Sałatka grecka – przepis podstawowy

Pewnie każdy ma swój pomysł na taką sałatkę. Mój Mężczyzna mówi, że od zawsze „tak ją robi”, jak przypadła mi najbardziej do gustu. Nie tylko dlatego, że potrafił przynieść dla mnie w góry, ciężką zimą (!) wszystkie składniki na plecach razem z dwudziestoma kilogramami innych cudownych rzeczy, w tym nawet puchowej kołdry.

Ale też dlatego, że po raz pierwszy zobaczyłam tak wspaniale grubo pokrojone kawałki warzyw plus mnóstwo pysznej fety i świeża bazylia.

Czytaj dalej

Prosta tarta z owocami

Prawdziwa letnia tarta – cienki, lekko czekoladowy spód, dużo owoców i bita śmietanka do podania. Prostota w każdym calu.

Jeśli tak, jak ja, jesteście wielbicielami kruchego ciasta, to propozycja specjalnie dla Was. :)

Tarta z owocami – przepis

Czytaj dalej

Rustykalna tarta pomidorowa z bakłażanem i kiełbaskami – przepis

Wyglądam z okna na świat. Nie ma tam już moich ulubionych pól i lasu. Jest ulica, przy której stoją bloki. Chodnikiem idzie dziewczyna, trzymając w ręku różowy papierek ze złotkiem. Zajada czekoladę. Kawałek po kawałku. W przeciwną stronę jedzie na rowerze chłopak i długo jej się przygląda. Nawet odwraca głowę, kiedy ją mija, żeby jeszcze chwilę ją widzieć.

Każdy odnajduje przyjemność w czymś innym. Ja dziś odnalazłam w gorącej tarcie z bakłażanem, kiełbaską i pomidorami. Zapraszam na kulinarną ucztę, która po wyjęciu z piekarnika kusi zmysły, niczym włoska pizza.

Czytaj dalej

Zupa z jarmużem i kalarepką

Lato. Ten zapach łąk i lasów rozgrzanych słońcem. Ta soczysta zieleń warzyw, cudowna kruchość owoców. I smak, bez porównania z czymkolwiek.

Można mieć lato cały rok w słoikach, mrożonkach i innych przetworach. Ale nigdy nie będzie tak wspaniałe, jak właśnie teraz. Jeszcze są warzywa typowo letnie, a już sporo jesiennych. Czyli – pora na pyszną, lekką i letnią zupę.

Będzie się gotowała powoli. Nigdzie nie trzeba się spieszyć. Ani z niczym. Doskonała, żeby celebrować chwilę. Kroić z radością i cieszyć się. Że jest co jeść i że wszystko takie pyszne i świeże.

Zupa z jarmużem i kalarepką

Czytaj dalej

Jeść, czyli o nienasyceniu chronicznym (sałatka letnia)

Mogę stać nad kuchenką i śpiewać: Nienasycenie do nieba strąca mnie.  Niestety, nie dla mnie są chwile wytchnienia. Od zmysłów odejdę, nie znajdą mnie. Aniele mój, niech zgaśnie me nienasycenie.

Kiedy panowie od docieplenia powiedzieli na arbuza, że oni tego nie jedzą, pomyślałam sobie: JAK TO? Upał był prawie plus trzydzieści stopni, a arbuz był prosto z lodówki. Zostaliśmy z nim sami we dwójkę i nie narzekaliśmy.

Czytaj dalej

Łososiowy jest po prostu żywot mój

Piękny tytuł, nie ma co.

O łososiu jest na końcu, zainteresowanych przepisami zapraszam sporo niżej. A teraz małe podsumowanie. Mogło być większe, a i tak doprowadziłam je do daleko idącej syntezy. Antytezy. Entropii. I sublimacji.

Gorąco (!) pozdrawiam Was z Warszawy. Upał jak się patrzy, wycieczki rowerowe zaliczone, otwarty basen na Saskiej Kępie to rewelacja – odwiedziłam dziś i można wleźć na cały dzień. Można wchodzić, wychodzić, od 10-tej do 19-tej za 15 złotych. Już nie wiem, czy bardziej się  nazwiedzałam, opaliłam, czy zdarłam sobie nogi w nowych butach.

