Rigatoni z brokułami

Danie, które mnie zaskoczyło bardzo pozytywnie. Przepis znalazłam w najnowszym magazynie La Cucina Italiana. A jak wiadomo, Włosi mają doskonałe i proste pomysły na makarony. A jeden lepszy od drugiego. Potrzeba dwóch głównych składników: makaron typu rigatoni (możecie też wybrać inny, ja wzięłam elicolidali) i brokuły. Przydaje się nam bardzo na budowie zamrażarka, bo nie trzeba po każdą rzecz jeździć do sklepu albo chodzić po cztery kilometry na wycieczkę. Parę odwiedzin na targu i wszystko grzecznie czeka na swoją kolej.

Resztę składników (czosnek, kapary, anchois)  można kupić wcześniej i nie przejmować się, że coś zostanie. Propozycje, jak jeszcze je wykorzystać znajdują się pod przepisem. :)

(C) Zytka Maurion 2013

Czytaj dalej

Zbiorowo o mięsie (indyk, curry i tapenade)

Czyli część druga (a tu część pierwsza, kurczakopodobna) zbiorowej fascynacji mięsem, która się u mnie objawia skokowo, a potem mija, niczym Euro2012. Tym razem z indykiem.

Piersi z indyka mają to do siebie, że zazwyczaj są spore, także kilka pomysłów na ich wykorzystanie nie zaszkodzi. Jeśli jeszcze Wam starczy na więcej dań, dodajcie resztę do mięsa mielonego, wymieszajcie z musztardą, sosem chili, pastą pomidorową, przyprawą do mięsa mielonego, startą cukinią, marchewką, parmezanem, solą i pieprzem i formujcie kuleczki lub kotleciki. Doskonałe do smażenia, duszenia, zapiekania z sosem. :)

3. Indyk z makaronem i sosem curry light.
4.Kawałki indyka z tapenade i smażonym makaronem.

Indyk z makaronem i sosem curry light

Sos curry powstał jako połączenie smaku curry z sosem beszamelowym. Jest delikatny, uzupełnia smak mięsa, ale nie dominuje. Dla chętnych – można dodać pastę  curry albo tabasco i sprawdzić efekt końcowy na domownikach.

Sos będzie delikatniejszy, niż typowy beszamel. Można przygotować go wcześniej, przykryć i przed podaniem tylko podgrzać. Pieprz cytrynowy jest tu niezastąpiony, naprawdę. :)

Ilość porcji: 4 | Czas przygotowania: 30 minut | Trudność: łatwe

 

Składniki:

  • mała pierś z indyka lub połowa dużej
  • przyprawa kuchni greckiej
  • 3 łyżki / 45 g masła
  • 5 łyżek/ 45 g mąki
  • 1/2 łyżeczki curry lub garam masala
  • łyżeczka pieprzu cytrynowego
  • 250 ml ciepłego bulionu drobiowego
  • 150 ml ciepłego mleka 3,2%
  • sól i pieprz do smaku
  • 300-400 g makaronu
  • 4 łyżki oliwy

 

Przygotowanie:

  1. Indyka dokładnie wymyć, osuszyć. Lekko rozbić, pokroić w paski i obsypać przyprawą grecką i lekko posmarować oliwą. Odstawić.
  2. Rozgrzać rondelek, rozpuścić masło, dodać mąkę i zrobić klasyczną zasmażkę. Wymieszać dokładnie z bulionem, trzymać na ogniu przez 8-10 minut. Dodać mleko, pieprz cytrynowy i przyprawę curry. Gotować kolejne kilka minut, aż sos zgęstnieje. Doprawić do smaku solą i pieprzem.
  3. Ugotować makaron wg przepisu na opakowaniu, odcedzić. Można od razu wymieszać z sosem.
  4. Na patelni rozgrzać resztę oliwy, która pozostała po marynowaniu mięsa obsmażyć indyka, a kiedy będzie już złocisty, zmniejszyć ogień i chwilę dosmażać.
  5. Danie wyłożyć na talerz. Można podawać z tagliatelle warzywnym, czyli marchewką i cukinią w cieniutkich, długich paskach, podsmażonych na patelni. (Przepis i film znajdziecie tutaj).

 

Smacznego!

 

Kawałki indyka z tapenade i smażonym makaronem

Danie na razie tylko wspomniane przy okazji przydługiej rowerowej wycieczki, ale w końcu doczekało się publikacji przepisu.

Ilość porcji: 2 | Czas przygotowania: 15 minut | Trudność: łatwe

Danie powstało z czystej ciekawości, jak będzie smakować taki miks, wykonany na jednej patelni. I pomimo panujących wtedy tropikalnych upałów smakowało bardzo dobrze. Czas przygotowania nawet  z własnoręcznie robioną tapenade jest krótki. Liczy się dobra organizacja pracy i wygodna kuchnia. Polecam miłośnikom oliwek, ponieważ danie jest intensywnie oliwkowe.

