sprzecznych i trudnych uczuć, żebym się tam wybrała. Po tej książce patrzę inaczej. Historia opowiedziana przez jednostkę (choćby wymyślona, ale przecież jakże prawdziwa) zmienia perspektywę. Uczucia, emocje, żal, gorycz i nadzieja. To nie ma nic wspólnego z traumą narodową. To życie jednej osoby, z jej pięknymi i strasznymi stronami. Ta, Która Przeżyła.

Ile w nas dobra, a ile zła? Każda książka Judi Picoult zostawia wyrwę w moim myśleniu. Potrzebuję czasu, żeby spojrzeć na świat swoimi oczami. Pytania – filozoficzne, ale cholernie życiowe – nasuwają się same.

I… Kto tu jest potworem?

Wyznanie na miarę wieczoru (dla widzów o mocnych nerwach)

Gdybym zebrała ilość kilometrów, jaką przejechałam w ciągu ostatniego roku (liczonego od maja 2012 do końca kwietnia 2013), to mogłabym spokojnie doliczyć się dobrych kilku tysięcy. A może zahaczyłabym i o dziesięć. Ale co tam, nie o liczeniu miało być. Tak mnie tylko naszło w związku z tym, że wczoraj pojechaliśmy z Rodzicami do Krakowa, a dziś wróciliśmy. I mamy kolejne czterysta kilometrów do wpisania na listę podróżniczą.

Jestem w trakcie czytania genialnej książki. Naprawdę genialnej. Dawno nie pisałam o niczym, co czytam, a wchłonęłam sporą porcję literatury. To jest jednak na tyle wyjątkowa lektura, że jest w moim umyśle stale, odkąd po nią sięgnęłam.

Ekhm. Poczynię teraz wyznanie, które może mnie pogrążyć. Proszę być przygotowanym.

Czytaj dalej

Polowanie na motyle

Nie ma przypadków w życiu. Piszę to z ciężkim sercem, ale zarazem z nadzieją. Nie chcę dopuścić do siebie myśli, że „cherlawy los tak chciał”, albo że „splot cholernie wkurzających okoliczności” tak zdecydował. Nie! Nie! Nie! Parówkowym skrytożercom mówimy stanowcze trzy razy NIE.

Istnieje coś więcej, niż tylko przypadek. Harmonia świata, równowaga sił. Boskie dzieło nie może być idealne, bo perfekcjonizm prowadzi do szaleństwa. Dlatego na koniec powstał człowiek i mówiąc po ludzku, zastanowił się jak Henryk Goryszewski w przemowie do premiera: Co by tu jeszcze spieprzyć panowie, co by tu jeszcze spieprzyć?


Nieprzypadkowe rozmowy z ludźmi, którzy wiedzą o mnie więcej, niż ja sama. Niesamowite.

Rozmawia ze mną E. i słyszę swój wewnętrzny głos. A może też wewnętrznego błazna, który potrafi pocieszyć, chociaż Ona czasem nie wie nawet, dlaczego znów płaczę w słuchawkę. Ale jest. I właśnie przysłała sms-a. Telepatia, nie ma co.

Dyskutuję z B. i widzę siebie taką, jaka jestem, bo On zna mnie zbyt dobrze, żebym mogła siebie oszukiwać. Wystarczy, że spojrzy i już wiem, że wie, że ja wiem.

Kolejne genialne pomysły powstają na odległość, kiedy powietrze wibruje od dobrej energii K. Ta kobieta ma siłę na realizację swoich marzeń. Nawet nie wie, jak bardzo Ją za to podziwiam!

Nagle dostaję długą wiadomość od P. Uwielbiam to. I wiem, że jako systematyczny człowiek, nie przeczyta tego wpisu od razu, bo ma teraz zbyt mało czasu, a lubi porządek i czyta po kolei. Więc może w kwietniu dowie się, jak bardzo podnosi mnie na duchu.

Bez wątpienia trzeba wspomnieć jeszcze o G., która pamięta więcej ode mnie i jeszcze się nie zdarzyło, żeby było inaczej. Jak śmiać się z czegoś, to zdecydowanie z nią. Kto potrafi wyprodukować tyle pomysłów z niczego? I kto inny potrafi sprawić, że zamiast spać, śmieję się przez pół nocy z jednego zdania.

I jeszcze parę innych osób, które zmieniają świat wokół mnie.

Przyjaciele są jak nasze drugie ja. Ale siebie możemy nie dopuścić do głosu, a słuchając Przyjaciół, możemy nie mieć wyboru, bo i tak przekrzyczą naszą głuchą i niemą ciszę. God bless (the) Friends!*

Jakoś nie bardzo wierzę ludziom, którzy mówią, że mają dziesiątki wspaniałych przyjaciół. Czy można się dzielić swoim życiem z dziesiątkami ludzi? Opowiadać im najpiękniejsze, najtrudniejsze, najbardziej ekscytujące chwile swojego życia? Ilu z nich jest faktycznie naszymi przyjaciółmi, a dla ilu tylko my jesteśmy przyjaciółmi i kiedy przychodzi co do czego, nagle znikają, nie mają czasu, są Ludźmi-O-Bardzo-Napiętym-Harmonogramie?

Jestem. Co ma się bardziej liczyć?

- Wiem to wszystko. I mam gdzieś, co sobie myśli i mówi o mnie grono nieznajomych. Czy też wiem, że powinnam mieć to gdzieś. Określ się poprzez opinie innych, a nigdy się nie określisz, zawsze będziesz jak nieszczęśliwy wiatrowskaz. Jednak nie mogę znieść litości. I nie mogę… cóż, miałaś rację, Evie, Nie mogę przestać się zastanawiać, czy coś w tym jest.

- Ależ, Grace, zawsze jesteś pewna… wszystkiego.

- Tylko dlatego, że nie chodzę z transparentem „Twarde suki też mają wątpliwości”, nie znaczy, że ich nie mam. Mam nawet uczucia. Czym niby jestem, pustą ścianą czekającą na graffiti?

Marika Cobbold, Polowanie na motyle

* bez tego the jakoś tak łyso było.

Aha! Do 12 marca można głosować w plebiscycie Srebrne Usta! Wejdźcie na stronę i posłuchajcie. Ja już mam swojego faworyta.