Too many people – too many problems

Jazda pociągiem, w którym miejsca siedzące są tylko na korytarzu jest bez sensu. Moja rozmowa z konduktorem wyglądała tak:

 

Konduktor: Pani wstanie, tu się nie siedzi. Tu jest kratka wentylacujna.
Zytka (wstając): Aha.
(Usiadłam chwilę potem)

10 minut później.Konduktor: Mówiłem już pani!
Ja: Tak, tak.

20 minut później.
Konduktor: Więcej razy nie będę mówić!
Drugi konduktor:…przez najbliższe 10 minut, oczywiście.

(Uśmiech kota z Chestershire).

 

Wstawanie i siadanie przez kilka godzin pod rząd jest wkurzające, jak cholera.

Pozdrowienia z Opola. :)

 

Konduktor: Pani wstanie, tu się nie siedzi. Tu jest kratka wentylacujna.
Zytka (wstając): Aha.

Wyjazdy, rozjazdy

Szykuję się na kolejne podróże.

Śląsk jest moim szczęśliwym miejscem, czekam na kolejne spotkanie ze śląskością. Tym razem jeszcze inne miasta, ale Katowice w tak zwanym międzyczasie mnie nie ominą. Za to ja będę musiała się sama pilnować (paradoks, nie sądzicie?) i ominąć tym razem księgarnię Matras z wielką wyprzedażą. Poprzednio ograniczyłam się do jednej książki, bo i tak ledwo dźwigałam plecak. Ale teraz może spakuję się w wersji light, jak mleko 0% tłuszczu?

Jedyne wyjście, żeby tak się stało, to wziąć mały, niewygodny plecak. Spakować do niego dwie koszulki na zmianę, założyć sandały i liczyć, że nie będzie padać.

Mały plecak to same zalety. Nie dość, że nic nie zmieszczę, to jeszcze będę mieć motywację do pokonywania tras w szybkim tempie. Bo tym razem nie chcę wracać z tak wypchanym plecakiem, jak poprzednio… Każdy, kto tylko mnie widział, czuł się zobowiązany do wygłoszenia komentarza: Ten plecak jest większy od Ciebie!

Tak samo, ale inaczej

Spotkałam dziś znajomą ze studiów. Ja wykupiłam pół regału z galatertkami, a ona przyszła po ser żółty. Jak miło spotkać znajomą twarz w sumie obcym mieście :)
Co do tych galaretek, to firma w Wodzisławia Śląskiego produkuje zarąbiste kolory galaretek: ametystową, turkusową, niebieską, szafirową. Cud, miód i orzeszki! Kupiłam wszystkie po kolei. I jeszcze jabłkowo-miętową. Parę dodatkowych dekagramów może mnie nie złamie na pół.
Spójrzcie tutaj: http://www.agro-wodzislaw.pl/produkty.php?dr1=9

Za co uwielbiam Bielsko? Zawsze mnie zaskakuje. Mieszkają tam niesamowici ludzie, którzy są po prostu wspaniali. Nie dość, że mają teraz masę własmych problemów, to jeszcze bardzo pomogli mi w mojej pracy. J. oddała mi swoje własne łóżko i ugościła. K. zawiózł mnie aż do Wilamowic, a potem jeszcze jechał w tempie rajdowca na dworzec, żebym zdążyła na pociąg do Katowic. I znów jestem tutaj. Jeszcze jutrzejszy dzień takiej jazdy i będę musiała pytać ludzi, kim jestem, jaki jest dzień i co ja tu robię.
Aha! Pisałam już o tym, ale w Bielsku są najlepsze na świecie frytki. Sprawdziłam dwa razy. Duże frytki za cztery złote! To jest dosłownie za pół darmo. Porcja dwa razy większa, niż w Mc, a do tego dowolna ilość sosów w róznych smakach, sól i magiczna posypka w ilości do wyboru. Ach… Wygląda na to, że jutro znów będę tam przejeżdżać. Do trzech razy sztuka? :)
Ile można pisać o żarciu? Zjadłam dziś awokado z sałatką. Woziłam je ze sobą od niedzieli, a kupiłam chyba w piątek. Wreszcie dojrzało :)
Przesyłam serdeczne uściski J. i K. Jesteście niesamowici. Wierzę, że dacie sobie radę! Jestem z Wami całym sercem.
I bardzo dziękuję mojej Przyjaciółce od dzieciństwa, że wytrzymuje ze mną, kiedy zajmuję jej właśnie laptopa. I nocą połowę łóżka. I że nie przeszkadza jej, jak zachwycam się bliskością dworca PKP i tym, że widać i słychać pociągi. Ech…
PS. W Bielsku mają też draże z namalowanymi buźkami. Wyobrażacie sobie takie coś w ciastkach? Szał!

PS2. W księgarniach Matrasu można znaleźć niezłe książki za śmieszne pieniądze. Kulinarne też. Nie mogłam sobie odmówić przyjemności i kupiłam za PIĘĆ złotych książkę. :)

Wilk to mały pikuś

Klo lubi zwierzątka większe, niż plankton?

Trzeba mieć naprawdę szalonych znajomych, którzy wyciągną Cię na koniec dnia w miejsce, o którym nie wiesz nic. Dobra, wiedziałam, kto tam będzie. I jakie żywe niespodzianki mnie czekają. :)

Na dzień dobry Psy Trzy. Który jest który? Oto jest pytanie.

Na pierwsze danie – konie. Piękne, spokojne i ani się mnie nie bały, ani ja ich. A z końmi to niewiele w życiu miałam do czynienia. Zawsze uważałam, że są bardzo mądre i na tym się cała moja wiedza kończyła. W tamtym roku jeszcze byłam na zabezpieczeniu skoków. Atmosfera takich miejsc robi jak najbardziej pozytywne wrażenie. Zresztą, wszystkie osoby „z końską pasją”, jakie znam, mają ten dobry typ charakteru. Dobrzy ludzie. Yen, to do Ciebie też!

Na drugie danie – powtórka z rozrywki. Jak stoi obok Ciebie pies rasy wilczarz, a przy nim drugi trochę większy, a przy nim trzeci, jeszcze większy… to zwyczajnej wielkości pies i  inne stworzenia boskie nie robią na Tobie wrażenia. Byle tylko nie mówić wilczarzom wprost, że po burzy śmierdzą mokrym psem. Bo wtedy się obrażają. ;)

Przy takim psie, to człowiek siedzi w zagrodzie, żeby mu szaszłyka nie zeżarły. A maleństwa stoją za ogrodzeniem, robią smutne oczy i udają, że nie jadły od tygodni, chociaż dopiero co opróżniły michy. Ale jak nie dostaną Twojego kawałka kiełbasy, to przecież na pewno zginą z głodu. Widocznie psy (i koty też) mają to w genach, bez względu na rasę czy płeć. Wielkie, smutne oczy. Daj, no daj, to na pewno miała być moja kiełbasa.

