Jest dziś jakiś mecz?

Pooooolska! Biało-czerwoni!

Droga daleka, noc taka ciemna,
Nikt na Ciebie nie czeka, zostań ze mną.
Niebo tak blisko, niebieska opieka,
A na około ani śladu człowieka.

Tak. Jestem dziś jak żywa flaga Polski. Mogę iść na mecz naszych z kimś i nie muszę nawet mówić, za kim jestem. Wiadomo. Gdybym tylko była bardziej na bieżąco z piłką nożną (czyli w ogóle chociaż w jednym stopniu wiedziała, czy grają dziś, w tym tygodniu czy stuleciu JAKIKOLWIEK mecz)… a grają?

Malowałam konstrukcję pod taras impregnatem o kolorze „mahoń”. Czy to był mahoń czy raczej jakiś sraczkowaty z daleka w opakowaniu, to nie jestem w stu procentach pewna. Na drewnie wygląda genialnie. W puszce nieco gorzej. Na mnie wygląda jak nagła epidemia gruźlicy, różyczki, alergii i cholery. I cholera wie czego jeszcze.

Czytaj dalej

Do szkoły by się szło!

Hej ho, hej ho.

Czy to możliwe, żeby zwykły poranek z jajecznicą, fuetem i dymką nastrajał tak pogodnie na cały dzień? Tak! Czy to możliwe, żeby stłuczony talerz mimo wszystko pozwolił zachować spokój? Tak! Czy to możliwe, żeby cieszyć się tak każdą chwilą, jakby nigdy nic ważniejszego nie istniało? Tak! Tak! Tak!

W nocy śniłam, że idę do szkoły. I miałam to niesamowite uczucie po obudzeniu, że to byłby cudowny początek roku szkolnego. Taki, w trakcie którego wdycha się zapach szkoły i cieszy, że świat wygląda tak, jak kiedyś przez poprzednie dziesięć miesięcy nauki.

Przez kolejne grudnie, maje
Człowiek goni jak szalony
A za nami pozostaje
Sto okazji przegapionych
Ktoś wytyka nam co chwilę
W skwar czy w upał, w zimie, w lecie
Szans nie dostrzeżonych tyle
I ktoś rację ma, lecz przecież

Czytaj dalej

Po prostu

Ot, tak.

Zdarza się, że chodzi za mną piosenka niczym wierny pies. Łazi za mną. Krąży jak drapieżny ptak. Zajmuje całe moje myśli i nic nie jest w stanie jej odpędzić. Żadna radiostacja jej nie przebije. Żadne „em pe trójki”, które gdzieś tam czekają nagrane, zupełnie jej nie ruszą. Siedzi w głowie i mąci. Nie daje o sobie zapomnieć.

Czytaj dalej

Wiatr na pogodę

Witajcie.

Jest to jeden z tych wpisów, które publikują się same, zaplanowane wcześniej i zadowolone z siebie. Mnie nie ma, a WordPress działa. That’s a kind of magic. Przedstawiam Wam piosenkę Meli Koteluk Melodia ulotna.

Zabrałam z sobą na górską wycieczkę właśnie tę piosenkę i śpiewałam na szlaku. Najpierw uczyłam się słów, potem śpiewałam po kilka linijek, aż w końcu nauczyłam się jej na pamięć. Miała być akustyczną ochroną przed niedźwiedziem. Którego, nawiasem mówiąc, nikt tam nie widział od dwóch czy trzech lat.

Ale piosenka fantastycznie brzmiała na szlaku z Hali Miziowej do Sopotni.

Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej o Meli, zajrzyjcie na stronę radiowej Trójki – http://www.polskieradio.pl/6/349/Artykul/615780/.

Zapraszam i życzę miłego słuchania. Może już ją znacie i uwielbiacie tak, jak ja?

Można mówić i mówić

Są słowa, które powiedziane raz,
Nigdy już nie giną..
Z wiatrem wędrują przez cały świat,
Czasem w ciszy możesz je usłyszeć…
Są słowa, które tną jak miecz,
Słowa, które leczą każdą ranę,
Słowa jak burza zimny deszcz,
Słowa, które koją…
Są słowa, których nie zna nikt,
Słowa, których więcej nie usłyszysz…
Czarodziejskie jak zaklęcia w bajce,
Słowa, których sens znasz tylko Ty.
Mówią, że milczenie złotem,
Kiedy słowa w pustce błądzą,
Od diamentów droższe,
Słowa, które ją wypełnią…
Są słowa, które powiedziane raz,
Nigdy już nie giną,
Z wiatrem wędrują przez cały świat,
Czasem w ciszy możesz je usłyszeć…

 

Lidia Jazgar z zespołem Galicja – piosenka Słowa

Dobranoc. Spotkamy się za tydzień, może miesiąc? Jeśli coś jest pewne, to ta niepewność. Będę o Was ciepło myśleć w chłodne poranki i wieczory.

PS. Można się zwierzać i zwierzać. Jedna osoba powie swoje, potem druga. Ale nigdy się nie odnajdą i nie zrozumieją. Sztuką jest spotkać się w pół drogi.

To nie moje słowa. Ale kiedyś je usłyszałam przy okazji i teraz powtarzam. Bo spotkania mają swój urok  i magię. Słowa, które leczą i koją – niech będą Waszymi. Czarodziejskie jak zaklęcia dobrych wróżek.

Zytka M.

Łososiowy jest po prostu żywot mój

Piękny tytuł, nie ma co.

O łososiu jest na końcu, zainteresowanych przepisami zapraszam sporo niżej. A teraz małe podsumowanie. Mogło być większe, a i tak doprowadziłam je do daleko idącej syntezy. Antytezy. Entropii. I sublimacji.

Gorąco (!) pozdrawiam Was z Warszawy. Upał jak się patrzy, wycieczki rowerowe zaliczone, otwarty basen na Saskiej Kępie to rewelacja – odwiedziłam dziś i można wleźć na cały dzień. Można wchodzić, wychodzić, od 10-tej do 19-tej za 15 złotych. Już nie wiem, czy bardziej się  nazwiedzałam, opaliłam, czy zdarłam sobie nogi w nowych butach.

Tak to jest, jak zamiast siedzieć spokojnie na tyłku, ja wolę pozwiedzać, przejechać dziennie trzydzieści czy czterdzieści kilometrów i potem płakać na blogu, jak to mnie d**a boli. O nogach nie wspominając. :)

 