Tak to jest, jak zamiast siedzieć spokojnie na tyłku, ja wolę pozwiedzać, przejechać dziennie trzydzieści czy czterdzieści kilometrów i potem płakać na blogu, jak to mnie d**a boli. O nogach nie wspominając. :)

 

  1. Pegazy na Placu Krasińskich przed gmachem Biblioteki Narodowej. Ustawione w 2008 roku w ramach obchodów Roku Herberta, stoją do dziś i cieszą oczy. Jest ich więcej, full kolor, nie tam jakieś black and white.
  2. Ścieżka rowerowa na Wale Miedzeszyńskim. So cute! Czyli jeszcze nie widziałam, żeby ktoś z taką pieczołowitością obmalował słupki i w ten sposób oznaczył teren wyłączony z ruchu na ścieżce.
  3. Dążenie do ideału najwyraźniej nie poszło w parze z ortografią. Tak raziło w oczy, że aż się płakać chciało. Pozostaje wierzyć, że to specjalnie w Loesje tak  ktoś wymyślił.
  4. Opuszczona zjeżdżalnia przy wale wiślanym. Wygląda jak porzucone dziecko dinozaura.
  5. Fontanna na Skwerze im. I Dywizji Pancernej lub też przy Multimedialnym Placu Fontann. Wieczorami można tam obejrzeć pokazy Woda – Światło – Dźwięk. Podobno super, tylko regularnie zapominam, że chcę się tam wybrać na taki pokaz. Na razie moczyłam tam nogi. Też niezłe wrażenie.
  6. „Gdański” bar mleczny, który miałam przyjemność odwiedzić już dwa razy. Mają świetne blinki z jabłkiem, niezłe knedle ze śliwkami i naprawdę dobrą pomidorową. Więcej nie próbowałam, ale ceny są takie typowo jak w barze mlecznym – niewysokie. A klimat jest bezcenny. Ten zapach. To menu. Ten wystrój!
  7. Zegar na Rynku Mariensztackim czy to może już na ulicy Sowiej. Takie miejsce w samym centrum, które zupełnie nie wygląda na samo centrum. Cisza, spokój, knajpka, koniec drogi, mała fontanna. Dobre miejsce do siedzenia z książką, chociaż leży pod samą trasą W-Z.
  8. I jeszcze raz klimat Baru Gdańskiego przy ulicy Andersa. Nie zapomnijcie zajrzeć na obiad.

 

Siedzę tu już praktycznie od tygodnia, z małą przerwą na wspaniałą zabawę pod Krakowem na weselu kolegi. Opis rosołków i innych elementów byłby totalnie nudny (ile można zachwalać jedzenie), także daruję sobie. Liczyła się zabawa, śmiech, radość. I przede wszystkim – świetne towarzystwo. W trakcie wesela poznałam kolejne osoby warte wspomnienia, ale nie mogę zdradzić Wam tematów rozmów, chociaż bardzo bym chciała. To by brzmiało tak niewiarygodnie i dziwnie w formie pisanej, że tym razem sobie daruję. To mniej więcej coś w tym stylu, jakbym teraz spytała Was ni stąd, ni zowąd, czy coś ukradliście, a Wy byście mi zaczęli wyznawać, że tak, że w dzieciństwie wafelka kokosowego czy gumę Turbo. No nie wiem, tak sobie zmyślam teraz.

Zachowam się teraz jak IMGW i wydam ostrzeżenie. NIE ŁAPCIE BUKIETÓW Panny Młodej! Grozi to uszczerbkiem na zdrowiu duszy i ciała. Serio. Tak właśnie się wydarzyło tym razem i moja Przyjaciółka wróciła z wesela z bardzo mocno stłuczonym palcem. Całą noc obkładała go lodem, a rano myślałyśmy tylko tym, czy jest złamany, czy nie.