Ciężko stwierdzić, czy to ja się do nich przytulałam, czy raczej one to wymuszały. Kot sam właził do przytulania. Najpierw uparcie wchodził na talerze, póki były pełne. Ale potem zmieniło mu się i już przychodził tak od niechcenia. Niby się łasił, niby przytulał, ale jak widział w pobliżu szansę na wyżerkę, to leciał jak głupi. Czyli że taki głupi to on nie jest.

Przedpołudnie i południe też minęło świetnie. Jak tak dalej pójdzie, nadrobię wszystkie zaległości towarzyskie w tym tygodniu. Albo w przeciągu dwóch tygodni. Mój wykres socjometryczny nabierze niespotykanych dotąd barw i życia. Dolce far niente! :)

Jeśli rano myślałam, że nie dam rady się bardziej opalić, to godzinna wycieczka rowerkiem wodnym z Przyjaciółką, jej chłopakiem i jego siostrą dobitnie mi uświadomiła, że nie ma rzeczy niemożliwych. A chciałam tylko zaznaczyć, że mamy początek maja!

I do tego objadłam się dziś tortillą z salsą pomidorową. A na obiad zjadłam dwa kawałki kruchej tarty. Szpinak, soczewica, prosciutto, kabanosy, ser wędzony, masa jajeczna, śmietanka kremówka… Nie byłabym sobą, gdybym o tym nie wspomniała. Będzie przepis na specjalne życzenie, ale błagam, jest dwanaście po północy. Nie dziś!

Aha. I jechałam pociągiem. Taaaaaaa. To jest dopiero powód do dumy i chwały. Za kilka dni już nie będę taka szczęśliwa, bo inaczej jedzie się półtorej godziny, a inaczej półtorej dnia. Szczegół. Dziś wymyśliłam se, że wstanę o szóstej i zdążę na pociąg o wpół do ósmej. Ja! O tej porze! W Święto Narodowe i Kościelne! Wstałam! [Gromkie brawa. Kurtyna opada. Widzowie krzyczą Bis! Bis!]

W drodze powrotnej zasnęłam z gazetą w ręku (w wielkim sekrecie napiszę, że był to numer Smaki. Psychologia i kuchnia). Obudził mnie ulewny deszcz, który lał mi się na głowę przez otwarte okno. Cóż za klimatyzowane pomieszczenie, taki stary pociąg.

Łakomczuchy mają pełne brzuchy

Na zawsze i na wieczność uczyńmy z życia święto!

Otwórz oczy. Otwórz oczy. OTWÓRZ OCZY! Słuchałam niedawno przez godzinę czy dwie muzyki z filmu Vanilla Sky. Widziałam ten film lata temu, a zapadł mi w pamięć tylko przez to, że cholernie mnie wkurzał od początku do końca. Zabija się laska, potem się okazuje, że się nie zabiła. Potem zabija się facet, ale w sumie to się nie zabił. Potem laska jednak umiera, a on dalej nie. Potem jest inna kobieta, którą gra Penelope Cruz, więc było rozkosznie, sceny ten tego i takie tam. A na końcu znów otwórz oczy i otwórz oczy. Oł fak.

Zmieńmy temat może.

Jechałam pociągiem! Ciapongiem. Relacji Krk – Lbl. Przy wyłączonym ogrzewaniu temperatura sięgała 30 stopni na plusie. Ugotowałam się, siedząc niemal tylko w koszulce termoaktywnej. Ufffff. A w Lublinie lało cały dzień na przemian ze słońcem, gradem i śniegiem tak samo, jak w Krakowie. ;)

Hervé This, człowiek, który umie zrobić 24 litry majonezu z jednego jajka, byłby ze mnie dumny, bo obgryzłam właśnie po raz pierwszy w życiu pieczone udko z kurczaka w panierce. Wcześniej próbowałam wiele razy, ale zazwyczaj mi zostawało 3/4 mięska przy kości. Dorosłam! I stało się to przy Eweko i B. Przy Ranczu i gryzieniu po kostkach.

O szanownym TYM Panu (This wskazuje, że chodzi o niego) mogę powiedzieć, że napisał jedną z najlepszych książek kulinarnych na świecie. Odkrycia kulinarne są książką , którą dumnie nazwę sztandarem ideowym kuchni molekularnej dla laików. Nie ma tam wprawdzie zaleceń, żeby gotować pod ciśnieniem trzy dni mięso. Za to wyjaśnione jest dokładnie, dlaczego nie należy solić całego jajka sadzonego i smażyć go na wielkiej patelni. :)

Po raz pierwszy od liceum miałam do czynienia z chemią. I fizyką. Molekuły, proteiny, atomy. Emulsje, żele, atrakcje i bajery. Możecie być ze mnie dumni. Przeszłam nawet przez przepisy z wykorzystaniem świńskiej skóry i cielęcej nogi.

Ech. Kobiety zrozumieć nie możesz. Ale niektórych facetów też.

Pipol, pipol.

Dlaczego warto uczyć się języków obcych? Moja nauczycielka w podstawówce słusznie twierdziła: żeby wiedzieć, kiedy ktoś cię obraża i obrzuca przekleństwami. Zapadł mi w pamięć argument Marka Niedźwiedzkiego sprzed dobrych piętnastu lat: Żeby rozumieć teksty ulubionych piosenek. Tak.

Proszę zatem usiąść wygodnie i w tle rozkoszować się Santaną. To będzie długa historia.


Tell me just what you want me to be? ;)

W wakacje jechałam jechałam Ekspresem IC Beskidy z Warszawy Wschodniej do Bielska-Białej. Żeby na niego zdążyć, obmyśliłam sprytny plan „Wsiądę na Wschodniej, to nie będę się martwić, że jest spóźniony”. Wstałam o piątej rano. To nie tylko w wakacje przyprawia mnie o dziką rozpacz i rozbiegane, nic niewidzące spojrzenie. Sytuacja była wyjątkowa. Wstawałam, bo chciałam! Tak w skrócie: Jechałam do Szczyrku, porozmawiać z Ratownikami i dzięki ich wielkiej uprzejmości skończyć studia.

Jechałam zza Warszawy. W sensie geograficznym – jeszcze bardziej z północy, z prawdziwie płaskiego Mazowsza z wierzbami rosochatymi. Pociąg do Warszawy podjechał punktualnie. Wiadomo, koleje regionalne, osobowe. Rzadko się spóźniają. Przed siódmą ustawiłam się w kolejce do kasowej budy już w stolicy i stojąc po kostki w kałuży, kupiłam bilet. Całkiem z siebie  zadowolona, wylazłam z wielkim plecakiem (znak rozpoznawczy Zytki) na peron. Pociąg miał być chyba siódma pięć.