Składniki:

  • kawałki piersi z indyka
  • przyprawa grecka lub włoska
  • makaron chiński bez gotowania (ok. 100 g)
  • 100 g gotowej tapenade ze słoiczka lub wg przepisu zamieszczonego poniżej
  • kilka czarnych oliwek do ozdobienia
  • 2 pomidory, sparzone i obrane ze skórki
  • 1 łyżka octu balsamicznego
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól, pieprz
  • świeża kolendra
  • 2 grube plastry oscypka
  • mąka, jajko i tarta bułka do panierowania sera
  • sałata rzymska

 

Przygotowanie:

  1. Jajko rozkłócić w miseczce. Oscypka obtoczyć w cienkiej warstwie mąki, następnie w jajku i w bułce. Smażyć na oliwie na patelni z nieprzywieralną powłoką po kilka minut z każdej strony na niewielkim ogniu.
  2. Obok sera obsmażyć na oliwie z przyprawą grecką lub włoską. Trzymać mięso i ser na najmniejszym ogniu.
  3. Makaron przygotować wg przepisu, najczęściej wystarczy zalać go wrzątkiem na kilka minut i odstawić. Odsączyć.
  4. Na patelnię wlać odrobinę oliwy, podsmażyć makaron i wymieszać go z resztą jajka, które pozostało po panierowaniu sera. Dodać tapenade i ogrzewać jeszcze minutę.
  5. W tym czasie posiekać pomidory, wymieszać je z oliwą, octem, solą i pieprzem. Na talerzach rozłożyć po 3 liście sałaty rzymskiej. W jeden włożyć pomidory i ozdobić kolendrą. W drugi włożyć makaron wymieszany z indykiem. Do trzeciego nałożyć oscypek. Podawać od razu.

 

Smacznego!

Tapenade własnej produkcji

Tapenade to kapitalna pasta, którą stosuje się zazwyczaj jako dodatek do kanapek. Ale jeśli macie odwagę spróbować nowych połączeń smaków, dodajcie jej do pieczonego łososia, purée ziemniaczanego lub makaronu. Możliwości jest wiele, choć początkowo warto spróbować klasycznie, na czosnkowej grzance.

Przepis podaję za moim kulinarnym bożyszczem, Panem Hervé This. Pisałam o nim już tutaj. Wprawdzie On w swojej książce opisuje przy okazji wszelkie możliwe procesy chemiczne, zachodzące podczas przygotowań, ale na nasze potrzeby wystarczy wiedzieć, że to emulsja, czyli najpierw dajemy coś z wodą (środowisko wodne), potem odrobinę oliwy (umożliwia to rozpoczęcie procesu powstawania emulsji), a na końcu coraz więcej (osiągniecie sukces). Cud kuchenny dokonany. Amen.

No może jeszcze nie amen. Zacytuję Sidonie-Gabrielle Colette:

Jeżeli nie potraficie być choć trochę czarodziejami, nie ma sensu, abyście zajmowali się gotowaniem.

Składniki:

  • 200 g czarnych oliwek
  • 50 g zielonych oliwek
  • 50 g kaparów
  • 10 filetów z anchois
  • 300 ml oliwy z oliwek
  • sok z jednej cytryny
  • listek żelatyny lub ząbek czosnku (niekoniecznie)

 

Przygotowanie:

  1. Zmiksujcie nieodcedzone kapary wraz z zielonymi oliwkami i z sokiem z cytryny (na tym etapie możecie dodać czosnek lub listek żelatyny, rozpuszczonej w ciepłym soku z cytryny. A wszystko po to, by mieć wystarczającą ilość cząsteczek powierzchniowo czynnych, prawda?).
  2. Dodajcie czarne oliwki, anchois i miksujcie ponownie.
  3. Kiedy uzyskacie już jednolitą konsystencję, dolewajcie pomału oliwę z oliwek, aż pojawi się gęsta, niezbyt gładka masa.

Mniam. I do tego długo przechowuje się w lodówce.

Jeśli szukacie anchois w sklepie, możecie dostać je w puszce jak sardynki lub w słoiczku. Ja moje kupiłam podczas jednej ze „służbowych” podróży po Polsce. Pani przy kasie na widok moich zakupów spojrzała z ciekawością i spytała konspiracyjnie: Przepraszam, a co to jest? Odpowiedziałam w skrócie, że mam sporo przepisów, których nie mogę wykorzystać przez brak tych maleńkich, słonych rybek i że szukałam tego bezskutecznie w różnych miastach. Na to pani odpowiedziała bardzo szczerze: Ja kiedyś rozkładałam te słoiczki i jeden się stłukł. Śmierdziało w całym sklepie i powiedziałam sobie, że nigdy tego nie kupię z własnej woli!