Zobaczyłam tam też Człowieka-Zombie. Rozkminialiśmy dziś ze znajomym, jak dochodzi do sytuacji, że człowiek wygląda, jakby równocześnie rozjechał go pociąg, walec drogowy go nie zauważył i służył za worek treningowy przed meczami bokserów? Ale prawdziwa przyczyna jest mi dalej nieznana. Pod koniec zabawy miałyśmy ochotę z koleżanką poprosić fotografa o zdjęcie z tym kelnerem, ale w końcu sobie darowałyśmy. Do tej pory nie widziałam jeszcze człowieka z tak ponurą, a jednocześnie obojętną i odpychającą miną, który miałby ruchy robota. I sprawiał wrażenie człowieka siłą odratowanego ze statku kosmicznego. Ale już po wyssaniu części mózgu.

Kiedy tylko podchodził do naszego stolika, od razu odwracałyśmy z przyjaciółką głowę, jak jakieś dzieciaki, bo nie mogłyśmy się opanować ze śmiechu. Człowieka bawią różne rzeczy… Śmieszno i straszno. Ten facet był mniej więcej z tej samej bajki, co te kobiety, spotkane kiedyś na Węgrzech. Tyle, że one specjalnie, a on bezwiednie.

Za to jak już urządzam wieczór skarg i zażaleń, to napiszę, że mam KAŻDY palec u nogi obdarty. I pięty też. Każdą z obu stron. Jedne bolączki od butów na wesele, inne od tych, które ubrałam po weselu, inne od sandałów, a jeszcze inne wzięły się z bliżej niezidentyfikowanej przyczyny i nie robią tu żadnej różnicy. Przynajmniej mnie nie robią, bo i tak jestem żywą reklamą plastrów.

W sumie mogłabym owinąć sobie całe stopy bandażem elastycznym. Nie  dość, że efekt byłby piorunujący, toą jeszcze oszczędziłabym sobie głupiej roboty z każdym palcem i piętą. Tylko wtedy już nie wcisnę żadnych butów.  Zresztą, co to kogo obchodzi, ile kilometrów bandaża mam na sobie. Najwyżej spuchną mi odnóża dolne i tyle. A w góry będę szła na rękach. Zaczynam trenować. Szukajcie dobrego ortopedy.

********************

A gdybym miała napisać coś tylko o dzisiejszym dniu… Spędziłam go bardzo przyjemnie. Częściowo w zimnej wodzie basenu, a w dużej mierze ze znajomym z pracy. Siedząc w barze mlecznym nad blinkami z jabłkiem i nad knedlami. Zwiedzając miejsca pamięci z czasów II Wojny Światowej i przemierzając parki w środku miasta. Co to było za spotkanie. Czas leciał jak szalony, a tematów do rozmów nie brakowało. Spotkać Człowieka, który rozumie, co myślę. Który zna nazwiska socjologów, antropologów, filozofów. Który zajmował się wieloma różnymi zadaniami. A mimo to rozbrajająco szczerze mówi, że jest początkującym gitarzystą, perkusistą, uczniem sztuk walki i tak dalej. Szumi magia, dźwięczy dziecięca radość, szemrze uśmiechnięta prostota.

Wróciłam. Gdzieś niedaleko ktoś słuchał Stairway to heaven. Kiedy ja to słyszałam…

There’s a feeling I get when I look to the west,
And my spirit is crying for leaving.
In my thoughts I have seen rings of smoke through the trees,
And the voices of those who standing looking.
Ooh, it makes me wonder,
Ooh, it really makes me wonder.

And it’s whispered that soon if we all call the tune
Then the piper will lead us to reason.
And a new day will dawn for those who stand long
And the forests will echo with laughter.

If there’s a bustle in your hedgerow, don’t be alarmed now,
It’s just a spring clean for the May queen.
Yes, there are two paths you can go by, but in the long run
There’s still time to change the road you’re on.
And it makes me wonder.

Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie piosenkę Crimsona. Epitah. Dlaczego tak często spotykam fantastycznych ludzi, których potem już nie mam okazji widzieć, słyszeć, z którymi nie mam jak spędzać czasu? To nie pierwsza taka sytuacja. Tak jakbym miała tylko jedną szansę na każde spotkanie. Reszta jest zawsze ogromnym niedopowiedzeniem. Albo nieplanowanym skutkiem zaplanowanych działań. Jakby mój świat miał się składać z wielkich puzzli, które do siebie idealnie pasują, ale każdy ma inny obrazek. Jedno spotkanie, jeden element układanki. Pstryk. Jedziemy dalej. Następne spotkanie i tak dalej. Budzi się we mnie wulkan goryczy. Dlaczego tak się dzieje?

