Przepis za przepisem – jakżeby inaczej!

Witajcie.

Życie pięknie toczy się dalej, ja mam mnóstwo nowych pysznych przepisów, tylko zostaje ciągle jedno ale pod nazwą „Dzięwięć-Godzin-W-Pracy-Przed-Monitorem”.

I od razu odechciewa mi się w ogóle naciskać taki mały okrągły przycisk „Power” w komputerze,

Pora to zmienić. Rządy się zmieniły, obyczaje też, czasy – jak wyżej. Włączyłam tego grata i po miesiącach nieobecności nadrobię dziś moje zaległości. Ach. I ech! :)

Walnęłam tym blogiem, kiedy okazało się, że nie tylko nie mam miejsca na publikowanie zdjęć, ale też nie mam opcji ściągnąć ich tutaj z Google Plus. Teraz spróbuję z Pintrestem, potem ze wszystkim, co się będzie dało. Ten blog dodawał mi energii do działania.

Zawsze znajdzie się ktoś, kto cudze wysiłki skaże na porażkę i obwieści klęskę. Nie wiem, czemu w to kiedyś uwierzyłam, skoro od początku pisałam dla siebie.

Nie jestem wielką diwą kulinarnych programów, ani najsłynniejszy blogerem roku. Zupełnie nie przeszkadza mi to w życiu i jakaś część mojej duszy, którą we współczesnym kosmopolitycznym świecie można nazwać amerykańską, wciąż jest ze mnie dumna i wymachuje książką kucharską niczym wielką flagą.

O. I już. Pisanie daje mi tak wiele przyjemności. Jedzenie, fotografia, wyglądanie przez okno w pracy, spacer po górach. Prostota. Piękno. Życie!

Do zobaczenia niedługo w nowym przepisie.

Nowy rok, nowa ja ;)

Jak wspaniale, że mamy Nowy Rok rozpoczęty mrozem!

Wymarzona zimowa pogoda. Szczególnie w górach. Mróz. Słońce. Skrobanie szyb. <Ekhm>. W mieście jak dla mnie może być nieustannie plus osiemnaście, słońce z lekkim wietrzykiem i deszcze nocami, żeby rano było czym oddychać.

A w dzień: słońce, plus osiemnaście etc., etc.

Zima = śnieg.

Tylko gdzie ten śnieg?!

wschod slonca2

Tak drzewiej bywało. Jakieś trzy zimy temu.

A teraz… Niby tak samo, tylko bez tego śniegu. Można zimą zrobić zdjęcie i udawać, że to pamiątka z letnich wakacji. Nie tak miało być, panowie, nie tak. :)

Na jesienną chandrę

Oczywiście chandra jest tak głupim słowem, że nawet nie wiem, skąd to mi się bierze (że jestem mitologiczne zwierzę).

Witajcie.

Moje życie znów wywróciło się do góry nogami, a to dobry moment, żeby przysiąść nad blogiem, uzupełnić go o przepisy z ostatnich miesięcy i zrobić w końcu coś dla siebie.
Zrobić coś dla siebie.

Będę liczyć gwiazdy. :)

To moje motto od dłuższego czasu. Zająć się sobą, zaopiekować się tą małą dziewczynką, która domaga się więcej gorącego chleba i więcej ciastek czekoladowych. Do kawy. To już w ramach marzeń mnie obecnej.

Odkrywam się na nowo, a może w ogóle po raz pierwszy w życiu wiem, że prawdą są te wszystkie banały typu „jak weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie, to zobaczysz, jak dużo się zmieni”.

Wzięłam się w garść. W kwietniu wyprowadziłam się od chłopaka, bo nasze relacje przypominały opowieść Anthony’ego de Mello o facecie, który wsiadł do autobusu z wielką torbą. I tak siadł, trzymając torbę na kolanach. Ludzie go pytali, co tam wiezie, a on na to, że bombę. Na to zebrał się tłum i krzyczy” Bomba? To niebezpieczne! Proszę natychmiast włożyć ją pod siedzenie!”.

