Podróże kształcą

To niesamowite, jak łatwo można spotkać znajomych ludzi. A było to tak.

Wsiadłam kiedyś do autobusu do Krakowa. Miałam bardzo nieładny humor, graniczący z rozpaczą. Zebrałam się jednak w sobie na tyle, żeby kupić bilet przez internet i skorzystać z komunikacji miejskiej. W tym samym czasie dałam znać jednej znajomej, że będę w Krakowie.

Kiedy tylko zajęłam miejsce obok czyjegoś plecaka, przyszedł pan ubrany na sportowo. A nawet narciarsko. Właściciel plecaka wyglądał znajomo, ale stwierdziłam, że większość osób wygląda znajomo, szczególnie jak ubierze się w buty górskie i kurtkę narciarską. Takie zboczenie życiowe, że wszyscy wyglądają podobnie.

Już w samym Krakowie pan, wybudzony z drzemki i chrapania, obrócił się do mnie i spytał: „Pani też jedzie do Krynicy?”. Zajęta własnymi myślami, troszkę z opóźnieniem zareagowałam, ale niestety musiałam zaprzeczyć.

Wywiązała się między nami rozmowa, a ponieważ za chwilkę wysiadałam, postanowiłam się dowiedzieć, czy moja pamięć działa poprawnie i zaczęłam drążyć, czy pan poza narciarstwem łazi też po górach. Wyglądało to mniej więcej tak:

- A Pan chodzi też czasem po górach?
- A tak, chodzę, ze znajomymi byliśmy w tamtym roku w Tatrach.
- A po Beskidach też Pan chodzi?
- Tak, tak, byłem dwa lata temu…
- A na Krawculi Pan wtedy był?
- Niech pomyślę. Byłem! Ile śniegu tam było! Jak wyszedłem, to się po pas zapadłem w ten śnieg! Ze znajomymi byłem.
- To ja już wiem, skąd pana znam. Bo ja tam wtedy pracowałam.

I tak od słowa do słowa zaczęliśmy rozmowę o tej jego wycieczce. Niesamowite, siedzieć obok człowieka, który jedzie zza Grudziądza do Krynicy i spotkać się z nim po dwóch latach w zupełnie innych okolicznościach. Pamiętam jeszcze jedno zdanie z tej rozmowy: „A jak grzane piwo mi wtedy smakowało!”. :)

Nie wszystkich turystów pamiętam. Tylko tych, którzy zadbali o to, że dobrze ich wspominam i z niektórymi wciąż mam kontakt.

Następnego dnia spotkałam na dworcu w Krakowie innego człowieka. Dosiadł się do mnie z pytaniem „co tam dobrego w tej gazecie?”, kiedy przeglądałam najnowszy numer „Kuchni”. Następnie bardzo płynnie przeszedł do tematu restauracji, w których bywa codziennie i niechcący dowiedziałam się też, że kupił sobie łóżko z serii Sheratona za dwa tysiące euro i nie zamierza się nim z nikim dzielić oraz że kiedyś w burgerze za granicą dostał w gratisie włos. I że nie jeżdzi samochodem, bo go zwyczajnie nie ma.

Ten człowiek mógłby tak mówić w nieskończoność i prawdę mówiąc, też miałam wrażenie, że go znam. Wrażenie się spotęgowało, kiedy podał mi swoją wizytówkę i od razu wiedziałam, kto to.

Wykładowca na jednej z krakowskich uczelni. Facet, który najwyraźniej ma niespożytą chęć gadania o sobie. Poznałam go kiedyś w bibliotece miejskiej, gdzie ja czytałam książkę, a on wziął z półki czytelni największy atlas ze zdjęciami, jak w życiu widziałam i przez bitą godzinę gadał o tym, gdzie to on nie był.

Ja to mam szczęście do ludzi. Całą drogę powrotną w polskim busie kobieta opowiadała mi, że jej ojciec jest w szpitalu, że nie ma ja dojechać do domu (mieszka 30 kilometrów za Łodzią), że ma sześciu pracowników, którzy wciąż balangują w Zakopcu (a ona stamtąd wracała, bo była ich odwiedzić na urlopie). Wiem też, że Porozumienie Zielonogórskie to porozumienie lekarzy, którzy ponoć za wejście na teren przychodzi życzą sobie od pacjenta po 15 złotych. I takie tam szczególiki.