Ludzie są, są, są. Potem ich spotykam i nagle ich nie ma. Wyjeżdżają, znajdują pracę gdzie indziej, wracają do siebie, przeprowadzają się i tak dalej. A może to kwestia podróżowania. Jakbym siedziała w jednym miejscu, to nie poznałabym nikogo i nie miała takich problemów. Whatever.

Cokolwiek przez to rozumiecie, prawdopodobnie będziecie się mylić. ;)

 

Łosoś

Kurczę (czyli, że nie ryba), mózg mi się lasuje od tych upałów. Albo piszę notatki na kilkaset słów, a w tytule szumnie zapowiadam coś dobrego, albo piszę tytuł zupełnie niekulinarny i wrzucam kilka przepisów naraz. Żadna różnica. Przepis na łososia wygrzebałam bez większego trudu na stronie Food&Wine. Mają tam niezłe pomysły, a w dodatku na tyle dobre, że nie miałam ochoty niczego zmieniać. Smaki skonstruowane specjalnie pode mnie. I pod aktualną promocję w markecie.

Podam Wam te składniki, które sama wykorzystałam. W razie jakby co, możecie zajrzeć do oryginału ↑↑↑.

Smażony łosoś z pomidorowym winegretem

Czas przygotowania: 30 minut (naprawdę!) | Trudność: łatwe (niewiarygodnie wręcz, robi się samo)

Składniki:

  • 4 duże, dojrzałe pomidory
  • 1 duża młoda cebula, posiekana
  • 1 łyżka kaparów, odsączonych
  • 2 łyżki czerwonego octu winnego
  • sól kuchenna i gruboziarnista
  • oliwa z oliwek
  • 4 kawałki łososia, ucięte z filetu ze skórą
  • świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżeczka ziaren kuminu lub 1/2 łyżeczki zmielonego
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 2 czubate łyżka posiekanej natki pietruszki
  • 2 czubate łyżki porwanej bazylii

 

Przygotowanie:

  1. Rozgrzać piekarnik do 220°C.
  2. Pomidory pokroić na ósemki, wymieszać w misce z posiekaną cebulką, kaparami, octem winnym i mniej więcej 3/4 łyżeczką soli kuchennej. Odstawić.
  3. Rozgrzać dobrze patelnię nieprzywieralną (najlepiej nadającą się do piekarnika). Łososia obsypać solą i pieprzem. Na patelnię wlać 2 łyżki oliwy, włożyć łososia skórą do góry i obsmażyć na złoto-brązowo przez 3 minuty. Następnie odwrócić skórą do dołu i wstawić do piekarnika na 7-10 minut, zależnie od wielkości filetów. Przełożyć na talerze i zlać z patelni tłuszcz.
  4. Tę samą patelnię postawić na średnim ogniu, włożyć na nią pomidory, kumin, olej rzepakowy i 2 łyżki oliwy z oliwek. Gotować przez dwie minuty, aż pomidory zmięknną, odrywając w tym czasie wszystkie resztki, które przywarły do patelni. Rybę polać gotową mieszanką, posypać pietruszką i bazylią. Podawać od razu.

 

Pyszne. Szczególnie z miętową herbatką, zaparzoną z mięty zrywanej w swoim ogródku.

Wojna z rzeczami (krem mascarpone)

Naleśniki z konfiturą mają przeważnie niedobry charakter. Zachowują się tchórzliwie, a zarazem podstępnie i dla głębszych spraw nie mają zrozumienia. Często płaczą (a wiadomo, że nie ma nic gorszego, niż płaczący naleśnik), a gdy się tylko odwrócić – śmieją się złośliwie. Robią też wiele nieoczekiwanych psot, które ludziom psują humor.

Leszek Kołakowski, 13 bajek z królestwa Lailonii dla dużych i małych.
Bajka: Walka z rzeczami.

