Dzięki za miłość – uwaga, będzie rzewnie

Groniec. Hey. Kowalska. Paktofonika. Wieczór wspomnień. Jak to się dzieje, że wystarczy jedno spojrzenie, przypadkowe spotkanie, nazwisko przeczytane w internecie, żeby wróciły wspomnienia?

Jak to jest, że siedząc sama w domu, kiedy nikogo nie ma, wraca do mnie wszystko, co działo się przez ostatnie lata? Czyżbym tylko w takich chwilach pozwalała sobie na bycie sobą?

Czytaj dalej

Ja tam nie wiem, ale Walentynki już były

Tak sobie dziś czytałam rano wpis Delli na Jej blogu i kiedy pomyślałam o moich życiowych miłościach, to zrobiło mi się ciepło. Zresztą, co tu gadać, czytałam dziś nie tylko ostatnie wpisy Delli. Wracam do początków. Jeśli człowiek ma w sobie determinację, mnóstwo radości (choćby nie wiem jak tłamszonej), jeśli potrafi kochać i spojrzy na siebie, jak na wartościową osobę – będzie dobrze.

Przypominam sobie, jak w okolicach podstawówki byłam zakochana w kolesiu z Kelly Family. Tak. Tak. Tak. W takim blondasie z długimi włosami. Pewnie spodobał mi się dlatego, że inni już byli zajęci zakochaniem koleżanek albo mieli swoje prawdziwe rodziny. Nie tak dawno dowiedziałam się, że z tym blondynkiem niedużo różnimy się wiekiem. Było minęło. Współczesne dzieci pewnie już nawet nie wiedzą, co to magnetofon.

Chyba, że w muzeum techniki widziały.

Czytaj dalej

Dzień inny, niż zwykle – tarta z łososiem, groszkiem i wspomnieniem

Po prostu inaczej. Niecodziennie. Nie-zwykle. Dzień w mieście, z książkami i długim spacerem. Pogoda, z  racji pięknego słońca jeszcze jesienna. Ale ze względu na temperaturę raczej zimowa.

Przyszedł wiatr, niczym północny gość i drażni skórę, jak u Murakamiego w „Ślepej wierzbie i śpiącej kobiecie”. Tyle, że jemu zapach wiatru przypominał dojrzałą brzoskwinię. A mnie mroźne powiewy kazały myśleć, że w tamtym roku chodziłam o tej porze od schroniska do schroniska w Karkonoszach. Z dwoma facetami, z których jednego znałam od połowy października, a drugiego poznałam już na wycieczce.

Romantyczna historia. Nie powiem. Dużo lepiej brzmi: poznaliśmy się w górach, gdzie w nocy widać było tylko niebo pełne gwiazd, niż poznaliśmy się nad ranem w dusznej dyskotece. Czytaj dalej

I’ll send an SOS to the World. Sending out an SOS!

Dzień minął pod znakiem Stinga i pędzla z białą, a jednak nieco fioletową farbą. Obiecałam sobie kupić wielką butelkę szamponu i nie wydrapywać pazurami spadającego tynku z włosów. Szampon od szampana dzieli tylko jedna literka, a tym drugim nie myłabym włosów.

Ciekawostka.

Grzeję sobie tyłek przy kominku, obok świeci cieplutko lampka, stjuningowana do 7 watowej żarówki lodówkowej. Pół dnia myślałam o tym, żeby napisać znów na blogu. I oto nadejszła wiekopomna chwila.

Czytaj dalej

Jest dziś jakiś mecz?

Pooooolska! Biało-czerwoni!

Droga daleka, noc taka ciemna,
Nikt na Ciebie nie czeka, zostań ze mną.
Niebo tak blisko, niebieska opieka,
A na około ani śladu człowieka.

Tak. Jestem dziś jak żywa flaga Polski. Mogę iść na mecz naszych z kimś i nie muszę nawet mówić, za kim jestem. Wiadomo. Gdybym tylko była bardziej na bieżąco z piłką nożną (czyli w ogóle chociaż w jednym stopniu wiedziała, czy grają dziś, w tym tygodniu czy stuleciu JAKIKOLWIEK mecz)… a grają?

Malowałam konstrukcję pod taras impregnatem o kolorze „mahoń”. Czy to był mahoń czy raczej jakiś sraczkowaty z daleka w opakowaniu, to nie jestem w stu procentach pewna. Na drewnie wygląda genialnie. W puszce nieco gorzej. Na mnie wygląda jak nagła epidemia gruźlicy, różyczki, alergii i cholery. I cholera wie czego jeszcze.