Ekhm. No właśnie. Miałam dość trzymania bomb pod siedzeniem autobusu.
Czytam bardzo dużo książek. Jestem z tych osób, które wyrabiają polską normę dla kliku osób miesięcznie, więc zawyżam cholerne statystyki. W które po pięciu latach socjologii nie wierzę, bo statystyczny Polak nie istnieje. Ale całego „Przebudzenia” jeszcze nie przeczytałam ze zrozumieniem. To zupełnie jak z „Prorokiem” Khalila Gibrana.

Zresztą, ja uwielbiam książki, które można czytać sto razy i dalej być w nich zakochaną. Uwielbiam je nad wiele, wiele rzeczy. I spraw. Tak na przykład są dla mnie ważniejsze, niż niektórzy znajomi.

I niż masło orzechowe.

I moje niektóre zdjęcia (szczególnie z czasów, kiedy dopiero uczyłam się trzymać lustrzankę w rękach).

I nawet ważniejsze, niż mój ulubiony kubek, który dostałam w prezencie od chłopaka. Kubek jest z cieniutkiej porcelany, wysoki, chudy jak ja i równie piękny. :) A wszystko smakuje z niego lepiej. Całkiem poważnie!

Książki. Jestem zawalona książkami, odkąd się tu przeprowadziłam. W mieszkaniu Maćka i w domu na wsi na wszystko było mnóstwo miejsca. Było więcej pokojów, więcej półek. Nie musiałam mieszać bakalii z foremkami do ciast i kłaść ich obok trzydziestu książek kucharskich. I około dwóch tysięcy przepisów w segregatorach.

I obok podręcznej biblioteczki, takiej złożonej pewnie ze stu pięćdziesięciu książek. Rodzina w domu nie może odżałować do tej pory, że wzięłam tylko część swoich książek, bo ich już się nie mieszczą. Więc jak tylko przyjeżdżaliśmy z Maćkiem samochodem, od razu znajdowały się jakieś kartony z książkami, które na pewno chcę zabrać. :)

Takie życie, pełne przepisów, książek, zdjęć i kolorów.

Nie powiem, brakuje mi wszystkiego. Przede wszystkim, brakuje mi nas z czasów, kiedy wszystko było super i marzyliśmy, żeby się w końcu przeprowadzić na wieś na stałe. Siedzieliśmy w fotelach z Ikei, na gołym betonie, grzejąc stopy na podłogówce i smażąc kiełbaski w kominku.

I było genialnie, cholernie genialnie.

A potem nastąpiło życie, które jak zawsze jest totalnie inne, niż nasze wyobrażenia. A szaleństwo to wciąż robić tą samą rzecz w ten sam sposób i liczyć, że wyjdzie coś innego.

Nawet pan Albert E. to wiedział.

PS. Maciek tego na pewno nie przeczyta. Czytał mój blog tylko na samym początku i tylko przez przypadek, kiedy przy udostępnianiu mu zdjęć z naszego pierwszego (ach, ach. ach) wyjazdu w Karkonosze. Prawie tylko we dwoje. Z jego wspaniałym przyjacielem, który tylko się uśmiechał w BARDZO charakterystyczny sposób i udawał, że szybko zasypia. ;)

A potem… już wiedział, dlaczego robię tyle zdjęć jedzenia. I najwyraźniej na tym poprzestał, bo nigdy nie skomentował nawet słowem moich tekstów na temat budowy, życia, wyjazdów i czegokolwiek.

A jeśli dotrwaliście do teraz, oto nagroda-niespodzianka. Piosenka, której chętnie będę używać jako budzika i będę się przy niej (może?) w końcu gimnastykować. Bo na pewno nie będę uprawiać fitnessu we własnym pokoju! Wystarczy, że mam na parapecie bazylię i rozmaryn.

Piosenka, którą usłyszałam w bacówce równe trzy lata temu. A wczoraj znalazłam małą żółtą karteczkę z nazwą piosenki. I zakochałam się w życiu od nowa!