Łososiowy jest po prostu żywot mój

Piękny tytuł, nie ma co.

O łososiu jest na końcu, zainteresowanych przepisami zapraszam sporo niżej. A teraz małe podsumowanie. Mogło być większe, a i tak doprowadziłam je do daleko idącej syntezy. Antytezy. Entropii. I sublimacji.

Gorąco (!) pozdrawiam Was z Warszawy. Upał jak się patrzy, wycieczki rowerowe zaliczone, otwarty basen na Saskiej Kępie to rewelacja – odwiedziłam dziś i można wleźć na cały dzień. Można wchodzić, wychodzić, od 10-tej do 19-tej za 15 złotych. Już nie wiem, czy bardziej się  nazwiedzałam, opaliłam, czy zdarłam sobie nogi w nowych butach.

Tak to jest, jak zamiast siedzieć spokojnie na tyłku, ja wolę pozwiedzać, przejechać dziennie trzydzieści czy czterdzieści kilometrów i potem płakać na blogu, jak to mnie d**a boli. O nogach nie wspominając. :)

 

  1. Pegazy na Placu Krasińskich przed gmachem Biblioteki Narodowej. Ustawione w 2008 roku w ramach obchodów Roku Herberta, stoją do dziś i cieszą oczy. Jest ich więcej, full kolor, nie tam jakieś black and white.
  2. Ścieżka rowerowa na Wale Miedzeszyńskim. So cute! Czyli jeszcze nie widziałam, żeby ktoś z taką pieczołowitością obmalował słupki i w ten sposób oznaczył teren wyłączony z ruchu na ścieżce.
  3. Dążenie do ideału najwyraźniej nie poszło w parze z ortografią. Tak raziło w oczy, że aż się płakać chciało. Pozostaje wierzyć, że to specjalnie w Loesje tak  ktoś wymyślił.
  4. Opuszczona zjeżdżalnia przy wale wiślanym. Wygląda jak porzucone dziecko dinozaura.
  5. Fontanna na Skwerze im. I Dywizji Pancernej lub też przy Multimedialnym Placu Fontann. Wieczorami można tam obejrzeć pokazy Woda – Światło – Dźwięk. Podobno super, tylko regularnie zapominam, że chcę się tam wybrać na taki pokaz. Na razie moczyłam tam nogi. Też niezłe wrażenie.
  6. „Gdański” bar mleczny, który miałam przyjemność odwiedzić już dwa razy. Mają świetne blinki z jabłkiem, niezłe knedle ze śliwkami i naprawdę dobrą pomidorową. Więcej nie próbowałam, ale ceny są takie typowo jak w barze mlecznym – niewysokie. A klimat jest bezcenny. Ten zapach. To menu. Ten wystrój!
  7. Zegar na Rynku Mariensztackim czy to może już na ulicy Sowiej. Takie miejsce w samym centrum, które zupełnie nie wygląda na samo centrum. Cisza, spokój, knajpka, koniec drogi, mała fontanna. Dobre miejsce do siedzenia z książką, chociaż leży pod samą trasą W-Z.
  8. I jeszcze raz klimat Baru Gdańskiego przy ulicy Andersa. Nie zapomnijcie zajrzeć na obiad.

 

Siedzę tu już praktycznie od tygodnia, z małą przerwą na wspaniałą zabawę pod Krakowem na weselu kolegi. Opis rosołków i innych elementów byłby totalnie nudny (ile można zachwalać jedzenie), także daruję sobie. Liczyła się zabawa, śmiech, radość. I przede wszystkim – świetne towarzystwo. W trakcie wesela poznałam kolejne osoby warte wspomnienia, ale nie mogę zdradzić Wam tematów rozmów, chociaż bardzo bym chciała. To by brzmiało tak niewiarygodnie i dziwnie w formie pisanej, że tym razem sobie daruję. To mniej więcej coś w tym stylu, jakbym teraz spytała Was ni stąd, ni zowąd, czy coś ukradliście, a Wy byście mi zaczęli wyznawać, że tak, że w dzieciństwie wafelka kokosowego czy gumę Turbo. No nie wiem, tak sobie zmyślam teraz.