  1. Pegazy na Placu Krasińskich przed gmachem Biblioteki Narodowej. Ustawione w 2008 roku w ramach obchodów Roku Herberta, stoją do dziś i cieszą oczy. Jest ich więcej, full kolor, nie tam jakieś black and white.
  2. Ścieżka rowerowa na Wale Miedzeszyńskim. So cute! Czyli jeszcze nie widziałam, żeby ktoś z taką pieczołowitością obmalował słupki i w ten sposób oznaczył teren wyłączony z ruchu na ścieżce.
  3. Dążenie do ideału najwyraźniej nie poszło w parze z ortografią. Tak raziło w oczy, że aż się płakać chciało. Pozostaje wierzyć, że to specjalnie w Loesje tak  ktoś wymyślił.
  4. Opuszczona zjeżdżalnia przy wale wiślanym. Wygląda jak porzucone dziecko dinozaura.
  5. Fontanna na Skwerze im. I Dywizji Pancernej lub też przy Multimedialnym Placu Fontann. Wieczorami można tam obejrzeć pokazy Woda – Światło – Dźwięk. Podobno super, tylko regularnie zapominam, że chcę się tam wybrać na taki pokaz. Na razie moczyłam tam nogi. Też niezłe wrażenie.
  6. „Gdański” bar mleczny, który miałam przyjemność odwiedzić już dwa razy. Mają świetne blinki z jabłkiem, niezłe knedle ze śliwkami i naprawdę dobrą pomidorową. Więcej nie próbowałam, ale ceny są takie typowo jak w barze mlecznym – niewysokie. A klimat jest bezcenny. Ten zapach. To menu. Ten wystrój!
  7. Zegar na Rynku Mariensztackim czy to może już na ulicy Sowiej. Takie miejsce w samym centrum, które zupełnie nie wygląda na samo centrum. Cisza, spokój, knajpka, koniec drogi, mała fontanna. Dobre miejsce do siedzenia z książką, chociaż leży pod samą trasą W-Z.
  8. I jeszcze raz klimat Baru Gdańskiego przy ulicy Andersa. Nie zapomnijcie zajrzeć na obiad.

 

Siedzę tu już praktycznie od tygodnia, z małą przerwą na wspaniałą zabawę pod Krakowem na weselu kolegi. Opis rosołków i innych elementów byłby totalnie nudny (ile można zachwalać jedzenie), także daruję sobie. Liczyła się zabawa, śmiech, radość. I przede wszystkim – świetne towarzystwo. W trakcie wesela poznałam kolejne osoby warte wspomnienia, ale nie mogę zdradzić Wam tematów rozmów, chociaż bardzo bym chciała. To by brzmiało tak niewiarygodnie i dziwnie w formie pisanej, że tym razem sobie daruję. To mniej więcej coś w tym stylu, jakbym teraz spytała Was ni stąd, ni zowąd, czy coś ukradliście, a Wy byście mi zaczęli wyznawać, że tak, że w dzieciństwie wafelka kokosowego czy gumę Turbo. No nie wiem, tak sobie zmyślam teraz.

Zachowam się teraz jak IMGW i wydam ostrzeżenie. NIE ŁAPCIE BUKIETÓW Panny Młodej! Grozi to uszczerbkiem na zdrowiu duszy i ciała. Serio. Tak właśnie się wydarzyło tym razem i moja Przyjaciółka wróciła z wesela z bardzo mocno stłuczonym palcem. Całą noc obkładała go lodem, a rano myślałyśmy tylko tym, czy jest złamany, czy nie.

Zobaczyłam tam też Człowieka-Zombie. Rozkminialiśmy dziś ze znajomym, jak dochodzi do sytuacji, że człowiek wygląda, jakby równocześnie rozjechał go pociąg, walec drogowy go nie zauważył i służył za worek treningowy przed meczami bokserów? Ale prawdziwa przyczyna jest mi dalej nieznana. Pod koniec zabawy miałyśmy ochotę z koleżanką poprosić fotografa o zdjęcie z tym kelnerem, ale w końcu sobie darowałyśmy. Do tej pory nie widziałam jeszcze człowieka z tak ponurą, a jednocześnie obojętną i odpychającą miną, który miałby ruchy robota. I sprawiał wrażenie człowieka siłą odratowanego ze statku kosmicznego. Ale już po wyssaniu części mózgu.

Kiedy tylko podchodził do naszego stolika, od razu odwracałyśmy z przyjaciółką głowę, jak jakieś dzieciaki, bo nie mogłyśmy się opanować ze śmiechu. Człowieka bawią różne rzeczy… Śmieszno i straszno. Ten facet był mniej więcej z tej samej bajki, co te kobiety, spotkane kiedyś na Węgrzech. Tyle, że one specjalnie, a on bezwiednie.

Za to jak już urządzam wieczór skarg i zażaleń, to napiszę, że mam KAŻDY palec u nogi obdarty. I pięty też. Każdą z obu stron. Jedne bolączki od butów na wesele, inne od tych, które ubrałam po weselu, inne od sandałów, a jeszcze inne wzięły się z bliżej niezidentyfikowanej przyczyny i nie robią tu żadnej różnicy. Przynajmniej mnie nie robią, bo i tak jestem żywą reklamą plastrów.

W sumie mogłabym owinąć sobie całe stopy bandażem elastycznym. Nie  dość, że efekt byłby piorunujący, toą jeszcze oszczędziłabym sobie głupiej roboty z każdym palcem i piętą. Tylko wtedy już nie wcisnę żadnych butów.  Zresztą, co to kogo obchodzi, ile kilometrów bandaża mam na sobie. Najwyżej spuchną mi odnóża dolne i tyle. A w góry będę szła na rękach. Zaczynam trenować. Szukajcie dobrego ortopedy.

********************

A gdybym miała napisać coś tylko o dzisiejszym dniu… Spędziłam go bardzo przyjemnie. Częściowo w zimnej wodzie basenu, a w dużej mierze ze znajomym z pracy. Siedząc w barze mlecznym nad blinkami z jabłkiem i nad knedlami. Zwiedzając miejsca pamięci z czasów II Wojny Światowej i przemierzając parki w środku miasta. Co to było za spotkanie. Czas leciał jak szalony, a tematów do rozmów nie brakowało. Spotkać Człowieka, który rozumie, co myślę. Który zna nazwiska socjologów, antropologów, filozofów. Który zajmował się wieloma różnymi zadaniami. A mimo to rozbrajająco szczerze mówi, że jest początkującym gitarzystą, perkusistą, uczniem sztuk walki i tak dalej. Szumi magia, dźwięczy dziecięca radość, szemrze uśmiechnięta prostota.

Wróciłam. Gdzieś niedaleko ktoś słuchał Stairway to heaven. Kiedy ja to słyszałam…

There’s a feeling I get when I look to the west,
And my spirit is crying for leaving.
In my thoughts I have seen rings of smoke through the trees,
And the voices of those who standing looking.
Ooh, it makes me wonder,
Ooh, it really makes me wonder.

And it’s whispered that soon if we all call the tune
Then the piper will lead us to reason.
And a new day will dawn for those who stand long
And the forests will echo with laughter.

If there’s a bustle in your hedgerow, don’t be alarmed now,
It’s just a spring clean for the May queen.
Yes, there are two paths you can go by, but in the long run
There’s still time to change the road you’re on.
And it makes me wonder.

Starałam się jak najdalej odsunąć od siebie piosenkę Crimsona. Epitah. Dlaczego tak często spotykam fantastycznych ludzi, których potem już nie mam okazji widzieć, słyszeć, z którymi nie mam jak spędzać czasu? To nie pierwsza taka sytuacja. Tak jakbym miała tylko jedną szansę na każde spotkanie. Reszta jest zawsze ogromnym niedopowiedzeniem. Albo nieplanowanym skutkiem zaplanowanych działań. Jakby mój świat miał się składać z wielkich puzzli, które do siebie idealnie pasują, ale każdy ma inny obrazek. Jedno spotkanie, jeden element układanki. Pstryk. Jedziemy dalej. Następne spotkanie i tak dalej. Budzi się we mnie wulkan goryczy. Dlaczego tak się dzieje?

