O marzeniach niespełnionych

Wszystko po kolei. Miałam kiedyś takie marzenie: pracować dla siebie w swoim własnym schronisku… Siadam przed komputerem i nie wiem, o czym pisać. Jest coraz gorzej. Dzieje się coraz więcej, ale z pozytywnych rzeczy to jakby niekoniecznie. Wszystko się układa, tyle że zupełnie na odwrót niż powinno. Niż jest NORMALNIE. Albo zwyczajnie. Czy tam bezstresowo. Weszłam na Real Simple i oto, co znalazłam w dzisiejszej myśli.

Real Simple

No tak. Jakie to proste. To wszystko, that matters. To czemu ja płakałam cały wczorajszy wieczór? Skoro da się tak prosto być szczęśliwym? Czytaj dalej

Jedz, bo dam psu!

[Co za skuteczna metoda motywowania domowników do zjedzenia więcej, niż zmieszczą w żołądku. ;P]

W moim śnie działo się więcej. Jak tylko uciekłam dziewczynie-przewodniczce, dopadł mnie dupek i męczył, żebyśmy razem poszli na Open’era. Ja do niego, żeby się odwalił, a on żebyśmy jednak poszli. Ja do niego, że nawet go nie lubię, a on do mnie, że może jednak.

W końcu się odczepił i ktoś mi uświadomił, że krzyczałam na nieznajomego, bo dupek już sobie poszedł, a wspólne wyjście na festiwal proponował mi ktoś inny. Tak straciłam szansę na wycieczkę do Gdyni za friko.

Ale w końcu byłam na festiwalu. Dość niezwykle, bo w kwietniu. Ale tłumy i błoto typowo letnie. Właśnie był pierwszy koncert, ja klęczałam nad moim ogromnym plecakiem i zastanawiałam się, gdzie schować kartę do bankomatu. Problem zniknął, bo okazało się, że mam samo opakowanie po karcie, a jej wcale.

K-o-n-i-e-c snu. Ale nie życia.


Kraków. Napatrzyłam się na mój stary, brudny i śmierdzący Kraków. Najpierw we śnie, potem w telewizji. Chociaż straszliwie mi zbrzydł, nadal go kocham, jak kocha się starego misia z oderwanym uchem i dyndającym szklanym okiem.

Na TVP Kultura leciał Zakochany Anioł. Och, płakałam jak bóbr, ale po cichutku, żeby nikt nie widział. Patrzyłam na Planty, po których biegałam codziennie na uczelnię. Płakałam, kiedy bohaterka szła obok Placu Świętej Magdaleny, a na przeciwko miała mój instytut. Płakałam, kiedy całowała się z Globiszem nad Wisłą.

I płakałam, kiedy spotkali się na Kazimierzu niedaleko zapiekanek. Bo w żadnym punkcie, u żadnego Endziora Kędziora NIE DAJĄ BEZ PIECZAREK! Czujecie to? Tak się chwalą, że najlepsze w mieście, że świeże, że znane w całej Polsce. A jak chcesz bez kilograma pieczarek, to pani mówi, że ma tylko gotowe z pieczarkami.

Całujcie się w nos.

Uwielbiam filmy, których akcja dzieje się w Krakowie. Zakochany Anioł. Da Vinci. Anioł w Krakowie. Nie kłam, kochanie. A to, co lubię, to widzieć je w Krakowie w Arsie albo Kijowie. W kinie Kijów-Centrum powinnam już napisać.

A Zakochany Anioł to film, który warto obejrzeć niezależnie od szerokości geograficznej. Jest trochę smutny, trochę ironiczny i zwyczajnie piękny. Jak dobra książka do poduszki.

Mrs Mead, gdybyś tylko mogła powiedzieć mi, która to była godzina

Dylemat godzinowy na wyspie Samoa pozostawiam na razie nierozwiązany. Nie mogę sięgnąć do Wikipedii, bo zidiocieję totalnie. Ogarnie mnie debilizm generalny, kretynizm powszechny i jeszcze wytrzeszcz oczu.

Za ścianą stoi wielka Encyklopedia Powszechna, ciężkie Atlasy Świata, pięknie wydane leksykony geograficzne i wystarczy ruszyć tyłek. Tak zrobię, jak skończę pisać.

Margaret Mead nauczyła mnie sporo na studiach, chociaż osobiście jej nie znam, trochę za młoda na to jestem. Ale dzięki tej babce wiem, że:

  • jeśli jedziesz na drugi koniec świata, to obowiązują tam takie same zasady, jak i u nas - za przysługi lepiej płacić od razu. Szczególnie, kiedy mach ochotę fotografować kąpanie dzieci w środku dnia i namawiasz na to matki – bo będzie lepsze światło, niż wieczorem;
  • jeśli chcesz robić dobre zdjęcia ludziom, oswój ich z aparatem w najprostszy sposób – rób im zdjęcia nieustannie, aż wtopisz się w tło i przestaną cię zauważać;
  • jeśli bardzo chcesz coś osiągnąć, to musisz do tego dążyć pomimo i wbrew wszystkiemu;
  • nie wszystkie zachowania ludów innych, niż bliskie badaczom należy odnosić wprost do własnej młodzieży. Nawet, jeśli przyświeca ci taki szczytny cel, jak znalezienie sposobu na wychowanie dojrzewających amerykańskich krnąbrnych dzieci.

 

Dlatego należy jej się szacunek i szukanie różnic godzinowych w zwykłej encyklopedii, a nie przez ekran komputera. Można powiedzieć, że odeszły już czasy romantycznych i marzycielskich antropologów, który zaszywali się z wyprawą badawczą gdzieś na białej plamie mapy.

Od czasów Malinowskiego czy Mead wykosiliśmy białe plamy i kazaliśmy oswoić się prawie wszystkim ludom z naszą cywilizacją, czasem i chorobami. Dobrze, że obecnie biały, głupi człowiek zaczyna coraz bardziej tolerować kultury, dzięki którym wybił się na wyżyny „doskonałości”. I że przestaje wchodzić z ciężkimi butami w życie tych ludów.

Wykład z antropologii dobiega końca. Pora na analizę psychofizyczną. Ależ miałam sen dziś. Międzymiastowy z domieszką lokalności.