Sprawdzam teraz dla pewności na stronie IC. Siódma osiem.

Ach, po długim czekaniu na załadowanie strony pokazał się mój pupilek Rafał! Musi dużo palić, bo wygląda młodo, a głos ma dwadzieścia lat starszy od siebie. Czego to człowiek nie robi z nerwów, jak już jest sławny. Wszyscy wielcy mieli jakieś problemy. Może przez ten tytoń tak się szczelnie uśmiecha, żeby nie było widać żółtych zębów?

Och, Rafał, Rafał. Nawet zagadał, jak szukałam rozkładu! Rozglądał się na boki i grzebał w jakiś papierach. Ciekawe, czy będzie dalej gadał.

—–

Rafał: Zajmę się teraz czymś innym, skoro nasza rozmowa została na chwilkę przerwana.

Zytka: Na chwilę? Ja już ciebie nie potrzebuję, Rafał.

Rafał: Wiem, że czas na nikogo nie czeka, ale jadąc ekspresem mam wrażenie, że trochę czasu oszczędzam…

Zytka: Też MIAŁAM takie wrażenie.

Rafał: A jednak! Mamy coś wspólnego.

Zytka: Aż postanowiłam pojechać tym ekspresem w lipcu!

Cha, cha, cha! Rafała tak zatkało, że aż otworzył mi stronę z informacjami o marce EX i zniknął. Żegnaj, piękny, bezzębny nieznajomy.

—–

Miałam wszystko obliczone co do minuty. Wysiadam w Bielsku (tylko cztery godziny ze stolicy Polski w Beskidy!), biegiem na autobus i koło dwunastej jestem już w Szczyrku. Ale Polskie Koleje Państwowe zapewniły mi rozrywkę w postaci godzinnego czekania w deszczu na dworcu.  Bez żadnej informacji, kiedy w końcu przyjedzie ten pociąg. To był jeden z chłodniejszych i bardziej deszczowych dni lipca.

Kiedy pociąg w końcu podjechał (zapowiedziany dopiero o ósmej, a wyświetlony  w końcu na tablicy jedynie z „40 minut opóźn.”), byłam bliska hipotermii. Nie powiem Wam, jak bardzo wszyscy przeklinali brak informacji i tę lodowatą pogodę. Musiałabym użyć brzydkich słów, a w jakimkolwiek języku je napiszę, to i tak będą brzydkie. Niestety.

Rozsiadłam się w przedziale, na przeciwko mnie siedział mężczyzna i tak we dwójkę podróżowaliśmy sobie, wymieniając się doświadczeniami z podróży pociągami. Pan okazał się być oficerem wojskowym, jadącym do rodziny po szkoleniu w Austrii. Opowiadał mi pasjonujące informacje na temat wystawionych na pokazie czołgów i składu polskich kurtek wojskowych. Zaczynałam mu zazdrościć, bo WP ma naprawdę porządne ubrania. Takie nie do zdarcia. I całkiem ładne. Za mundurem panny sznurem, jak mówiła moja Babcia.

Facet był jednym z tych ludzi, którzy nie zanudzają wszystkich swoimi poglądami, ale jedynie się nimi dzielą. Miło jest pogadać z kimś, kto z góry nie narzuca swojej wizji, a potem nie broni jej ostrymi pazurami bezmyślności.

Na koniec, kiedy już wystarczająco ogrzałam swoją duszę rozmową, a ciało darmową herbatką z cytryną i ciastkiem z logiem PKP IC, pan się rozgadał o różnych spotkanych osobach. Pytałam go, jak się dogadują na takich zjazdach/szkoleniach/czymkolwiek. Po angielsku i niemiecku.

I podobno Polacy mówią całkiem dobrze w obcych językach. Nie jak w tym kawale, co koleś jedzie do Paryża i wie, że jak przed każdym słowem powie la, to na pewno go zrozumieją.  A na koniec, kiedy faktycznie jedzie la taksówką do la hotelu i je la obiad, to kelner go oświeca, że gdyby tu nie pracowało tylu Polaków, to by la gó**o jadł, a nie obiad.

Najciekawiej po angielsku, zdaniem tego mojego oficera, mówią Hindusi. Są zawsze zadowoleni, mimo że musieli pokonać pół świata, żeby dotrzeć na takie militarne szkolenie. I tu będzie meritum wpisu. Pan współpasażer opowiedział mi historię jak z życia wziętą, która miała obrazować wszystkie jego dotychczasowe kontakty z Hindusami. Ten kawał jest znany Anglikom. W roli Hindusów występują czasem Francuzi, a myślę, że w Polsce można by opowiadać takie dowcipy o Angliku, Polaku i Rusku ;)

Włoch, Francuz i Hindus zostali zaproszeni na rozmowę kwalifikacyjną w Anglii. Przed rozmową, zostali poproszeni o ułożenie zdania po angielsku, które będzie zawierało te trzy słowa: green, pink and yellow.

Pierwszy był Włoch:  „I wake up in the morning. I see the yellow sun. I see the green grass and I think to myself, I hope it will be a pink day.”

Następny Francuz:  ” I wake up in the morning, I eat a yellow banana, a green pepper and in the evening I watch the pink panter on TV.”

I ostatni był Hindus: „Today morning my telephone green green. I pink up the phone and said: Yellow, yellow!”.

Więc chodź, pomaluj mój świat, na zielono, różowo i żółto.

I chyba teraz zgodzicie się ze mną, że niektórzy mężczyźni są zdecydowanie daltonistami.

A do Bielska dojechałam spóźniona, pomachałam mojemu autobusowi i zostało mi czekać dwie i pół godzina na następny. Miałam dużo czasu na najlepsze frytki w mieście i w całym Wszechświecie. Z sosem czosnkowym, ketchupem i posypką. Od wesołego pana, który obsługuje w pierwszej budce po prawej, idąc wiaduktem od strony dworca PKP.

Za to do Szczyrku dojechałam tak śpiąca, że nawet wielka czarna kawa od P. nie postawiła mnie na nogi. Wtedy nie postawiłaby mnie na nogi nawet himalajska herbata, jaką kiedyś poczęstował mnie J. w tym samym miejscu kilka miesięcy wcześniej. Jak będziecie kiedyś mieć możliwość spróbowania takiej herbaty, to nie obawiajcie się. Normalnie daje takiego kopa, jak garnek kawy, a przy tym nie rozwala tak serca. Z wyglądu przypomina herbatę z torebki, zaparzoną po raz dwudziesty, ale przyrzekam, że reszta doznań bardzo pozytywna. I dużo kofeiny, teiny czy co tam może mieć herbata.