Ludzie są, są, są. Potem ich spotykam i nagle ich nie ma. Wyjeżdżają, znajdują pracę gdzie indziej, wracają do siebie, przeprowadzają się i tak dalej. A może to kwestia podróżowania. Jakbym siedziała w jednym miejscu, to nie poznałabym nikogo i nie miała takich problemów. Whatever.

Cokolwiek przez to rozumiecie, prawdopodobnie będziecie się mylić. ;)

 

Łosoś

Kurczę (czyli, że nie ryba), mózg mi się lasuje od tych upałów. Albo piszę notatki na kilkaset słów, a w tytule szumnie zapowiadam coś dobrego, albo piszę tytuł zupełnie niekulinarny i wrzucam kilka przepisów naraz. Żadna różnica. Przepis na łososia wygrzebałam bez większego trudu na stronie Food&Wine. Mają tam niezłe pomysły, a w dodatku na tyle dobre, że nie miałam ochoty niczego zmieniać. Smaki skonstruowane specjalnie pode mnie. I pod aktualną promocję w markecie.

Podam Wam te składniki, które sama wykorzystałam. W razie jakby co, możecie zajrzeć do oryginału ↑↑↑.

Smażony łosoś z pomidorowym winegretem

Czas przygotowania: 30 minut (naprawdę!) | Trudność: łatwe (niewiarygodnie wręcz, robi się samo)

Składniki:

  • 4 duże, dojrzałe pomidory
  • 1 duża młoda cebula, posiekana
  • 1 łyżka kaparów, odsączonych
  • 2 łyżki czerwonego octu winnego
  • sól kuchenna i gruboziarnista
  • oliwa z oliwek
  • 4 kawałki łososia, ucięte z filetu ze skórą
  • świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżeczka ziaren kuminu lub 1/2 łyżeczki zmielonego
  • 2 łyżki oleju rzepakowego
  • 2 czubate łyżka posiekanej natki pietruszki
  • 2 czubate łyżki porwanej bazylii

 

Przygotowanie:

  1. Rozgrzać piekarnik do 220°C.
  2. Pomidory pokroić na ósemki, wymieszać w misce z posiekaną cebulką, kaparami, octem winnym i mniej więcej 3/4 łyżeczką soli kuchennej. Odstawić.
  3. Rozgrzać dobrze patelnię nieprzywieralną (najlepiej nadającą się do piekarnika). Łososia obsypać solą i pieprzem. Na patelnię wlać 2 łyżki oliwy, włożyć łososia skórą do góry i obsmażyć na złoto-brązowo przez 3 minuty. Następnie odwrócić skórą do dołu i wstawić do piekarnika na 7-10 minut, zależnie od wielkości filetów. Przełożyć na talerze i zlać z patelni tłuszcz.
  4. Tę samą patelnię postawić na średnim ogniu, włożyć na nią pomidory, kumin, olej rzepakowy i 2 łyżki oliwy z oliwek. Gotować przez dwie minuty, aż pomidory zmięknną, odrywając w tym czasie wszystkie resztki, które przywarły do patelni. Rybę polać gotową mieszanką, posypać pietruszką i bazylią. Podawać od razu.

 

Pyszne. Szczególnie z miętową herbatką, zaparzoną z mięty zrywanej w swoim ogródku.

Koperta

Nic takiego. Zwyczajna koperta. Ot, taka tam, bez żadnych szaleństw i innych wymysłów. No, taka narysowana.

W środku papier lekko spłowiały, wymięty i z wyraźnym kółkiem po odbitej filiżance herbaty. Pachnący lawendą, wieszaną na mole i wieloletnim kurzem ze strychu.

To coś jak opowiadanie bajek przy świetle gwiazd. Pisanie palcem po piasku nad brzegiem oceanu. Świeży, jeszcze gorący chleb z masłem. Odnalezienie najdelikatniejszego dotyku. Nagły impuls, żeby zrobić coś niezwykle prostego. Chwile, które mijają, ale nigdy nas nie opuszczają.

Taka trochę muzyczna pocztówka. Proszę się częstować, przeżuwać i pamiętać, że to życzenia na całe życie. Dla Was. Ode mnie.

Nie zapominajcie o zdumieniu!

„Nie ustaniemy w poszukiwaniu,
A kresem naszych wszelkich poszukiwań
Będzie dojście do punktu, z któregośmy wyszli,
I poznanie tego miejsca po raz pierwszy”
(T.S Eliot )

Prawdziwe dziwaki, czyli Stacja Warszawa 5.5

Albo coś ze mną nie tak, albo wyglądam jakoś szczególnie, albo mam na czole wielki napis: Podejdź do mnie! Normalnie bez względu na to, jakim środkiem transportu się poruszam, czy idę na piechotę, czy jadę rowerem, czy autobusem, zasada działa. Zawsze, no zawsze, przylezie ktoś, będzie czegoś ode mnie chciał, albo tylko będzie chciał spytać, czy może chcieć coś ode mnie.

Dzięki M., która wyjechała na Opener’a, mam rower! I korzystam z tego, ile się da. Przejechałam dziś ze trzydzieści kilometrów. Trochę się bałam, że od razu się zgubię. Ale to nie takie łatwe na prostej drodze.

Trzy historie, trzy biedronki. W Ogrodzie Botanicznym była ich cała plaga!

Scenka nr 1. Obok murów obronnych Starego Miasta

Siedzę na ławce. Rower przypięłam do płotka, nogi uwolniłam z sandałów, wyjęłam (już) ciepłą wodę mineralną i reklamówkę z suchym chlebem. Zaczęłam swoją ucztę i pojawił się facet w koszuli. Ubrany zwyczajnie, nie jakoś obskurnie i nie nazbyt elegancko. Stanął przede mną. Z grzeczności zdjęłam okulary i usiadłam trochę mniej „luźno”.

On: Spokojnie, proszę się nie szykować, to nie jest napad! Chciałem tylko o coś spytać.
Ja: Słucham.
On: Nie ma pani może złotówki?
Ja: Nie mam, ale mam chleb. Mogę panu dać, jeśli pan potrzebuje.
On: A, chleb. To nie, chleb to ja mam w domu. No to przepraszam, miłego dnia.
Ja: Wzajemnie.

Facet poszedł. Następnych ludzi pytał o papierosa.

Scenka nr 2. Przed katedrą świętego Jana

Stałam na przeciwko katedry, żeby zobaczyć wszystkie herby, portale i inne takie tam cuda. Oparłam się o mur i… przykleiłam do wielkiej pajęczyny przy rynnie.  Kiedy obierałam się z nitek, podeszło do mnie dwóch starszych panów. Jeden mówił cały czas, drugi tylko się śmiał razem ze mną.

Pan nr 1: Oj, panienka się przykleiła do muru!
Ja: Widzi pan, a chciałam tylko zobaczyć, jakie herby tu są na katedrze.
Pan nr 1 (zadzierając głowę do góry): Mieszkam tu tyle lat, a nie mam pojęcia!

Opowiedziałam panom o wszystkich trzech herbach, miałam je ślicznie opisane w notatkach cioci. Okazało się, że nie mieli pojęcia o ich istnieniu. Najciemniej pod latarnią, jak to mówią. Potem pan spytał, skąd jestem i okazało się, że nazwa nie jest mu obca.

Pan nr 1: Ja wiem, gdzie pani mieszka, bo ja zjeździłem całą Polskę wzdłuż i wszerz, setki razy, ja dobrze wiem, gdzie to jest!
Ja: To pan dużo podróżował?
Pan nr 1: A tak! A teraz to nawet bez mapy jeżdżę, bo ja już wiem, gdzie jadę. Ja to mówię, że na węch jeżdżę.
Ja: Na węch?

I tu zaczęła się dopiero historia…

Pan nr 1: No, kiedyś to nawet znajomej powiedziałem, że nie wiem, jak do niej dojechać. Ale wiedziałem. Ale tak jej powiedziałem, żeby było wesoło. I poprosiłem ją, żeby mi dała swoje skarpetki, to po nich trafię na miejsce. Jak jadę gdzieś na kilka dni, to wrzucam zawsze do bagażnika jakieś koszulki, ze dwie pary skarpetek. Czystych, oczywiście. I kiedyś jak pojechałem do tej znajomej, to wypadły mi te skarpetki z bagażnika. No to jej powiedziałem, że to właśnie tamte skarpetki, dzięki którym dojechałem. Wszyscy się śmiali.
Ja: Świetnie, ma pan poczucie humoru!
Pan nr 1: A pewnie, jest wesoło!

Potem pan był ciekawy, gdzie mieszkam. Nie wdając się w szczegóły, powiedziałam, że mam rodzinę w Warszawie. I tu pan zaczął mi śpiewać piosenkę o tym, że rodzinka jest najważniejsza, że dobrze mieć rodzinkę. Nie mogę teraz znaleźć tekstu, ale był pogodny i humorystyczny.

Na koniec życzyliśmy sobie dobrego dnia i pan poszedł z kolegą. Kolega przed odejściem jeszcze powiedział mi, że w środku jest grób kard. Wyszyńskiego. Uśmiechał się przy tym bardzo miło. Pewnie też miał sporo ciekawych historii do opowiedzenia. W takich chwilach mam ochotę zaprosić ludzi na herbatę i słuchać bez końca.

Scenka nr 3. Rynek Starego Miasta

Pojechałam wczoraj wieczorem obejrzeć kamieniczki. Chociaż cały czas grzmiało i się błyskało, chciałam skorzystać za namową cioci z możliwości zwiedzania miasta i zobaczyć jak najwięcej. Akurat jak dotarłam do Rynku, zaczęła się normalna, regularna burza. Parasola nie wzięłam, bo wcześniej już lało ze trzy razy i jak dla mnie, dzienny limit był wyczerpany.

Schowałam się pod parasolem, wystającym z jednego z ogródków i tak stojąc, oglądałam kamieniczki i czytałam z przewodnika co ciekawsze rzeczy. Im bardziej lało, tym więcej piorunów się pojawiało (nie dam sobie głowy uciąć, że jedno to przyczyna, a drugie skutek). Ale przynajmniej widziałam tekst od czasu do czasu.

Przez płytę Rynku przeszedł facet ubrany jak kucharz. Biała bluza kuchenna, czarna zapaska na spodniach, biała czapka budyniówka. I do tego ogromny, niebieski parasol. Wyglądał bajecznie. Jak Papa Smerf. Chciałam mu zrobić zdjęcie  znienacka. On jednak zatrzymał się zaraz przy mnie i zaczął gadać z kelnerami w „moim” ogródku. Z odległości 10 cm trudno zrobić po ciemku zdjęcie z ukrycia bez lampy. ;)

Po chwili rozważań, gdzie siedzi więcej ludzi i ile udało się zarobić, pan kucharz poszedł sobie dalej, a ja wróciłam do szukania kamienicy, w której mularz zamurował czarnego kota, zamiast dziewicy. Cóż za wspaniałomyślność z jego strony, nie sądzicie?

Kiedy znów naszykowałam aparat, facet podszedł do mnie i zagaił rozmowę. Był nieco zaskoczony, że ktoś o dziewiątej wieczorem zwiedza Warszawę. I też wiedział, skąd jestem. Kiedyś mówiłam wszystkim pytającym, że jestem z Krakowa, ale odkąd mówię prawdę, to okazuje się, że większość osób albo potrafi doskonale zlokalizować moje miasto, albo ma tam rodzinę/znajomych/przyjaciół.

Pan ma u mnie w mieście brata. I ma na pewno, bo podał nazwę dzielnicy, którą może znać tylko tubylec. ;)

Potem niestety, pan postanowił przejść na ty, a w końcu zaczął wypytywać, co na moje podróże mówi chłopak.  Szybko nakreśliłam mu moją teorię, stworzoną właśnie do odpowiadania na głupie pytania. Zrozumiał, zgodził się ze mną i przeszedł do komentowania mojej urody. Ach. Och. Jaka piękna opalenizna! To ostatnie to raczej zgadywał, bo niby co widać spod kaptura kurtki. Po chwili zaprosił mnie na kawę. Albo na spotkanie. Albo co chcę.

Nie lubię, kiedy ktoś zaczyna się narzucać, po czym ściska mnie i twierdzi, że jest taki uczuciowy i czuły. Powiedziałam wprost, że źle się czuję, że nie życzę sobie obściskiwania.

I szybko się pożegnałam.

Dziś jechałam na rowerze, zobaczyć w ciągu dnia moje ulubione kamieniczki i facet łaził w tym ubranku po Rynku. Widocznie tam pracuje. Strzeżcie się go. ;)

Ale spotkałam też dwóch bardzo miłych panów, którzy nic ode mnie nie chcieli, a jeszcze mi bezinteresownie pomogli. Jeden podwyższył mi siodełko, bo miałam kolana na wysokości nosa. Ot tak, chociaż mógł sobie za to zażyczyć kasę, bo pracował w Cafe Wygodny Rower. Jeździłam do tej pory autobusem i nawet nie wiedziałam, że jest taki fantastyczny punkt niedaleko Ronda de Gaulle’a (rondo z palmą). Jutro idę tam na kawę. I popatrzeć sobie na fajnych panów, którzy znają się na kluczach od roweru.

I właśnie znalazłam na ich stronie informację, że mają jeszcze punkt na Muranowie i w Wilanowie. Czyli, że jakbym potrzebowała pomocy, to z pracy będzie niedaleko do punktu przy ul. Stawki 19. A jakbym się porwała na niedzielne zwiedzanie Wilanowa też na rowerze, to gdzieś tam też mają punkt. Stawki 19. Może jak to sobie powtórzę ze trzy razy, to zapamiętam. A może da się tam zaparkować rowerem? Bo jakoś nie bardzo widzę miejsce roweru na piątym piętrze, w sali z kilkoma innymi osobami i milionem pudeł z dokumentacją z projektu do sprawdzenia. ;)

To był jeden pan.

Drugi pan podbiegł do mnie, kiedy czołgałam się po schodach na górę z Nowego Miasta. Spytał, czy pomóc i wyniósł mi rowerek na samą górę. How nice. Przy trzydziestu stopniach na plusie to samo podniesienie ręki wymaga samozaparcia, nie mówiąc o dźwiganiu roweru.

Thanks a lot!