Babka poczęstowała mnie orzechami w karmelu, a ja ją herbatą z termosu. Gdyby nie ta wymiana, prawdopodobnie nie miałabym szans na sformułowanie kilku zdań od siebie.

No właśnie. A ja?

Kogo obchodzi moja historia? Ja nie umiem tak podejść do kogoś i zacząć gadać.

A może ten blog to takie właśnie podejście do Ciebie?

Wielka Racza i okolice

Korzystając z ostatnich (oby nie!) w tym roku pięknych, letnio-jesiennych dni z wysoką temperaturą wybraliśmy się na Wielką Raczę. Dawno nie jechałam pociągiem! A jak miło było wychylić znów głowę za okno, jak za studenckich czasów…

Owszem, wychylać się nie wolno, ale jest na trasie od Żywca w kierunku Rajczy taki jeden piękny zakręt. Uwielbiam go i gdybym dobrze pogrzebała, pewnie znalazłabym niejedno zdjęcie. Kiedy pociąg zakręca, ja otwieram okno i wciągam głęboko do płuc powietrze. Jestem w górach! Niesamowite uczucie. Szczególnie latem, kiedy łąki w dolinie przesiąknięte są upałem i aromatem kwiatów. Przecież to lepsze, niż najlepsza medyczna inhalacja.

Przeszliśmy się ze Zwardonia czerwonym szlakiem na Raczę. Dopóki siedzieliśmy w pociągu, pogoda była wspaniała. Wymarzona. Sprawdzało się wszystko z prognozy – pełne słońce i ciepło. Nawet dwie duże wycieczki, które zdominowały cały pociąg nie zmieniły mojej radości w irytację. Chociaż dzieci skutecznie zagłuszały stukot kół szeleszczeniem chipsów i żelek, a młodzież swoimi przekleństwami dobijała zupełnie. Było świetnie. W końcu jechaliśmy w góry.

Wyszliśmy z „dworca”, pożal się Boże, w Zwardoniu. Opalanie na ławeczce było genialne. Po wejściu na szlak zaczęło się chmurzyć i kropić. Delikatnie mówiąc, szlag trafił wszelkie prognozy. Szlak okazał się żmudną wspinaczką bez widoków na poprawę. Może przy słońcu widok buków wynagrodziłby wszystko, ale w pochmurny dzień – ciągnęło się niemiłosiernie.

Po około sześciu godzinach i odbitych stopach dotarliśmy pod schronisko. Przywitała nas uśmiechnięta dziewczyna, leżąca z książką na ławce. Zawinięta w śpiwór, korzystała z górskiego powietrza. Tak to ja lubię. Od razu było dobrze.

Tyle na dziś. Udało nam się wrócić dzięki wielkiej uprzejmości naszej nowej znajomej, wiecznie uśmiechniętej Ewy, która podrzuciła nas z Rycerki aż na bielski dworzec.

A teraz spać! Jutro mam umówioną wizytę u chirurga stomatologa, który będzie wyrywał moją ósemkę. Jedną czy dwie. Na razie chcę o tym zapomnieć. Mam w głowie te piękne buczki, promienie przebijające przez korony drzew. Ach.I z tą myślą idę spać.

Dobrej nocy Wam życzę.

Nikiszowiec w Katowicach

Jakiś czas temu umówiliśmy się z Mańkiem na rower. Chciałam wreszcie zwiedzić Nikiszowiec, a nie ma lepszego środka transportu, niż właśnie taki. Ta niezwykle charakterystyczna dzielnica Katowic była mi bardzo długo obca. Pojechaliśmy tam jakimś skrótem, przez park i las – skrótem, którego nigdy nie znajdę na żadnej mapie i na żywo tym bardziej. Miejsce wyłoniło się przed nami w pełnym słońcu. Piękne!

Nikisz

Na Nikiszu, jak mówią na niego tutejsi, przewijają się ekipy z kamerami. To ponoć „Śląsk w pigułce” – ma piękne uliczki, specyficzne place przed kamienicami, czerwone ramy okienne, mnóstwo przejść między jednym podwórkiem a drugim. I mieszkali tutaj też robotnicy, więc ludzie mówiący po Śląsku. I z charakterem.

Ja zwiedziłam i jestem pod wrażeniem.

Czerwone obramowania okien – każde okno tak wygląda. Klinkierowe parapety, ceglane ściany, zaułki. Niesamowite miejsce.

Miejsca naprawdę jak z planu filmowego.Każde zachwycające, warte uwiecznienia. I co? Oczywiście nie wzięłam drugiej baterii do aparatu. Każde zdjęcie to moment wahania – uda się, czy się nie uda?