Żeby naleśniki nieco przebłagać i przekabacić na naszą stronę, dodajmy do ich krnąbrnej natury trochę pysznego kremu z mascarpone. Złagodnieją, będą potulne jak baranki i w dodatku nabiorą nieznanego dotąd smaku, od którego nie będziecie chcieli się uwolnić.

Na zdjęciu widać małą ilość kremu, ale w  rzeczywistości nałożyłam go przynajmniej trzy razy tyle.  W upale trzeba postępować ostrożnie z robieniem zdjęć naleśnikom. W ich naturze nie leży długotrwałe pozowanie. A krem wychodzi albo rzadki jak sos, albo gęstszy od bitej śmietany. Wybór zależy tylko od Waszych pragnień.

Naleśniki z kremem mascarpone i owocami

 

Składniki:

  • naleśniki, na przykład z tego przepisu, z dodatkiem łyżki cukru
  • krem mascarpone
  • owoce sezonowe.

Zimne naleśniki przekładać kremem i owocami. Ozdobić miętą lub posypać cukrem pudrem lub startą czekoladą. Można polać lemon curd (przepis znajdziecie tutaj) i ozdobić świeżą miętą.

Smacznego!

Krem mascarpone

Trudność: łatwe | Czas przygotowania: 5 minut | Ilość porcji: na około 10 naleśników

Składniki na krem / sos:

  • 2 żółtka
  • 2 / 3 płaskie łyżki cukru pudru
  • 375 g / 250 g mascarpone
  • 200 ml śmietany kremówki 30% / 200 ml śmietany 18%
  • dodatkowo skórka z cytryny

 

Krem:

Ubić żółtka z 2 łyżkami cukru pudru, aż powstanie gęsta piana. Osobno ubić schłodzoną śmietankę kremówkę. Do żółtek dodać 375 g mascarpone (i skórkę z cytryny), zmiksować do wymieszania składników. Delikatnie dodać bitą śmietanę, lekko wymieszać. Schłodzić, przechowywać w lodówce.

Sos:

Ubić żółtka z  3 łyżkami cukru pudru, aż powstanie gęsta masa. Dodać 250 g mascarpone i 200 g śmietany 18%. Dobrze wymieszać, na końcu dodać skórkę z cytryny. Schłodzić, przechowywać w lodówce.

Ten naleśnik na przykład miał wredną naturę i nijak nie szło zrobić mu ładnego zdjęcia, chociaż krem w środku był tak dobry, że niemal weszłam z obiektywem w środek talerza.

Drogie Łakomczuchy. Co do książki Leszka Kołakowskiego, wspomnianej na początku, może da się ją jeszcze gdzieś znaleźć w antykwariatach lub na ulicznych straganach. Jeśli dokonacie tej sztuki, traficie na nią w bibliotece, na półce u przyjaciół czy sprowadzicie zza oceanu, to zajrzyjcie właśnie do bajki Wojna z rzeczami. Najbardziej kulinarna ze wszystkich. A jako, że to bajka, jest nawet morał na końcu!

:)

Maraton i tapenade

Przejechałam dziś jakieś 55 kilometrów rowerem, jeśli wierzyć mapom z Googla. Z czego dwadzieścia zrobiłam totalnie niechcący, bo miałam ochotę sprawdzić, dokąd dojadę Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Nigdy nie przejeżdżałam go rowerem i dziś już wiem, dlaczego. Kiedy jadąc w różne strony, po raz trzeci wyjechałam w tym samym miejscu Północnej Pragi, a zaczęło zmierzchać, spytałam w końcu jakąś kobietę, gdzie jestem i jak mogę się dostać do innej części Warszawy.

Jak usłyszała, skąd jadę i dokąd, i ile razy jechałam już tymi samymi ulicami, zrobiła taką minę, jakbym co najmniej rozmawiała z nią na wylotówce do Gdańska, gdzieś w okolicach Łomianek. A tymczasem wystarczyło wrócić kolejny raz niemiłosiernie długą, ale w miarę prostą drogą, omijając wykopy (nasza stolica będzie mieć dumną drugą nitkę metra, więc pół miasta jest nieprzejezdne) i już dotarłam do miejsc, które rozpoznaję, czyli pod Stadion Narodowy. Po Euro2012 to już pewnie 99.9% Polaków go rozpoznaje.