Byłam w Krakowie, w okolicy kina Kijów, które nazywa się już Kijów.Centrum – kino. Człowiek tylko się odwróci, a nazwa już inna. Pogoda nie różniła się bardzo od dzisiejszej, też było ponuro, buro i nijako. Szłam ze swoimi zmęczonymi szarością oczami, przepychałam się między ludźmi wąskimi, obsranymi przez gołębie chodnikami.

Na wysokości skrzyżowania przed AGH-em złapała mnie jakaś kobietka, pytając, czy nie potrzebuję przewodnika. Ku mojemu obecnemu zdumieniu, zgodziłam się bez pytania o cenę, o to, kim jest i w ogóle z jakiej racji się wepchnęła do mojego snu. Dalej szłyśmy razem, ona co chwilę zwracała mi uwagę na wmurowane w chodnik tabliczki i coś mruczała pod nosem.

Przy samym budynku głównym AGH (tym z legendarną postacią świętej Barbary na dachu – jak twierdzą złośliwi, figura spadnie, kiedy pierwsza dziewica skończy tam studia) kazała mi spojrzeć pod nogi. Między kupą gołębia a zaparkowanym samochodem zobaczyłam kolejną marmurową tabliczkę w chodniku. Napis głosił: Czynna ciemnia fotograficzna w mieście.

A na budynku AGH wisiał napis Pierwszy komisariat Policji w Krakowie. Tego to nawet po sobie się nie spodziewałam. Weszłam do środka, wnętrze na szczęście wyglądało zwyczajnie. Wtedy naszła mnie myśl, żeby się dowiedzieć, ile mnie ta przyjemność obcowania z miastem kosztowała. Pani zniknęła w tłumie, a kiedy wynurzyła się ponownie, rzuciła sumkę pięćdziesięciu złotych. Wtedy ja zniknęłam w tłumie. ;)

Ciąg dalszy nastąpi.

Geografia uczuć – cz. 4

Część pierwsza tutaj. Druga tutaj, a trzecia tam. ;)

2009 rok.
Dziwny rok. I dobry, i zły.

Szalony, pełen nerwów, nowych wyzwań i uczenia się ratownictwa.

Noc Muzeów z P. i jego znajomymi. Stoimy w kilkusetmetrowej kolejce przed wejściem do Muzeum Czartoryskich. Obok klub z mocno przesłodzonym wnętrzem. Koleżanka pyta P.: „Zgadnij, jak nazywa się ten klub?”. P. patrzy i mówi: „No nie wiem, może Różowe Landrynki?”. Klub nazywa się Stalowe Magnolie. Obraz we wnętrzu muzeum urzekł mnie całkowicie. Szczególnie, że był wypożyczony.

Razem, a jednak osobno.

Słowacja. Liptovska Mara. Śląski Dom. Solisko. Maliny w ilości nieskończonej. Dużo pociągów. Jeszcze więcej wątpliwości.

Obóz typu naukowego. Kielce. Nie uwierzycie, w jakich dziurach mogą kryć się poważne firmy z międzynarodowymi kontaktami. I na jakich ludzi możecie trafić, mieszkając w akademiku Politechniki. Pozdrawiam pana, który hodował kury na trawniku obok uczelni. I tego chłopaka, który twierdził, że Rihanna śpiewa o nim piosenkę.

 

Parapetówka. Całkowicie nowe znajomości. Wygrałam w tramwaju podwójne zaproszenie do kina na Festiwal Etiuda&Anima. Jako jedyny pasażer wiedziałam, kto i w jakim filmie powiedział, że życie jest jak pudełko czekoladek. Poszliśmy z Mr.

Z moim szczęściem trafiliśmy na dość niecodzienną serię filmową. Wyszliśmy, kiedy dzieci rzucały kotem o wielką beczkę. Kot nadział się na hak. Zaproszenie trzymam do tej pory. Żebym wiedziała, na jaki festiwal więcej nie iść.

Życie jest jak pudełko czekoladek, naprawdę. Nigdy nie wiesz, na co trafisz.

 

2010 rok.
Nocnym pociągiem aż do końca świata.

Weekend majowy. Kraków – Gdańsk – Gdynia – Wrocław – Warszawa – Kraków.

Weekend lipcowy. Kraków – Hel – (promem) Gdynia – Świnoujście – Poznań – Kraków – Wrocław – Kraków.

Lato. Violettes bonbons. Mi favoritas. Z fiołków.

Tydzień wrześniowy. Üzenet a McDonald’s-ból. Jó reggelt. Viszontlátásra! Vonat EuroCity. Balaton.hu. Tibor, żona Tibora i Barbie. Be youfself, no matter what they say. Najlepsze langosze NA CAŁYM ŚWIECIE. Było, minęło.

Jesień. Odwiedziny Skansenu Kolejowego w Chabówce. Nie pierwszy raz w tym roku i nie ostatni w ogóle. Pozamykali wszystkie sklepy z dopalaczami, co upamiętniłam zdjęciem witryny jednego ze sklepów. W oknie wywieszona była kartka:

TOWAR MA PAN TUSK.

Więc proszę się z nim kontaktować.

Pozdrawiamy wszystkich klientów.

 

2011 rok.
„I tak nie zrozumiesz!”.

Never understand why. Why now? Why me? Why?

I wake in pain
I dream of love as time runs through my hand

This fire burns
I realize that nothing’s as it seems



 

2012 rok.

Wszystko przede mną?

Thanks God, I’m a woman.

Dobrnęliście do końca. Gratulacje. Idźcie na kolację.

—————————————————————————————————————————–

Geografia uczuć, zaklęta w zdjęciach, pocztówkach, zapachach. Są miejsca naznaczone poziomicami bólu. Dominuje w nich kolor czerwony. Są też zielone depresje radości, im większe, tym piękniej odznaczają się na wyżynnym tle niezwykłej codzienności.

Jestem z tych osób, które zbierają w sobie wspomnienia. Magazynuję je jak najlepsze jedzenie na ciężkie czasy. Oglądam, smakuję, dotykam ich chropowatej powierzchni. Czuję. Dla siebie. Jak Edyta Bartosiewicz, nie byłabym sobą, gdy byłabym inna.

Chciałabym podzielić się z Wami jeszcze zupełnie innymi wspomnieniami.Ich odbiciem są wspomnienia drugiej osoby. Patrzę na zieloną kropkę, sygnalizującą obecność. Jaka to obecność, najwyraźniej nieobecna. Spytać czy pisać bez pytania? Nie wrzucać zdjęć, czy wrzucać z czarną dziurą, gdzie stał ktoś inny? To są dopiero dylematy.