Można jeździć rowerem, przechadzać się po bruku, usiąść obok kościoła przy kawiarence i popijać kawę. Do kawy polecam muffinki cytrynowe z makiem – to był właśnie nasz zestaw. Przepis jeszcze dziś. :) Oto i one:

PS. Zajadając w kawiarni muffinki do niedzielnej kawy, możecie obserwować zjawisko bardziej powszechne, a niezmiennie budzące uśmiech na mojej twarzy – ludzie „przychodzący” do kościoła. Na tym zdjęciu kościół byłby po lewej stronie. Czy trzeba dodawać, że po drugiej stronie ulicy?

Jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie

Bardzo melancholijnie mnie nastraja część piosenek. Jedną z nich jest Until the end Norah Jones, drugą Thousand Oceans Tori Amos.

And you’ll never know how it makes me blue
Does it make you happy?

I w podobnym klimacie:

These tears I’ve cried
I’ve cried a thousands oceans
And if it seems
I’m floating in the darkness
Well I can’t believe that I would keep
Keep you from flying
So I will cry 1000 more
If that’s what it takes
To sail you home

Jestem dziś zupełnie nie w sosie. Wczoraj wróciliśmy po dziesięciu wyczerpujących dniach w Karkonoszach i Górach Izerskich, dziś jeszcze z samego rana pojechałam do domu. Mam tyle myśli w głowie, że nawet nie chcę skupić się na żadnej, bo kolejna noc będzie nieprzespana. W górach wywaliłam się na rowerze, rower wylądował na mnie i tydzień spania miałam z głowy. Nadciągnęłam sobie jakieś coś w szyi i każda pozycja do spania była dla mnie za trudna. Na poduszce śpię drugą noc. Siniaki o zmiennych barwach i inne drobiazgi to tylko taki lokalny koloryt ludowy.

Wiem, że za mało wiem, by wiele w życiu zmienić. Wiem, że za wiele w życiu chcę.

W skrócie wycieczka wyglądała tak.

Przyjechaliśmy do Robaczka w Wielki Czwartek. Od Wielkiego Piatku do Poniedziałku Wielkanocnego były Karkonosze. Hala Szrenicka z najgorszą kobietą w recepcji, jaką świat widział. Gdyby mogła, pewnie by mnie zastrzeliła po wejściu do schroniska. Na dzień dobry nie odpowiedziała, nie mówiąc o odwzajemnieniu uśmiechu.  Martinovka po czeskiej stronie, Samotnia i zejście do Karpacza. Potem rowerowo okolice Chatki Robaczka, Góry Izerskie i Singltrek pod Smrekiem. Jeden dzień w Görlitz na zakupach. I zleciało dziesięć dni, jak nic.

Ciągle jeszcze nie napisałam ani słowa o wyjeździe w Dolomity. Wyjazd był w tamtym roku w czerwcu. Okazał się tak trudny fizycznie i psychicznie, że nie umiem go ocenić jednoznacznie. Był wyczerpujący, obnażający strach i egoizm, pokazujący wszystkim czterem osobom z naszej wyprawy, kim jesteśmy. Albo może kim lepiej nie być na co dzień.

Wyjazd w Karkonosze i Izery nie był tak wykańczający, ale też pojawiły się w nim równie trudne do rozwiązania zagadki. Dobrze jest zachować piękne wspomnienia. Ale nie można przecież zapomnieć o złych, tylko wziąć z nich lekcję życia.

Sail you home…

Weszłam znów na fejsbuka. Raz na kilka miesięcy przypominam sobie, że toto istnieje. Odezwał się znajomy, który pochodzi ze Śląska, a rodzina przeniosła się w świętokrzyskie rejony. Ciekawe, że poza jedną znajomą z liceum, nikt nie wiedział, że przyjechałam. A tu odzywa się akurat ten znajomy, który mieszka właśnie tutaj. Kiedyś wybraliśmy się razem z moją przyjaciółką i lokalną grupą zapaleńców na skałki, jak jeszcze pracowałam w górach. Potem okazało się, że to był miłośnik kawy i dobrych filmów. Moja wiedza o kawie została przeformatowana. Pierwszy raz widziałam wtedy lodówkę i zamrażalnik załadowane kawą w ziarnach.

Your flowers grow in the frozen snow
And I’d like to know if it’s all a show
‘Cause you sure look happy
Are you really happy?

