Ktoś umie to powiedzieć lepiej, niż ja

Słuchałam dziś kilka razy „Kwiatów we włosach” według Kasi Kowalskiej. Zostałam sama z katarem i komputerem w domu, bo reszta się na basen wybrała. Jakoś sobie nie wyobrażam iść na basen, jak jeszcze kilka dni temu walczyłam z gorączką. Nie dla wszystkich dookoła jest to oczywiste, ale dla mnie tak.


Czytaj dalej

Jak dobrze nam zdobywać góry! [i myć auto po zimie]

I młodą piersią chłonąć wiatr.

Ja tam dziś gór nie zdobyłam, ale za to skorzystałam z iście wiosennej pogody [zimy to już raczej nie będzie...] i wymyłam samochód. Prosił się o to mocno, biedaczek, brudny jak nieboskie stworzenie. Tak dawno tego nie robiłam, że niemal zapomniałam, jak to jest.

Pan, który kładzie nam podłogę, jak mnie zobaczył z gąbką w ręce, powiedział:

Niech pani tak dokładnie nie myje! Jutro ma padać.

Jakby to było coś nowego, że zawsze po myciu samochodu leje jak z cebra. Na wszelki wypadek nie sprawdzam pogody, bo jeszcze chłop będzie miał rację.

Czytaj dalej

Ja tam nie wiem, ale Walentynki już były

Tak sobie dziś czytałam rano wpis Delli na Jej blogu i kiedy pomyślałam o moich życiowych miłościach, to zrobiło mi się ciepło. Zresztą, co tu gadać, czytałam dziś nie tylko ostatnie wpisy Delli. Wracam do początków. Jeśli człowiek ma w sobie determinację, mnóstwo radości (choćby nie wiem jak tłamszonej), jeśli potrafi kochać i spojrzy na siebie, jak na wartościową osobę – będzie dobrze.

Przypominam sobie, jak w okolicach podstawówki byłam zakochana w kolesiu z Kelly Family. Tak. Tak. Tak. W takim blondasie z długimi włosami. Pewnie spodobał mi się dlatego, że inni już byli zajęci zakochaniem koleżanek albo mieli swoje prawdziwe rodziny. Nie tak dawno dowiedziałam się, że z tym blondynkiem niedużo różnimy się wiekiem. Było minęło. Współczesne dzieci pewnie już nawet nie wiedzą, co to magnetofon.

Chyba, że w muzeum techniki widziały.

Czytaj dalej

Z piorunami na drugim planie

The boy child is locked in the fisherman’s yard
There’s a bloodless moon where the ocean died
A shoal of nightstars hang fire in the nets
And the chaos of cages where the crayfish lie

Jestem w cywilizacji i zupełnie nie mogę się odnaleźć. Jestem do tego marudna. Bo się nie wyspałam! Jednak chrapanie, chociaż sygnalizuje obecność człowieka, zupełnie nie daje mi szans na spokojną noc. Kiedy chłopak wrócił ze spotkania ze znajomymi, a ja byłam po jakimś ataku dreszczy z zimna, z wielkim katarem i z początkiem migreny, on spał jak zabity, a ja się męczyłam. Po trzeciej w nocy nie wytrzymałam i uciekłam na sofę, zamykając za sobą dwoje drzwi. Dalej SŁYSZAŁAM takie chrrrr chrrrr… Za mną superudana noc. ;)

Czytaj dalej

Tak się zaczyna, a tak się kończy

Tak się zaczyna piosenka, którą dziś rano usłyszałam zaraz po włączeniu Trójki.

Jak tu ciemno i ponuro…

Otworzyłam szerzej oczy. Szczęśliwie, nie jest tak źle. W końcu po ósmej to nawet zimą zrobi się jaśniej. Temperatura wciąż na plusie. Pomyślałam, że pewnie w lutym przywali nas śniegiem i znów minus trzydzieści rozgości się w Polsce. Ale na razie nawet w nocy, kiedy wracaliśmy z knajpki, było ciepło.

Szczęśliwie, dla moich skołatanych poranną piosenką zmysłów do studia przy Myśliwieckiej wkroczył już Wojciech Mann i zapowiedział trochę jesiennie swoją audycję.

Czytaj dalej

Jest dziś jakiś mecz?

Pooooolska! Biało-czerwoni!