To by było dużo ciekawsze, niż biografia zapisana wyrwanymi z kontekstu zdarzeniami. Kiedyś, obiecuję. Kiedy już nic nie będzie kuło, bolało, trzeszczało na myśl, że to już przeszłość. Kiedy się pięknie zestarzeję, moja szyja przestanie mi się podobać, a notatki na blogu będę pisać zgrzybiałymi palcami staruszki. Was wyobrażam sobie w okularach z wielką ilością dioptrii, wpatrzonych w ekrany przedpotopowych komputerów (bo do tego czasu pewnie tylko nieliczni będą rozumieć słowo „laptop”, a cała reszta będzie się porozumiewać za pomocą telepatii czy czegoś innego).


Geografia uczuć – cz. 3

Geografia uczuć. Wspomnienia tego, co minęło i zostawiło głęboki ślad w duszy.

Pierwsza część tutaj.

Druga część tutaj.

 

2007 rok.
Miałam kubek z Garfieldem i jadłam pizzę. Tak wynika ze zdjęć. Aha. I czytałam bardzo dużo kserówek na zajęcia. Byłam jedną z tych osób, które widząc zapisaną kartkę na chodniku, pytały: To co, kserujemy?

Jeszcze więcej gór.

17 czerwca.
2:40 – Zrytka, wstawaj! -Ale ja nie chcę! – Ale sama chciałaś jechać w góry! – No to co! Ja nie wstaję.
3:40 – Wypad z miasta. Jednak widocznie się zwlokłam z wyra. Byle się nikt do mnie nie odzywał zaraz po obudzeniu, to nawet idzie się ze mną dogadać. Na migi.
5:30 – Zakopane. Wysiadać. Wschód słońca za nami.Łyk herbaty z termosu na rozgrzewkę i szybki spacerek do Kuźnic (wspaniała trasa na rozgrzewkę po długim siedzeniu, polecam zamiast bulenia na busa, który i tak o tej porze jeszcze nie jeździ).
6:45 – Żółtym szlakiem do Przełęczy między Kopami.Niebieskim do Murowańca.
8:45 – Przerwa na herbatkę i płatny wrzątek do termosu.
9:30 -  Przerwa na zdjęcia kaczek przy Czarnym Stawie Gąsienicowym (to nie ten sam, co jest nad Morskim Okiem!). Spojrzenie na szlak, na mapę, na siebie nawzajem. Kto ma dać radę, jak nie ja.
9:50 – Niebieskim wprost na Zawrat. Stromo było, jak to w górach. ;) Łapię się łańcucha i walę szczęką o skałę. Dobrze, że nie wszedł na mnie żaden turysta z góry. Na razie boli tylko obita szczęka.
11: 29 – Zawrat. Zdjęcia wskazują na to, że było zimno. Siedzę owinięta w pokrowiec od plecaka. Pot zamarza na twarzy.
12:46 – STOP! Kozice idą. To może pamiątkowe zdjęcie? Dalej znów niebieskim do Piątki.


13:50 – Już schodzimy, a tu jeszcze tyle dnia przed nami. No to przerwa, bo właśnie zaczęło solidnie lać.
14:55 – Na ścieżce prowadzącej do zielonego szlaku idiotka w japonkach. Bo przecież adidasy lepiej trzymać w reklamówce, żeby nie zmokły. Lot śmigłowcem – bezcenny. Na szczęście nie tym razem. Roztoka i Wodogrzmoty. Czuję stopy w butach. Przezornie nie zdejmuję traperów, żeby sprawdzić, czy dalej moje stopy tam są.
17:40 – Już nie mogę. W ramach „odpoczynku” przejście na NAJLEPSZE NA CAŁYM ŚWIECIE oscypki na Rusinową Polanę. Teraz jesteśmy zamiast w drodze do Krakowa, w drodze do zakatowania się na śmierć. Błogosławię Banieczkę za kijki i robię zdjęcia kroplom wody, żeby myśleć o czymś przyjemniejszym, niż ile jeszcze muszę iść.
18: 10 – Rusinowa! Krótka rozmowa z gazdą. „To jeśli Wy byliście dziś na Zawracie, to widocznie biegliście tak szybko, że nic po drodze nie widzieliście!”. Pokazujemy mu zdjęcia, że coś jednak wdzieliśmy. Zaopatrzeni w ciepłe jeszcze oscypki po 1,5 zł ruszamy w dół, bo o tej porze owce już schodzą z pastwisk, a „niedźwiadek właśnie wychodzi”. Podwozi nad jakiś litościwy facet. Nie każdy ma ochotę wąchać turystów w swoim samochodziku. Gdyby nie on, cała brudna i obolała, turlałabym się w dół. Bez względu na wszystko.
19:30 – Mam fotografię Giewontu. Czyli, że to Zakopane. Nie mam siły liczyć, ile trwała ta wycieczka. W ogóle nie mam siły na nic.
19:53 – Chcę być w Krakowie! Stoję przy znaku z napisem „Kraków” i trzymam się rękami słupka, żeby nie paść na gębę.
20:00 – Dworzec. Autobus. Spać. Jeść. Pić. Spać. Jednak spać.
00:42 – Piękne ujęcie moich stóp. W środku czerwone, na zewnątrz białe. Najważniejsze, że nie muszę już patrzeć na buty.
00:47 – Akcja ratunkowa mojej gęby.
01:15 – Uśmiech ratownika i zmaltretowana mina Zrytki. Hydrożel i bandaż mają sprawić, że rano wróci mi zwykły owal twarzy.

Dwadzieścia cztery godziny od otworzenia oczu mogę je wreszcie znowu zamknąć. I obym nie musiała myśleć, czy potem wstanę. Niedziela jawi się jako dzień zbawienia. Dosłownego zbawienia.

A piętnastego czerwca 2007 roku na Liście Przebojów Trójki królowała piosenka Closer Travis. Just need to get closer. Ale ja nie o tym. ;) Ja o Grzesiu. I o tym, że czytałam mądre książki na studia, siedząc wtulona w fotel w Empiku, popijając kawę z bitą śmietaną i słuchając po raz tysiączny tę piosenkę. Aż się Tobie wisienka, wiśnia po wiśni prześni. I pociągi!