Ciekawostka. Otworzyłam stronę YouTube, a tam informacje o filmach, które oglądałam. W polecanych do obejrzenia jeszcze raz pojawiła się „Świnia” Katarzyny Groniec. Ale było też to:

To tyle i aż tyle.

PS. Człowiek, którego nie widziałam prawie dwa lata i który nie miał pojęcia, co się ze mną działo przez ten czas, powiedział mi dziś, że na optymizm dobrze działa podrywanie chłopaków. Nie tak dawno usłyszałam to od kogoś zupełnie innego. Idzie wiosna, czy coś?

Kraków jeszcze nigdy tak, jak dziś

Szłam sobie Rynkiem i jedynie to miałam w głowie.

Nie zrobię więcej zdjęć, tak wiem.

Z Krakowa mam dosłownie kilka zdjęć. W tym jedno chleba, jedno makaroników i jedno magdalenek. I może jakiegoś muru w jednej ze spokojniejszych uliczek. A, mam jeszcze zdjęcia tortu imieninowego Babci. Zjawy nie fotografowałam, bo znam ją za dobrze. Jeśli się nie mylę, z jednego z moich ulubionych kin zrobili teraz jakiś Lizard King… Albo się mylę i kino dalej tam jest, tylko akurat stało przed nim mnóstwo ludzi z jakimiś kartkami i chcieli wejść do tego klubo obok?

Krótka wizyta. Nie było czasu spotkać się z wieloma osobami, na spotkaniu z którymi bardzo mi zależało. Wolałam nie dawać znać, że w ogóle jestem. Może znajdzie się jeszcze tej wiosny wolny weekend i tanie bilety na Polskiego Busa. Bo osiem złotych z Katowic do Krakowa takim wypasionym autokarem, to jest jednak pół darmo.

Wciąż w drodze. Jutro szykuje się kolejna wycieczka, tym razem w stronę Dolnego Śląska. Pogoda piękna, to chce się jechać.

A co do goździków, to miałam rację. Goździków nie dostałam. Za to zapomniałam zabrać od Babci bukietu tulipanów. A tutaj (czy w ogóle mogę napisać, że u mnie?) została róża, którą miałam dostać z okazji dnia wiosny. Dnia wiosny???? Ja tam akurat świętowałam Dzień Kobiet. Ten, wiecie, co jest taki międzynarodowy.

PS. Zobaczcie to, jeśli zdarzyło się Wam szukać kluczy, telefonu albo portfela. Przysłał to do mnie Przyjaciel 9 marca z okazji „antywigilii 8 marca”. Dopisał pod spodem taki tekścik:

Niech dziewczyny mi wybaczą. <Buahaha!>

Heja, hej, dzielny marynarzu!

Witajcie.

Przejrzałam jakiś milion trylion zdjęć z jachtów i nadeszła wreszcie wiekopomna chwila opublikowania chociaż jednego. Wywaliłam z trzysta zdjęć, w tym minimum sto pięćdziesiąt było takich, że:

  • wszystko, poza ludźmi było ostre. Czyli i tak nic nie było widać, bo akurat fali na Zalewie Wiślanym nie było;
  • widać było tylko kawałek buta i kawałek podłogi, oba elementy nieostre. A miało być widać na przykład, jak chłopaki coś tam coś tam na rufę, albo coś tam coś tam grota;

  • zapomniałam, że w aparacie mam ustawioną opcję czterech zdjęć przy samowyzwalaczu. Po dogłębnym przestudiowaniu, o ile pikseli poruszyli się „modele”, wybierałam to, na którym ja wyglądałam najmniej głupio;
  • były zupełnie bez sensu, bo choć przypominały śmieszną historię, ludzie na nich na bardzo zmęczonych, zdenerwowanych lub w ogóle nie wyglądali, bo ktoś inny zasłonił ich ręką/nogą/mózg na ścianie. Dobrze, że nie zafortepianował.

Czytaj dalej

Co nas kręci, co nas podnieca

I bynajmniej nie będzie o Woody’m Allenie, chociaż film niczego sobie.

Tak prawdę mówiąc, to mogłabym spokojnie sparafrazować i napisać Co nas kręci, co nas buja. Wróciliśmy po ponad dwunastu godzinach drogi z Warmii przez Mazury na Śląsk. Jak sobie pomyślę, ze jutro znów wyjeżdżamy (i trzeba się spakować), to chętnie się walnę zaraz spać.