Czytaj dalej

Dzień z przeszłością na „ty”

Witajcie.

Tak naprawdę to wczoraj był dzień niespodzianek. Coś jak spotkanie z człowiekiem z zaświatów. Old boyfriend się objawił. Spotkaliśmy się po ośmiu latach w kolejce do lekarza. Ja smarkałam w głos, a on nie.

Czy ktoś z Was miał tak chociaż raz w życiu, że zastanawiał się, co się dzieje u X-a, Y-a po latach? Ja tak miałam.

Czytaj dalej

Till You come to me

Zdarzył się na tym wyjeździe taki dzień, jaki opisywałam słowami Księdza Jasia 22 marca w tym roku.

A sleepless night in the city
No peace and quiet in the city
It’s hotter than the water from a boiler in
The basement of Hell
In this low rent, walk-up, broken-down hotel

Moment olśnienia, szurania liśćmi i delikatnego powiewu wiatru. Siedziałam przy barierce, marznąc bardziej od swoich myśli, niż od zimnych kamieni. Zielone wełniane rękawiczki dawały troszkę poczucia komfortu pod tyłkiem, ale nie było to nawet niezbędne minimum. Pojawiło się wiele słów, które wisiały w powietrzu od dłuższego czasu. Gapiłam się tępo na rzekę poniżej tamy, myśląc o przyszłości i przeszłości. I będąc w samym środku jednej i drugiej.

Pewnych słów nie powiemy drugi raz. Pewnych sytuacji nie odwrócimy nigdy więcej. Stają się, zakorzeniają i wyrwać się już ich nie da. Świadomość płata figle. Czasem myślę, że wszystko się ułożyło, a tu nic z tego. Dopóki nie ułożę w swojej głowie myśli w zgrabny stosik do spalenia. Albo nawet w ogromną watrę, do podpalenia której wystarczy tylko iskra. Iskra się znalazła. Coś się już nawet zajęło, ale ile czasu zajmie spalanie? Nie da się otworzyć popielnika. Może przyjdzie wiatr i przyspieszy ogień, a popiół rozwieje na wszystkie strony świata.

Uczę się godzić z samą sobą i czuć się doskonałą, bo czemu nie. I jednocześnie dążyć do swojej doskonałości.

Counting the cracks on the ceiling
Flat on my back, and I’m feeling
Lower than the roaches in the tunnels of the one and the nine
And the clock says that I’m half past losing my mind

Through the tick tock tick, I can hear the faucet drip
When the neighbors brawl, I can hear ‚em through the wall
But I’m waiting, I keep waiting

I keep waiting. Jestem w trakcie czekania. Potrzebuję jeszcze czasu. Żeby oswoić się z radością, nauczyć się bliskości, odkryć na nowo troskę i poczuć wdzięczność za obecność. Żeby przestać być pomiędzy „jest” a „nie ma”. Żeby nikogo nie zranić niepotrzebnie.

Mogę czekać. Bywa, że jestem najbardziej niecierpliwą osobą na świecie. Ale jeśli widzę sens czekania, to czekam. Dawałam sobie rok na pozbieranie się z kawałeczków. Rok minął. Może 21 listopada 2012 roku jest dobrym dniem na podsumowanie tego czasu.

Just you wait and see
You’ll come back to me

Listopad 2011.

Rozpadłam się na malutkie części, jak lodowe serce otrzymane od Królowej Śniegu. Rzeczywistość miała tyle perspektyw, ile tylko się da zauważyć, a ja nie widziałam ani jednej. Mogłam przeleżeć cały dzień, patrząc w sufit, płacząc i nie widząc sensu życia.

Dziś, patrząc z innej strony, widzę, że tak musiało być. Jestem jedna jedyna i niepowtarzalna. Żałoba po rozstaniu przebiega u każdego inaczej. Odmawiając jej sobie, popełniamy jeden z największych błędów. Trzeba przejść przez kolejne etapy, żeby cieszyć się na nowo życiem, a nie tylko zagłuszać ekstremalnymi emocjami. Trzeba poczuć się tak bardzo samotnym, że dusza boli. Zanim pójdzie się dalej, trzeba pozwolić sobie na odpoczynek. Tak uważam. Adrenalina czy endorfina mogą uzależniać, ale życie na ciągłym rollercoasterze nie jest normalne.