2008 rok.
Ujsoły. Beskidy. Błoto! Racuchy jagodowe na Krawców Wierch. Podróżowanie stopem. Ja, jak zwykle z bandażem na jakiejś części ciała. Tym razem stopa. Czy ja zawsze muszę sobie coś uszkodzić?!

Czereśnie prosto z drzewa. Burza. Rozwalone spodnie na kolanie. Wianki. Czuć wakacje na skórze.

Łeba. Bałtyk. Kaczki. Wycieczka rowerowa do latarni morskiej. Wiatr. Tłumy turystów. Lato.Sztorm. Książka „Jak wspinać się na skały”. Najlepsza lektura podczas leżenia plackiem na plaży.

Słowacja. Koktajl z kiwi. Železničná dopravná cesta. Liptovský Mikuláš. Chopok na Chopoku. Langoše! Tatry. Dětské piškoty. Nienawidzę ziemniaków.

Zima. Boże Narodzenie. Atmosfera szczęścia rodzinnego. Zero śniegu, jak to w Święta. Pies. Figury z wytrzeszczem oczu w kościele.

Takie słodko-gorzkie życie. Where you’re gonna sleep tonight?

Dwa lata na dziś. Bogate lata :)

Geografia uczuć – cz.2

[Edit] Dziś Dzień Kota. Wszystkiego dobrego dla Prawdziwych Kotów, w tym dla siebie samej!  Zytka M.

Część I Geografii uczuć do przeczytania tutaj.

2004 rok.
Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji.

Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e
2005 rok.
Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.
Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.


2006 rok
W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

Czerwiec. Wianki. Marillion.

W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

A może nawet 28.

Tyle. Starczy na dziś tych wspomnień. I uczuć nie do opisania.

2004 rok.
Cała moja licealna klasa wystawiała wielkie przedstawienie na Boże Narodzenie. Pomijając fakt, że byliśmy klasą humanistyczną, teatralną czy jak zwał tak zwał (łacinę i filozofię też miałam), to była to świetna okazja, żeby się sprawdzić w organizacji takiego przedsięwzięcia. No i oczywiście odwlec parę klasówek czy zrezygnować z kilku nudnych lekcji. 

Przedstawienie dotyczyło Zdzicha (proszę, to imię się wplata w każdą opowieść), który z powodu swojej trudnej przeszłości i szkodliwego społecznie charakteru wyrzuca z domu córkę w ciąży. W Wigilię. Potem działo się tam dużo innych rzeczy w jego życiu, łącznie z nagminnym zajmowaniem ławki na Dworcu PKP. Zdzichu zamieszkał na tej ławce.

Patrząc na zdjęcia, nie kojarzę już zbytnio całej fabuły. Ale widzę, że występowało tam spore grono postaci. Policjanci, bezdomni, Zuzia Zła, ciapy-króliczki. Wygląda na to, że Maryja z Józefem też, bo niebieska płachta przewija się przez zdjęcia w różnych konfiguracjach. Wszystko robiliśmy sami. A. i ja napisałyśmy scenariusz i zajmowałyśmy się tym, czym z reguły nikt nie chce się zająć, ale każdy ma pomysł, jak zrobić lepiej. Organizacja przedstawienia z udziałem niemal 40 osób nie jest prosta. Utalentowana koleżanka, też A., namalowała graffitti na papierowym murze. To było coś! Dziewczyna ma wielki talent. Znosiliśmy do szkoły wszystkie stare rzeczy. Podomki po babciach. Wielkie okulary, które zrobiły furorę. Podarte kurtki. Wełniane swetry. Makijaże na lumpa i kloszarda. To było coś wielkiego. Dzięki Wam wszystkim :)

Zaraz, zaraz. Nawet ja miałam na sobie białe prześcieradło. Kurde, to chyba ja byłam Józefem! Całe przedstawienie zajmowałam się nastrojową muzyką, żeby na końcu przemaszerować przez scenę. Taaaaak. Bogata rola. W każdym razie w ramach ostatniego aktu i śpiewania kolęd grałam na bongosach. Miałam je wtedy drugi dzień. Pomagał mi je wybierać najspokojniejszy człowiek na świecie.

http://www.youtube.com/watch?v=d0votplOm8E&ob=av2e

2005 rok.
Rok Beskidów i Chatki Pod Potrójną. Byłyśmy z Banieczką i początkowo z jej przyjacielem. Dzięki niemu zobaczyłam grotę, która świetnie nadaje się na miejsce pod ognisko. Pod warunkiem, że ktoś ma ze sobą zapałki. Potem, kiedy K. wyjechał, miałyśmy w planach szybką wycieczkę na Leskowiec i z powrotem. Ponieważ miało nam to zająć w całości może pięć godzin z wielkim odpoczynkiem, bardzo nam się nie spieszyło. Widziałyśmy miejsce, gdzie grał zespół H2O i co trzydzieści sekund zatrzymywałyśmy się, żeby wziąć oddech po szaleńczym śmiechu z absurdalnych żartów. Zaczęło nam się spieszyć dopiero, kiedy szłyśmy i szłyśmy, a docelowego szlaku nie było widać. Trzymam zdjęcie, na którym przytulam się do drzewa z wielką ulgą. Na tym drzewie był namalowany szlak. Kocham Beskidy. Ale nie zaszkodziłoby, gdyby szlaki były lepiej oznakowane. Wszystko zajęło nam dużo więcej, niż pięć godzin. Z powrotem szłyśmy najprostszym szlakiem wzdłuż grzbietu ;)

Wyjazd obfitował w masę głupich powiedzonek, które trzymają się nas do tej pory. Macie fazę? było jednym z nich. Bania życia to był drugi tekst, od którego wzięła się ksywka G. i moja własna, identyczna. Do tej pory w telefonie wyświetla mi się „Bania Życia”.

Byłyśmy też w chatce drugi raz w tamtym roku, żeby uczcić tam urodziny. Teksty: „jedna trzydziesta!” i „ja jestem od nich z klasy, tylko kilka razy nie zdałem”. W drodze powrotnej nasza koleżanka nie wytrzymała ze śmiechu i krzyknęła do mojego taty: „Panie kierowco, ratunku, tu się dzieją dantejskie sceny!”. Jak widzicie, wykształcenie humanistyczne rozwija słownictwo. M., pozdrawiam Cię serdecznie! :)

Z A. byłyśmy w przedszkolu w ramach Dnia Przedsiębiorczości. Zamiast spędzać czas na lekcjach, bawiłyśmy się z dziećmi, układałyśmy klocki z literkami i obserwowałyśmy najbardziej zdyscyplinowany oddział przedszkolny. Wojskowy dryl tam panował. Odetchnęłam z ulgą, kiedy wyszłam. Liceum było jednak przyjemniejsze.