Prowadziłam tylko maleńki kawałek tej drogi. Jak okazało się, że na północnym-wschodzie Polski nawet drogi krajowe są często/rzadko/gdzieniegdzie/wszędzie* wąskie, kręte, dziurawe i nawet przypominają drogi alpejskie, jeśli chodzi o szerokość i możliwość zmieszczenia się dwóch samochodów, to podziękowałam. Myślałam, że na kawałek, a wyszło na całość.

Co do bujania i kręcenia, to nie będzie o związkach damsko-męskich. Będzie o łódce. ;)

Czytaj dalej

Dobranoc, pchły na noc

Jakżeż to wesoło może być, kiedy tylko człowiek sobie za dużo zaplanuje. Za dużo „bo myślałem”, za dużo „bo się spodziewałem” i za dużo „bo to miało być inaczej”. Jak prosto zburzyć sobie przyjemność czerpaną z niespodzianek. Jak łatwo dać się ponieść wrażeniu, że już wszystko wiemy i rozumiemy. Że życie jest dokładnie takie, jak my je widzimy.

Czekając na dworcu na autobus typu PKS, widziałam w Katowicach trzech panów. Docelowo ich zajęciem było położenie chodnika. Wszyscy w pomarańczowych kamizelkach i spodniach. Może w kaskach byli czy w czapkach?

Czytaj dalej

Przepis na szybki obiad

Witajcie.

Znam najszybszy przepis na pyszny obiad. I nie zawaham się go użyć, szczególnie po kolejnym męczącym dniu. Potrzebne jest bardzo niewiele.

  • Znaleźć się we Włoszech.
  • Trafić do pizzerii, uważając na pory sjesty.
  • Zamówić najlepszą pizzę na świecie i zjeść.
  • Paść na kolana przed talerzem z gorącym ciastem, ciągnącym serem, boskim sosem pomidorowym, prosciutto i gorgonzolą.

Koniec. Prawda, jak niewiele trzeba?

Grazie, Italia!

Reszta, jak się ogarnę. I dojdę do siebie po niezwykle emocjonującym wyjeździe w góry, z którego pamiętam tyle: kręciło mi się w głowie. Coś mnie wzięło i złapało po klimatyzacji, a teraz trzyma i nie puszcza. Dotarł do mnie tylko obezwładniający smak pizzy.

Wyznanie na miarę wieczoru (dla widzów o mocnych nerwach)

Gdybym zebrała ilość kilometrów, jaką przejechałam w ciągu ostatniego roku (liczonego od maja 2012 do końca kwietnia 2013), to mogłabym spokojnie doliczyć się dobrych kilku tysięcy. A może zahaczyłabym i o dziesięć. Ale co tam, nie o liczeniu miało być. Tak mnie tylko naszło w związku z tym, że wczoraj pojechaliśmy z Rodzicami do Krakowa, a dziś wróciliśmy. I mamy kolejne czterysta kilometrów do wpisania na listę podróżniczą.

Jestem w trakcie czytania genialnej książki. Naprawdę genialnej. Dawno nie pisałam o niczym, co czytam, a wchłonęłam sporą porcję literatury. To jest jednak na tyle wyjątkowa lektura, że jest w moim umyśle stale, odkąd po nią sięgnęłam.

Ekhm. Poczynię teraz wyznanie, które może mnie pogrążyć. Proszę być przygotowanym.

Czytaj dalej

Opowiedzieć ciszę

A gdyby tak otworzyć uszy na ciszę?

Pozwolić wiatrowi muskać twarz mroźnym powiewem. Patrzeć szeroko otwartymi oczami na księżyc wschodzący za lasem. Wdychać zimne, górskie powietrze. Dać się oślepić po kilku dniach gęstej mgły, z której ludzie wynurzali się niespodziewanie dla nich samych. Poczuć na skórze to drżenie, właściwe tylko wyjątkowym momentom.

I nie mówić nic. Zostawić daleko za sobą ocenianie przydatności księżyca w miejscu, w którym widzą go tylko nieliczni. Mówią, że słońce świeci jednakowo dla dobrych i złych. Nagłe przebłyski słońca były dla mnie niczym oświecenie.