Pozdrawiam serdecznie tą panią, a Wam życzę dużo wyobraźni! :)

Maraton i tapenade

Przejechałam dziś jakieś 55 kilometrów rowerem, jeśli wierzyć mapom z Googla. Z czego dwadzieścia zrobiłam totalnie niechcący, bo miałam ochotę sprawdzić, dokąd dojadę Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Nigdy nie przejeżdżałam go rowerem i dziś już wiem, dlaczego. Kiedy jadąc w różne strony, po raz trzeci wyjechałam w tym samym miejscu Północnej Pragi, a zaczęło zmierzchać, spytałam w końcu jakąś kobietę, gdzie jestem i jak mogę się dostać do innej części Warszawy.

Jak usłyszała, skąd jadę i dokąd, i ile razy jechałam już tymi samymi ulicami, zrobiła taką minę, jakbym co najmniej rozmawiała z nią na wylotówce do Gdańska, gdzieś w okolicach Łomianek. A tymczasem wystarczyło wrócić kolejny raz niemiłosiernie długą, ale w miarę prostą drogą, omijając wykopy (nasza stolica będzie mieć dumną drugą nitkę metra, więc pół miasta jest nieprzejezdne) i już dotarłam do miejsc, które rozpoznaję, czyli pod Stadion Narodowy. Po Euro2012 to już pewnie 99.9% Polaków go rozpoznaje.

Warszawa mnie bardzo zaskakuje. Moje nogi też to czują. Na pewno nie stracę kondycji przed wyjazdem w góry. A myślałam, że będę łączyć pracę z nieco mniej aktywnym wypoczynkiem. :P

Ale jaki dobry obiad dziś sobie zrobiłam. Prosty, niewyszukany, chociaż może część składników dość oryginalna. Wszystko, zapewniam, pasowało do siebie. Pomimo początkowego poczucia, że wcale niekoniecznie.

 

Smażony makaron z tapenade, indykiem, pieczonym oscypkiem i pomidorową sałatką z sosem balsamicznym

 

I feel good

Będzie krótko. Ale na każdy temat.

1. Awokado doskonale smakuje, kiedy najpierw wrzuci się je do wypchanego plecaka, wozi ze sobą trzy dni, a potem zje. Z zapiekaną polentą, szynką długodjrzewającą, grzankami z bułeczki, sałatą lodową, pomidorkami koktajlowymi. Tak. Zdjęcie kiedy indziej. Sorry Gregory. ;)

Edit: oto i zdjęcie. Voilà!


2. Na pustym szlaku niesamowite szlagiery przychodzą do głowy. I nikt nie marudzi, że śpiewam na głosy Budkę Suflera, The Cardigans, SDM, Stinga i tak dalej. Ktoś umie gwizdać i potrafi mnie nauczyć? :D

3. Katowice może i będą piękne, ale szybkie bieganie z wywieszonym jęzorem i plecakiem większym ode mnie nie jest moją specjalnością. Wole proste rozwiązania. Na dworcu jest przechowalnia bagażu, bok peronu 1. 9zł duża skrytka. Niby mała 6 zł, ale żadnej małej nie było.

I tak spóźniłam się na pociąg o trzy minuty. Wszystkie inne były spóżnione po pół godziny. Ten jeden nie. Opalanie się na dworcu w towarzystwie panów robotników, wiercących dziurę pod ławkę przy peronie obok zajęło mi półtorej godziny do kolejnego pociągu. Tez wyjechał o czasie, ale zaraz za Katowicami już miał pół godziny spóźnienia. Przypadek?

4. Jazda quadem to naprawdę genialny pomysł, kiedy ma się taki plecak jak ja. Albo będę musiała się ograniczać, albo nie łączyć pracy z przyjemnościami odpoczynku w górach. Inaczej następny raz może być moim ostatnim. Chyba, że znów trafi się dobra dusza, która nie dość, że wywiezie mnie i plecak, to jeszcze wniesie go do pokoju na górę. Ech, za dobrze mi tutaj ;)

Taka zabaweczka, nie? :P

Co do samej jazdy, było to przeżycie podwójnie ekstremalne. Przy bardziej stromych odcinkach zamykałam oczy. Ale jak się jedzie z człowiekiem, który się na tym zna, to nic złgo zdarzyć się nie może. Żyję!

5. W Beskidach jest śnieg. Błoto też wróciło, odkąd ostatni raz tu nocowałam. Czyli wszystko w normie. Najlepsze buty to kalosze z protektorem. Okulary też się przydają. I oczywiście w środku tygodnia spotkanie żywej duszy na szlaku graniczy z cudem. Jak już spotkałam, to gadaliśmy z pół godziny. O błocie, górach, schroniskach. Czas się nie liczy, słońce zachodzi późno…

6. Makaron z Lidla o nazwie Stir-Fry Noodles (jakoś tak) jest szczytem moich możliwości, kiedy wracam po kilkugodzinnej wyciecze i marzę o czymś ciepłym. Chleb nie zdaje tu egzaminu. A makaron zdaje.