Droga daleka, noc taka ciemna,
Nikt na Ciebie nie czeka, zostań ze mną.
Niebo tak blisko, niebieska opieka,
A na około ani śladu człowieka.

Tak. Jestem dziś jak żywa flaga Polski. Mogę iść na mecz naszych z kimś i nie muszę nawet mówić, za kim jestem. Wiadomo. Gdybym tylko była bardziej na bieżąco z piłką nożną (czyli w ogóle chociaż w jednym stopniu wiedziała, czy grają dziś, w tym tygodniu czy stuleciu JAKIKOLWIEK mecz)… a grają?

Malowałam konstrukcję pod taras impregnatem o kolorze „mahoń”. Czy to był mahoń czy raczej jakiś sraczkowaty z daleka w opakowaniu, to nie jestem w stu procentach pewna. Na drewnie wygląda genialnie. W puszce nieco gorzej. Na mnie wygląda jak nagła epidemia gruźlicy, różyczki, alergii i cholery. I cholera wie czego jeszcze.

Czytaj dalej

Ścieśniaj, ścieśniaj

Ile można ścieśnić?

Takie  pytanie nasunęło się moim myślom w głowie (bo gdzie niby indziej) dzisiaj po obejrzeniu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Kawałek z krzyżówką wrzuciłam już kiedyś, o tutaj. Wszystko można ścieśnić. Kaczkę. Paprykarz szczeciński. Jamnika-jajnika. Ciotkę Różę-obżartucha. Chociaż ją to raczej rozciągnąć można, bo wciąga kabanosy i nawet nie pogryzie.

gdy wszystko się zdarzy
( muzyka Grzegorz Turnau,
słowa E. E. Cummings / Stanisław Barańczak)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego, dowiózł na drugi dworzec i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa, chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu, znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości. Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

Jednego dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy, więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie, przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach, zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu. Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie „dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem. Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie, to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości.

Zima, skrzy się śnieg, mrozik trzyma. Spokój, wielki spokój na ziemi. A tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

I była słoneczna zima. W najpiękniejszym jej momencie schodziliśmy na dół po trochę jedzenia. I rąbaliśmy drewno, nosiliśmy i woziliśmy na taczkach do kotłowni. I było tak ciepło przy kominku, że chciało się po prostu spać. Jedliśmy sałatkę grecką, scony z pomarańczami, dorsza z pieca, kruche ciasta z przyprawami i parę innych rzeczy. W pamięć zapadł mi ten sok malinowy. Z malin o smaku malin. Jak domowy. A zatem można spędzić trzy dni i dwie noce ot tak, po prostu. Nie samej, troszcząc się o wszystko. Ale z pomocą, nawet przy myciu kibli i pryszniców. Rzadko spotykam w tym miejscu mężczyzn, u których za deklaratywną chęcią pomocy idzie czyn. Ewentualnie, bardzo ewentualnie, mogą pomóc przynieść drewno. I chcieliby, żeby padać im do stóp za to. A tu nie. Dobrze być kobietą i dobrze, że są tacy, którzy to widzą i szanują. Dzięki.

O kurczę.

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu bałwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Przestawię tylko godzinę publikacji na dziś, czyli na wczoraj.

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

No to pa.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca-Zytka-Której-Ścieśnianie-Zupełnie-Nie-Wychodzi.

(a nigdy jest zawsze nigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś 

więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był

spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie

siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła

mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie

możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego

dworca, dowiózł na drugi i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem

minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z

następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się

minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa,

chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu,

znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z

przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga

skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości.

Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych

nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często

słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie

ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

Jedengo dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy,

więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed

zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na

frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i

dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie,

przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za

nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po

kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć

skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U

nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach,

zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie

trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu.

Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który

ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie

radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie

„dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie

znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem.

Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie,

to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości. Spokój, wielki spokój na ziemi, a tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu balwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca Zytka.

Till You come to me

Zdarzył się na tym wyjeździe taki dzień, jaki opisywałam słowami Księdza Jasia 22 marca w tym roku.