2006 rok
W lutym świętowałam urodziny E. i A. Było na sporo, nawet zrobiłam sobie opisy do zdjęć w stylu: A tu widzimy Ziemka z reklamówką na głowie i widelcem w ręku. Wszedł do pokoju, wyszedł i nikt nie wiedział, o co chodziło.

Czerwiec. Wianki. Marillion.

W październiku widziałam na żywo akcję lądowania śmigłowca Lotniczego Pogotowia Ratunkowego na krakowskich Błoniach. Reszta zdjęć utrwalona na kliszy i w pamiętnikach. Na pewno byłam na Słowacji, bo dzięki temu odwiedziłam SOR i przeleżałam dwa dni w szpitalu pod kroplówkami. Hell yeah, to był mój drugi pobyt w szpitalu. Pierwszy był, jak się urodziłam.

Góry, dużo gór. Albo okolice Babiej, albo Tatry. Z pewnym niepokojem przeszłam Czerwone Wierchy. Potem rozpadły mi się buty. Następne kupione trzymają się do dziś.

Uwielbiałam bardzo prostą i trasę Zakopane – Kuźnice – Kalatówki – Kondratowa -Suchy Wierch Kondracki. Albo druga trasa, też z Kuźnic. Przez Dolinę Jaworzynki na Murowaniec i dalej. Kurczę, to są magiczne miesjca. Jeśli jesteś tam co tydzień i przechodzisz z samego rana tę trasę (nie martwiąc się przy okazji żadnymi opłatami za wejście na teren TPN), to czujesz, że żyjesz. Odpoczywasz, zrzucasz miejski pancerz i myślisz jedynie o wodzie miętowej w plecaku. Oddychasz cicho, bo obok przechodzą dwa łosie. Albo biegniesz szybko, bo to czas niedźwiedzich wycieczek, o czym informują stosowne napisy.

Autobus o 3:40 w nocy. Bilet studencki kosztował 8 złotych. Teraz to pewnie już kosztuje 18.

Geografia uczuć – cz.1

Nauka stopniowania przymiotników według Zrytki: The Good, The Bad and The Ugly. W słuchawkach We will rock you!, dookoła wielka cisza i szelest kartek. We will, we will rock you! Wędrówką jedną życie jest człowieka. Dokąd? Skąd? Jak zjawa senna. Zjawia się, dotknąć chcesz, lecz ucieka. Dopóki sił będę szedł, będę biegł, nie dam się.

Zrobiło mi się straszliwie ckliwie i wspomnieniowo w życiu. O ile świadomie grzebałam w starych zdjęciach jak w starych ranach, tak totalnie bezmyślnie otworzyłam pudełko po butach. Nie powiem, żebym szukała go już kupę czasu. A wystarczyło zajrzeć. Wszystko, co dawniej mieściło się na niepojęcie wielkich 13 gigabajtach mojego komputera. Teraz mam ileś tam razy więcej, a miejsca brakuje mi tak samo. Stosy płyt. Kiedy coś ostatnio przegrywałam na płytę dla siebie i ze swoich dokumentów, żeby nie zginęły?

Mam tam setki plików, dzięki którym mogę przypomnieć sobie maturę. Tysiące zdjęć z liceum i z pierwszych lat studiów. Wszystko pięknie opisane, z datami i miejscami. A już myślałam, że zniknęło razem z formatem dysku. Proszę, proszę. Otwieranie takich staroci jest jak otwieranie puszki Pandory. I nieszczęście gotowe – większość płyt jest porysowanych do granic możliwości. Włożone do odtwarzacza trzeszczą, skrzypią i unieruchamiają cały system. To może dziś będzie o tych zdjęciach wyrwanych z kontekstu jak włosy z głowy.

Wspaniali ludzie nie powrócą już. Proszę Państwa, ogromna zakurzona kurtyna się rozsuwa z chrzęstem i skrzypieniem. Na scenę wychodzą dzisiejszy aktorzy, równie ukurzeni, jak nierealni po latach. Wszyscy piękni i młodzi, z nadzieją patrzący w przyszłość. Co z nich zostało, to się jeszcze okaże.

Nie wiem, co z tego wyjdzie. Ostrzegam, może być długo. Przygotujcie się jak te stworki z reklamy telewizyjnej. I pamiętajcie o fladze na 3 maja.

2003 rok.
Dziewięć lat temu. O cholera, będzie banał. Ale ten czas leci. Miałam bardzo długie włosy i lubiłam chodzić w rozciągniętych swetrach, kryjących przynajmniej połowę ciała. I miałam pierwsze glany w życiu. Moją kochaną Babcię przyprawiały o bardzo złe wspomnienia obcych wojsk. A ja czułam się jak zdobywca świata. Conquer the world!

Jeździliśmy całą naszą rodziną w góry. Co roku, odkąd skończyłam może siedem lat. Tym razem było nas wszystkich osiem osób. I to był ostatni taki wyjazd. Spaliśmy w schronisku PTSM w Rajczy. Polecam, szczególnie że zima tam nie ustępuje z pierwszym promieniem wiosennego słońca, ale nieraz trzyma do kwietnia. Ceny pewnie dalej nie są szczególnie wygórowane, a jeśli macie samochód, to dojazd nie stanowi problemu (łańcuchy mile widziane).

Jakiś czas później byłam w Rajczy z tatą na nartach. Ja uczyłam się trzymać właściwą postawę przy skręcaniu, nie wybijając sobie przy tym zębów kijkami. Tata uczył się zakładać po ciemku łańcuchy na opony. Pod koniec wyjazdu był już w tym mistrzem. Ja dalej byłam bliższa utraty górnych jedynek, niż skręcania jak zawodowi narciarze. It happens.

Wspominam o tym roku, bo trochę się wtedy u mnie namieszało. Zmieniłam szkołę, poznałam tak szalone dziewczyny, że do tej pory najlepsze żarty kojarzą mi się właśnie z nimi. Miałyśmy -naście lat, wielkie niesprecyzowane marzenia i jeszcze większe i bardziej rozmyte plany. Przynajmniej moje się tak jawiły. Ale to nie zmieniało faktu, że jak nigdy później wierzyłyśmy w nasze nieograniczone możliwości. Wszystko było możliwe, bo my tego chciałyśmy.