Umierałam powoli. Nie mogłam patrzeć na siebie w lustrze, bo nic nie widziałam. Nic nie poznawałam, było mi obojętne, kim jestem, co robię i czy się obudzę. Częściej wolałabym się nie budzić, skoro to prowadziło do świadomości, bólu i wspomnień. Teraz jestem wdzięczna swojemu organizmowi, że żadne tabletki na uspokojenie na mnie nie działały.

Grudzień 2011.

Powoli zaczynałam zerkać w lustro. Tradycyjne uśmiechanie się do siebie z samego rana nadal doprowadzało mnie do kilkugodzinnego płaczu nad sobą, do żalu nad  straconym czasem i do jeszcze większego poczucia bezsensu. Chodziłam na kurs prawa jazdy i to była jedyna rzecz, która mnie cieszyła. Przed każdym wyjściem robiłam sobie makijaż, ukrywając nieudolnie worki pod oczami od niewyspania, próbując zwrócić uwagę na coś innego, niż czerwone oczy. Czułam się przez kilka chwil człowiekiem. Nikt o mnie nic nie wiedział, więc i nikt nie patrzył ze współczuciem, nie unikał żadnych tematów.

Ciężko mi o tym wszystkim pisać. Może przejdę od jakiś czasów, które pamiętam przez mgłę, do tych, co są dla mnie wyraźne i piękne? Bo tak naprawdę mniej więcej do końca stycznia to ja nic nie pamiętam. Mogłam wtedy mieszkać na końcu świata, pracować na platformie wiertniczej, zbierać borówki w szwedzkim lesie czy opalać się na Haiti. I tak bym nic nie pamiętała. Nigdy wcześniej ból mnie tak nie przygniatał, że wręcz paraliżował ruchy. Nawet nie umiem znaleźć słów, które mogą to opisać.

No dobra, nie jestem dobra w podsumowaniach. Zawsze mnie wkurzało, że trzeba na koniec wypracowania napisać jeszcze raz to, co napisałam. W magisterce to już zupełnie mnie to dobiło. W życiu też jakoś nie syntetyzuję. Nie analizuję. Owszem, zdarza się, że coś przemyślę, zaplanuję, wezmę pod uwagę. Ale bez jaj, nie będę się nad wszystkim zastanawiała tylko po to, żeby powiedzieć to innymi słowami!

Było kilka wesel.  Potem był maj. Jeździłam na kontrole w szkołach, odwiedziłam góry, poznałam jednocześnie ze czterdzieści osób, w tym kilka lepiej i znalazłam jednocześnie nową pracę. W czerwcu oglądałam beskidzkie zachody słońca i znów jeździłam na kontrole. W lipcu zaczęło się moje zwiedzanie Warszawy, znów poznałam kilka osób, w tym jedną dużo lepiej. W sierpniu pracowałam już w górach i poznawanie nowych ludzi stało się moim płatnym zajęciem. Może nie do końca tak to wygląda, ale w końcu za coś mi płacą. ;)

Wrzesień minął dość nietypowo. Coś pomiędzy świrowaniem w jedną stronę, a uciekaniem w drugą. Kilkaset kilometrów to niby nie tak dużo, ale jednak zbyt dużo, żeby się spotkać, zobaczyć, pogadać o głupotach. Październik przyniósł zmiany i tęsknotę. Zrobiło się dużo spokojniej, a jesień nabrała kolorów i kształtów.

El viento despierta,
barre los pensamientos de mi frente
y me suspende
en la luz que sonríe para nadie:
¡cuánta belleza suelta!
Otoño: entre tus manos frías
el mundo llamea.

To był meksykański poeta, który otrzymał kiedyś Nagrodę Nobla za swoją twórczość, Octavio Paz. Czym jest dla mnie jesień. Od tego roku może być płomiennym światem, trzymanym w zimnych dłoniach. Czy jakkolwiek sobie to wyobrażę.

Jakże ja tęsknię. Obudziła się we mnie nieposkromiona tęsknota. Badam to uczucie, chodzę dookoła niego, jak pies wokół jeża. Sama się najeżam, bo nie bardzo wiem, co robić. Rzucać się w przepastne głębiny i szukać przygody czy też może stać się jeszcze odrobinkę bardziej ludzka dla samej siebie.