Czytaj dalej

Karkonosze – cz. III i inne takie owakie

I jak tu pisać o Karkonoszach, jak jeszcze zostały Niżke Tatry, kolejny wyjazd w Karkonosze, w międzyczasie Śląsk i ze trzy razy już Beskidy? Jak tu pisać o pięknej zimie, siedząc w pociągu z Katowic do Warszawy i myśląc o czekającym błocie pośniegowym, tłumach w autobusach, zapchanych tramwajach – a to wszystko za cenę biletu miesięcznego, bo nawet jadąc na tydzień nie opłaca się kupować innego?

Siedzę z laptopem w RegioEkspress RE Chemik. (Chomik? W wojsku zrobimy z ciebie tygrysa! –> dla niewtajemniczonych proszę bardzo link). Jedziemy jakieś 26 kilometrów na godzinę.  Następna stacja: Włoszczowa Północ. Każdy chciałby, żeby u niego zatrzymywały się pociągi ekspresowe. Tylko nie każdy umie wytłumaczyć, dlaczego zatrzymanie kilkunastu składów dziennie miałoby być opłacalne akurat ze względu na tę jedną osobę.

Taaaaak. Od kaloryfera bije przyjemne ciepło. Amortyzacja w pociągu działa. Wagon bezprzedziałowy lekko kołysze moimi skołatanymi, stęsknionymi myślami.

Miałam mieć laptopa przez dwa tygodnie. Ale kiedyś już przestałam planować tak daleko i widzę, że moim życiowym przeznaczeniem jest już przy tym pozostać. Plan zmienił się z chwili na chwilę. Zamiast jechać z Katowic do Warszawy, pojechałam w Beskidy. Jakie to szczęście, że już nie tłukłam się sama z plecakiem. Choć tym razem jedzenia wzięliśmy mało. Jak nie kojarzy się, że niedziela to szósty stycznia i sklepy mogą być zamknięte (chociaż basen był otwarty), to potem ma się to, co się ma. I jest lepiej, niż w snach. Na przykład są gorące bułeczki francuskie, od których ściska żołądek z rozkoszy. I można usłyszeć takie pytanie, kierowane do Małej Dziewczynki. Ile zjesz, Kochanie? Bo chcieliśmy kupić po dwa z każdego rodzaju, jeśli jakieś nam zostawisz. Życie jest prostsze, niż zatrzymanie pociągu na stacji Włoszczowa Płn. Byle tylko sobie nie komplikować.

Wróćmy do wspomnień. Do wina o smaku winogron, zupełnie jakby zrywanych pod koniec sierpnia z płotu przy bramie. Do ciepła płynącego kojącą falą od kominka i pieca kaflowego. Do strzelania wysuszonego świerkowego drzewa. Do rozmów o życiu. Swoim. Cudzym. Naszym i Waszym. Do barszczu czerwonego, wyciskającego łzy z oczu. I do planowania maksymalnie dzień do przodu.

Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych. Szeroko nad błękitnym Niemnem rozciągnionych; Do tych pól malowanych zbożem rozmaitem.

Trochę mnie znów wyobraźnia poszła do przodu. Bo widoki w Beskidach raczej takie:

Śniegu było po pas. Autentycznie. Po kilku dniach trochę się ubił i był tylko po kolana. Ale bez żadnej ściemy dało się robić zdjęcia, stojąc po pas w zaspie. I wcale nie trzeba było szukać specjalnych miejsc. Wszędzie było specjalnie dużo. I pomyśleć, że wszystko to spadło w kilka dni po Sylwestrze. To zdjęcie robione  było jeszcze wcześniej, kiedy te łąki zielone, pod błękitnym niebem rozciągnione, jeszcze wystawały nieco spod białej pierzynki. Raj. Taki mały raj na ziemi. Ze świadomością, że w niektóre dni jest się jedyną osobą na świecie, która ma takie widoki.

Ale ale. Karkonosze tuż tuż, a tu wciąż pierwsza wizyta od lat niezapisana. Poza jednym jedynym kalendarzem. I jedną mapą, nad którą siedliśmy z markerem i wspólnie doszliśmy do tego co, kto, gdzie i kiedy. Gdzie zupa czosnkowa, a gdzie siniaki na łokciach. Gdzie niezwykłe wieczory, pełne gwiazd, a gdzie szuranie liśćmi i bieganie z górki na pazurki.

Życie jest tak różnorodne i tak niesamowite, że złapanie chwil wydaje się niemal melodią ulotną. Mela coś o tym wie. I o poszukiwaniu tego, co przecież się zdarzy. On na pewno gdzieś jest. On już moim śladem idzie.

Dzień II. Odrodzenie (się) w Odrodzeniu.