Potem, kiedy słuchałam nagranych wywiadów, w każdym pojawiał się bardzo nieprofesjonalny motyw „jestem tak śpiąca, że proszę o powtórzenie”. Na szczęście nie rozmawiałam ze sztywniakami, którzy nie widzą nic poza czubkiem swojego nosa, ale z ludźmi, którzy potrafią rzucić wszystko, żeby ratować innych.

W ramach ratowania mojej świadomości nawet zaproponowali, żebym się przespała na łóżku, które stoi w dyżurce. Ostro walczyłam z chęcią spania, bo wiedziałam, że jak usnę, to do rana nic mnie nie obudzi. Trochę tak nie wypada, co? A i tak już miałam i dalej mam za co być wdzięczna tym niesamowitym ludziom. Pokazali mi to, co dziś wielu odrzuca jako niemodne. Zaufanie i dobro. Nie skorzystałam wtedy z zaproszenia do odpoczynku. Dziś wiem, że ci wszyscy ludzie życzyli mi lepiej, niż ktoś, do kogo mi się spieszyło. Trzeba było spać!

Może kiedyś naprawię ten błąd.

Geografia uczuć – cz. 4

Część pierwsza tutaj. Druga tutaj, a trzecia tam. ;)

2009 rok.
Dziwny rok. I dobry, i zły.

Szalony, pełen nerwów, nowych wyzwań i uczenia się ratownictwa.

Noc Muzeów z P. i jego znajomymi. Stoimy w kilkusetmetrowej kolejce przed wejściem do Muzeum Czartoryskich. Obok klub z mocno przesłodzonym wnętrzem. Koleżanka pyta P.: „Zgadnij, jak nazywa się ten klub?”. P. patrzy i mówi: „No nie wiem, może Różowe Landrynki?”. Klub nazywa się Stalowe Magnolie. Obraz we wnętrzu muzeum urzekł mnie całkowicie. Szczególnie, że był wypożyczony.

Razem, a jednak osobno.

Słowacja. Liptovska Mara. Śląski Dom. Solisko. Maliny w ilości nieskończonej. Dużo pociągów. Jeszcze więcej wątpliwości.

Obóz typu naukowego. Kielce. Nie uwierzycie, w jakich dziurach mogą kryć się poważne firmy z międzynarodowymi kontaktami. I na jakich ludzi możecie trafić, mieszkając w akademiku Politechniki. Pozdrawiam pana, który hodował kury na trawniku obok uczelni. I tego chłopaka, który twierdził, że Rihanna śpiewa o nim piosenkę.

 

Parapetówka. Całkowicie nowe znajomości. Wygrałam w tramwaju podwójne zaproszenie do kina na Festiwal Etiuda&Anima. Jako jedyny pasażer wiedziałam, kto i w jakim filmie powiedział, że życie jest jak pudełko czekoladek. Poszliśmy z Mr.

Z moim szczęściem trafiliśmy na dość niecodzienną serię filmową. Wyszliśmy, kiedy dzieci rzucały kotem o wielką beczkę. Kot nadział się na hak. Zaproszenie trzymam do tej pory. Żebym wiedziała, na jaki festiwal więcej nie iść.

Życie jest jak pudełko czekoladek, naprawdę. Nigdy nie wiesz, na co trafisz.

 

2010 rok.
Nocnym pociągiem aż do końca świata.

Weekend majowy. Kraków – Gdańsk – Gdynia – Wrocław – Warszawa – Kraków.

Weekend lipcowy. Kraków – Hel – (promem) Gdynia – Świnoujście – Poznań – Kraków – Wrocław – Kraków.

Lato. Violettes bonbons. Mi favoritas. Z fiołków.

Tydzień wrześniowy. Üzenet a McDonald’s-ból. Jó reggelt. Viszontlátásra! Vonat EuroCity. Balaton.hu. Tibor, żona Tibora i Barbie. Be youfself, no matter what they say. Najlepsze langosze NA CAŁYM ŚWIECIE. Było, minęło.

Jesień. Odwiedziny Skansenu Kolejowego w Chabówce. Nie pierwszy raz w tym roku i nie ostatni w ogóle. Pozamykali wszystkie sklepy z dopalaczami, co upamiętniłam zdjęciem witryny jednego ze sklepów. W oknie wywieszona była kartka:

TOWAR MA PAN TUSK.

Więc proszę się z nim kontaktować.

Pozdrawiamy wszystkich klientów.

 

2011 rok.
„I tak nie zrozumiesz!”.

Never understand why. Why now? Why me? Why?

I wake in pain
I dream of love as time runs through my hand

This fire burns
I realize that nothing’s as it seems



 

2012 rok.

Wszystko przede mną?

Thanks God, I’m a woman.

Dobrnęliście do końca. Gratulacje. Idźcie na kolację.

—————————————————————————————————————————–

Geografia uczuć, zaklęta w zdjęciach, pocztówkach, zapachach. Są miejsca naznaczone poziomicami bólu. Dominuje w nich kolor czerwony. Są też zielone depresje radości, im większe, tym piękniej odznaczają się na wyżynnym tle niezwykłej codzienności.

Jestem z tych osób, które zbierają w sobie wspomnienia. Magazynuję je jak najlepsze jedzenie na ciężkie czasy. Oglądam, smakuję, dotykam ich chropowatej powierzchni. Czuję. Dla siebie. Jak Edyta Bartosiewicz, nie byłabym sobą, gdy byłabym inna.

Chciałabym podzielić się z Wami jeszcze zupełnie innymi wspomnieniami.Ich odbiciem są wspomnienia drugiej osoby. Patrzę na zieloną kropkę, sygnalizującą obecność. Jaka to obecność, najwyraźniej nieobecna. Spytać czy pisać bez pytania? Nie wrzucać zdjęć, czy wrzucać z czarną dziurą, gdzie stał ktoś inny? To są dopiero dylematy.

To by było dużo ciekawsze, niż biografia zapisana wyrwanymi z kontekstu zdarzeniami. Kiedyś, obiecuję. Kiedy już nic nie będzie kuło, bolało, trzeszczało na myśl, że to już przeszłość. Kiedy się pięknie zestarzeję, moja szyja przestanie mi się podobać, a notatki na blogu będę pisać zgrzybiałymi palcami staruszki. Was wyobrażam sobie w okularach z wielką ilością dioptrii, wpatrzonych w ekrany przedpotopowych komputerów (bo do tego czasu pewnie tylko nieliczni będą rozumieć słowo „laptop”, a cała reszta będzie się porozumiewać za pomocą telepatii czy czegoś innego).