7. Widziałam krokusy!

8. Miejsce, w którym mężczyźni sprzątają, gotują, dbają o wszystko… Pisałam o tym niemal na samym początku. I ten słodki zapach wiatru, który niesie ze sobą wspomnienia minionych dni… Przeszywa ubranie, ciało, a nawet duszę. Problemy znikają. Albo są takie malutkie i dalekie, że nijak nie idzie się nimi przejmować.

Dziękuję Wam za komentarze. Znikam, bo siedzę już za długo na komputerze, a nie wypada się tak rozsiadać. Ale tu jest tak ciepło i dobrze. Nie mam ochoty wychodzić.

A może by tak iść coś zjeść? :)

Kukurku, kuskus na patyku

Ekhm. Znalazłam ten wpis, a zrobiłam go ze trzy tygodnie temu. Wtedy akurat widocznie było dużo kuchni na blogu i zrezygnowałam. Przeczytałam dziś i jest ok. :)

Miałam okazję spróbować wreszcie sosu hoisin. Można go zrobić samodzielnie w domu, ale skoro była okazja kupić w promocyjnej cenie, to kto by odmówił. Taniej, niż bochenek chleba! W sumie zjadłam go ze smażonym makaronem, a potem z duszonym schabem, chińskimi warzywami i kuskusem.

Myślałam, że ten sos będzie ostry, bardzo wyrazisty, trudny do zjedzenia dla początkującego miłośnika gotowania w woku. Ale on był bardzo delikatny, taki wręcz za delikatny. Kupiłam sobie na dobry początek porcję dla dwóch osób w saszetce i jestem całkowicie usatysfakcjonowana. Całe złoty dwadzieścia, a przyjemność na dwa obiady. Z dodatkiem sosu worcestershire, ciemnego sosu sojowego i octu ryżowego. Mmm.

Jak zwykle, zostało mi trochę kuskusu z obiadu. Dziś wymieszałam go z prażonymi orzechami, dynią, ananasem i suszonymi pomidorami.

Zdjęć kuskusu nie będzie. Pewnie bardziej to martwi mnie, niż Was ;)  Tak to jest, jak nagle zabraknie jakiegokolwiek aparatu w domu. Jestem jak bez ręki. Chciałabym podzielić się czymś dobrym, ale tym razem się nie udało. A „aparat” w telefonie nadaje się tylko do zamalowania go lakierem, żeby nie stanowił herezji w świecie fotografii.

Dziś w zanadrzu:

  1. Ziarko do ziarka, a zbierze się miarka (ziarNko?). Co za idiotyczne przysłowie.
  2. Pomidorowy kuskus z suszonymi pomidorami.

Ziarko & co.

We wszystkich poniższych przepisach występują różne takie i owakie ziarenka, dlatego nie będę pisać o tym osobno, ale walnę w jednym miejscu i basta.

Poradnik Jak uprażyć ziarenka czegokolwiek na patelni uważam za otwarty.

Bierzesz czystą i suchą patelnię. Rozgrzewasz na dużym ogniu, po czym zmniejszasz i wrzucasz ziarenka. Stosując metodę wszystkich dobrych kucharzy, bierzesz patelnię w dłoń i zdecydowanym ruchem podrzucasz zawartość tak, żeby część przybrzeżna znalazła się na środku, a ta środkowa bliżej brzegu. Ogrzewasz potrząsając i znów podrzucasz. Shake it! Dynia w tym czasie wydaje dźwięki jak popcorn w kinowym sklepie.

Jeśli nasionka osiągną pożądany kolor, kształt, ale ktoś wejdzie do kuchni z pytaniem: Coś ci się przypaliło?, to znaczy, że następnym razem trzeba skrócić czas prażenia albo zmniejszyć ogień.

Możesz zastosować bardzo prostą sztuczkę i podnieść walory smakowe takiego czegoś. Tylko to niestety uzależnia poważnie i może być groźne w konsekwencjach. Zostaw ziarenka na patelni, ale dosyp do nich cukier i sól (na 6 łyżek słonecznika dałabym 1 czubatą łyżkę cukru i 1/4 łyżeczki soli). Poczekaj, aż cukier powoli się rozpuści i dokładnie wymieszaj łyżką lub łopatką silikonową. Byle nie rękami, bo można się poparzyć.

Od razu przełóż do jakiegoś naczynka, lekko pokrusz – im szybciej, tym lepiej. Zjedz, jak wystygnie lub dodawaj do różnych dań.