Powiedziałam na wyjeździe, że stawiam metafizyczną kropkę. Przyszła taka pora. Trzasnąć wielkimi drzwiami, niczym na zamku i już nigdy ich nie otwierać. Sama na pewno bym tego nie zrobiła. Słodko-gorzkie życie. Nigdy nie jest tylko dobrze lub tylko źle. I nigdy nie jest tak strasznie, żeby z tego nie wyjść. Oby.

:)

Zakochana (w życiu forever and for always) Zytka

 

PS. Wszystkie zdjęcia są z wpisów z tego roku. Tekst po angielsku jest od Spencera Day’a z piosenki Till you come to me. Ta piosenka też budzi we mnie tęsknotę. Wyrywa  serce, wykręca niczym wyżymarka i wkłada z powrotem. I weź tu żyj, człowieku.

Even if you are far away and alone

Nawet w takiej sytuacji warto spojrzeć z góry na wszystkie sprawy. I potem przestać myśleć, przestać oceniać. Stać się.

Bo stawanie się to nie to samo, co trwanie, bycie i istnienie. To jakościowo inna kategoria, inny ogląd rzeczy.

Dawno (?) nie miałam dostępu do internetu. Nie miałam prądu stałego i oszczędzałam wodę, bo susza. Inny świat. Tu wielowiekowa tradycja przeplata się mocno z poczuciem tożsamości lokalnej, a nowoczesność jest trochę jak u Dalego. Przy okazji Dalego – czytam w bardzo wolnych chwilach książkę Luisa Buñuela. Moje ostatnie tchnienie. Rzeczywistość jest bardziej surrealistyczna, niż myślałam. Może to moje szukanie – namiętne i z pasją – była właśnie przejawem takiej wizji sprzed stu lat. Może manifest surrealistów jest częściowo mój, a mój jest częściowo ich. Podświadomie zapożyczony, związany z naturalną ewolucją świata i idei.

Pozdrawiam Was.

I uciekam pochodzić trochę po pięknym  świecie, w którym pierwszym i ostatnim widokiem każdego dnia są góry.

Nie wiem, jak o tym pisać. Tu można tylko żyć. Poznawać ludzi o twardych rękach, którzy od rana do nocy rąbią siekierą drewno na zimę, a serca mają czułe i zakochane w świecie. Mądrość ludowa łączy się z wysoko wyspecjalizowaną wiedzą. Przywiązanie do wartości, do poczucia, że słowo mówione ma największą wartość – to coś coraz rzadziej spotykane. Ile w tym prostoty, ile zaufania.

Ja już nic nie piszę.

Staję się.

Zytka.

Nie staraj się być nowoczesny. To jedyna rzecz, która – cokolwiek byś nie uczynił – niestety cię nie ominie.

Salvador Dali

To było tak dawno

 

Są mosty na wzgórzu spalone w południe
i tarcza blaszana nad drzwiami fryzjera
i brzytwa po której nie krzepnąc krew spływa

Nie wiem, jak mają inni Blogerzy, ale dla mnie samo wpisywanie tagów do wpisu to już jest wyczyn myślowy. Najpierw wpisuję tagi, a potem myślę, skąd mi przyszły takie do głowy. Chwila zamyślenia. Moment zatrzymania. Przymykam powieki. Żebyśmy się poznali.

Ty i Ja. Pięć liter. A słowo pięć ma tylko cztery.

Moje miłości pomiędzy Ty i Ja nieskończenie blisko związane są z górami. Nawet szalone zakochanie w zupce chińskiej o smaku sera w ziołach zaczęło się i skończyło w górach. Gdzieś do tej pory mam paragon z pierwszej wycieczki o smaku Nudli.

(Czy ja mogłabym pisać o miłości bez pisania o jedzeniu???)

Słucham. W życiu piękne są tylko chwile. Zapamiętujemy je, żeby odtwarzać. Kiedy wszystko zaczyna się walić. Kiedy brakuje pomysłu na temat do rozmowy. Kiedy szukamy inspiracji do obiadu.

(Poddaję się. Nie umiem pisać o miłości bez wtrętów o żarciu.)

Chwile, które łączą Obecnych. Dzielą Rzeczywistość na Tu i Teraz oraz na Tam i Kiedyś.

w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród

Kiedy przygniata pewność niepewności, a rzesze ludzi zdają się przypływać i odpływać, jak pod urokiem zmiennych faz Księżyca, pozostaje spojrzeć wysoko w górę. Odszukać Gwiazdę Polarną. Odetchnąć powietrzem czystym jak dziecięca łza. Pobiegać boso po rosie. Bawić się ze szczeniakiem. I uśmiechać szczerze do własnych myśli.