A sleepless night in the city
No peace and quiet in the city
It’s hotter than the water from a boiler in
The basement of Hell
In this low rent, walk-up, broken-down hotel

Moment olśnienia, szurania liśćmi i delikatnego powiewu wiatru. Siedziałam przy barierce, marznąc bardziej od swoich myśli, niż od zimnych kamieni. Zielone wełniane rękawiczki dawały troszkę poczucia komfortu pod tyłkiem, ale nie było to nawet niezbędne minimum. Pojawiło się wiele słów, które wisiały w powietrzu od dłuższego czasu. Gapiłam się tępo na rzekę poniżej tamy, myśląc o przyszłości i przeszłości. I będąc w samym środku jednej i drugiej.

Pewnych słów nie powiemy drugi raz. Pewnych sytuacji nie odwrócimy nigdy więcej. Stają się, zakorzeniają i wyrwać się już ich nie da. Świadomość płata figle. Czasem myślę, że wszystko się ułożyło, a tu nic z tego. Dopóki nie ułożę w swojej głowie myśli w zgrabny stosik do spalenia. Albo nawet w ogromną watrę, do podpalenia której wystarczy tylko iskra. Iskra się znalazła. Coś się już nawet zajęło, ale ile czasu zajmie spalanie? Nie da się otworzyć popielnika. Może przyjdzie wiatr i przyspieszy ogień, a popiół rozwieje na wszystkie strony świata.

Uczę się godzić z samą sobą i czuć się doskonałą, bo czemu nie. I jednocześnie dążyć do swojej doskonałości.

Counting the cracks on the ceiling
Flat on my back, and I’m feeling
Lower than the roaches in the tunnels of the one and the nine
And the clock says that I’m half past losing my mind

Through the tick tock tick, I can hear the faucet drip
When the neighbors brawl, I can hear ‚em through the wall
But I’m waiting, I keep waiting

I keep waiting. Jestem w trakcie czekania. Potrzebuję jeszcze czasu. Żeby oswoić się z radością, nauczyć się bliskości, odkryć na nowo troskę i poczuć wdzięczność za obecność. Żeby przestać być pomiędzy „jest” a „nie ma”. Żeby nikogo nie zranić niepotrzebnie.

Mogę czekać. Bywa, że jestem najbardziej niecierpliwą osobą na świecie. Ale jeśli widzę sens czekania, to czekam. Dawałam sobie rok na pozbieranie się z kawałeczków. Rok minął. Może 21 listopada 2012 roku jest dobrym dniem na podsumowanie tego czasu.

Just you wait and see
You’ll come back to me

Listopad 2011.

Rozpadłam się na malutkie części, jak lodowe serce otrzymane od Królowej Śniegu. Rzeczywistość miała tyle perspektyw, ile tylko się da zauważyć, a ja nie widziałam ani jednej. Mogłam przeleżeć cały dzień, patrząc w sufit, płacząc i nie widząc sensu życia.

Dziś, patrząc z innej strony, widzę, że tak musiało być. Jestem jedna jedyna i niepowtarzalna. Żałoba po rozstaniu przebiega u każdego inaczej. Odmawiając jej sobie, popełniamy jeden z największych błędów. Trzeba przejść przez kolejne etapy, żeby cieszyć się na nowo życiem, a nie tylko zagłuszać ekstremalnymi emocjami. Trzeba poczuć się tak bardzo samotnym, że dusza boli. Zanim pójdzie się dalej, trzeba pozwolić sobie na odpoczynek. Tak uważam. Adrenalina czy endorfina mogą uzależniać, ale życie na ciągłym rollercoasterze nie jest normalne.

Umierałam powoli. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze, bo nic nie widziałam. Nic nie poznawałam, było mi obojętne, kim jestem, co robię i czy się obudzę. Częściej wolałabym się nie budzić, skoro to prowadziło do świadomości, bólu i wspomnień. Teraz jestem wdzięczna swojemu organizmowi, że żadne tabletki na uspokojenie na mnie nie działały.

Grudzień 2011.

Powoli zaczynałam zerkać w lustro. Tradycyjne uśmiechanie się do siebie z samego rana nadal doprowadzało mnie do kilkugodzinnego płaczu nad sobą, do żalu nad  straconym czasem i do jeszcze większego poczucia bezsensu. Chodziłam na kurs prawa jazdy i to była jedyna rzecz, która mnie cieszyła. Przed każdym wyjściem robiłam sobie makijaż, ukrywając nieudolnie worki pod oczami od niewyspania, próbując zwrócić uwagę na coś innego, niż czerwone oczy. Czułam się przez kilka chwil człowiekiem. Nikt o mnie nic nie wiedział, więc i nikt nie patrzył ze współczuciem, nie unikał żadnych tematów.