Hello, world! Nadchodzimy.

Reszta w kolejnych dniach. Będzie mało kuchni. Ale dużo ludzi. I zero obiektywności.

PS. Dziś Tłusty Czwartek. Zjadłam sześć pączków, w tym pięć domowej roboty. Ja na słowo „świeże drożdże” uciekam z kuchni, ale A. odważnie stawia temu czoła. Były obłędne. Delikatne. Pachnące. Gorące. Z marmoladą morelową i cukrem pudrem.  Będę o nich śnić do rana.

Słyszeliście piosenkę „Może nie jestem ciepłym pączusiem„? Zabójczy kawałek. Posłuchajcie na MySpace. Bardzo klimatyczny kawałek. Z ostrzeżeniem!

Geografia uczuć 

Nauka stopniowania przymiotników według Zrytki: The Good, The Bad and The Ugly. W słuchawkach We will rock you!, dookoła wielka

cisza i szelest kartek. We will, we will rock you! Wędrówką jedną życie jest człowieka. Dokąd? Skąd? Jak zjawa senna. Zjawia się, dotknąć

chcesz, lecz ucieka. Dopóki sił będę szedł, będę biegł, nie dam się.

Zrobiło mi się straszliwie ckliwie i wspomnieniowo w życiu. O ile świadomie grzebałam w starych zdjęciach jak w starych ranach, tak totalnie

bezmyślnie otworzyłam pudełko po butach. Nie powiem, żebym szukała go już kupę czasu. A wystarczyło zajrzeć. Wszystko, co dawniej

mieściło się na niepojęcie wielkich 13 gigabajtach mojego komputera. Teraz mam ileśtam razy więcej, a miejsca brakuje mi tak samo.

Stosy płyt. Kiedy coś ostatnio przegrywałam na płytę dla siebie i ze swoich dokumentów, żeby nie zginęły?

Mam tam setki plików, dzięki którym mogę przypomnieć sobie maturę. Tysiące zdjęć z liceum i z pierwszych lat studiów. Wszystko pięknie

opisane, z datami i miejscami. A już myślałam, że zniknęło razem z formatem dysku. Proszę, proszę. Otwieranie takich staroci jest jak

otwieranie puszki Pandory. I nieszczęście gotowe – większość płyt jest porysowanych do granic możliwości. Włożone do odtwarzacza

trzeszczą, skrzypią i unieruchamiają cały system. To może dziś będzie o tych zdjęciach wyrwanych z kontekstu jak włosy z głowy.

Wspaniali ludzie nie powrócą już. Proszę Państwa, ogromna zakurzona kurtyna się rozsuwa z chrzęstem i skrzypieniem. Na scenę

wychodzą dzisiejszy aktorzy, równie ukurzeni, jak nierealni po latach. Wszyscy piękni i młodzi, z nadzieją patrzący w przyszłość. Co z nich

zostało, to się jeszcze okaże.

Nie wiem, co z tego wyjdzie. Ostrzegam, może być długo. Przygotujcie się jak te stworki z reklamy telewizyjnej. I pamiętajcie o fladze na 3

maja.

2003 rok.
Dziewięć lat temu. O cholera, będzie banał. Ale ten czas leci. Miałam bardzo długie włosy i lubiłam chodzić w rozciągniętych swetrach,

kryjących przynajmniej połowę ciała. I miałam pierwsze glany w życiu. Moją kochaną Babcię przyprawiały o bardzo złe wspomnienia obcych

wojsk. A ja czułam się jak zdobywca świata. Conquer the world!

Jeździliśmy całą naszą rodziną w góry. Co roku, odkąd skończyłam może siedem lat. Tym razem było nas wszystkich osiem osób. I to był

ostatni taki wyjazd. Spaliśmy w schronisku PTSM w Rajczy. Polecam, szczególnie że zima tam nie ustępuje z pierwszym promieniem

wiosennego słońca, ale nieraz trzyma do kwietnia. Ceny pewnie dalej nie są szczególnie wygórowane, a jeśli macie samochód, to dojazd

nie stanowi problemu (łańcuchy mile widziane).

Jakiś czas później byłam w Rajczy z tatą na nartach. Ja uczyłam się trzymać właściwą postawę przy skręcaniu, nie wybijając sobie przy tym

zębów kijkami. Tata uczył się zakładać po ciemku łańcuchy na opony. Pod koniec wyjazdu był już w tym mistrzem. Ja dalej byłam bliższa

utraty górnych jedynek, niż skręcania jak zawodowi narciarze. It happens.

Wspominam o tym roku, bo trochę się wtedy u mnie namieszało. Zmieniłam szkołę, poznałam tak szalone dziewczyny, że do tej pory

najlepsze żarty kojarzą mi się właśnie z nimi. Miałyśmy -naście lat, wielkie niesprecyzowane marzenia i jeszcze większe i bardziej rozmyte

plany. Przynajmniej moje się tak jawiły. Ale to nie zmieniało faktu, że jak nigdy później wierzyłyśmy w nasze nieograniczone możliwości.

Wszystko było możliwe, bo my tego chciałyśmy.

Hello, world! Nadchodzimy.

Życie jest grą. Ta gra jest sposobem na życie.

Sonia Raduńska w Kartkach z białego zeszytu pisze:

W świetlistym lesie, pełnym kobiecej energii moje spotkanie z Babą-Jagą. Zadzierając głowę, widzę pomiędzy drzewami ogień słońca. Ona ma czarne bezlistne paluchy pokryte strzępami pajęczyny. Mówię do niej:

Daj mi ogień!

Daj mi odwagę!

Daj mi mężczyznę!

- Dlaczego miałabym ci dać? – pyta.

- Bo cię o to proszę?

Tyle. Schodzę w stronę leśnego traktu. Po drodze sikam.

 

Prawie jak haiku! Ostatnio jem dużo dobrych rzeczy. Jak zwykle.