Za murem szkło tłucze wylękła dziewczyna
a tarcza blaszana jak słonce się żarzy
wiec mruży dziewczyna swe oczy i ślepnie

Połączenie odrażających zapachów i wzruszających dotyków. Ostra mieszanka tego, co niewypowiedziane z tym, co krzyczą na dachach. Oddarcie z intymności na rzecz pierwszej strony w kolorowym tabloidzie. Ucieczka daleko w świat bez telewizji i zasięgu sieci komórkowych. Oto Życie.

Nie żyje już fryzjer zmęczony nad rzeką
pod drzwiami zostawił list i znaczki cztery
i brzytwę i ucho odcięte lecz czuje
rodzina napisze nagrobek jak wróci

Słownik filozoficzny. Śpiewy na dwa głosy. Rozwiązanie zagadki o średnicy Ziemi i sznurku. Spokój wieczoru po dobrze spędzonym dniu. Wygodne buty. Dobry sen. Bycie miłym.

Nie bądź zbyt krytyczny. Poznajmy się lepiej. Bliżej. Sprawdźmy, czy tęsknota za Ludzkością może zelżeć w porozumieniu z Człowiekiem. Zróbmy coś niezwykłego. Zostawmy po sobie tajemnicę. Taką, do której będzie można się uśmiechać do końca życia.

Nie wyjaśniajmy wszystkiego, niczym w rozbiorze zdania i wiersza. Zostawmy kilka szpar w myślach dla ciekawskich, którzy mają odwagę szukać Prawdy. Bądźmy odważni, gdy rozum zawodzi. W ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy.

Oto Życie. Anioły więdnące na drzewach.

 

 

———————

Fragmenty:

W Miasteczku Anioły – słowa Kazimierz Mikulski, muzyka Grzegorz Turnau

Przesłanie Pana Cogito – Zbigniew Herbert

Inspiracje:

Przyjemności – Bertolt Brecht

I moje wpisy z okolic 6 grudnia 2011 roku.

Wiem i chcę

Najlepszą śmiercią jest zapomnienie totalne. Ale dziś będzie o miłości. A co sobie będziemy żałować.

♥  ♥ 

Piękne serduszka [wali po oczach kolorami]. Brawo, Zytka.  Świeżbiło mnie, żeby walnąć je na różowo, ale to by mogło Was odstraszyć na zawsze.

No to cytacik.

Traveling is like flirting with life. It’s like saying, “I would stay and love you, but I have to go; this is my station.” – Lisa St. Aubin de Teran

Zdjęcie z serii „Nocne Polaków rozmowy o wszystkim i niczym” z wyjazdu. Mam ich jeszcze całkiem sporo. Robienie zdjęć po ciemku idiot kamerą wymaga wielu powtórzeń, żeby osiągnąć efekt. Jakikolwiek efekt, uściślijmy.

Kiedy jechałam stopem z braku innych możliwości i niechęci do czekania trzech godzin w upale przekraczającym unijne normy, rozmawiałam sobie ze Słowakiem. Facet po porównaniu średnich zarobków, długości urlopu macierzyńskiego, cen w spożywczaku i na stacjach benzynowych zachęcił mnie do natychmiastowego znalezienia pracy na Słowacji. I męża. Żeby mieć na każde dziecko trzy lata płatnego urlopu macierzyńskiego. A nasi politycy chcą, żeby ich całować po rękach, że zabierają kobiecie część urlopu na rzecz mężczyzn. W głowie się nie mieści takie rozumowanie.

Pan Słowak gadał ze mną spory kawałek drogi, bo prawie od granicy do Bielska. I tak wiem, że ma trochę rodziny po świecie rozsianej, w tym w Holandii, chyba Anglii i na pewno ma wujka w Ameryce. Ale sam nie lubi wyjeżdżać na dłużej, bo kocha swój dom i rodzinę. Taki domator. Miło, że są tacy mężczyźni. :)

Potem jechałam z panem, który rozwozi towar do hipermarketów. Wejście do kabiny TIRa z plecakiem, kijkami i butelką wody mineralnej w ręku było jak wyczyn cyrkowca. Tam są normalne schody. Do pociągu jakoś dużo łatwiej wejść. I jeszcze jak zapinałam pas, pan powiedział: Zapięty pas równa się pewna śmierć. Nie chciałam umierać w młodym wieku.