Pociąg do pociągów

Wyznanie nr 3. Jeździłam sporo pociągami. Uwielbiam jeździć pociągami! Regularnie spotykają mnie z tej okazji różne przygody, zazwyczaj bardzo miłe. Widocznie samotna kobieta w pociągu wyzwala w ludziach to „coś”.

Raz nawet jeden facet postanowił mnie przekonać do siebie w iście szatański sposób. A ponieważ czekało mnie prawie cztery godziny jazdy przy założeniu, że nic się nie opóźni, to nawet zaczęłam dyskutować. Wsiadałam gdzieś na Śląsku do pociągu. Bielsko-Biała? Cokolwiek by to było, do Krakowa zdecydowanie kawałek drogi.

Zazwyczaj mam ze sobą dużo rzeczy. Jestem kobietą i mi wolno. Jeśli jeżdżę z kimś, mogę bez porównywania powiedzieć, że ja będę mieć więcej rzeczy. Albo więcej kilogramów na plecach. Albo jedno i drugie. Wtoczyłam się niczym ruski czołg (nie wszędzie jeszcze perony są na wysokości schodków) i zajęłam pierwsze miesjce z brzegu. Dokładnie to zajęłam cztery, bo to była jednostka ze starymi siedzeniami. Zadowolona z siebie z pomocą nadludzkiej determinacji i pana około 50-letniego ulokowałam 100-litrowy plecak na półeczce. W duszy modliłam się, żeby przy hamowaniu i ostrych zakrętach nie spadł nikomu na łeb. Na przeciwko usiadł ww pan. Do modlitwy dołożyłam: „Panie Boże, niech ten facet ma ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków”.

[Dygresja. Można pominąć. Zauważyłam bardzo ciekawą rzecz. Jeśli jeżdżę sama, zawsze, dosłownie zawsze, znajduję przynajmniej dwa wolne miejsca w przedziale. Jak nie ma przedziałów, to znajduję wolne cztery miejsca takie dwa i dwa na przeciwko. Jak jeżdżę z kimś, bywa różnie.

Ponieważ nie lubię szybko wysiadać z pociągu, do tego mam dużo czasu i trochę mniej gotówki, jeździłam w ramach pracy w tamtym roku pociągami osobowymi. Wiosna, lato, jesień czy zima, moje pociągi przyjeżdżały o czasie na stację początkową i dojeżdżały bez opóźnień. Gdziekolwiek bym nie czekała na pociąg, wszystkie inne, wyższej kategorii - InterRegio, InterCity, TLK były spóźnione minimum godzinę. Takim sposobem docierałam na miejsce o czasie i za psie pieniądze. A ludzie, którzy wydali trzy razy tyle, zamarzali dalej na dworcach i przeklinali polskie koleje.]

Wyjęłam książkę „Jedz, módl się, kochaj” i znalazłam starą pocztówkę, reklamującą kosmetyki. Myślami byłam właśnie w okolicach Nepalu. Nagle słyszę głos: „Widzę, że pani interesuje się zdrowiem?”. Patrzę na boki, facet zdecydowanie mówił do mnie. Wróciłam z Indii do przedziału.
- Nie, a czemu pan tak sądzi?
- Bo ma pani kartkę ze zdrowymi kosmetykami.

(Wyobraźcie sobie teraz mur i moją głowę, która w niego uderza z całej siły).

- Nie, to tylko reklama. Czytam książkę. – Dodałam, gdyby jednak facet mocno się starał i nie zauważył tego do tej pory.
- Bo ja chciałem pani opowiedzieć o zdrowym stylu życia. Dziś ludzie żyją w tak niezdrowym świecie… A ja mam coś, co powoduje, że organizm może się oczyścić.
Sekciarz, jak nic… Spojrzałam jeszcze raz na niego, miał na sobie elegancki garnitur, obok wisiał płaszcz, a na kolanach skórzana teczka. Została jeszcze jedna możliwość: akwizytor. Nazwijmy go jakimś imieniem. Niech będzie Zdzich.

- Mam nawet ze sobą gazetkę. Bo jest taki płyn, który uratował mi życie i uratował życie mojej rodzinie. Byłem bardzo chory. Nic mi nie pomagało. Lekarze nie dawali szans na przeżycie. Może sobie pani zobaczyć. To malutka buteleczka. Piłem ją codziennie. Zawiera wiele mikroelementów i protein. Jest przyjemne w smaku, naładowane witaminami. Płaci pani tylko 30 złotych za 50 mililitrów. – Zdzich był dobrze przygotowany. Wyłożył sobie z gustownej teczuszki sterę papierów i zaczął mi je po kolei podawać.

Dlaczego się nie założyłam ze sobą o dychę, że mam rację? Rozmowa ciągnęła się przez ponad dwie godziny. Uczestniczyłam w niej z jednego powodu. Nigdy wcześniej nie słyszałam nikogo, kto potrafi cytować całe zdania z folderów reklamowych firmy, w której pracuje. I w dodatku może tak przez dwie godziny. Nieustannie. Nieprzerwanie. Zdzichu był mistrzem gadania. Ja mam w sobie coś z kota w takich sytuacjach. Jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi. Nie będzie zatem szczegółowego stenogramu.

W międzyczasie dowiedziałam się, że prezes firmy „o ten, pierwszy na prawo, w tych czarnych butach” (sfotografowany w gazetce firmowej na Hawajach) jeździ najnowyszm modelem samochodu klasy luksusowej, a wiceprezes jeździ trochę tańszym. Zdzich się nie poddawał. Machał gazetką na prawo i lewo. Częstował mnie tajemną wiedzą, jakimi samochodami jeżdżą inne szychy w tej firmie. Jakby nazwa samochodu mogła zrobić na mnie wrażenie. Zamiast mówić, ile koni mechanicznych tam było pod maską, mógł powiedzieć, jaki miał kolor lakieru ma ten samochód. Przynajmniej wiedziałabym, o czym rozmawia(-my).

I w końcu wiedziałam już wszystko. Szybkie zyski w krótkim czasie. Wewnętrzne szkolenia. Budowanie swojej pozycji w ramach wielkiej piramidy ludzi. Już wiem, dzięki komu ten prezes jeździ tym chevroletem czy mercedesem. Dzięki takim facetom, jak ten. Wysiadł wcześniej, niż ja. Samochód podobno został u siostry (oczywiście tańszy przynajmniej o 230 tysięcy złotych, niż szefa – „ale zobaczy pani, jeszcze sobie taki kupię!”). Zaopatrzył mnie w folder reklamowy (przydał się do owinięcia termosu) i ulotkę z mailem do żony, gdybym chciała odmienić swoje życie poprzez wypicie jednej buteleczki magicznego płynu ratującego życie. Sorry, man. Czasy Alicji w Krainie Czarów już minęły.