Nie nadążam lirycznie i dynamicznie (cytrynowe dołeczki)

Codziennie jem co najmniej jedno nowe danie, a ostatnio zdarza się ich zatrzęsienie. Dziś będzie o tym, jak wykorzystać nadmiar soku z cytryny, zrobić orzeźwiający krem słodko-kwaśny i najeść się przy tym surowego ciasta bez wyrzutów sumienia.

To znaczy – ja nigdy nie mam wyrzutów sumienia, kiedy wpierniczam surowe ciasto. Jeśli Wy macie jakiekolwiek, sama nie rozumiem, skąd to mi się bierze (że jestem mitologiczne zwierzę) i jak to się leczy w Waszym przypadku. ;)

 

Słodkie dołeczki z kremem cytrynowym

Uśmiech proszę!

Przepis to kompilacja dwóch bardzo udanych przepisów: ciasto (klik) i lemon curd (klik)

Przygotowanie: 15 minut | Chłodzenie: minimum 1 godzina | Czas pieczenia 30 minut, po 15 minut na każdą blachę | Trudność: łatwe

Składniki ciasta:

  • 3/4 szklanki (180 g) masła w temp. pokojowej
  • 1/2 szklanki (75 g) cukru pudru
  • 1/4 szklanki (44 g lub 4 płaskie łyżki) cukru
  • 1 duże jajko
  • 1 łyżeczka skórki z cytryny
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 2 szklanki (290 g) mąki pszennej

 

Przygotowanie:

Do miski wrzucić miękkie masło, cukier puder i zwykły cukier. Ubijać mikserem na średnich obrotach, aż masa będzie jasna i puszysta. Wbić do masy jajko, dodać ekstrakt, skórkę i sok z cytryny, ubić. Na małych obrotach dodać proszek do pieczenia, następnie w kilku częściach dodawać mąkę. Ubić, aż wszystkie składniki dokładnie się połączą. Nie próbować co minutę, czy jest już dobre!

Wstawić do lodówki na minimum godzinę lub na co najmniej 20 minut do zamrażalnika.W tym czasie przygotować lemon curd, a następnie blachę lub dwie wysmarować masłem i wyłożyć papierem do pieczenia.

Kiedy lemon curd będzie gotowy, rozgrzać piekarnik do 175 stopni C. Ciasto wyjąć z lodówki, po upewnieniu się, że jest już bardzo zimne. W przeciwnym razie zacznie się „rozpływać” przy obecnych upałach. Na tym etapie można próbować ciasta do woli. Szczególnie, jeśli macie tylko jedną blachę i uparliście się, że wszystkie ciastka się na niej zmieszczą. Jest to niemal niemożliwe! ;)

Lepić z ciasta niewielkie kulki, każdą spłaszczyć i zrobić w niej dziurkę jak w kluskach śląskich. Można do tego używać łyżki jako narzędzia do porcjowania lub wyciskać ciastka przez jakieś zaawansowane urządzenie. Praska do czosnku nie wchodzi w grę. Ciasteczka rosną sporo w trakcie pieczenia, także radzę zachować duże odstępy pomiędzy nimi.

Każdy dołeczek wypełnić łyżeczką lemon curd. Piec 15 minut, następnie ostudzić na kratce. Podawać z dodatkową porcją schłodzonego lemon curd i wyborną herbatą Earl Grey.

Składniki kremu lemon curd:

Przepis na 2 szklanki, potrzebna będzie jedna do wypełnienia ciastek, a druga będzie doskonała do maczania już po ostudzeniu.

  • 3 duże jajka
  • 3 cytryny (skórka i sok)
  • 2/3 szklanki (100 g) cukru pudru
  • 100 ml (100 g) bardzo zimnego masła

 

Jajka wymieszać w misce widelcem lub rózgą kuchenną, dodać cukier puder, skórkę i sok z cytryn. Wstawić do naczynia, w którym można gotować na parze. Cały czas mieszając, podgrzać, ale nie gotować. Po kawałeczku dodawać masło, za każdym razem dobrze mieszając drewnianą łyżką. Podgrzewać na parze, powoli mieszając, do czasu, aż widocznie zgęstnieje. Nie dopuścić do zagotowania!

Po ostudzeniu można przechowywać w szczelnym pojemniku w lodówce przez kilka dni.

Można zapiekać z ciasteczkami, podawać jako dodatek do lodów, ciast, albo stosować jako krem do słodkich bułeczek i rogalików. Można też zjeść po prostu sam, prosto z miski, szklanki czy czegokolwiek. Mniam.

Moje uwagi:

  • Lemon curd jest nie do zastąpienia. Może brzmi nieco egzotycznie, ale wszystkie składniki bez problemu można znaleźć w każdym sklepie spożywczym, a zazwyczaj i tak mamy je we własnym domu.
  • Krem przygotowuje się na parze, także należy wstawić na gaz garnek z wodą, zagotować i przygotować miskę o średnicy nieco większej, niż garnek (lub wziąć garnek o średnicy nieco mniejszej, niż miska). Ważne, żeby spod miski nie stykał się z gotującą wodą! Chyba, że bardzo chcecie mieć słodką jajecznicę.
  • Mieszać należy cały czas. Im rzadziej mieszamy,tym więcej nieapetycznych grudek powstanie. Można temu zaradzić, przecierając gotową masę przez sito, ale ja wolę postać przy kuchence dziesięć minut, niż myć jeszcze jedno akcesorium kuchenne. Zdecydowanie nienawidzę myć sitek.
  • Krem zaraz po zdjęciu z gazu będzie dość gęsty, o konsystencji rzadkiego budyniu. Jeśli go wystudzimy i wstawimy do lodówki na kilka godzin, zgęstnieje dużo bardziej i zmieni nieco teksturę. Lemon curd można spokojnie przygotować nawet kilka dni wcześniej, przełożyć do zamykanego słoiczka i trzymać w lodówce do czasu robienia ciasteczek.
  • Mam wrażenie, że to ciasto dobrze sprawdzi się w roli fast fooda na przyjęcie: lemon curd można zrobić wcześniej, a ciasto bez nadzienia zamrozić w formie gotowych kulek z dziurką i wyłożyć na blachę prosto z piekarnika. Warto spróbować, mrożąc kulki na tacce i potem wkładając je do opisanego woreczka. Trzeba je będzie piec do 5 minut dłużej, ale i tak jest to alternatywa nie do pobicia przez gotowe ciasto ze sklepu. Można piec w ogóle bez nadzienia i napełniać już po upieczeniu.

 

 

Wspomniałam o dynamice, liryce i mitologii. Jak powiedziało się A, należy powiedzieć B.

Enjoy my Friends, please. :)

http://www.youtube.com/watch?v=G-3nmxVIblc

Cóż innego przecież mógł?

Krótko i na temat.

Byłam dziś w stacji diagnostycznej, czy jak to się nazywa. Pojechałam na doroczny przegląd (piosenki aktorskiej). Pomyślałam, że jeśli pan każe mi wjechać kołami na toto z taką wielką dziurą w środku, to powiem mu, żeby sam wsiadł i sobie przejechał tym samochodem.

Jakoś nie pomyślałam, że będzie mogła mnie obsługiwać kobieta.

Albo że mimo wszystko wjadę tam sama.