Pan kierowca narzekał na to, że Polacy narzekają. A jak ktoś zajechał mu drogę, to mówił: Ale muł! I już wiem, że lepiej nie wyprzedzać TIRa przed samą górką, jeśli to zmusi go do hamowania. Może sobie ułatwimy drogę, ale przez naszą decyzję cała reszta będzie się za nim wlokła 30 na godzinę. Albo się rozpędzi i będzie git, albo będzie zawalidrogą. Przemyślcie to.

Mój współtowarzysz podróży wyraził też swoją opinię na temat meczu PL-CZ. Powiedział, że nie oglądał specjalnie i z premedytacją. Bo każdym razem, kiedy patrzył w telewizor, nasi wygrywali albo remisowali. A on nie chciał, żebyśmy odpadli później. To już wiecie, kto jest winny porażki. Pan z TIR-a!

Najciekawszą rzecz, jaką jednak usłyszałam, było marzenie związane ze starością, emeryturą i śmiercią. Większość kolegów owego Pana jest już na emeryturze, on sam będzie miał koło 60-tki. A ponieważ nie umie usiedzieć w domu i zjechał już TIR-em prawie całą Europę, nie nadaje się do wędkowania z pieskiem lub sąsiadem. Chciałby umrzeć w następujący sposób:

Ja to bym chciał jeździć do końca życia. A na koniec samochód zjechałby sobie spokojnie  do rowu, a ja bym kipnął.

Wryłam sobie to zdanie do mózgu. Od tego momentu, kiedy widzę TIR-a na drodze, zastanawiam się, co myśli jego kierowca. Też chce wysiąść na innej stacji, bo tu może jedynie poflirtować z życiem?

Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.

Pytania niedokończone

Przeczytałam tyle książek, że już normalnie nie wiem, od której zacząć. Pewnie będzie tak, jak zwykle, że napiszę o jednej, chociaż przeczytałam do tej pory dziesięć różnych. Czuję jednak wewnętrzny imperatyw kategoryczny, żeby napisać o tej konkretnej. Światło dnia Jamiego Saula.

Co jest ważniejsze – uczciwość czy lojalność?

Znacie odpowiedź na to pytanie? Są w ogóle takie odpowiedzi na trudne pytania, których udzielacie jednym tchem? Bez zastanowienia? Bez wahania? A co byście sobie odpowiedzieli, jakby okazało się, że pytający już nie żyje?

Saul napisał świetną książkę. I długą, co ważne. To znaczy – nie da się przeczytać w godzinę i zapomnieć. I pod koniec ogarnęło mnie dobrze znane uczucie, że za mało kartek zostało do końca.

W wielkim skrócie, bo nie lubię odbierać przyjemności czytania: główny bohater jest profesorem i mieszka z synem w niewielkiej miejscowości. Książka koncentruje się na trzech etapach życia: razem z żoną artystką;  wspomnieniach z życia syna i ojca oraz to wszystko, co jest wynikiem nieprzewidzianych splotów okoliczności. Kryminał, obyczajówka, dramat, nie wiem. Komedia to nie była. Wątek miłości pojawia się w zupełnie inny sposób, niż w literaturze typu Harlequin.

Mogę powiedzieć dwie rzeczy.

Po pierwsze, rzadko mam okazję czytać książkę mężczyzny, który nie odziera swojego bohatera z uczuć i nie każe mu grać macho. Ten facet czuje, kocha, myśli, płacze, cieszy się i ucieka we wspomnienia. Dobija go głupota i cieszy dobra pogoda. Jest zwyczajny, a nie papierowy. I kiedy wspomina, robi to po ludzku. Nie ma tu szalonej psychoanalizy, nie ma idiotycznych amerykańskich wtrętów typu: wszystkie problemy rozwiązują się same, kiedy cała rodzina zasiądzie przy stole.

Po drugie, lubię grube książki, które zaprzątają moje myśli, ale są nawet zbyt ciężkie, żeby przeczytać je od razu. Tę odkładałam wiele razy, bo była za trudna, wymagała zbyt wiele zaangażowania. Wciągała za bardzo. Pytanie o lojalność i uczciwość doprowadziło do dramatu bohatera. A mnie do napisania o książce.

A że chodzi za mną cały dzień piosenka Lady Pank, to się nią nie podzielę. Za to spójrzcie na młode oblicze Wojewódzkiego. Jaki to był grzeczny chłopiec, chociaż teksty miał takie same. I nawet jedną linijkę tekstu zna. Proszę bardzo. Dalej już klasyka w najlepszym wydaniu. Na dobry sen. Na szalone życie.

http://www.youtube.com/watch?NR=1&feature=endscreen&v=IDrvR4KZYo4

Don’t let me be misunderstood

Wszystko mi przypomina to, o czym dawno zapomniałam. Albo co zepchnęłam w otchłań niepamięci (niech się święci cud).

Rower, któremu trzeba napompować oponę trzy razy w ciągu godzinnej jazdy po mieście. Zdjęcie butów z półmetrowym szpicem, do wybijania zębów idealne. Dojrzałe awokado (wreszcie!), które w markecie uznali widocznie za zbyt miękkie do sprzedaży i przecenili na złoty dwadzieścia. Muffinki tres leches do rozsmarowania komuś na twarzy (nie żartuję, tak pisze o nich autorka!).

A najbardziej telefon, w którym ciągle klikam w radio, a on do mnie, żebym podłączyła słuchawki. Sorry, Winnetou. Najpierw musiałabym je odzyskać ze szponów sb who collected his records and then changed his number. BTW, z tym numerem to jest najlepsza historia, bo faktycznie zmienił numer. <Ironiczny śmiech>. Oj tam, oj tam. A czego się niby powinnam spodziewać, przecież nie rzeczowej rozmowy.

Wpisałam tu przed chwilą zdanie, które chciałam zobaczyć tylko i już. Wykasowane. Brzmiało nieźle, ale nigdy nie pisałam tego słowa, więc nie wiem, przez jakie „h” czy „ch” się je pisze. A była to daleko idąca generalizacja na temat mężczyzn. Pozostał po niej ślad w mojej pamięci. A już w weekend zostawię inne ślady i uruchomię pamięć mięśni. Och, Kobietą być! :)

Nie ogarniam tej kuwety. Nie łapię. Nie uważam, że jest cool. Nie kumam bazy. W ogóle nie znam się na powiedzonkach i tym podobnych. Najbardziej denerwuje mnie słowo zaj***ste. Cholera jasna, nie mam pojęcia, co ono znaczy. Słowo-wytrych normalnie. Wszystko i nic, klucz do świętego Grala (słownik w przeglądarce zasugerował, że może chodzi mi o Grilla) i kod na wygrywanie szóstki w lotto w jednym.

Jeśli napiszę, że moje życie jest zaje****e, to znaczy, że jest:

  1. dobre?
  2. szalone jak kot da Vici?
  3. szare, długie i do d***, jak papier toaletowy?
  4. jak tramwaj i tylko ja wiem,  jak się otwiera drzwi?
  5. jak pudełko czekoladek?
  6. czy jak paczka Fasolek wszystkich smaków Bertiego Botta, w którym występował też smak woskowiny z uszu?

Ja jestem za szóstką. A Wy?

Dziękuję za komentarze, odwiedziny i każde słowo, jakie zostawiacie po sobie.

Oddana (może nie dozgonnie, ale jednak) Zytka.

 

PS. Zrozumienie przynosi różne efekty i jeszcze różniejsze skutki. Rożne różniste. Rozumiesz, babe? Oh Lord, please don’t let me be misunderstood. Joe Cocker wie, o co c’mon.

No co?

No co, no co, no co, no co, no co ja ci zrobiłem?!

nie brałem, gdy znalazłem
nie szafowałem masłem

Cóż ja takiego zrobiłem, jakąż to zbrodnię?
Że dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie?
Nosiłem Ci do pralni,
Paliłem piec w sypialni,
Czyściłem w umywalni kran ,
Kolacje jadłem zimne,
Zalutowałem rynnę,
A wady tak niewinne mam!

Zgubiłam się wśród tych wszystkich no co. Ten głos, ten tekst, ten dzień. A wady tak niewinne maaaaaam!

 

odwracasz się tyłem

—————-

Czym się zajmujesz? – spytała dorosłego, jakby się mogło zdawać, mężczyznę.

-Niczym. – odpowiedział, nieco zmieszany (z błotem). – Zajmuję się niczym. Ale teraz postanowiłem oderwać się. Od tego oderwania, rozumiesz, oderwać się. – Tu odwrócił się z myślą: „Przepadłem. Za chwilę skończą się tematy do rozmów”.