Pomidorowy kuskus

Sałatka: 2 porcje | Czas przygotowania: 10 minut

Składniki:

  • 125 g kaszy kuskus o smaku pomidorowym z ziołami*
  • 250 ml wrzącej wody
  • 4 suszone pomidory w oleju
  • 2 łyżki kandyzowanego ananasa
  • 4 łyżki prażonych pestek dyni
  • hojna garść  prażonych orzechów włoskich
  • 6 czubatych łyżek rodzynek
  • 1 łyżka octu jabłkowego
  • 1 łyżka octu z czerwonego wina
  • 4 łyżki oliwy aromatyzowanej pomidorami (na przykład z suszonych pomidorów)
  • sól i pieprz do smaku

Dodatkowo:

  • 20 przepołowionych migdałów bez skórki, krótko prażonych

Kaszkę wsyp do wrzącej wody, zamieszaj i odstaw pod przykryciem na pięć minut. W niewielkim naczyniu wymieszaj oba octy i oliwę. Dodaj sól i pieprz do smaku. Zalej rodzynki na kilka minut wrzątkiem i odcedź. Pomidory pokrój na wąskie paski. Wymieszaj wszystkie składniki w misce i polej sosem. Dobrze smakuje na zimno, kiedy już smaki się przegryzą.

* jeśli używasz zwykłej kaszy kuskus, dodaj do niej 3 łyżki suszonych pomidorów w proszku. W wersji hardcorowej, dodaj po prostu małe opakowanie zupy pomidorowej w proszku bez makaronu, ale nie dodawaj już soli ;)

A jeśli wolicie coś zwyczajnego, ale w nowej wersji, spróbujcie pizzy na patyku.

1. Z ciasta na pizzę w 5 minut. Wygląda super i robi się bardzo prosto.

2. Z bułek typu amerykańskie bajgle. Wesoła pizza!

Pieczone za-razy, czyli rzecz o zapiekance

Always take a good look at what you’re about to eat. It’s not so important to know what it is, but it’s critical to know what it was.

Życie jest ciężkie, kowboju.

Rzecz ma się tak. Bierzesz garść makaronu. Jeśli masz duże dłonie, to będzie duża garść. Jeśli małe, to mała garść. Jeśli masz łapy jak zmutowany chomik, to… sam wiesz. Moment! Chomiki gustują w makaronie?

Najlepiej, jeśli ten makaron jest gruby. To znaczy – nie spaghetti, nawet nie linguine.

Ale rigatoni. Casarecce. Farfalle. Penne. Ruote. Coś z tej półki (klik!), a nie z tej (klik). Generalnie – każdy, który nadaje się do sałatki, nadaje się też do zapiekanki. Ja dałam ten z górnego zdjęcia. Jest pyszny i wszyscy się zastanawiają, co to jest takie dziwne, jak go jedzą. Gotujesz al dente. Jeśli to makaron włoski/niemiecki/sycylijski/w ogóle z pszenicy durum i pisze na nim ‚gotowanie 7-9 minut’, gotuj siedem.

Podstawa to upolować sensowne naczynie, najlepiej szklane i żaroodporne. Spójrz na ilość makaronu. Potem pomnóż ją przez trzy. I sprawdź, czy się zmieści. Jeśli tak – brawo, wygrałeś. Teraz tylko dopasuj pokrywkę! Możesz wysmarować naczynie masłem i zrobić sztuczkę magiczną. Rozgniatasz wielki ząbek czosnku płaską stroną dużego noża. I znów smarujesz. Nie wyrzucaj czosnku, dodasz go do reszty.

Makaron się wesoło gotuje w jednym garnku, a na rozgrzanej patelni (przecież każdy z Was już ją wyjął, prawda?) podsmażasz paseczki boczku. Albo tłustej kiełbaski. A może szynki? W każdym razie, po usmażeniu powinno bosko chrupać.

Zdejmujesz z patelni na talerzyk, zostawiasz cały tłuszcz, jaki tylko mógł się wytopić. Teraz wrzucasz pora. Dodajesz masło lub oliwę. Ja podsmażyłam pora w ilości pół torebki śniadaniowej o standardowej pojemności. Zapachy się unoszą, mieszasz makaron długą łyżką. To moment, w którym należy zdjąć okulary i przetrzeć porządnie, jeśli akurat zaparowały. Później nie będzie już czasu!

Wcześniej oczywiście wyjąłeś z lodówki inne warzywa, które chcesz dorzucić. Paprykę, mini-kolby kukurydzy, fasolkę szparagową. Zapomniany ząbek czosnku. Dodajesz je teraz (chyba, że fasolkę chcesz ugotować, to wrzucasz na 4 minuty przed końcem gotowania do makaronu). Do tego sowita szczypta świeżo zmielonego pieprzu, pół startej gałki muszkatołowej, odrobina soli. Mieszasz energicznie, bo aromaty wydobywające się z patelni dodają Ci sił.