Wstaliśmy rano. Czyli nie w południe i nie wieczorem. Minęliśmy Świnki Trzy i przez cały dzień chodziła już za mną jedna piosenka. Nie wiem, czy Wy też tak macie, że łazi za wami coś, czego nie macie na mp3, w telefonie, albo nie leciało w radiu od wieków, a bardzo chcecie to usłyszeć? Mnie tak ciągle coś łapie. Co do Świnek Trzech, to już zupełnie fatalnie, bo to kawałek jak wyciągnięty z podziemia. Może w Radiu Bajka leci do czasu do czasu, le skąd na pograniczu polsko-czeskim wytrzasnąć takie radio.

Zdjęć ze swojego aparatu mam niewiele. Albo przymarzała bateria, albo popsuty uchwyt się psuł jeszcze bardziej, albo w trakcie robienia zdjęć „coś” się psuło i zamiast mieć trzech zdjęć, mam jedno jak ze złej odbitki. Kiedyś, na aparatach analogowych, z ręcznym przewijaniem filmu, działy się takie rzeczy. Zdjęcia na siebie nachodziły, prześwietlały się wzajemnie i dawały złudzenie, że świat jest zupełnie inny. Moja cyfrówka też to potrafi.

Szliśmy sobie, rozpieszczani przez pogodę. No naprawdę, żeby przez cały zimowy wyjazd, mieć tak genialną pogodę! Ani płatka śniegu. Ani zmrożonego deszczu, osiadającego na twarzy grubą warstwą. Ani wiatru sto na godzinę, odrywającego wnętrzności. Tylko bajkowe słońce, zadbane szlaki, piękne widoki i pokoje w schroniskach jak apartamenty. Dawno mnie tam nie było? Czy to kwestia wyboru terminu po/przed sezonem, kiedy pracownicy takich miejsc mogą stawiać zakłady, kto przyjdzie i czy na pewno w tym tygodniu?

Chodząc ścieżką przyjaźni polsko-czeskiej czy może i czechosłowacko-polskiej, bo to i inne czasy były, a szlaki dalej się trzymają, można odnieść wrażenie, że to już nie jest Polska, ale inny kraj. Lepszy. Czysty. Zadbany. Dobrze oznakowany. Porządny. Bez błota. Mam porównanie z Beskidami. Z Tatrami. Z innymi górami, jakie w życiu widziałam. I tam, gdzie bliżej do Niemiec, tam i Polacy jacyś niemieccy się stają. Bliżej im do porządku, czystości, szacunku do przyrody i siebie samych. I do słupków granicznych, stawianych dokładnie tam, gdzie mają być. Choćby wypadało to na skale.

 

Odrodzenie. Czy w ciągu jednej doby może wydarzyć się tak dużo? Czy ludzie, którzy w sumie znają się niedługo, choć widzieli kilka razy i pomogli sobie tak, jak potrafili, mogą iść w góry, spędzić cały dzień razem i nie mieć siebie dość? Czy po dźwiganiu plecaka (w moim przypadku) i po noszeniu plecaka (w każdym innym), kiedy człowiek nie marzy o niczym, nawet o zupie czosnkowej… Czy można wykorzystać wieczór na coś innego, niż spanie?

Spał będę w nocy, a nie spał w dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Jasny, bez demonów będzie mój sen,
Zaś na jawie nie zjedzą mnie pleśnie.

Można. Można usiąść we trójkę, spojrzeć na telefony i przekonać się, że istnieje coś solidniejszego, niż masa innych. I można przekonać nie tylko siebie. Zresztą, kto wie, ten korzysta. Jak ktoś potrzebuje telefonu do dzwonienia i ewentualnie pisania sms-ów, używania latarki i w ramach bonusu korzystania z radia czy odtwarzacza mp3, ten wie, który telefon wytrzyma trzy tygodnie bez ładowania.

Można posiedzieć, posłuchać niesamowitych historii o słoweńskich schroniskach, gdzie nikt nie narzeka na zimną wodę pod prysznicem. Bo tam, na prawie 150 schronisk, chyba w żadnym nie ma prysznica. I ciepłej wody. A i tak można spędzić pół roku w Alpach, codziennie śpiąc gdzie indziej. A przy gorszej pogodzie, można się wybrać nad cieplejsze, niż nasze morze i leżeć do góry kołami. I tak minął wieczór i poranek, dzień drugi.

Poranek minął ciekawie. Nic z niego nie pamiętam. Poza tym, że spaliśmy w apartamencie all incusive, z prysznicem, stołem w pokoju, szafą, radiem, lampką nocną, dwoma pokojami i czajnikiem bezprzewodowym. A gwiazdy świeciły nad nami, jak dobra wróżba na kolejne dni.

Pójdę bezpowrotnie daleko, hen,
Kiedy na nowo się narodzę,
Wszędzie na miłość głuchy jak pień,
Będę w sadach obrywał czereśnie.

Można odrodzić się pod prysznicem. Śpiąc po ciężkim dniu. Lub patrząc nowopoznanej osobie w oczy i widzieć tam radość z wyjścia w góry. Nie każdy ma w sobie tyle energii, żeby jechać pociągiem, potem czymś i potem wychodzić po ciemku, żeby spędzić kilka dni w górach. Przyjaźń. Jeśli do tej pory myślałam, że wiem już wiele o tym, to okazało się, że moje wiele jest czymś bardzo niewielkim.

Ja potrzebuję słów. Mężczyznom wystarcza spojrzenie. Jakiś gest. I wszystko jasne. Patrzeć na ludzi, którzy rozumieją się bez słów. Bo kiedyś potrafili zrobić więcej, niż jest to tylko wymagane. Bo słowa są niepotrzebne, kiedy i tak nie da się ich wypowiedzieć. Kiedy są sytuacje, o których ja nigdy nie będę mieć pojęcia.

Błogo bardzo sławił będę ten dzień,
Kiedy na nowo się narodzę,
Nawet gdy to będzie śmierci mej dzień,
Może jednak narodzę się wcześniej.

Dzień III. Samotnie w Samotni.

Na ten dzień potrzebuję wiele czasu. Ale przyznam się od razu, że trochę się obawiałam tempa. Po historii z poprzedniego dnia, jak to trzeba było iść bez przerwy dziesięć godzin do następnego schroniska w Alpach, zaczynałam mieć obawy, czy moje chodzenie po górach nie jest czasem pochodną od ścieżki dla niepełnosprawnych, jaka wytyczona została przed Odrodzeniem.

Okazało się jednak, że i tak każdy idzie swoim tempem. Że wlokąc się za wycieczką z moim plecakiem pełnym niepotrzebnego żarcia (wiekopomna chwila, przyznałam się do tego po raz pierwszy i być może nie ostatni), jednak dawałam radę. Przerwa na zdjęcie? Przerwa na oddech? Przerwa na zdjęcie plecaka i na prawdziwy oddech? Proszę bardzo. Wersal. Można się opalać, więc nikomu się nie spieszy. Szczególnie tym, co to robią jeden krok, a ja dwa i pół.

 

Po drodze do kultowej Samotni –  Śnieżka. Po drodze, jak po drodze, jaki sens ma schodzenie w dół, żeby zostawić plecak, skoro można potem zejść na dół. Jak dla mnie, okazało się, że miałoby wielki. Wychodzenie po stromym lodowisku okazało się ponad moje siły. Trzymałam się zębami. Łokciami. Kolanami. A i tak obiłam sobie wszystkie części ciała. Na szczęście, na zdjęciach jestem ubrana w wystarczającą ilość warstw, żeby nikt o tym nie wiedział. Samo dojście na Śnieżkę okazało się jednak przyjemnością przy konieczności wejścia do schroniska. Tam to raki, czekan i jazda cżłowieku. Ja raków nie miałam, czekana tym bardziej. Efektowne rozciąganie na ekranie i dobiłam dwukrotnie nerw łokciowy. Miałam siłę się śmiać. Czasem bezsilność przerasta i nic więcej nie pozostaje. Tylko czeskie piwo. W SZKLANYM KUFLU.

Cha. Cha. Cha. Jak zobaczyłam, że pani podaje nam piwo w szklanych kuflach, to się prawie popłakałam. Ja bez dodatkowych elementów jestem w stanie wybić sobie wszystkie zęby, a już z czymś w dłoni, to równowagę mam zerową. Pani w ogóle nie była zbyt chętna do sprzedaży nam tego napoju. Jak dla niej – niedobre. Mało procent. No i kolor jakiś dziwny. Kto to w ogóle pije. My! My, droga pani. Ale co się dziwić. Kobieta miała widoki nieziemskie na świat, jak z piosenki SDMu, a ona mówi wprost, że już jej się to dawno znudziło. Oł je, bejbe. Współczuję całym sercem. