Hej góry, nase góry!

funny little things can make my day

funny little things can take me away

Dzień dobry. :)

Tak wiele chciałabym natychmiast napisać, że już zupełnie nie wiem, od czego zacząć. Koniec jest najciekawszy, środek najbardziej mnie zaskoczył, początek zapowiadał coś zupełnie innego. A w sumie i tak wyszło, jak zwykle, czyli zupełnie inaczej.

Jeśli Wasze życie miałoby zawrzeć się w jednym dniu, który dzień z życia wybralibyście? Ja pewnie zrobiłabym decoupage, trochę wycięła z dzieciństwa, dokleiła do lat szkolnych, potem doczepiła nieco młodości i liczyłabym na to, że dorosłość i starość (oby z emeryturą, wystarczającą na długie i dożywotnie wynajęcie apartamentu na Hawajach) dopełnią całości. Oderwane i przyklejone.

Tyle o sobie wiemy, ile nas sprawdzono.

Do rzeczy, panowie, do rzeczy.

Dlaczego jestem tak bezdennie, beznadziejnie, szalenie, głęboko i szeroko zakochana? Każdy oddech, każde skrzypnięcie starych desek w podłodze, powiew wiatru i śpiew ptaków przypominają mi o Moim Jedynym.

Idę niebieskim szlakiem i śpiewam Who made my blue eyes blue? Claptona. Idę dalej niebieskim szlakiem i nucę Black is the colour of my true love’s hair. Skręcam niemal nogę w śniegu i krzyczę Wszyscy święci balują w niebie! A ja włóczę się znów bez ciebie!. Wlokę się, literując słowa w Masz rację, że wierność najlepsza jest u psa!. Zupełnie bez związku z tym, co czuję. Uchodzą głupie uczucia, żeby zrobić miejsce na mądre odczuwanie.

Więcej tekstów nie pamiętam. Za wszystkie serdecznie żałuję… Znacie już  zatem moją cechę rozpoznawczą. Śpiewam sobie, spacerując niby. Ale w Beskidach w ciągu tygodnia łatwiej było spotkać żmiję i jelenia, niż ludzi. Serio. Przygoda z niedźwiedziem mnie na szczęście ominęła.

Każde spotkanie z ludźmi to święto. Wiecie, ile historii można poznać, słuchając tylko kilku osób? Pomnóżcie to teraz przez kilkadziesiąt, na przykład przez czterdzieści. Wychodzą setki opowieści, tysiące znaczeń i miliony słów.

Spotkałam człowieka, o którym wiedziałam więcej, niż chciałabym przyznać. Uczucie niezwykłe, jak spotkanie po latach. Jakieś słowo, jakiś gest. I wycieczka quadem… Kompot jest w kuchni . Kompot! Czujecie to? Wyobrażacie to sobie? Wchodzę do kuchni, na palniku stoi garnek z kompotem. Porzeczki, truskawki, jabłka i cała masa innych smakołyków. Wyjmuję kubek z napisem Matrix i zanurzam w garnku. Kurczę, to jest prawdziwy kompot. Szczęka opada po raz pierwszy. Jak kurtyna na przerwę po pierwszym akcie.

I love the ground whereon He stands.

Dzień drugi. Siedzę w nocy z mapą i szukam białych plam. Na razie idę sprawdzić, co się zmieniło we mnie. Szybka wycieczka. Uciekając przed śniegiem skręcam w wąską ścieżkę i okazuje się, że to niebieski szlak słowacki. No i dobra, jest nieźle. Krzaki jagód sięgają do kolan i drapią bezlitośnie. Żyję! W dole leży różowa łopata do odśnieżania. W środku gór?! Krokusy nieśmiało wynurzają się  z traw.

Trzej turyści na opóźnionym długim weekendzie. Opowiadają mi, skąd idą i gdzie warto jechać jeszcze w góry w Polsce. Góry Izerskie. Karkonosze. Miejsca, gdzie w promieniu 15 kilometrów nie ma dwóch domów.

Rysianka tonie w słońcu. Reszta taka sama. Tylko ja wciąż inna. Czy można się opalić bardziej, kiedy wszystkie trzy drogi prowadzą w to samo miejsce? Idę w lewo szlakiem, pełno wody. Idę w dół, wycinka drzew. Idę w prawo, błoto po kolana. Wracam, śmiejąc się z samej siebie. Jakby nie anioł z koniem, szłabym tak w nieskończoność. Pojawił się nagle za zakrętem i powiedział, że tędy nie dojdę do szlaku. Wyglądał zwyczajnie, jak to anioł. Czapka na głowie, ciemna koszulka. Gwizdał sobie.

Wracam ostatecznie. Pytanie na śniadanie znad węża z wodą.(Och, jak ja potrzebuję prysznica!) Jadę na dół, przywieźć ci coś? Chcę chleb, bo mój własny się kończy. Oglądam mecz tenisa. Kort jest niebieski czy mnie już zmęczenie bierze? Spać, spać, doskonale spać.

I love the ground on where he goes.

Dzień trzeci. Budzę się za wcześnie, żebym wstała. Nieco za późno, żeby nie otworzyć oczu. Wschód słońca na Miziowej. Widok zapierający dech w piersiach. Robię masę zdjęć i kładę się spać. Śpiwór jeszcze trzyma ciepło. W końcu leży pod kołdrą.

Wstaję dwie godziny później, niż planowałam. Wyspana? Żebyś wiedział. I to jak! Obudził mnie gil, który odbił się skrzydłem od okna. Poniżej ma karmnik. Jakby nie on, przespałabym całe przedpołudnie. Robienie kanapek zajmuje mi godzinę. Mapa, latarka, telefon, kurtka, spodnie od deszczu, jedzenie. Wszystko masz? Uważaj na siebie.

Uważam. Początek ten sam. Reszta nieznana. Po drodze trochę zdjęć. Skaczę przez zwalone drzewo. Przy piątej próbie utrafiam w moment pstryknięcia samowyzwalacza. Gotuję się w upale. Wola z kranu, czyli ze studni jest w butelkach. Jak dobrze maszerować tylko z niezbędnymi rzeczami!

Docieram do bacówki. Szłam tu tylko po to, żeby zjeść racuchy. Krawców Wierch. Ech, co to za miejsce magiczne. Degustuję z trzema różnymi dżemami. Jakby Wam nie smakowały, reklamacji nie uwzględniam. Mi smakował wiśniowy i śliwkowy. Wchodzę na racuchy, zostaję na noc. Zjadam jeszcze boską zupę pomidorową ze świeżym lubczykiem, do tego wielkie drugie danie, potem kolację… Nocą siedzimy we trójkę przy ognisku, w świetle gwiazd, jemy kiełbasy, których było trochę za dużo dla szkolnej wycieczki.

Dym leci wyłącznie na mnie. Przez kilka godzin, gdziekolwiek bym siadła. Płaczę nieustannie. A w duszy mi tak błogo. Świat jest daleko stąd. Historie opowiedziane przy ognisku tchną delikatnością i wrażliwością. Bólem, smutkiem i rozpaczą. Odwagą Tych, którzy się z nimi zmierzają codziennie.

I wish the day, it soon would come…

Budzę się sama w dziesięcioosobowym pokoju, pod kocem z logiem PTTK. Gdzie ja jestem? Ciągłe podróże nie służą zapamiętywaniu. Czuć ode mnie zapach dymu z ogniska. Oczy mam tak zapuchnięte, jakbym wcierała sobie w nie sól z pieprzem. Nie mam się w co przebrać, bo przecież miałam wracać od razu. Wszystko układa się samo. Uśmiech działa więcej, niż najdroższy dezodorant. Zaczynam gadać w myślach, a nie mówić. To takie wiecie, ze ino tylko se cłowiek coś pomyśli, a tu jus inocej godo.

W ciągu pięciu minut pogoda z letniej zmienia się na niemal zimową. Widok mgieł, które ze szwajcarską dokładnością otulają Krawculę, budzi moje przerażenie. Nic nie widać. A ja mam wracać. Chwilę wcześniej telefon. Uważaj, po południu mają być silne burze. Ubrana w pożyczoną kamizelkę i szalik plus wszystko, co mam, idę z powrotem. W lesie mgła nieco rzadsza. Za to leje się na głowę równo. Dawno nie szłam z pokrowcem od plecaka na głowie. Płoszę cholernego jelenia. Jakie szczęście, że uciekł w las, zamiast wybrać się szlakiem w dół i mnie staranować.

Docieram do miejsca przeznaczenia. Odwracam się, z mgły wynurza się spora wycieczka w odległości kilku metrów. Skąd się tu nagle wzięli? Szli z tej samej strony, co ja, ale ani ich nie widziałam, ani nie słyszałam. Zgubić się we mgle, to byłoby okropne.

Wieczorem… trafiłam na niezłą imprezę. Ale trafiłam przypadkiem i zupełnie niechcący. Niesamowici ludzie, przygarnęli samotną turystkę do siebie. Przyjechałaś się wyciszyć, tak? Na pewno dziś ci się uda! To się udało. Bawiłam się  z nimi do rana. Szaleństwo. Wszystkiego najlepszego, Panie Jubilacie. Dzięki za wszystko. Pierwszy raz spotkałam się z taką formą toastu. Najpierw Jubilat dziękuje wszystkim po kolei (mnie też podziękował!). A następnie każdy po kolei wychodzi na środek i mówi parę słów do Jubilata. Fantastyczne przeżycie.

Pogoda nie zachęcała do wycieczek.

For satisfied, I ne’er can be.

Następnego dnia obudziłam się szczęśliwa. Bardzo. I miałam cały dzień na odpoczynek i pakowanie się.

A poniedziałek był straszny. Schodziłam z gór z plecakiem większym od siebie. Czekałam na autobus, który nie przyjechał. Czekałam na pociąg w Katowicach. Pociąg najpierw był spóźniony 30 minut. Potem godzinę. Potem 90 minut. W końcu go odwołali.

Dojechałam innym pociągiem. W Częstochowie remont. Czy jest jakieś większe miasto w Polsce, w którym centrum nie będzie rozkopane?! Szłam trzy kilometry z tym moim tobołem na plecach, żeby zostawić go w pokoju. Potem wracałam tyle samo, żeby zrobić zakupy. I znów trzy kilosy, żeby wrócić. Na miejscu czekały mnie dwie nowiny. Zła – nie ma takiej opcji, jak czajnik lub kuchnia. Dobra – jestem sama w czteroosobowym pokoju.

Dzień umilił mi pies, który rano w Korbielowie mnie dopadł, wyściskał po psiemu, oblizał ze trzy razy i nawet jak właziłam do stopa (pan dostawca art. piekarniczych się zatrzymał), to chciał wejść ze mną. Niewykluczone, że przez nagłe przywiązanie uczuciowe psa do mnie żaden inny kierowca nie ryzykował zabrania nas z przystanku. Drugi pan od stopa, który zawiózł mnie na sam dworzec w Żywcu, znał dobrze okolice dalsze i bliższe. Jego rodzina zresztą ma wiele wspólnego ze schroniskiem na Miziowej. :)

Obu Panom serdecznie dziękuję!

I write him a letter, just a few short lines,
And suffer death, a thousand times.

A potem był płacz i zgrzytanie zębów. Podniesienie plecaka graniczyło z cudem. Musiałam wyglądać bardzo mizernie, bo kanar w autobusie nie dał mi kary za jazdę bez biletu na bagaż. Spytał tylko, czy jadę się wspinać. Serio nie miałam pojęcia, że trzeba mieć taki bilet. W Krakowie dość dawno to zlikwidowali, a nigdzie indziej nie poruszam się zazwyczaj komunikacją publiczną z plecakiem wielkości Zytki Maurion.

Wieczorem, po przesiadce na autobus, w końcu dotarłam do siebie. Padłam. Jestem. I jak tak dalej pójdzie, znów wyjadę, zanim zdążę przeczytać, co się u Was dzieje…

Dzięki za pamięć  w komentarzach, za Chrupkową nominację, za dodanie linków u Was do mnie. Niezwykłe rzeczy. Wyróżnienia. Kiedy zaczynałam pisać, liczyłam tylko na swoją własną obecność w statystykach.

A dziś mamy już czwartkową noc. Wieje, leje, dudni i szeleści. Mieszają się szanse na lepsze życie. Mieszają się z obawą, że jutro będzie inne od dziś. I mieszają się z ulgą, że nie będzie takie samo.

 

Wasza zakochana w życiu i w Beskidach, nieustannie zdziwiona Zytka M.