 

W tym samym czasie, w którym odcedzasz makaron (masz przecież cztery ręce i już się rozdwoiłeś), polewasz hojnym chlustem oliwy i dodajesz do nadzienia cztery ulubione sery. Na przykład takie gatunki jak: feta, parmezan, gouda, capresse.

Jeśli Twoja Rodzina ma coś przeciwko trzymaniu w lodówce samych serów (bo śmierdzą; bo kiełbasa się nie mieści; bo nie da się ich jeść; bo kto to widział kupować tyle sera), to zatrzymaj się przy połączeniu zwykłego sera żółtego i mozzarelli. Jeśli akurat nie masz nic w lodówce poza serami (proszę, powiedz mi, gdzie mieszkasz i kiedy można Cię odwiedzić?!), możesz kombinować do woli:

  • feta, parmezan, gouda, capresse (wspomniane zresztą);
  • pecorino, ricotta, feta, gorgonzola;
  • wędzona mozzarella, mascarpone, parmezan, mimolette;
  • ementaler, Dziugas, oscypek, twaróg tłusty.

 

Wiem. Poniosło mnie. Ja dałam pierwszą kombinację, ale z chęcią dodałabym do niej sera z niebieską pleśnią i wędzonego oscypka. Albo brie. Wracając do tematu…

Wymieszaj dokładnie i spróbuj. Użyj wyobraźni. Jeśli czujesz, że nadzienie jest trochę za suche, żeby mogło jeszcze namoczyć makaron, dodaj solidną łyżkę śmietany. Potem drugą. Jeśli masz całą patelnię warzyw, to nawet trzecią i czwartą. I wreszcie przychodzi pora na Grand entrée. Wykładasz połowę makaronu do naczynia. Na to połowę nadzienia. Na to dodatkowy starty ser na całą powierzchnię. Sera nigdy za wiele, zapamiętaj.

Jeśli nie masz pewności, czy otrzymana w ten sposób warstwa nie zeschnie się na wiór, polej z każdej strony (w okrągłym naczyniu nie szukaj stron, tylko polej dookoła)  łyżką mleka. Co Ci szkodzi. Na to wyłóż kolejną warstwę makaronu i kolejną warstwę nadzienia. Polej mlekiem dla pewności. Na to duuużo sera. I chrupiący, bardzo chrupiący boczek. Dużo suszonych ziół. Pomidory w proszku. Czerwoną słodką paprykę. Bazylię. Pieprz kolorowy.

Wstaw do piekarnika, temperaturę ustaw na 180 stopni Celsjusza. Zapiekaj pod przykryciem około 40 minut, aż ser na wierzchu zacznie się rumienić, a boczek będzie cudownie skwierczał.

Jeśli się opanujesz i nie zjesz całej zapiekanki od razu z naczynia, odkryjesz, że zachowuje się dokładnie tak, jak lasagne. Daje się kroić po 15 minutach. Po kilku godzinach odgrzana smakuje jeszcze lepiej. A gdybyś tak miał więcej czasu przed pieczeniem i przygotował ją rano, a potem tylko upiekł… 100 % gwarancji zadowolenia!

Podając do stołu, możesz krzyknąć niczym Julia Child:

Bon Appétit!

 

I na koniec coś na deser.

  1. Co mógł jeść na śniadanie Twój sąsiad?
  2. Odkryj, co to jest con-KEEL-yay! Jak wymawiać śmieszne włoskie nazwy makaronu?
  3. Dlaczego warto poznać przyszłą teściową i co mają do tego buraki?
  4. I jak zrobić mus czekoladowy, mając tylko pięć minut, czekoladę i wodę w kranie?
  5. Dlaczego miłość wcale nie jest ładna?

Pozdrawiam siarczyście. Mroźnie. Zimowo.

Zytka Maurion 2012

With or without you? (domowy makaron)

Pozostańmy przy kuchennej tematyce. Wyznanie nr 2. Poza kruchym ciastem nie wyobrażam sobie życia bez makaronu. I bez maszynki do makaronu też.

Kiedy studiowałam, moim ulubionym daniem był makaron z sosem pomidorowym i serem. Ale nie spaghetti. Canneloni, rigatoni, casarecce, fusilli, rigatoni czy farfalle. Wszystkie te nazwy stały mi się bliskie niczym starzy znajomi. Kiedy na ostatnim roku studiów przeniosłam się do mojej przyjaciółki, nagle otworzyła się przede mną perspektywa pewnego sklepu. I makaronowych promocji, o jakich mogłam wcześniej pomarzyć, bo nie chciało mi się jechać przez pół miasta. Tymczasem sklep znalazł się na wyciągnięcie ręki. To było coś. A jak się rozkręciłam, to jeszcze robiłam sobie zakupy z dostawą do domu i w ogóle było super. Polecam wszystkim, którzy przy półce z makaronem spędzają przynajmniej tyle czasu, ile kobiety przy drogich futrach i biżuterii ;D

Kiedy dostałam od Cioci maszynkę do makaronu za świadectwo z paskiem*, nie mogłam się oprzeć wrażeniu, że oto otwiera się przede mną nowy rozdział w życiu. Nowy rozdział otwarł się i tak, niczym wylane mleko, więc nie pozostało nad nim płakać, tylko wziąć się do roboty. Skusiłam się na zrobienie makaronu według przepisu z książeczki z instrukcją obsługi. Inna sprawa, że wcześniej przestudiowałam dogłębnie wszystkie możliwe fora internetowe, wydrukowałam dwadzieścia przepisów na ciasto makaronowe, szukałam semoliny i kaszki na makaron. Byłam dobrze przygotowana do stoczenia bitwy.

Ciasto na domowy makaron:

  • 4 jajka
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • łyżka oliwy z oliwek
  • wrząca woda - ilość zależy od wielkości jajek i Waszego uznania
  • szczypta soli

Przesiać mąkę do miski, pośrodku zrobić wgłębienie. Dodać sól. Wbić w nie 4 jajka (upewnić się wcześniej, że są świeże) i dokładnie wgnieść w mąkę. Dodać łyżkę oliwy i jeśli ciasto po wyrabianiu dalej nie przypomina kuli, dodać niewielką ilość wrzątku. Wyrabiać, aż ciasto będzie elastyczne i gładkie. Pod koniec nie powinno się kleić do rąk.

Przykryć suchą ściereczką kuchenną i odłożyć na pół godziny. Pokroić ciasto na kawałki grubości 5 mm. Pozostałą ilość przykryć ściereczką.

Dalsza część zależy od tego, czy macie przed sobą wałek i stolnicę, czy maszynkę. Jeśli maszynkę, wszystko powinno być proste. Ustawić regulator grubości na 1, przepuścić, złożyć ciasto, powtórzyć parokrotnie proces. Ustawić pokrętło na inną grubość, zależnie od tego, co chcecie uzyskać. Przenieść kawałki do drugiej części maszynki, zmienić płat do lasagne w niteczki do rosołu albo tagliatelle. I już.

Jeśli masz stolnicę – podziwiam, ale nie zazdroszczę. Na pewno warto rozwałkować jak najcieniej, zostawić, żeby przeschło i potem zwijać w rulon. Kroić na paski. Przesypywać mąką i odkładać do wyschnięcia. Pamiętaj, żeby przygotować dużo więcej mąki, niż w przepisie, ponieważ kiedy ciasto będzie schło rozłożone na stole (ściereczce, stolnicy, papierze, suszarce do ubrań, kiju od szczotki…), nie może się kleić.

A jeśli zrobisz makaron z wiejskich jaj (od baby), weźmiesz dobrą mąkę z dużą zawartością glutenu, na przykład wymieszasz pół na pół mąkę tortową i semolinę, dodasz jeszcze troszkę kurkumy dla koloru, na pewno nie będziesz zawiedziona (-ny). :)

*czyt. za obronę magisterki ;)

Never again & pasta!

Kiedy dostaje się odpowiedź w stylu ‚Sunday school answer’, to człowiek zaczyna się zastanawiać, po co mu to wszystko. Słowa, słowa, słowa. Pustka. Ignorance is bliss. A tak ciężko się uzależnić od ignorancji ;)

A potem pora na Święta. Tutaj dopiero ignorancja jest lepsza, niż dyplomacja. I nawet niż wszystkie uśmiechy, radość. Jeśli oczy są zwierciadłem duszy, u mnie nie będzie się dało zobaczyć nic, poza cierniami. Kelly Clarkson, chociaż wydaje mi się bardziej na poziomie muzyki dla szesnastolatków, jako czytany tekst jest po prostu niezastąpiona. Angielski ma w sobie coś takiego, że wystarczy jedno słowo, żeby pokazać uczucie. Żeby usłyszeć gorycz. Żeby poczuć euforię. Trudno się dziwić, że klasyczna literatura pełna jest angielskich pozycji ;)  

Dodam tylko, że zdjęcia gwoździ pochodzą z krakowskiego Salwatora. Dokładniej z tablicy cmentarnej starego cmentarza. I już robi się atmosfera prawdziwych Świąt.  Dla jednych oczekiwanie na prezenty, dla drugich oczekiwanie na koniec Świąt. Może w tym roku zafunduję sobie zamiast makaronu w gwiazdki i sosu z łososiem na prezent koszulkę z napisem „Nie przyjmuję życzeń dotyczących miłości / faceta / pracy / życia osobistego!!!!”. Ale póki co, zapraszam na makaron z sosem serowym.

Makaron z sosem serowym

  • makaron
  • sos beszamelowy*
  • ser!

Akcesoria: rondel z grubym dnem, garnek, tarka do sera, wrzątek, urządzenie do odcedzania (sitko)

* zależnie od poziomu naszej chęci na porządny sos, możemy zacząć przygotowania od sosu beszamelowego lub działać równocześnie. Poniżej obie wersje.

1. Wstawiamy garnek wody na makaron. Gotujmey minimum litr wody na każde 100 gram makaronu. Solimy.

2. Sos beszamelowy wersja I: Równocześnie z wstawianiem wody na makaron, przygotowujemy 50 gram masła i 50 gram mąki pszennej oraz 500 mililitrów mleka. Delikatnie je podgrzewamy, ale nie gotujemy. Jeśli naszło nas na makaron niespodziewanie, zostajemy przy wersji prostej, czyli podanej powyżej.

Sos beszamelowy wersja II: Jeśli od kilku dni/tygodni/miesięcy chodzi za nami taki sos, przygotowujemy najpierw mleko. Delikatnie podgrzewamy 500 mililitrów mleka razem z bouquet garni, czyli listkiem laurowym, gałązką pietruszki i tymiankiem. Jeśli wolimy inny zestaw przypraw, bardziej przypominający włoszczyznę, nie ma sprawy. Można dodać pół cebulki zrumienionej na palniku lub ziele angielskie i pieprz. Ważne, żeby mleko z przyprawami podgrzać do wysokiej temperatury (ale nie wrzenia) i następnie odstawić na godzinkę, żeby przeszło pięknie zapachem dodatków. Następnie odcedzamy. Przygotowujemy również 50 gram masła i 50 gram mąki pszennej.

3. Sosu ciąg dalszy: W głębokim rondlu rozpuszczamy powoli masło. Zmniejszamy gaz na najmniejszy. Kiedy rozpuści się całe, ale jeszcze się nie pali, dodajemy mąkę i szybko, ale dokładnie mieszamy drewnianą lub silikonową łyżką. Kiedy połączymy składniki, powoli dolewamy mleko. Cały czas mieszamy, żeby nie utworzyły się grudki.

4. Makaron gotujemy zgodnie z instrukcją, pamiętając, żeby wrzucać małe porcje na osolony wrzątek. Najlepiej w tym momencie mieć już naszykowany minutnik, żeby nie zapomnieć wyłączyć. Mieszamy od czasu do czasu.

5. Sos mieszamy regularnie, najlepiej od samego dna i boków. Sos beszamelowy ma to do siebie, że potrzebuje dużo czasu. Robimy go z miłością, troską i cierpliwością. Mieszamy. Kiedy męczy nam się ręka, bierzemy drugą łyżkę i mieszamy makaron w przeciwną stronę. Dla równowagi ;)

6. Po dziesięciu minutach od startu nasz sos zacznie gęstnieć, a makaron jeszcze nie będzie gotowy. Powoli zaczynamy już czuć podniecenie spowodowane aromatycznym zapachem z naszego rondla (chyba, że tak się zapatrzyliśmy w makaron, że sos raczej śmierdzi… Zostaje wtedy szybko przelać go do innego naczynia, ale broń Boże nie odrywać spalenizny od dna, jeśli taka się utworzyła!). To jest moment, w którym wyjmujemy ulubiony ser z lodówki. Ja wyjmuję gorgonzolę i parmezan. Albo oscypka (ostatecznie ser typu oscypek, jeśli w góry za daleko).

7. Mieszamy znów makaron, do sosu dodajemy starty lub pokruszony ser i mieszamy, aż ser się roztopi. Próbujemy. Najczęściej trzeba dodać soli, grubo zmielony pieprz i gałkę muszkatołową. Po ostatecznym spróbowaniu i zagęszczeniu sosu pora na odcedzenie makaronu. Wyłączamy gaz pod sosem, przykrywamy go czymś w miarę szczelnym, żeby nie zrobił się kożuch i teraz wybór należy do nas.

8. Albo: wykładamy makaron na talerz i na to sos. Albo: mieszamy wszystko w garnku i wykładamy na talerz. Albo: wykładamy sos i na to makaron. Albo… ;)  

Bardzo dobry jest taki sos z makaronem i grillowaną cukinią lub papryką. Z zielonymi i czarnymi oliwkami. Bez sera, za to z łososiem i koperkiem też jest niesamowity, tyle, że nie jest to już sos serowy. Ale to nasza kuchnia i nasze danie, więc kto tam się będzie patrzył, co jemy i jak to się zwie? :)

Smacznego!