  • Ziemniaki pieczone w mikrofalówce na śniadanie. Jak z ogniska! Do tego masło i chleb. Proste.
  • Naleśniki z ziołami i pikantnym farszem z salsą. Na deser naleśniki z sosem waniliowym, rodzynkami i skórką cytrynową. Proste.
  • Zielona zupa z groszkiem, fasolą i sosem miętowym. Zimowa, bo częściowo potraktowana blenderem, a potem hojnie doprawiona śmietanką kremówką. Najlepsza dzień później. Proste.
  • Sałatka coleslaw z cytrynowym vinaigrette. Pokrojona jak warzywa do chińskiego woka, lekko ugnieciona rękami, żeby smaki się wymieszały. Odstawiona na kilka godzin. Proste.
  • Pieczone ziemniaki (najlepsze według przepisu mojej Siostry!) z pstrągiem i sosem koperkowym. Dużo soku z cytryny. Świeżo zmielony pieprz. Przyprawa z suszonych pomidorów, czosnku i oregano. Proste.

 

Jeśli życie jest grą, oto jej reguły. Prostota myślenia. Otwartość na nowe smaki życia. Uśmiech przy obiedzie. Promień słońca na drewnianym stole. Pojedyncza żaba w trawie. Proste? To tyle. Spis cudów (<-klik!), dla których warto żyć.

Zytka Maurion :)

PS. Jeśli marzenia służą do spełniania (się), to do czego służy upadanie?

Who made my blue eyes blue

Zima trzyma! Welcome to the hotel California – such a lovely place… Z chęcią bym się wybrała do takiego hotelu, najlepiej na Florydzie. Tam dziś w miejscowości Winter Heaven jest 22 stopnie powyżej zera. Niemal czterdzieści stopni różnicy! Lekkie zachmurzenie z przewagą słońca. Prawdziwy zimowy raj! Mój ciel’ ;)

Dziś, na przekór śnieżnej pogodzie, będę myśleć o wakacjach w pełnym słońcu. O łażeniu po górach bez raków i bez nart. O ubieraniu cienkiej kurtki po wejściu na wietrzny szczyt. O chowaniu głowy przed upałem pod kapeluszem. I o plecaku, w którym dwulitrowa butelka mineralnej za chwilę przestanie tak ciążyć.

To ciekawe, ale nie tylko ja tak mam. Kiedy jestem w górach, już na wieczór pierwszego dnia mam ochotę na Pepsi. Inni mają ochotę na Coca-Colę, co tam komu w duszy gra, ale zależność jest ta sama. Słodkie, zimne, gazowane, z kofeiną, z plastikowej butelki. Ohyda! Normalnie mogę się obyć bez tego, przejść obok i nie zauważyć w ogóle istnienia takiego napoju. Co jest? Nie widziałam żadnej reklamy związanej z górami, w której pojawiałaby się Pepsi. Nie przypominam sobie, żebym w dzieciństwie jakoś szczególnie za nią tęskniła. A tu masz babo placek. Znaczy, Pepsi. Ciągnie mnie do tego czegoś, złożonego w większości z cukru i już.

Nie przypomnę sobie za cholerę, za żadne skarby i za nic, przed jakim filmem piłam wersję o nazwie Cino. Tak. Krótko, bo krótko, ale była i taka. Smakowała jak połączenie zwykłej Pepsi z kawą Cappucino. Stąd nazwa. Widziałam ją tylko w jednym sklepie. Może inne nie odważyły się wprowadzić jej do swojej oferty. Szkoda. Nawet ja, osoba znacząco uodporniona na takie dziwactwa, po prostu oszalałam na jej punkcie. Zachowałam etykietę, gdybym nie mogła uwierzyć, że to piłam. Niestety, to było w 2006 roku, więc etykieta zdążyła zginąć. Identyczne możecie obejrzeć tutaj.

Za oknem zima. A tu macie zdjęcie słowackiego Ladoveho stitu. Lodowy bez lodu. Teraz to tam pewnie idzie sobie wybić wszystkie zęby przy podejściu. Ale wtedy było całkiem ciepło i wesoło.Takich klimatów się trzymajmy.

W moich zbiorach powycieczkowych ostała się etykieta po czekoladzie. Oprawa graficzna godna zainteresowania. Zjedzona z przekonaniem, że świat stanie się weselszy, a przynajmniej humor się poprawi. Zachęcające to było, ale nie wiem, czy poza opakowaniem sugerującym zabronioną zawartość, miało to jeszcze coś wspólnego z konopiami. Zjadłam połowę opakowania. I nic. Czekolada o smaku czekolady. A jako konopny seminek czy jak toto się odmienia to oni włożyli siemię lniane albo śmieci zebrane podłogi. Serio. Chyba, że to była wersja uspokajająca i stąd brak widocznych oznak bezgranicznego szczęścia.

To Lec powiedział, że Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady. I miał chłop rację.

Zostaje jeszcze pytanie: Who made my blue eyes blue?

Eric Clapton. The Who. Elton John. Limp Bizkit. Mika. REM. Willie Nelson i Shania Twain. The Cranberries. Within Temptation. Crosby, Stills & Nash. Velvet Underground. Cary Brothers. Johnny Cash! Ida Jenshus. A nawet Paul Baribeau.

Wszyscy śpiewali o niebieskich oczach. Sprawdziłam własnym słuchem przed chwilą. Tyle zaskoczeń w jednym dniu. Skąd ja sobie przypomniałam o Pepsi Cino? I dlaczego ta czekolada mi przyszła na myśl? A skąd ja mam to wiedzieć.

Zaczęło się od Claptona. Śpiewał i śpiewał. It was you. It was you. It was you. A chórek dośpiewywał resztę. Who put the clouds around me. Who made the tears fall down. Who broke my heart in pieces. It was you who made my blue eyes blue.

Oryginalny teledysk niechętny do pokazania się na moim blogu, może to i lepiej. Momentami straszliwie ckliwy, jednoznacznie pełen miłości i takich tam bzdetów w stylu jazda na białym koniu i tym podobne w wykonaniu Julii Roberts i Richarda Gere. Dobrze, że chociaż na początku pokazali Claptona z gitarką.

I wszystko się wyjaśniło. 

Modlitwa podróżnika

Modlitwa Pana Cogito Podróżnika.

Jak łatwo się zgubić, kiedy droga kręta, a drogowskazów brak. Jak łatwo odpuścić, kiedy sobie uświadamiam, że nie mam o co walczyć. Kiedy ideały, w które wierzyłam, okazują się mrzonkami. I kiedy po wszystkim uświadamiam sobie, że nie warto było poświęcać wszystkiego dla niczego.