Dojechałam. Zaraz za mnie wepchnął się facet, który szybciutko poleciał zapłacić za przegląd. Ale ja zaparkowałam elegancko zaraz za poprzednim samochodem i tak w końcu byłam przed tym idiotą. Obsługiwał mnie facet. Pani za to podała mi filiżankę z wodą mineralną i zagadała o upale na dworze. Oboje się uśmiechali. Full wypas.

Pan Obsługujący przypominał Rysia Kalisza. Nie mogłam oderwać od niego wzorku. Kazał mi zapisać na karteczce numer numer rejestracyjny. Potrzebowałam wyjść na zewnątrz i sprawdzić. ;P

Do tego miałam dopisać numer telefonu i wrzucić całość do RÓŻOWEGO pudełka, przewiązanego wielką kokardą. Chyba wzięłam przy okazji udział w jakimś konkursie czy czymś.

Podobno Ryszard Kalisz jest bardzo miłym politykiem. Facet, który go przypominał był bardzo, bardzo miły. Kulturalny, spokojny, wszystko mi tłumaczył, kiedy wrzucić jedynkę, kiedy hamować i co to jest zbieżność kół. Wszystkiego się spodziewałam, ale żeby było aż tak miło?

I nawet wjechałam sama nad ten dół. Na szczęście miał po obu stronach takie metalowe zabezpieczenia, w razie jakby jakaś baba chciała skręcić i mimo wszystko wpaść do środka. Ja nie wpadłam. Ale w razie jakby co, nie zapinałam pasów.

Babę zesłał Bóg. Raz mu wyszedł taki cud.

Czas na piknik! (muffinki z rabarbarem)

Pamiętacie z Ulicy Sezamkowej ten okrzyk? W ramach dobranocki zaśpiewajcie razem z Elmo i Andrea Bocelli piosenkę. Wersja karaoke special for U. Wygląda ohydnie z tą ramką w serduszka, ale była to najlepsza dźwiękowo wersja, jaką udało mi się wygrzebać z przepastnych czeluści YouTube.

http://www.youtube.com/watch?v=NdHHOr1kJ8M&feature=related

Please, Mr. Bocelli, Elmo is trying to sleep!

Elmo wie, co mówi. Jest takim samym małym wariatem jak mała kochana psinka, która gryzła mnie dziś wieczorem po nogach, rękach, spodniach i na co tam jeszcze trafiła. Tyle, że suczka nie uczyła się dziś liczyć do dwudziestu. :)

A teraz zapraszam na coś słodkiego. Czy gdzieś jeszcze można kupić rabarbar?

Muffinki z rabarbarem i imbirem

Oryginalny przepis: Jamie Oliver | Ilość 12-16 sztuk | Łatwe i pyszne

Składniki:

  • 350 g mąki
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 325 g brązowego cukru (225 g + 100 g)
  • pół cytryny
  • 250 ml mleka
  • kandyzowana skórka z pomarańczy (w oryginale świeża)
  • kawałek świeżego korzenia imbiru, około 2 cm
  • 1 duże jajko
  • 100 g masła + 1 łyżka, roztopione i ostudzone
  • 300 g rabarbaru

 

Rozgrzać piekarnik do 180 stopni C. Formę na muffinki wyłożyć papilotkami lub posmarować olejem.

Imbir obrać i posiekać lub zetrzeć na drobnej tarce. Rabarbar wymyć, odkroić twarde końce i obrać z błonek. Przeciąć wzdłuż na pół, a następnie na plasterki. Cytrynę wyszorować, zetrzeć skórkę. Do pojemnika z  mlekiem wycisnąć sok z połowy cytryny, zamieszać i odstawić na kilka minut.

W dużej misce wymieszać mąkę, proszek do pieczenia i 225g brązowego cukru. Zrobić na środku wgłebienie. Wrzucić do środka jajko, ścięte mleko, 100 g roztopionego masła,  skórkę z pomarańczy i połowę imbiru. Szybko, ale dokładnie wymieszać, dodać rabarbar. Wykładać do foremek, wypełniając je niemal w całości.

Resztę imbiru, dodatkowe 100 g brązowego cukru i łyżkę roztopionego masła wymieszać aż do uzyskania konsystencji kruszonki. Wyłożyć na wierzch muffinek. Piec 25 minut, aż cukier utworzy chrupiącą, złocistą powłokę na wierzchu, a muffinki będą upieczone.

Jak to mówi Jamie: Serve warm with custard or crème fraîche for a lovely pudding.

Smacznego!

 

A jeśli wolicie oryginalną wersję piosenki, proszę bardzo:

http://www.youtube.com/watch?v=Nl9WMIPzd6w&feature=related$

a

PS. Przepis na kruchą tartę z różnymi różnościami (ser, szynka, szpinak, soczewica, śmietanka)  miał dziś niebywałe wzięcie i został otwarty 839 razy. Pyszna była ta tarta. Na ciepło, na zimno, po podgrzaniu i w każdej innej postaci. To może spróbujecie jutro tarty na obiad lub bardziej ortodoksyjnie – na kolację? ;)

Jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia

Zanim wpiszę tytuł, który Wy zobaczycie jako pierwszy, spojrzę jeszcze jeden raz na tagi. Czy w ten sposób mogę streścić magiczny czas, zupełnie nierealny i wprost niemożliwy? Czy to możliwe, że wszystko działo się naprawdę i ja byłam w samym środku wydarzeń? No pewnie, że nie.

[To jest chwila, w której należy przygotować kolację i zasiąść z nią przed monitorem, albo porzucić nadzieje na w/w. Tylko dla tych, którym literki niestraszne. Sporo się ich dziś posypie.]

You’ll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley

Dzień dobry. Dobrý deň. :)

U mnie już tak jest, że albo wszystko idzie utartym torem, albo następuje efekt motyla i wszystko toczy się rytmem huraganu. Na co dzień jest to pierwsze, na wyjazdach z reguły to drugie. Tym razem też nie było wyjątków. Jeszcze dobrze nie wyjechałam, a już cały plan legł w gruzach. Pozostało się tylko poddać biegowi zdarzeń i obserwować, co stanie się za chwilę.

A były to chwile warte zapamiętania. Niczym złote łany zbóż w Stingowej piosence, niosły ze sobą wspomnienia najprostszych obietnic. Tych spełnianych jednym spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Przy takich obietnicach niepotrzebne są słowa. Chcę te kilka szalonych zapamiętać w jeden sposób. Wszystkimi zmysłami i na wszystkie sposoby.

See the west wind move like a lover so
Upon the fields of barley

Szukałam prostoty. Szukałam więzi między człowiekiem a przyrodą. Szukałam piękna, które będzie ocierać o kicz. Szukałam wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i radości.

Jak łatwo się domyślić, znalazłam to wszystko natychmiast, a z każdą chwilą znajdowałam jeszcze więcej.

Zaczęło się bardzo niewinnie w strugach deszczu, a skończyło słodkim pocałunkiem słońca. Ain’t no sunshine when she’s gone. Ain’t no mountain high enough. I tak dalej w ten deseń. Wybaczcie mi ciągłe wstawki po angielsku. Ten wyjazd był nieco międzynarodowy. Dużo bliżej wszystkiego, co dalsze od Polski. Nawet słowackie radio lepiej odbierało i zasięg był lepszy dla sieci z końcówką SK, a nie PL.

So she took her love
For to gaze awhile
Upon the fields of barley

Wzięłam niczym bohaterka piosenki swojego ukochanego Nikona i poszliśmy przez pola, lasy, łąki i błota na górę. Ta historia mogłaby się zaczynać od słów Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Ale że zaczęła się inaczej, niech już tak zostanie.

Rozdział 1. Czwarty dzień na początku.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i siedmioma dolinami rozpoczynał się czternasty dzień czerwca. Było mu daleko do wspaniałej pogody z początku maja. Zimowej zawieruchy też nie przypominał. Pozostało mu jedynie rozpocząć się ulewnym deszczem, co niechybnie uczynił.

I w ten oto sposób powitałam dzień po dwóch godzinach snu i jeździe taksówką na dworzec. Wytarabaniłam się z moim cudownie ogromnym plecakiem i cóż… Okazało się, że zmieniły się dni odjazdu PKSu do Zakopca i najbliższy będzie następnego dnia. Jak w życiu, równanie było proste.

Nie ma autobusu = nie zdążę na pociąg = nie zdążę na kolejny pociąg = nie zdążę na busa = będę w środku nocy w górach  = będę szła w deszczu ze trzy godziny = dojdę i padnę na gębę.

Ale dobra. Siadłam na ławce, obok zasiadł plecak i kobieta z małym dzieckiem. Czekaliśmy elegancko na cud, który nie chciał się wydarzyć. Obiecałam sobie, że jeśli nic się nie stanie, wracam do domu, idę spać i mam wszystko w tyle. Są czasem takie chwile.

Po kilku minutach usłyszałam stukot walizki na kółkach i na horyzoncie zamajaczyła sylwetka kobiety w butach na obcasie. Oł je. Przed czwartą w nocy wszystko jest możliwe. Sylwetka nabrała realnych kształtów i barw, kiedy zbliżyła się niemal pod mój nos i oznajmiła, że będzie jechać autobusem do Kielc o 4:20.  Po chwili rozmowy okazało się, że będzie jechać nie do Kielc, ale nawet do Katowic. Tego mi było trzeba. Miałam zapewnioną towarzyszkę podróży niemal przez cały czas! A stąd już było tylko o krok do decyzji, że jedziemy razem.

W końcu i tak nie zdążyłyśmy na pociąg z Kielc do Katowic. Ale na dworcu PKS zdążyłyśmy na busa do Krakowa. I to tylko dzięki szalonemu maratonowi,  który przypadkowo rozpoczęłyśmy. Ale dzięki temu zdążyłyśmy w Krakowie na kolejnego busa do Katowic. Za dużo się podczas tych kilkuset kilometrów nie nagadałam. Jak tylko siadałam w fotelu, uruchamiał mi się w mózgu tryb SPANIE i budziłam się zaraz przed dworcem. Wada busów – człowiek siedzi złożony jak ryba w puszce i marzy tylko o szybkim zaczerpnięciu świeżego powietrza. W przeciwnym razie marzy o sporej i pustej reklamówce, którą natychmiast chciałby wykorzystać i pozbyć się treści z żołądka.

Z Katowic poszłam już na pociąg do Rajczy. Udławiłam się, jak usłyszałam, że bilet kosztuje 18,50. A ode mnie kosztuje 32,00. Im dalej, tym faktycznie taniej. W pociągu już się tak nie wyspałam. Weszłam do wagonu, a za mną cała wycieczka do Zwardonia. Na przeciwko zasiadło dwóch około 10-latków z PlayStation3, komórkami i innymi cudami techniki. Okno dalej chłopcy w wieku gimnazjalno-licealnym wydzierali się przez okna „Legia!”. Na pytanie wychowawczyni, czemu krzyczą akurat o Legii, skoro nawet nie są z Mazowsza, stwierdzili, że Legii nikt nie lubi, więc to dobry okrzyk na zwrócenie uwagi.

W Rajczy wysiadł ze mną też dziadek, którego panicznie bały się wszystkie dzieci z wagonu. Wyglądał trochę obleśnie, szedł o kulach i coś krzyczał przez szybę przedziału w trakcie jazdy. Ale jak wysiadł, to już tylko śpiewał po góralsku, idąc po moście. Ta scena nadawała się na początek filmu.

A potem znów lunęło. Weszłam do sklepu i poza żarciem, kupiłam wielki płaszcz przeciwdeszczowy. A potem odebrałam telefon z pytaniem, gdzie jestem i po wymianie informacji dostałam przykazanie nie ruszać się z  Rajczy i czekać na A., która właśnie schodziła na dół. Boże, błogosław wynalazcę telefonu komórkowego i tych, którzy go używają! Dzięki temu, że A. przyjechała po mnie spod samej granicy i wyjechała ze mną znów na granicę, szłam na górę niecałą godzinę. Zamiast niecałych trzech. Ale i tak ufajdałam się jak prosiątko w błocie. To jednak lepiej, że szłam w starych butach. Przynajmniej nie było ich tak żal. A spodnie uwaliłam od góry do dołu.

Doszłam na miejsce koło wpół do piątej. Moja podróż trwała pół doby. Tylko dwanaście godzin. Następnie wpadłam w gościnne objęcia, zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy i zjadłam crupety na słodko i słono. I tak już pozostałam pod urokiem miejsca aż do poniedziałku.

W międzyczasie dowiedziałam się, że jestem dziwna. Zresztą, do jakiego wniosku można dojść, jeśli bierzesz cudzy aparat, a tam na tysiąc zdjęć jest dziewięćset dziewięćdziesiąt samego jedzenia? No ja nie wiem.

I to wieczorne pytanie, niosące w sobie więcej niż odrobinę wariactwa. Nie wiedziałam, co przyniesie mi los.

 

Rozdział 2. Się dzieje.

Im grubszy tort, tym głębiej odcisnąć trzeba twarz.

Właśnie tak bym podsumowała kolejny dzień. Mogłam zjeść przygotowane przez B. śniadanko (kanapki z masłem, serem, pomidorem, ogórkiem, cebulką i pieprzem, czyli thanks God, I’m a woman!) i wziąć się do roboty. Na drugie śniadanie miałam racuchy z wielką gębą, namalowaną bitą śmietaną. Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm!!!!

Robiliśmy pranie. To nie jest takie proste, biorąc pod uwagę brak stałego dostępu do prądu. Niezbędny jest agregat, mała praleczka do wirowania, dwie balie do płukania i silne ciała do wyżymania pościeli. Jestem prawie jak Strongman po takim fitnessie. I można pobiegać boso po trawie.

A na obiad pizza z pieca. Kaflowego. Z całą masą różnych dodatków,  z podwójną porcją sera i z radością. Ludzie, jak można się tak obżerać. Siekierą nie była krojona, ale przyznacie, że to całkiem niezły pomysł na zdjęcie. Niczym z gospody. Zjedliśmy jeszcze po dwa takie kawałki i się skończyło.

Po kolejnej porcji solidnej pracy przy różnych elementach wyposażenia, przyszła pora na posiłek. Czyli sałatkę owocową. Pomarańcza, banan, jabłko, rodzynki, nektarynka, sok z cytryny…  A potem wysiłek został okupiony najpiękniejszym zachodem słońca, jaki tego dnia mógł być na całym świecie. Zachód doprawiony kiełbasą z ogniska i bułeczkami drożdżowymi z pieca.