Zachowam się teraz jak IMGW i wydam ostrzeżenie. NIE ŁAPCIE BUKIETÓW Panny Młodej! Grozi to uszczerbkiem na zdrowiu duszy i ciała. Serio. Tak właśnie się wydarzyło tym razem i moja Przyjaciółka wróciła z wesela z bardzo mocno stłuczonym palcem. Całą noc obkładała go lodem, a rano myślałyśmy tylko tym, czy jest złamany, czy nie.

Zobaczyłam tam też Człowieka-Zombie. Rozkminialiśmy dziś ze znajomym, jak dochodzi do sytuacji, że człowiek wygląda, jakby równocześnie rozjechał go pociąg, walec drogowy go nie zauważył i służył za worek treningowy przed meczami bokserów? Ale prawdziwa przyczyna jest mi dalej nieznana. Pod koniec zabawy miałyśmy ochotę z koleżanką poprosić fotografa o zdjęcie z tym kelnerem, ale w końcu sobie darowałyśmy. Do tej pory nie widziałam jeszcze człowieka z tak ponurą, a jednocześnie obojętną i odpychającą miną, który miałby ruchy robota. I sprawiał wrażenie człowieka siłą odratowanego ze statku kosmicznego. Ale już po wyssaniu części mózgu.

Kiedy tylko podchodził do naszego stolika, od razu odwracałyśmy z przyjaciółką głowę, jak jakieś dzieciaki, bo nie mogłyśmy się opanować ze śmiechu. Człowieka bawią różne rzeczy… Śmieszno i straszno. Ten facet był mniej więcej z tej samej bajki, co te kobiety, spotkane kiedyś na Węgrzech. Tyle, że one specjalnie, a on bezwiednie.

Za to jak już urządzam wieczór skarg i zażaleń, to napiszę, że mam KAŻDY palec u nogi obdarty. I pięty też. Każdą z obu stron. Jedne bolączki od butów na wesele, inne od tych, które ubrałam po weselu, inne od sandałów, a jeszcze inne wzięły się z bliżej niezidentyfikowanej przyczyny i nie robią tu żadnej różnicy. Przynajmniej mnie nie robią, bo i tak jestem żywą reklamą plastrów.

W sumie mogłabym owinąć sobie całe stopy bandażem elastycznym. Nie  dość, że efekt byłby piorunujący, toą jeszcze oszczędziłabym sobie głupiej roboty z każdym palcem i piętą. Tylko wtedy już nie wcisnę żadnych butów.  Zresztą, co to kogo obchodzi, ile kilometrów bandaża mam na sobie. Najwyżej spuchną mi odnóża dolne i tyle. A w góry będę szła na rękach. Zaczynam trenować. Szukajcie dobrego ortopedy.

********************

A gdybym miała napisać coś tylko o dzisiejszym dniu… Spędziłam go bardzo przyjemnie. Częściowo w zimnej wodzie basenu, a w dużej mierze ze znajomym z pracy. Siedząc w barze mlecznym nad blinkami z jabłkiem i nad knedlami. Zwiedzając miejsca pamięci z czasów II Wojny Światowej i przemierzając parki w środku miasta. Co to było za spotkanie. Czas leciał jak szalony, a tematów do rozmów nie brakowało. Spotkać Człowieka, który rozumie, co myślę. Który zna nazwiska socjologów, antropologów, filozofów. Który zajmował się wieloma różnymi zadaniami. A mimo to rozbrajająco szczerze mówi, że jest początkującym gitarzystą, perkusistą, uczniem sztuk walki i tak dalej. Szumi magia, dźwięczy dziecięca radość, szemrze uśmiechnięta prostota.

Wróciłam. Gdzieś niedaleko ktoś słuchał Stairway to heaven. Kiedy ja to słyszałam…

There’s a feeling I get when I look to the west,
And my spirit is crying for leaving.
In my thoughts I have seen rings of smoke through the trees,
And the voices of those who standing looking.
Ooh, it makes me wonder,
Ooh, it really makes me wonder.

And it’s whispered that soon if we all call the tune
Then the piper will lead us to reason.
And a new day will dawn for those who stand long
And the forests will echo with laughter.

If there’s a bustle in your hedgerow, don’t be alarmed now,
It’s just a spring clean for the May queen.
Yes, there are two paths you can go by, but in the long run
There’s still time to change the road you’re on.
And it makes me wonder.

Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie piosenkę Crimsona. Epitah. Dlaczego tak często spotykam fantastycznych ludzi, których potem już nie mam okazji widzieć, słyszeć, z którymi nie mam jak spędzać czasu? To nie pierwsza taka sytuacja. Tak jakbym miała tylko jedną szansę na każde spotkanie. Reszta jest zawsze ogromnym niedopowiedzeniem. Albo nieplanowanym skutkiem zaplanowanych działań. Jakby mój świat miał się składać z wielkich puzzli, które do siebie idealnie pasują, ale każdy ma inny obrazek. Jedno spotkanie, jeden element układanki. Pstryk. Jedziemy dalej. Następne spotkanie i tak dalej. Budzi się we mnie wulkan goryczy. Dlaczego tak się dzieje?

Ludzie są, są, są. Potem ich spotykam i nagle ich nie ma. Wyjeżdżają, znajdują pracę gdzie indziej, wracają do siebie, przeprowadzają się i tak dalej. A może to kwestia podróżowania. Jakbym siedziała w jednym miejscu, to nie poznałabym nikogo i nie miała takich problemów. Whatever.

Cokolwiek przez to rozumiecie, prawdopodobnie będziecie się mylić. ;)

 

Łosoś

Kurczę (czyli, że nie ryba), mózg mi się lasuje od tych upałów. Albo piszę notatki na kilkaset słów, a w tytule szumnie zapowiadam coś dobrego, albo piszę tytuł zupełnie niekulinarny i wrzucam kilka przepisów naraz. Żadna różnica. Przepis na łososia wygrzebałam bez większego trudu na stronie Food&Wine. Mają tam niezłe pomysły, a w dodatku na tyle dobre, że nie miałam ochoty niczego zmieniać. Smaki skonstruowane specjalnie pode mnie. I pod aktualną promocję w markecie.

Podam Wam te składniki, które sama wykorzystałam. W razie jakby co, możecie zajrzeć do oryginału ↑↑↑.

Smażony łosoś z pomidorowym winegretem

Czas przygotowania: 30 minut (naprawdę!) | Trudność: łatwe (niewiarygodnie wręcz, robi się samo)

Składniki:

  • 4 duże, dojrzałe pomidory
  • 1 duża młoda cebula, posiekana
  • 1 łyżka kaparów, odsączonych
  • 2 łyżki czerwonego octu winnego
  • sól kuchenna i gruboziarnista
  • oliwa z oliwek
  • 4 kawałki łososia, ucięte z filetu ze skórą
  • świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżeczka ziaren kuminu lub 1/2 łyżeczki zmielonego
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 2 czubate łyżka posiekanej natki pietruszki
  • 2 czubate łyżki porwanej bazylii

 

Przygotowanie:

  1. Rozgrzać piekarnik do 220°C.
  2. Pomidory pokroić na ósemki, wymieszać w misce z posiekaną cebulką, kaparami, octem winnym i mniej więcej 3/4 łyżeczką soli kuchennej. Odstawić.
  3. Rozgrzać dobrze patelnię nieprzywieralną (najlepiej nadającą się do piekarnika). Łososia obsypać solą i pieprzem. Na patelnię wlać 2 łyżki oliwy, włożyć łososia skórą do góry i obsmażyć na złoto-brązowo przez 3 minuty. Następnie odwrócić skórą do dołu i wstawić do piekarnika na 7-10 minut, zależnie od wielkości filetów. Przełożyć na talerze i zlać z patelni tłuszcz.
  4. Tę samą patelnię postawić na średnim ogniu, włożyć na nią pomidory, kumin, olej rzepakowy i 2 łyżki oliwy z oliwek. Gotować przez dwie minuty, aż pomidory zmięknną, odrywając w tym czasie wszystkie resztki, które przywarły do patelni. Rybę polać gotową mieszanką, posypać pietruszką i bazylią. Podawać od razu.

 

Pyszne. Szczególnie z miętową herbatką, zaparzoną z mięty zrywanej w swoim ogródku.