Ciężko mi o tym wszystkim pisać. Może przejdę od jakiś czasów, które pamiętam przez mgłę, do tych, co są dla mnie wyraźne i piękne? Bo tak naprawdę mniej więcej do końca stycznia to ja nic nie pamiętam. Mogłam wtedy mieszkać na końcu świata, pracować na platformie wiertniczej, zbierać borówki w szwedzkim lesie czy opalać się na Haiti. I tak bym nic nie pamiętała. Nigdy wcześniej ból mnie tak nie przygniatał, że wręcz paraliżował ruchy. Nawet nie umiem znaleźć słów, które mogą to opisać.

No dobra, nie jestem dobra w podsumowaniach. Zawsze mnie wkurzało, że trzeba na koniec wypracowania napisać jeszcze raz to, co napisałam. W magisterce to już zupełnie mnie to dobiło. W życiu też jakoś nie syntetyzuję. Nie analizuję. Owszem, zdarza się, że coś przemyślę, zaplanuję, wezmę pod uwagę. Ale bez jaj, nie będę się nad wszystkim zastanawiała tylko po to, żeby powiedzieć to innymi słowami!

Było kilka wesel.  Potem był maj. Jeździłam na kontrole w szkołach, odwiedziłam góry, poznałam jednocześnie ze czterdzieści osób, w tym kilka lepiej i znalazłam jednocześnie nową pracę. W czerwcu oglądałam beskidzkie zachody słońca i znów jeździłam na kontrole. W lipcu zaczęło się moje zwiedzanie Warszawy, znów poznałam kilka osób, w tym jedną dużo lepiej. W sierpniu pracowałam już w górach i poznawanie nowych ludzi stało się moim płatnym zajęciem. Może nie do końca tak to wygląda, ale w końcu za coś mi płacą. ;)

Wrzesień minął dość nietypowo. Coś pomiędzy świrowaniem w jedną stronę, a uciekaniem w drugą. Kilkaset kilometrów to niby nie tak dużo, ale jednak zbyt dużo, żeby się spotkać, zobaczyć, pogadać o głupotach. Październik przyniósł zmiany i tęsknotę. Zrobiło się dużo spokojniej, a jesień nabrała kolorów i kształtów.

El viento despierta,
barre los pensamientos de mi frente
y me suspende
en la luz que sonríe para nadie:
¡cuánta belleza suelta!
Otoño: entre tus manos frías
el mundo llamea.

To był meksykański poeta, który otrzymał kiedyś Nagrodę Nobla za swoją twórczość, Octavio Paz. Czym jest dla mnie jesień. Od tego roku może być płomiennym światem, trzymanym w zimnych dłoniach. Czy jakkolwiek sobie to wyobrażę.

Jakże ja tęsknię. Obudziła się we mnie nieposkromiona tęsknota. Badam to uczucie, chodzę dookoła niego, jak pies wokół jeża. Sama się najeżam, bo nie bardzo wiem, co robić. Rzucać się w przepastne głębiny i szukać przygody czy też może stać się jeszcze odrobinkę bardziej ludzka dla samej siebie.

Powiedziałam na wyjeździe, że stawiam metafizyczną kropkę. Przyszła taka pora. Trzasnąć wielkimi drzwiami, niczym na zamku i już nigdy ich nie otwierać. Sama na pewno bym tego nie zrobiła. Słodko-gorzkie życie. Nigdy nie jest tylko dobrze lub tylko źle. I nigdy nie jest tak strasznie, żeby z tego nie wyjść. Oby.

:)

Zakochana (w życiu forever and for always) Zytka

 

PS. Wszystkie zdjęcia są z wpisów z tego roku. Tekst po angielsku jest od Spencera Day’a z piosenki Till you come to me. Ta piosenka też budzi we mnie tęsknotę. Wyrywa  serce, wykręca niczym wyżymarka i wkłada z powrotem. I weź tu żyj, człowieku.

Cóż innego przecież mógł?

Krótko i na temat.