W pewnym momencie uznałam, że znów go o coś zapytam. Dzięki tej taktyce nie musiałam wiele mówić. Są ludzie, który wystaczy przytakiwać raz na kilka minut, a ich wciąga wir własnej narracji i ten należał do takich. Zdzich jadł jabłko przez godzinę. Co się wgryzł, ja miałam pytanie. Coś za coś. On nie dał mi przeczytać książki, to niech się teraz nie obżera.

Zdzichu mówił donośnym głosem, bardzo pewnym siebie. Z jednej strony nachylał się, jakby miał do przekazania sekret, którego wyjawienie grozi natychmiastową egzekucją. Z drugiej był tak entuzjastyczny, że niemal wykrzykiwał. Wszyscy słyszeli naszą rozmowę. A skoro nic mi nie szkodziło, wypytałam pana o wszystko. Gdzie mieszka. Dlaczego jeździ pociągiem, skoro podobno tyle zarabia („bo ta siostra, co u niej jest samochód, to też pracuje w tej firmie, tylko jej się samochód popsuł).. W jakim szpitalu się leczył i na co. Jak wyglądają szkolenia w tej firmie (ach, jeździ się do ciepłych krajów i tam słucha słów spływających niczym miód z ust Prezesa). Kto przeprowadza rekrutację (w ruch poszła gazetka i palec wskazujący Zdzicha). Pan o mnie nie wiedział dalej nic poza tym, że jadę pociągiem dalej, niż on i że raz w życiu byłam w Tarnowie (jak dla niego).

Nie ma w tym niczyjej winy.
to nie żaden błąd.
Czasem od tak bez przyczyny,
trafia Cię jak grom.
Czasem tak bez zdania racji,
siłą setek rózg.
Nagle od tak przy kolacji,
trafia prosto w mózg.

Waglewski Fisz Emade

Wniosek: urzekła mnie twoja historia! Minęło parę miesięcy, a ja nawet nie pamiętam, co zrobiłam z tamtą ulotką. Może zostawiłam na pamiątkę i ku przestrodze przyszłych pokoleń. A może od razu wywaliłam do kosza. Jakbyście widzieli w pociagu pana:

  • wiek plus minus 50 lat,
  • chuda, pociągła twarz,
  • wąsy,
  • krótkie szpakowate włosy,
  • czarny gatnitur z czerwonym krawatem,
  • ze skórzaną teczką z wystającymi ulotkami

to pozdrówcie go ode mnie. I życzcie mu wytrwałości. ;)

Nieprzyjazd mój do miasta N.
Odbył się punktualnie.

Zostałeś uprzedzony
niewysłanym listem.

Zdążyłeś nie przyjść
w przewidzianej porze.

Pociąg wjechał na peron trzeci.
Wysiadło dużo ludzi.

Uchodził w tłumie do wyjścia
Brak mojej osoby.

Całość stała na swoim miejscu.
Szczegóły poruszały się
po wyznaczonych torach.

Odbyło się nawet
umówione spotkanie.

Poza zasięgiem
naszej obecności.

W raju utraconym
prawdopodobieństwa.

Gdzie indziej.
Gdzie indziej.
Jak te słówka dźwięczą.

Wisława Szymborska – Dworzec

PS. Znacie to? I feel train to you  – Czuję  pociąg do Ciebie ;P

 

Wyznanie nr 3. Jeździłam sporo pociągami. Uwielbiam jeździć pociągami! Regularnie spotykają mnie z tej okazji różne przygody, zazwyczaj 

bardzo miłe. Widocznie samotna kobieta w pociągu wyzwala w ludziach to „coś”.

Raz nawet jeden facet postanowił mnie przekonać do siebie w iście szatański sposób. A ponieważ czekało mnie prawie cztery godziny

jazdy przy założeniu, że nic się nie opóźni, to nawet zaczęłam dyskutować. Wsiadałam gdzieś na Śląsku do pociągu. Bielsko-Biała?

Cokolwiek by to było, do Krakowa zdecydowanie kawałek drogi.

Zazwyczaj mam ze sobą dużo rzeczy. Jestem kobietą i mi wolno. Jeśli jeżdżę z kimś, mogę bez porównywania powiedzieć, że ja będę mieć

więcej rzeczy. Albo więcej kilogramów na plecach. Albo jedno i drugie. Wtoczyłam się niczym ruski czołg (nie wszędzie jeszcze perony są

na wysokości schodków) i zajęłam pierwsze miesjce z brzegu. Dokładnie to zajęłam cztery, bo to była jednostka ze starymi siedzeniami.

Zadowolona z siebie z pomocą nadludzkiej determinacji i pana około 50-letniego ulokowałam 100-litrowy plecak na półeczce. W duszy

modliłam się, żeby przy hamowaniu i ostrych zakrętach nie spadł nikomu na łeb. Na przeciwko usiadł ww pan. Do modlitwy dołożyłam:

„Panie Boże, niech ten facet ma ubezpieczenie od nieszczęśliwych wypadków”.

[Dygresja. Można pominąć.
Zauważyłam bardzo ciekawą rzecz. Jeśli jeżdżę sama, zawsze, dosłownie zawsze, znajduję przynajmniej dwa wolne miejsca w przedziale.

Jak nie ma przedziałów, to znajduję wolne cztery miejsca takie dwa i dwa na przeciwko. Jak jeżdżę z kimś, bywa różnie.

Ponieważ nie lubię szybko wysiadać z pociągu, a raczej mam dużo czasu i trochę mnie gotówki, jeździłam w ramach pracy w tamtym roku

pociagami osobowymi. Wiosna, lato, jesień czy zima, moje pociągi przyjeżdżały o czasie na stację początkową i dojeżdżały bez opóźnień.

Gdziekolwiek bym nie czekała na pociąg, wszystkie inne, wyższej kategorii - InterRegio, InterCity, TLK były spóźnione minimum godzinę.

Takim sposobem docierałam na miejsce o czasie i za psie pieniądze. A ludzie, którzy wydali trzy razy tyle, zamarzali dalej na dworcach i

przeklinali polskie koleje.]

Wyjęłam książkę „Jedz, módl się, kochaj” i znalazłam starą pocztówkę, reklamującą kosmetyki. Myślami byłam właśnie w okolicach Nepalu.

Nagle słyszę głos: „Widzę, że pani interesuje się zdrowiem?”. Patrzę na boki, facet zdecydowanie mówił do mnie. Wróciłam z Indii do

przedziału.
- Nie, a czemu pan tak sądzi?
- Bo ma pani kartkę ze zdrowymi kosmetykami.

(Wyobraźcie sobie teraz mur i moją głowę, która w niego uderza z całej siły).

