W tym szaleństwie jest metoda

Człowiek jest w stanie znieść sporo trudów, podjąć się wielu wyrzeczeń i doprowadzić świat do szaleństwa, żeby tylko udowodnić sobie, że jest normalny.

W Boże Narodzenie (tak, to było całkiem dawno) przyszła pora na leniwy film, żeby zapchany żołądek mógł sobie spokojnie trawić. Wyjęłam z pudełka film Lars and The Real Girl. Na Filmwebie napisali, że to podobno dramat i komedia. Wkurzające jest to ciągłe etykietowanie. Film to film, sama sobie o nim wyrobię zdanie i moim zdaniem, to ani komedia, ani dramat nie jest. To drugie bardziej nie jest, niż to pierwsze jest.

Film jest o facecie z dalekiej, europejskiej Północy. Takim trochę zagubionym, żyjącym we własnym świecie. Ale to, czego tam brakuje, to zwyczajna bliskość drugiej osoby. Nawet gdyby świat na zewnątrz przewrócił się do góry nogami i zrobił wszystko dla Larsa, on dalej żyłby jak odludek w garażu.

Do czasu. Na horyzoncie pojawia się Bianka. To trudna miłość, w ogóle nie zrozumiana początkowo przez resztę społeczności z miasteczka. Misjonarka, pielęgniarka, w dodatku wyzywająco ubrana. Zjawia się w paczce, przywiezionej przez kuriera i dopiero tutaj zaczyna się życiowy roller coaster.

Bo Bianka jest trochę inna. Jakby nieprawdziwa? Niewiele mówi. Prawdę mówiąc, nikt poza Larsem jej nie słyszał. Ale jak każdy (człowiek) ma uczucia, potrzebuje zrozumienia, odpoczynku, czułości i akceptacji. Chociaż to tylko wielka lalka.

Piękna opowieść o potrzebie zwyczajnej miłości. Nie ma tu nic z hollywoodzkiej sztuczności, wielkich kaskaderskich popisów i furmanek pieniędzy. Jest za to dużo tolerancji dla bliskich, jest wielka dawka humoru i całkiem sporo zakręconych bohaterów. Jeśli komuś nie przeszkadza ZWYCZAJNE życie, widziane oczami innych, będzie wspominał film z uśmiechem.

Kiedy oglądam Olly’ego Mursa w piosence Busy, od razu przypominam sobie Larsa i jego perypetie.


We don’t wanna hear
The real world passing by
Saying that we’re crazy

;)

 

————————————————————————–

Wrzuciłam wczoraj tekst o kolei. A dziś koło południa dowiedziałam się, co się stało pod Szczekocinami. Katastrofy masowe są tak przerażające, że samo słuchanie o tym powoduje jeżenie się włosów. Współczuję wszystkim, którzy stracili wczoraj bliskich albo ucierpieli. Mam tylko takie wrażenie, że nadużywamy żałoby narodowej. Bo w każdy weekend giną ludzie i nieraz ginie ich dużo więcej… a jakoś żałoby nie ma. Czy to znaczy, że śmierć jednych jest ważniejsza, a śmierć innych nie??? To z jednej strony pokrzepiające, że Prezydent był na miejscu i mówił o solidarności. Ale ile w tym prawdziwego współczucia i wrażliwości, a ile medialnych półprawd? Nie mnie oceniać.