Byłam dziś w stacji diagnostycznej, czy jak to się nazywa. Pojechałam na doroczny przegląd (piosenki aktorskiej). Pomyślałam, że jeśli pan każe mi wjechać kołami na toto z taką wielką dziurą w środku, to powiem mu, żeby sam wsiadł i sobie przejechał tym samochodem.

Jakoś nie pomyślałam, że będzie mogła mnie obsługiwać kobieta.

Albo że mimo wszystko wjadę tam sama.

Dojechałam. Zaraz za mnie wepchnął się facet, który szybciutko poleciał zapłacić za przegląd. Ale ja zaparkowałam elegancko zaraz za poprzednim samochodem i tak w końcu byłam przed tym idiotą. Obsługiwał mnie facet. Pani za to podała mi filiżankę z wodą mineralną i zagadała o upale na dworze. Oboje się uśmiechali. Full wypas.

Pan Obsługujący przypominał Rysia Kalisza. Nie mogłam oderwać od niego wzorku. Kazał mi zapisać na karteczce numer numer rejestracyjny. Potrzebowałam wyjść na zewnątrz i sprawdzić. ;P

Do tego miałam dopisać numer telefonu i wrzucić całość do RÓŻOWEGO pudełka, przewiązanego wielką kokardą. Chyba wzięłam przy okazji udział w jakimś konkursie czy czymś.

Podobno Ryszard Kalisz jest bardzo miłym politykiem. Facet, który go przypominał był bardzo, bardzo miły. Kulturalny, spokojny, wszystko mi tłumaczył, kiedy wrzucić jedynkę, kiedy hamować i co to jest zbieżność kół. Wszystkiego się spodziewałam, ale żeby było aż tak miło?

I nawet wjechałam sama nad ten dół. Na szczęście miał po obu stronach takie metalowe zabezpieczenia, w razie jakby jakaś baba chciała skręcić i mimo wszystko wpaść do środka. Ja nie wpadłam. Ale w razie jakby co, nie zapinałam pasów.

Babę zesłał Bóg. Raz mu wyszedł taki cud.

Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.

Do śmiechu

Wygrzebałam stare kawały, takie sprzed dobrych paru lat. Może już je zapomnieliście i znów będą Was śmieszyć? Są dość idiotyczne. Samo życie, chciałoby się rzec.

***

Dentysta do pacjenta podczas „prac głębinowych”:
- O przepraszam, zdaje się, że naruszyłem panu nerw.
- Nie szkodzi, nawet nie bardzo bolało. – Uspokaja pacjent. – Tylko niepotrzebnie pan z tego powodu wyłączył światło…

***

Mama do Jasia:
- Wiesz, ta dziewczyna, którą przyprowadziłeś, jest bardzo ładna i miła, ale wysyłając cię po osiemnastkę, miałam na myśli śmietanę.

***

Karol i Hela spędzają powtórny miodowy miesiąc, na uczczenie 40-tej rocznicy ślubu. Lecą sobie do Australii. Nagle głos pilota:
- Drodzy pasażerowie, silniki odmówiły posłuszeństwa. Możemy lądować awaryjnie na wyspie przed nami, ale prawdopodobieństwo, że ktoś nas odnajdzie jest równe zeru. Dziękujemy za wyrozumiałość.
Karol drapie się w głowę i mówi do Heli:
- Kochanie, opłaciłaś rachunki za mieszkanie?
- Tak najmilszy, uregulowałam tuż przed wyjazdem.
- A za telefony?
- Też zapłaciłam, najdroższy.
Karol myśli, myśli, myśli…
- A ZUS-y nasze popłaciłaś ?
- O Boże, kochanie, na śmierć zapomniałam! Och, dowalą nam karę!
Karol całuje ją tak, jak nie całował od lat 30-tu, śmieje się, wrzeszczy jak wariat:
- Przeżyjemy! Znajdą nas! Te skurczybyki znajdą nas, nawet na końcu świata!!!

***

Jaś i Małgosia bawią się w dom. Jaś próbuje „obiadu” i mówi:
- Wiesz co, kotku, chyba jest troszeczkę niedosolone…
Małgosia:
- Niedosolone? Niemożliwe, przecież sama odpowiednio soliłam! Może uważasz ze za mało i ja nie mam racji? To co, ja nigdy nie mam racji? Nawet jak posolę odpowiednio obiad? Może uważasz ze w ogóle nie posoliłam i kłamię!? Ja kłamię! Może ja tylko kłamię! Może w ogóle uważasz, że jak kłamię, to nawet nie jestem człowiekiem, żeby się pomylić! A może uważasz, że ja już nie jestem człowiekiem! A może ja już nawet nie mówię po ludzku, a tylko szczekam?! Mamoooo!!!! Jasiu powiedział do mnie „ty suko”!

Don’t let me be misunderstood

Wszystko mi przypomina to, o czym dawno zapomniałam. Albo co zepchnęłam w otchłań niepamięci (niech się święci cud).

Rower, któremu trzeba napompować oponę trzy razy w ciągu godzinnej jazdy po mieście. Zdjęcie butów z półmetrowym szpicem, do wybijania zębów idealne. Dojrzałe awokado (wreszcie!), które w markecie uznali widocznie za zbyt miękkie do sprzedaży i przecenili na złoty dwadzieścia. Muffinki tres leches do rozsmarowania komuś na twarzy (nie żartuję, tak pisze o nich autorka!).

A najbardziej telefon, w którym ciągle klikam w radio, a on do mnie, żebym podłączyła słuchawki. Sorry, Winnetou. Najpierw musiałabym je odzyskać ze szponów sb who collected his records and then changed his number. BTW, z tym numerem to jest najlepsza historia, bo faktycznie zmienił numer. <Ironiczny śmiech>. Oj tam, oj tam. A czego się niby powinnam spodziewać, przecież nie rzeczowej rozmowy.

Wpisałam tu przed chwilą zdanie, które chciałam zobaczyć tylko i już. Wykasowane. Brzmiało nieźle, ale nigdy nie pisałam tego słowa, więc nie wiem, przez jakie „h” czy „ch” się je pisze. A była to daleko idąca generalizacja na temat mężczyzn. Pozostał po niej ślad w mojej pamięci. A już w weekend zostawię inne ślady i uruchomię pamięć mięśni. Och, Kobietą być! :)

Nie ogarniam tej kuwety. Nie łapię. Nie uważam, że jest cool. Nie kumam bazy. W ogóle nie znam się na powiedzonkach i tym podobnych. Najbardziej denerwuje mnie słowo zaj***ste. Cholera jasna, nie mam pojęcia, co ono znaczy. Słowo-wytrych normalnie. Wszystko i nic, klucz do świętego Grala (słownik w przeglądarce zasugerował, że może chodzi mi o Grilla) i kod na wygrywanie szóstki w lotto w jednym.

Jeśli napiszę, że moje życie jest zaje****e, to znaczy, że jest:

  1. dobre?
  2. szalone jak kot da Vici?
  3. szare, długie i do d***, jak papier toaletowy?
  4. jak tramwaj i tylko ja wiem,  jak się otwiera drzwi?
  5. jak pudełko czekoladek?
  6. czy jak paczka Fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta, w którym występował też smak woskowiny z uszu?

Ja jestem za szóstką. A Wy?

Dziękuję za komentarze, odwiedziny i każde słowo, jakie zostawiacie po sobie.

Oddana (może nie dozgonnie, ale jednak) Zytka.

 

PS. Zrozumienie przynosi różne efekty i jeszcze różniejsze skutki. Rożne różniste. Rozumiesz, babe? Oh Lord, please don’t let me be misunderstood. Joe Cocker wie, o co c’mon.

No co?

No co, no co, no co, no co, no co ja ci zrobiłem?!

nie brałem, gdy znalazłem
nie szafowałem masłem

Cóż ja takiego zrobiłem, jakąż to zbrodnię?
Że dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie?
Nosiłem Ci do pralni,
Paliłem piec w sypialni,
Czyściłem w umywalni kran ,
Kolacje jadłem zimne,
Zalutowałem rynnę,
A wady tak niewinne mam!

Zgubiłam się wśród tych wszystkich no co. Ten głos, ten tekst, ten dzień. A wady tak niewinne maaaaaam!

 

odwracasz się tyłem

—————-

Czym się zajmujesz? – spytała dorosłego, jakby się mogło zdawać, mężczyznę.

-Niczym. – odpowiedział, nieco zmieszany (z błotem). – Zajmuję się niczym. Ale teraz postanowiłem oderwać się. Od tego oderwania, rozumiesz, oderwać się. – Tu odwrócił się z myślą: „Przepadłem. Za chwilę skończą się tematy do rozmów”.

- Jaki rap pani woli? Ze wschodniego czy zachodniego wybrzeża? – wtrącił się niespodziewanie do rozmowy facet siedzący po jej prawej stronie. Kobieta z uśmiechem odpowiedziała:

- Nie widzę różnicy. Choć są tacy, którzy ją widzą. Jak pan zapewne zauważył… – Mężczyzna od pierwszej kwestii pomyślał tylko: „I tematy się skończyły”.

Wszystko umiem, wszystko potrafię, a dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie.

—————-

Wchodzę na portal zajmujący się sprzedażą usług telekomunikacyjnych, urządzeń nadawczo-odbiorczych oraz  innych takich (do czego to doszło, żebym tak obrazowo pisała, że weszłam na stronę orange, ale tak, żeby nie napisać, że to ich strona…). A tam wielkimi literami, chociaż na dole strony, napis: Eksperci: 27 proc. Europejek nie jest zainteresowanych seksem. Aha. Duch Wielkiego Socjologa we mnie zadrżał. Pomyślałam: Ciekawe. Jak oni* to zbadali? Bo chyba nie tak, jak pan profesor Lew Starowicz, który zajmuje się tematem od lat?

Stop. Weszłam w artykuł, a tam w dużej mierze jego treścią jest wypowiedź profesora Starowicza. To się dowiedziałam tyle, że dalej nic nie wiem.

Dobra. I got it. Weszłam na stronę kongresu Kobieta i Mężczyzna. To właśnie na nim, najprawdopodobniej w sesji plenarnej między 11:00 a 12:30 pojawiło się to zdanie prof. dr hab. n. med. Alessandry Graziottin. Obecnie Dyrektor  Centrum Ginekologii oraz Seksuologii Medycznej szpitala San Raffaele Resnati w Mediolanie. To nieco zmienia postać  rzeczy, chociaż zdanie mogło być totalnie wyrwane z kontekstu. To po pierwsze. A po drugie, nie bardzo wiem, jak można w ramach podsumowania dwudniowego kongresu użyć jednego zdania, wypowiedzianego niemal na „dzień dobry”, na początku?Czepiam się, to przecież nie było żadne podsumowanie. A kongres dotyczył w dużej mierze starzenia się. I oczywiście miłości. ♥. No i seksu. Wśród traw, łąk, pól i lasów. W malinowym chruśniaku też, I think.

Okej, jest to chwytliwe, skoro nawet ja wlazłam w link, a nie robię tego często.

I może ktoś tu ma rację? Może mamy ciekawsze rzeczy do zrobienia w życiu. A może nie ma z kim. Przyczyny się nie wykluczają. Tym bardziej, że i liczba singli rośnie (wpiszcie takie hasło w wyszukiwarkę dla potwierdzenia). Yeah. Będzie w czym wybierać na starość.

A poza tym, jak wiadomo (jeszcze jest to w miarę oczywiste, ale czasy się zmieniają), bez seksu raczej nie ma dzieci. I piosenka Gołasa wtedy niepotrzebna. Bo na żywo słuchanie takich piosenek nie przypomina miłego głosu z Kabaretu Starszych Panów. Tylko piskliwe skrzeczenie. Lub ciężki baryton.

BTW, widzieliście już to? Część widziała, sorry. Ukradłam z googli+ po ciekawej dyskusji. Thanks, Darek B.

* kategoria ONYCH obejmuje wszystkich, którzy zajmują się dowolnym tematem, w sposób dowolny. Rewelacje dziennikarskie mnie nie wzruszają do głębi. Jakby człowiek tak przeżywał wszystko, to osiwiałabym na pierwszym roku studiów, zaraz po pierwszych zajęciach, tyle tam rewelacji było życiowych. Na przykład badania jednej z pań na wydziale na temat kohabitacji. Och, czego tam nie było! I o wszystkim dyskutowaliśmy w ramach zajęć, nawet o praniu brudnych skarpetek. Bo to ważna kwestia, czy ktoś wypierze je sam, czy wrzuci pod łóżko i po miesiącu drugi ktoś odkryje, co tak śmierdzi.