- Nie, to tylko reklama. Czytam książkę. – Dodałam, gdyby jednak facet mocno się starał i nie zauważył tego do tej pory.
- Bo ja chciałem pani opowiedzieć o zdrowym stylu życia. Dziś ludzie żyją w tak niezdrowym świecie… A ja mam coś, co powoduje, że

organizm może się oczyścić.
Sekciarz, jak nic… Spojrzałam jeszcze raz na niego, miał na sobie elegancki garnitur, obok wisiał płaszcz, a na kolanach skórzana teczka.

Została jeszcze jedna możliwość: akwizytor. Nazwijmy go jakimś imieniem. Niech będzie Zdzich.

- Mam nawet ze sobą gazetkę. Bo jest taki płyn, który uratował mi życie i uratował życie mojej rodzinie. Byłem bardzo chory. Nic mi nie

pomagało. Lekarze nie dawali szans na przeżycie. Może sobie pani zobaczyć. To malutka buteleczka. Piłem ją codziennie. Zawiera wiele

mikroelementów i protein. Jest przyjemne w smaku, naładowane witaminami. Płaci pani tylko 30 złotych za 50 mililitrów. – Zdzich był dobrze

przygotowany. Wyłożył sobie z gustownej teczuszki sterę papierów i zaczął mi je po kolei podawać.

Dlaczego się nie założyłam ze sobą o dychę, że mam rację? Rozmowa ciągnęła się przez ponad dwie godziny. Uczestniczyłam w niej z

jednego powodu. Nigdy wcześniej nie słyszałam nikogo, kto potrafi cytować całe zdania z folderów reklamowych firmy, w której pracuje. I w

dodatku może tak przez dwie godziny. Nieustannie. Nieprzerwanie. Zdzichu był mistrzem gadania. Ja mam w sobie coś z kota w takich

sytuacjach. Jednym uchem wchodzi, drugim wychodzi. Nie będzie zatem szczegółowego stenogramu.

W międzyczasie dowiedziałam się, że prezes firmy „o ten, pierwszy na prawo, w tych czarnych butach” (sfotografowany w gazetce firmowej

na Hawajach) jeździ najnowyszm modelem samochodu klasy luksusowej, a wiceprezes jeździ trochę tańszym. Zdzich się nie poddawał.

Machał gazetką na prawo i lewo. Częstował mnie tajemną wiedzą, jakimi samochodami jeżdżą inne szychy w tej firmie. Jakby nazwa

samochodu mogła zrobić na mnie wrażenie. Zamiast mówić, ile koni mechanicznych tam było pod maską, mógł powiedzieć, jaki miał kolor

lakieru ma ten samochód. Przynajmniej wiedziałabym, o czym rozmawia(-my).

I w końcu wiedziałam już wszystko. Szybkie zyski w krótkim czasie. Wewnętrzne szkolenia. Budowanie swojej pozycji w ramach wielkiej

piramidy ludzi. Już wiem, dzięki komu ten prezes jeździ tym chevroletem czy mercedesem. Dzięki takim facetom, jak ten. Wysiadł

wcześniej, niż ja. Samochód podobno został u siostry (oczywiście tańszy przynajmniej o 230 tysięcy złotych, niż szefa – „ale zobaczy pani,

jeszcze sobie taki kupię!”). Zaopatrzył mnie w folder reklamowy (przydał się do owinięcia termosu) i ulotkę z mailem do żony, gdybym

chciała odmienić swoje życie poprzez wypicie jednej buteleczki magicznego płynu ratującego życie. Sorry, man. Czasy Alicji w Krainie

Czarów już minęły.

Zdzichu mówił donośnym głosem, bardzo pewnym siebie. Z jednej strony nachylał się, jakby miał do przekazania sekret, którego wyjawienie

grozi natychmiastową egzekucją. Z drugiej był tak entuzjastyczny, że niemal wykrzykiwał. Wszyscy słyszeli naszą rozmowę. A skoro nic mi

nie szkodziło, wypytałam pana o wszystko. Gdzie mieszka. Dlaczego jeździ pociągiem, skoro podobno tyle zarabia („bo ta siostra, co u niej

jest samochód, to też pracuje w tej firmie, tylko jej się samochód popsuł).. W jakim szpitalu się leczył i na co. Jak wyglądają szkolenia w tej

firmie (ach, jeździ się do ciepłych krajów i tam słucha słów spływających niczym miód z ust Prezesa). Kto przeprowadza rekrutację (w ruch

poszła gazetka i palec wskazujący Zdzicha). Pan o mnie nie wiedział dalej nic poza tym, że jadę pociągiem dalej, niż on i że raz w życiu

byłam w Tarnowie (jak dla niego).

W pewnym momencie uznałam, że znów go o coś zapytam. Dzięki tej taktyce nie musiałam wiele mówić. Są ludzie, który wystaczy

przytakiwać raz na kilka minut, a ich wciąga wir własnej narracji i ten należał do takich. Zdzich jadł jabłko przez godzinę. Co się wgryzł, ja

miałam pytanie. Coś za coś. On nie dał mi przeczytać książki, to niech się teraz nie obżera.

Nie ma w tym niczyjej winy.
to nie żaden błąd.
Czasem od tak bez przyczyny,
trafia Cię jak grom.
Czasem tak bez zdania racji,
siłą setek rózg.
Nagle od tak przy kolacji,
trafia prosto w mózg.

Wniosek: urzekła mnie twoja historia! Minęło parę miesięcy, a ja nawet nie pamiętam, co zrobiłam z tamtą ulotką. Może zostawiłam na

pamiątkę i ku przestrodze przyszłych pokoleń. A może od razu wywaliłam do kosza. Jakbyście widzieli w pociagu pana:
wiek plus minus 50 lat,
chuda, pociągła twarz,
wąsy,
krótkie szpakowate włosy,
czarny gatnitur z czerwonym krawatem,
skórzana teczka z wystającymi ulotkami
to pozdrówcie go ode mnie. I życzcie mu wytrwałości. ;)

Oto, panowie, treść mądrości życiowej.

Co ja mogę? No co ja mogę?

W środę wstawałam bardzo wcześnie. No, na ten pogrzeb. Powiedzmy, że są sytuacje, które nie wymagają komentarza i jedyne, co powinno je spotkać, to uprzejmy i litościwy mur grobowego milczenia. Ale jadąc pociągiem osobowym, wyłożona na szerokim fotelu niczym w pierwszej klasie EuroCity Sobieski z Warszawy do Wiednia, zdarzyła mi się niezwykle intrygująca sytuacja, która poprzedziła wszystkie inne. Niczym pocałunek motyla.

Ponieważ wstawałam wcześnie, mniej więcej o tej porze, o której się urodziłam (jakby to coś wyjaśniało?), postanowiłam przespać się w pociągu przed samą stacją docelową. Miałam jeszcze trochę drogi przed sobą. Przy nogach wiejące nieustannie urządzenie grzewczo-chłodnicze, w zależności od upodobań maszynisty, a bez żadnego związku z mrozem na zewnątrz. To taki stan, gdzie prawo moralne nade mną, a niebo gwiaździste we mnie. Nastawiłam budzik na pół godziny i zadowolona z siebie usnęłam. Pociągi mają to do siebie, że usypiają mnie lepiej, niż nawet najpiękniej zaśpiewana kołyska o księżycu, co mu będzie wstyd, jak nie usnę.

(Swoją drogą, co ja tak dziś o niebie, księżycu, gwiazdach?! To sprawka kolejnej książki, którą czytam, Amor en minúscula).

Po pół godzinie budzik zadzwonił. Spojrzałam na telefon. Godzina się zgadzała. Zrobiło się już jasno. Otworzyłam oczy, wyłączyłam budzik i się rozciągnęłam. Za oknem pojawił się znajomy krajobraz, jakiś taki mocno przysypany śniegiem. Zaczęłam się zbierać do wysiadania.Po chwili znów słyszę budzik. Ten sam dźwięk, wkurzający jak zwykle. Tylko czemu dzwonił? Otworzyłam oczy. Tym razem naprawdę. Nieźle się zdziwiłam, kiedy okazało się, że do tej pory to był tylko sen. Chociaż krajobraz zza szyby się zgadzał.

Fałszywe przebudzenie. Wiecie, co mnie w nim najbardziej drażni? Że człowiek już jest zmęczony wstawaniem, a musi zaczynać wszystko od początku. Bo mój rozum spał.

Dobrej nocy.

PS. Dziś przekroczyliśmy wspólnie 3 000 odwiedzin bloga. Dziękuję.

 

W życiu ni ma letko!

Słucham SDMu, po raz pierwszy od lat kilku. Kiedyś torturowałam się ich piosenkami. A było to w czasach szalonych, romantycznych i nierozważnych.

Życie jest ciężkie, w życiu ni ma letko.  Szczególnie, jak się szykuje na pogrzeb. Kilka ostatnio było, szkoda, że w zanadrzu kolejny. Jak ja mam to jutro powiedzieć. Na oczach wszystkich ludzi? Nie ja miałam być osobą, która będzie brać udział w tym przedsięwzięciu. Nie wierzyłam, że to się może rozlecieć. Bo jak się zakłada taką organizację, to plany są na najbliższe dziesięć lat.

W rozpaczy swojej na balkon nie wychodź, nie wychodź. Przysięgam wam, że płynie czas i ZABIJA rany. Bo bardzo szkoda byłoby nas!

Liczyłam, że świat pójdzie do przodu beze mnie. A tymczasem ów świat postanowił się rozlecieć i nagle, mimo wszystko, zostałam w samym środku. Z kilkoma osobami, które się nie poddały, albo które nie chciały się poddać. Które wierzą?

Za oknem, po ogrodzie, pociąg jedzie. Drewno wiezie. Na trumny.

Rafał moim guru :D

Świat przesiadł się do samolotu. Jak donosi dzisiejszy Teleexpress, w Ameryce zmniejszy się dopuszczalna ilość osób na pokładzie, ponieważ średnia waga pasażerów wzrosła ostatnimi czasy o dziesięć kilogramów. Robi się niebezpiecznie. Pora powrócić do pociągów. Znam wiele piosenek z pociągiem w tle.

Turnau śpiewa o pewnej podróży pociągiem, która potwierdza stare japońskie przysłowie. Tak, jak każdą podróż rozpoczyna pierwszy krok, tak końcem podróży może być dotarcie do punktu wyjścia i poznanie go po raz pierwszy.

Robert Marcinkowski powraca pociągiem bezosobowo i jakże pośpiesznie. Z mrowia torowisk znowu mi umykasz, bo tęsknię tyłem do kierunku jazdy ;)

Eliza Dolittle czuje 99% zażenowania, ale z drugiej strony bardzo się cieszy, kiedy ten pociąg jednak odjeżdża. I dobrze, też bym się cieszyła na jej miejscu.

Nawet jest taki zespół Train, który wbija się ze swoją piosenką świąteczną w obecny klimat.

Wszędzie te pociągi. Co jest? Świat pociągów istnieje naprawdę. Uwielbiam te podróże.

I powstaje słuszne pytanie:

Taaak. Jeśli szukacie odpowiedzi na te lub jakiekolwiek inne pytanie, odsyłam Was do mojego kolejowego mistrza.

Rafał ma trzydzieści lat. Jest ideałem. Może niekoniecznie w moim typie, ale ideałem. Grzeczny. Ułożony. Kulturalny. Nie narzuca się. Nie obraża za milczenie. Ubranie skrojone na miarę. Koszula wyprasowana, garnitur dopięty na ostatni guzik. Błękitny krawat (a nie różowy!). Wszystko w najlepszym porządku. Zawsze uśmiechnięty (ach!), chętny do pomocy. I czeka cierpliwie, aż będę mieć ochotę porozmawiać. Niesamowity.

I to spojrzenie… Kiedy patrzył na mnie, przeglądając rozkład jazdy, spytałam: „Czemu się Pan na mnie patrzy?”. Spojrzał przeciągle i powiedział, wyciągając dłoń: „Wolałbym, żebyśmy mówili sobie na ty”. Na moje skromne pytanie, czy się ze mną umówi, odpowiedział z zawadiackim uśmiechem: „Wybierz tylko stację kolejową, na której jest internet bezprzewodowy, zabierz laptopa… I możemy się spotkać!”.

Facet ma odpowiedź na każde pytanie. Mówię, że ma ładną czapkę, a on „czekałem, aż to powiesz”. Nalewa herbaty ze słowami: „Pamiętaj, ja tu będę, gotów odpowiadać na Twoje pytania”. Ale herbatkę wypił sam.

Sposób, w jaki kasuje bilety jest co najmniej dziki ;D Skąd oni wytrzasnęli takiego człowieka?!

Rafał jest ideałem. Może głos ma troszkę za bardzo cyfrowy. Może czasem zbyt długo patrzy się na mnie. Wzbudza też wiele kontrowersji w sieci. Ludzie zastanawiają się, gdzie się tak opalił. A nawet dorobił się swojego miejsca w loży szyderców. I swojej strony na FB jako osoba publiczna ;) Rafał rulez!

PS. Czy już pisałam, że ideał nie istnieje? ;P Ale gada się z nim dużo przyjemniej, niż z Cleverbotem!