Ile tematów potraficie poruszyć, gapiąc się w ogień?

A ile, jeśli do tego słyszycie T.Love, R.E.M. i szkocką muzykę na przemian z Kazikiem? ;)

Rozdz. 3. Never ending story

Rano zdążyłam się spóźnić dwadzieścia minut. Przez cały dzień musiałam je nadrabiać i odrabiać. Spokojnie, tylko spokojnie. :)

Ten dzień się nie chciał skończyć. Tak jakby mógł to być jedyny w swoim rodzaju dzień. Tak jakby jutro nie nadchodziło nigdy, a czas dawno już przestał mieć znaczenie.

Taj, jakbym ja sama bardzo nie chciała jego końca.

I never made promises lightly
And there have been some that I’ve broken
But I swear in the days still left
We’ll walk in the fields of gold

Po prostu. Zwyczajnie, bez żadnego zastanawiania się, oceniania, dobierania słów. Są chwile,  które przepadają bezpowrotnie, jeśli ich nie wykorzystamy. Są chwile, w których zwycięża piękna prostota. Na przykład robienie przez godzinę czy dwie zdjęć z długim czasem naświetlania. Słuchanie meczu w radiowej Jedynce. Oblewanie się wodą w wielki upał. Albo opowiadanie i słuchanie bajek o jeżu. Bo się akurat napatoczył do historii o królewnie. Albo spanie na niewygodnym łóżku i przewracanie się z boku na bok. Proste? Jeszcze nic nie było aż tak proste i bez drugiego dna. That’s a kind of magic!

A na dokładkę napiszę tylko, że zwykły olej roślinny czy zapalniczka mogą mieć wiele zastosowań, o których wcześniej nie wiedziałam. Albo z których nie zdawałam sobie sprawy. ;)

Ten dzień był tak cudowny, wesoły, pełen muzyki, żartów, głupich pomysłów i całkiem niegłupich realizacji, że piętnasty czerwca nie ma już innych znaczeń, jak tylko to jedno. Prostota. Bliskość czegoś nieznanego, choć niezwykle pięknego. Gapienie się w rozgwieżdżone niebo. Robienie tego, co do mnie należy i satysfakcja, że coś potrafię. Pomimo zmęczenia totalnego.

Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym.
Daleko, tak daleko… Jesteś tak daleko ode mnie, czasami jednak blisko tak.

Rozdział 4. Coraz bliżej nieba z dnia na dzień.

Pomimo wszystko, a szczególnie pomimo krótkiego czasu snu, tym razem zdążyłam na czas. Pewnie dlatego, że nie miałam daleko i obudził mnie mój budzik. Którego przez długi czas nie mogłam zlokalizować. A darł się jak szalony. Pewnie obudził też wszystkich innych, którzy planowali wstać bliżej dziesiątej, a nie siódmej.

Uczyłam się rozpalać w piecu kaflowym. To nie jest takie proste, jak rozpalanie w kominku. Tu niezbędna jest technika i wyczucie. I nawet zrobiłam placki ziemniaczane. Ja, która prawdopodobnie nigdy w życiu nie robiłam sama takich zwykłych placków. Na studiach dodawałam całą masę różnych rzeczy, typu marchewka, cukinia, czerwona cebulka. A tu masz babo placek ;)

I znów jadłam racuchy i sałatkę. Teraz nawet ze świeżym ananasem! I kto tu mówi, że ja wymyślam dziwne rzeczy? Ananas to zupełnie nie był mój pomysł. Ani troszeczkę. Ale nie narzekam, bo to było genialne. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem i doceniać własną pracę.

We’ll forget the sun in his jealous sky
As we lie in the fields of gold

Człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony. Kiedy mogę sobie posłuchać Trójki do śniadania, albo podskoczyć ze trzy razy do taktu muzyki, drąc się przy tym na całe gardło, bo i tak nikt nie słyszy. Andrusowa piosenka Glanki i pacyfki idealnie się do tego celu nadaje. Podobnie jak Listy ze świata i Muzyka bez granic. To nic, że jest mnóstwo roboty. Śpiewając, wszystko idzie szybciej.

A wieczorem można znów wybiec na zachód słońca, pogadać z panami od huskych, którzy wrócili z oglądania meczu na Miziowej, podłożyć do pieca i poczuć, ile jeszcze tajemnic kryje się w ciszy. Zasnąć tak bardzo szczęśliwa, że to przekracza granice rozsądku i innych wymysłów. Nucić pod nosem But I feel tomorrow I’ll be crying z Kinga Crimsona (Epitah). I wiedzieć, że następnego dnia będzie ciężko powstrzymać łzy, zaciskając mocno usta.

Bo chociaż jestem silna, to przecież jestem tylko kobietą.

Magia ciągnie, zniewala, odrealnia, każe zgłębiać nieistniejące zakamarki duszy. Składa się na to obecność szczególnych Osób, szczególnych splotów wydarzeń i tej szczególnej optyki, płynącej z innego świata.

Rozdz. 5. Jeszcze chwilę tu pobędę…

Tak bardzo nie chciałam wychodzić w ten poniedziałek. I pomimo zakazu robienia czegokolwiek (Ty już dziś nie pracujesz), chciałam zrobić wszystko, żeby te chwile się nie kończyły. Na śniadanie wielka porcja sałatki z ananasem i racuchy. Gdybym robiła je sama, pewnie wcale by mi nie smakowały.

Zrobiłabym niemal wszystko, żeby nie wychodzić na zewnątrz na ten szaleńczy upał. Ale wyszłam. I dojechałam do Bielska ze Słowakiem, który opowiadał mi o swoim życiu. Jak wysiadłam od niego, przesiadłam się do przemiłego starszego kierowcy TIRa, który miał niesamowite historie do opowiedzenia. Sporo jeździł po Europie, to sporo widział i słyszał. Kocham takie rozmowy!

Kolejna przesiadka w Katowicach. A potem w Krakowie, z dodatkowymi tobołami. Sprzedawca w sklepie z butami rozpoznał mnie w drzwiach, kwestię butów mieliśmy obgadaną przez telefon. Przy okazji zainwestowałam w nową latarkę. A w księgarni nabyłam drogą kupna rozmówki polsko-słowackie.

Hej.

I po północy dojechałam do domu. Kierowca autobusu obudził mnie na dworcu pytaniem, czy jadę z nim dalej. Spałam jak kamień!

Dziś  w ramach relaksu popołudniowego wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę z Tomkiem i Aneko. Odwiedziliśmy P., wygłaskaliśmy jego ogromne psy i wróciliśmy lasem. Piękna wycieczka. I już nie było tak gorąco.

Ale to by już było w post scriptum. W niedzielę znów jadę. W drugą stronę Polski tym razem. Na dużo dłużej. Jak wszystko pójdzie dobrze, a na pewno pójdzie dobrze, za miesiąc znów będę w Beskidach wieczorami gapić się w rozgwieżdżone niebo i marzyć o tym, co najpiękniejsze.

Bo w ciągu dnia nie ma czasu na takie sentymenty. ;)