A treść informacji prasowej pochodzi z Polskiej Agencji Prasowej. Pewnie nie tylko w tym jednym portalu pojawiła się taka informacja.

Jezu, jak się cieszę

z tych malutkich wskrzeszeń. Wprawdzie pełnej kieszeni nie mam, ale znowu mogę myśleć trochę jakby ściślej i wymyślać śmiało nowy plan. I pięknie jest, nieskromnie bardzo jest!

Nieskromnie powiem, że spędziłam fantastycznie popołudnie gadając o pociągach, pracy, zapamiętywaniu, nauczycielach w liceum, zamarzaniu w PKSach zimą, śląskich powiedzonkach, jakiś urządzeniach (uwielbiam słuchać, chociaż nic nie rozumiem) i o takiej ilości spraw z epoki dinozaurów, że… poczułam się młodsza o jakieś siedem-dziesięć lat. Mało komu udaje się taki wyczyn. Dzięki.

Szczęka ma odpadała ze śmiechu, miałam nawet Wam parę zapożyczonych tekstów sprzedać, ale nie zapisałam. Przepadło, jak na razie. Mam nadzieję, że będzie powtórka z rozrywki.

Bardzo nieskromnie (czy ten wyraz ma jakiś synonim, który poznam, zanim mi zbrzydnie?) powiem, że nie chce mi się pakować na wyjazd. Niech się samo spakuje. Ja i plecak zgadzamy się w jednym – że należy być spakowanym. Tak jak w kwestii wieku emerytalnego w polskim Sejmie, tak i między mną a plecakiem nie ma najmniejszego kompromisu. Nie poszłam dziś na żadne ustępstwa, więc plecak stoi daleko stąd. Spakowany, ale na zupełnie inną okazję.

Jutro. Mañana. Domani. за́втра. A na pewno nie dziś. Bo jest groźnie.

Nieskromnie dodam, że jestem z siebie dumna (nie, to nie ja bazgram po nocach takie napisy). Obudziłam się dziś po siódmej rano, bo A. piekła drożdżówki. Wyobrażacie sobie, jak to jest poczuć TAK powalający zapach z samego rana? Skręcało mi żołądek. Żeby nie zmarnować dnia, wzięłam się za chleb. Rosło sobie od wczoraj ciasto na dwa bochenki i urosło wielkie jak Czomolungma.

Przy okazji (też całkiem nieskromnie) przypaliłam elegancko dwa garnki, w których piekł się chleb. Najlepiej, a raczej najstraszniej, wyglądały przykrywki. Używajcie czarnych garnków i czarnych pokrywek, a nie białych! Żeby potem mieć mniej stresu przy szorowaniu. Jak wiadomo, na czarnym brudu tak nie widać, a przy 250ºC wszystkie resztki się pięknie przypalają i ujawniają swoją czarującą moc. Szczególnie przy otwieraniu piekarnika, jak bucha ciemna, gryząca para, hehe.

Oczywiście Wy nic o tym nie wiecie i tylko cieszycie się widokiem tego, co dziś przed południem opuściło piekarnik. Kto ma bliżej, niech się zapowie i spróbuje. Drożdżówek i rogalików już niet, ale chleby są. Jeszcze są (jest koło północy, czyli pora na kolację).

W filmie udział wzięli:

  • chleb pszenny z suszonymi pomidorami i parmezanem (to okrągłe po lewej na górze i w innych miejscach);
  • rogaliki z ciasta francuskiego (wyraźnie się odróżniają, co?)
  • chleb pszenno-żytni z kolorowym pieprzem (to płaskie na dole);
  • wspomniane już pysznie pachnące drożdżówki z domowym dżemem malinowym (pokazane dwa razy);
  • dwa bochenki chleba bezglutenowego (niepokazane na zdjęciach, because I’m silly-billy. Wiem, to żadna wymówka).

 

Przepisy innym razem. Przygotowanie takiego chleba to czas niezbędny na odmierzenie składników plus jakieś 30 sekund mieszania i do 20 godzin na rośnięcie. Następnego dnia niezbędna jest tylko cierpliwość, żeby nie jeść gorącego chleba. Dlatego lubię suszone drożdże.

I ciasto francuskie. Kupujesz, zwijasz i pieczesz. ;)

Pachniało za*****ie!

 

Tak się cieszę.