- Jaki rap pani woli? Ze wschodniego czy zachodniego wybrzeża? – wtrącił się niespodziewanie do rozmowy facet siedzący po jej prawej stronie. Kobieta z uśmiechem odpowiedziała:

- Nie widzę różnicy. Choć są tacy, którzy ją widzą. Jak pan zapewne zauważył… – Mężczyzna od pierwszej kwestii pomyślał tylko: „I tematy się skończyły”.

Wszystko umiem, wszystko potrafię, a dziś odwracasz się tyłem do mnie swobodnie.

—————-

Wchodzę na portal zajmujący się sprzedażą usług telekomunikacyjnych, urządzeń nadawczo-odbiorczych oraz  innych takich (do czego to doszło, żebym tak obrazowo pisała, że weszłam na stronę orange, ale tak, żeby nie napisać, że to ich strona…). A tam wielkimi literami, chociaż na dole strony, napis: Eksperci: 27 proc. Europejek nie jest zainteresowanych seksem. Aha. Duch Wielkiego Socjologa we mnie zadrżał. Pomyślałam: Ciekawe. Jak oni* to zbadali? Bo chyba nie tak, jak pan profesor Lew Starowicz, który zajmuje się tematem od lat?

Stop. Weszłam w artykuł, a tam w dużej mierze jego treścią jest wypowiedź profesora Starowicza. To się dowiedziałam tyle, że dalej nic nie wiem.

Dobra. I got it. Weszłam na stronę kongresu Kobieta i Mężczyzna. To właśnie na nim, najprawdopodobniej w sesji plenarnej między 11:00 a 12:30 pojawiło się to zdanie prof. dr hab. n. med. Alessandry Graziottin. Obecnie Dyrektor  Centrum Ginekologii oraz Seksuologii Medycznej szpitala San Raffaele Resnati w Mediolanie. To nieco zmienia postać  rzeczy, chociaż zdanie mogło być totalnie wyrwane z kontekstu. To po pierwsze. A po drugie, nie bardzo wiem, jak można w ramach podsumowania dwudniowego kongresu użyć jednego zdania, wypowiedzianego niemal na „dzień dobry”, na początku?Czepiam się, to przecież nie było żadne podsumowanie. A kongres dotyczył w dużej mierze starzenia się. I oczywiście miłości. ♥. No i seksu. Wśród traw, łąk, pól i lasów. W malinowym chruśniaku też, I think.

Okej, jest to chwytliwe, skoro nawet ja wlazłam w link, a nie robię tego często.

I może ktoś tu ma rację? Może mamy ciekawsze rzeczy do zrobienia w życiu. A może nie ma z kim. Przyczyny się nie wykluczają. Tym bardziej, że i liczba singli rośnie (wpiszcie takie hasło w wyszukiwarkę dla potwierdzenia). Yeah. Będzie w czym wybierać na starość.

A poza tym, jak wiadomo (jeszcze jest to w miarę oczywiste, ale czasy się zmieniają), bez seksu raczej nie ma dzieci. I piosenka Gołasa wtedy niepotrzebna. Bo na żywo słuchanie takich piosenek nie przypomina miłego głosu z Kabaretu Starszych Panów. Tylko piskliwe skrzeczenie. Lub ciężki baryton.

BTW, widzieliście już to? Część widziała, sorry. Ukradłam z googli+ po ciekawej dyskusji. Thanks, Darek B.

* kategoria ONYCH obejmuje wszystkich, którzy zajmują się dowolnym tematem, w sposób dowolny. Rewelacje dziennikarskie mnie nie wzruszają do głębi. Jakby człowiek tak przeżywał wszystko, to osiwiałabym na pierwszym roku studiów, zaraz po pierwszych zajęciach, tyle tam rewelacji było życiowych. Na przykład badania jednej z pań na wydziale na temat kohabitacji. Och, czego tam nie było! I o wszystkim dyskutowaliśmy w ramach zajęć, nawet o praniu brudnych skarpetek. Bo to ważna kwestia, czy ktoś wypierze je sam, czy wrzuci pod łóżko i po miesiącu drugi ktoś odkryje, co tak śmierdzi.

A treść informacji prasowej pochodzi z Polskiej Agencji Prasowej. Pewnie nie tylko w tym jednym portalu pojawiła się taka informacja.