Warszawa mnie bardzo zaskakuje. Moje nogi też to czują. Na pewno nie stracę kondycji przed wyjazdem w góry. A myślałam, że będę łączyć pracę z nieco mniej aktywnym wypoczynkiem. :P

Ale jaki dobry obiad dziś sobie zrobiłam. Prosty, niewyszukany, chociaż może część składników dość oryginalna. Wszystko, zapewniam, pasowało do siebie. Pomimo początkowego poczucia, że wcale niekoniecznie.

 

Smażony makaron z tapenade, indykiem, pieczonym oscypkiem i pomidorową sałatką z sosem balsamicznym

 

Królewna, jestem pewna!

To cytat z bardzo, bardzo starej rozmowy przy obiedzie u mnie w domu. A dziś ja tak mówię o sobie. Może pójdę oddać krew, to się okaże, czy mam błękitną?

Zwiedzałam Łazienki Królewskie i kiełkowała we mnie myśl, że, kto wie, może ze dwadzieścia pokoleń wstecz nie było tylu Polaków i jestem jednak JAKOŚ spokrewniona z królem Stanisławem Augustem? Mamy podobny gust, ja też uwielbiam piękne wnętrza. Gdyby się okazało, że jesteśmy rodziną, to mówicie mi Królewno. Marzenie każdej niegdysiejszej dziewczynki. Być królewną…

(oczywiście: dawno dawno i daleko daleko) I potem trafia się królewicz, który po Bardzo Długim Pocałunku Na Dobranoc zamienia się w ropuchę. A królewna podróżuje na barkach jeża super-Hedgehog-mana i zwiedza świat. Ale jeż postanawia w końcu zostać w magicznym lesie, bo spotkał tam kolegę Kulawego Konia.

Coś  poprzekręcałam. Bajki dla Potłuczonych normalnie.

Co to są za bajki, aż się wierzyć nie chce
Może je napisał Franz Kafka po setce
Czy może Andersen mocno już zmęczony
Te bajki dla potłuczonych.

Tak. Być królewną. Ja bym nawet mogła całe te Pałace na Wyspie, na Wodzie i każdy inny zostawić państwu na chwałę i dumę. Mnie wystarczy, jak przekażą mi w spadku taką śliczną, porcelanową filiżankę jak do espresso, którą widziałam w Pałacyki Myśliwieckim )albo w Białym Domku?) na piętrze. Dziś już takich nie robią. A ja bym na pewno zrobiła z niej dobry użytek. A tak – stoi niemal zapomniana za szybką i mało kto poświęca jej uwagę.

Jest na to jeden sposób. Zrobię tak, jak w Bajce Sikory o Szewcu Dratewce (Sposoby Dratewki – bajka o smoku). Tylko skąd wziąć smoka? I króla?

Zadanie skazane na porażkę. Coś o tym napisał nawet sam Mistrz Sikora, jakby przeczuwając moje myśli. Oto jego słowa, jak sobie radzić w takich sytuacjach:

Nabrać jak najwięcej życiowej mądrości. To bezcenna wiedza o wysiłkach, których nie warto podejmować, o ludziach, na których nie można polegać, o dupie wyżej, której nie podskoczysz. Dzięki mądrości życiowej udaje się osiągnąć ten stan zniechęcenia, w którym człowiek przestaje się wygłupiać i porywać z motyką na kartofle. Kartofle są w sklepie za złotówkę!

Mam nadzieję, że pomogę tym artykułem osiągać świadome stany beznadziejnej egzystencji wszystkim tym, którzy tego zapragną i ochronię ich od przypadkowego sukcesu.

Źródło tej bezcennej wiedzy wypływa stąd:  www.sikora.art.pl. Warto zajrzeć.

Właściwie to chciałabym jeszcze mieć chociaż taki jeden holenderski kafelek. W kuchni. Taki ręcznie malowany, biały z niebieskim wzorem. To znaczy z historią opowiedzianą rysunkami. Każdy kafelek był inny!

Piosenka na koniec. Taka o królewnie i księciu, co to od pocałunku się przepoczwarzyli. And I’m so sad, like a good book, I can’t put this day back. A sorta fairytale with you.