Góry. Widziały już tyle krwi, tyle dramatów, wojen i porażek. Ludzie zostawieni przez współtowarzyszy, bo albo uratuje się jeden z nich, albo żaden.  Czy można mówić o etyce w górach? Czy samo to słowo nie jest zbyt poważne, zbyt wydumane, żeby w ogóle o nim wspominać w takich chwilach? Przecież lepsze jest wrogiem dobrego. Mądrość pokoleń pokazała, że  wielkie teorie nie oddadzą sensu lepiej, niż proste zdanie starego człowieka, który przeżył całe życie w górach. Zresztą, taki człowiek nie musi nawet nic mówić. Bo milczenie jest sztuką wyższą. Ja zatrzymałam się najwyraźniej na poprzednim etapie ewolucji.

Żebym rozumiał innych ludzi języki inne cierpienia

Może jedyną formą pociechy jest cisza? W niej można odnaleźć i zgubić siebie po stokroć. Wojownikowi w końcu nie zależy na wygranej czy przegranej. Zależy mu tylko na stoczeniu dobrej walki. W ramach lekcji życia ubrałam dziś czarną koszulkę z czaszkami. Długo nie musiałam czekać na efekty. Ale wolałabym, żeby życie nie dawało mi aż tak wyraźnych znaków, naprawdę. Chociaż…

a jeśli jest to Twoje uwodzenie jestem uwiedziony na zawsze i bez wybaczenia

Zostałam uwiedziona. Spadł wczoraj pierwszy śnieg. Nareszcie w ciągu dnia jest jaśniej, niż w nocy. Polska to nie biegun, nie chcę mieć nocy polarnej aż do wiosny! Rozpalanie w kominku wreszcie nabiera zimowego sensu, patrzenie w ogień przypomina poprzednie lata. Strzelanie drewna jest przytulne, a dym przywodzi na myśl dobre chwile. „U was w domu pachnie ogniskiem”. Tylko kiełbasek na kijkach brakuje ;)

Wiecie, po co wymyśliłam sobie pisanie bloga? Jeśli macie jakieś pomysły – wpiszcie w komentarzach. Najbardziej urocze zostaną nagrodzone ;)

To będzie wpis z największą ilością tagów, jak sądzę. Tyle spraw się złożyło, normalnie jak w harmonijce. Leżały sobie uśpione spokojnie, aż nagle ktoś podszedł, rozciągnął harmonię na boki i wszystkie się wysypały. Podsumowanie należy do Pana Żądło. Rafał z PKP nie ma dziś wiele do powiedzenia swoim cyfrowym głosem. Mnie za każdym razem się coś w żołądku przewraca, kiedy piosenka jest mniej więcej w połowie drugiej minuty (2:28 i dalej). Nieważne, czy oglądam teledysk (co za durne słowo!), czy słucham. Nie jestem człowiekiem o wielu twarzach. Maska, którą noszę, jest jedna. I jeśli mówię, to mówię to naprawdę.

Na ukojenie tabletki ze słów Stinga:



——

Głosowanie rozpoczęte! Jeśli chcesz, żebym wygrała skuter (bo na nim można jeździć nawet bez prawa jazdy), albo nowego laptopa (żebym mogła oddać Ci swojego), albo nie wiem co, to możesz się wykosztować i włożyć energię w wysłanie sms-a o treści A00241 na numer 7122. :)

Warkocz i ścisk w gardle

Przez FB trafiłam na stronę internetową mojej Pani od angielskiego. Jest jedną z kilku Nauczycieli, którzy pozostawili we mnie swoje myśli i nawet o tym nie wiedząc, pchali swoją postawą do przodu. Takie lokomotywy parowe – stabilne, pewne, pokazujące swoim życiem, że wszystko można osiągnąć, jeśli jest się tego pewnym, a każde działanie przesycone jest szacunkiem dla siebie i innych ludzi.

Pani Berenika Rewicka pojawiła się w moim życiu na drugim roku studiów. Na pierwszych zajęciach zapowiedziała, że nie będzie nas uczyć angielskiego z Londynu, bo mieszkała w Ameryce i zaczęły się najciekawsze lekcje języka obcego w moim życiu. Jeśli ktoś potrafi barwnie i z pasją opowiadać o życiu, to na pewno Ona. Dwa obywatelstwa, obchodzenie świąt polskich i amerykańskich ;)

Kilka historii wryło się w moją pamięć głęboko i przy okazji czytania słów Pani Bereniki wszystkie mi się przypomniały.

  • American Pie kojarzy mi się już tylko z takim typowym, miasteczkowym życiem, gdzie dzieci sprzedają ciasteczka przed domem, a nastolatkowie jeżdżą sobie nad wyschnięte jezioro i śpiewają The day the music die. A mamy robią konkursy na Miss Amercian Pie. I na każdą inną Miss, jaką tylko można zostać w małym miasteczku.
  • Muffin na śniadanie i kawa. Wspólne siedzenie w barze, gdzie można spotkać sąsiadów i nikt nie robi śniadania w domu, bo przecież można zjeść z innymi. Podobno dziś już zanikły takie miejsca…
  • Historie o tym, jak pracowała przy programach przyrodniczych i jakich wariatów udało jej się dzięki temu poznać. W tym jednego pana, który hodował wielkiego węża boa.

 

 

Mnóstwo pięknych historii, które usłyszałam przez dwa lata nauki. Ta kobieta naprawdę się cieszyła, że może nas czegoś nauczyć. I uczyła, nie tylko słówek i gramatyki, ale też kultury, duchowego piękna i afirmacji życia. Zachęcam do poznania tej silnej kobiety, którą można spotkać na korytarzach Uniwersytetu Jagiellońskiego albo na porannym spacerze z psami po Krakowie. W wielu innych miejscach również :)

A postanowiłam o tym wszystkim napisać, ponieważ właśnie skończyłam czytać o Muzi.

Wspomnienia, bez względu na to, czy są opowiadane czy spisane, budzą we mnie za każdym razem głębokie uczucia. Tym razem byłam bliska łez, ponieważ jest to bardzo osobista historia opowiedziana z wielkim szacunkiem i ogromną miłością. Balsam dla duszy.

Bye, bye Miss American Pie
Drove my Chevy to the levee but the levee was dry
Them good ole boys were drinking whiskey in Rye
Singin’ this’ll be the day that I die
This’ll be the day that I die

Warkocz Bereniki – berenika.net.pl.

PS. Zbierajcie zakrętki! :)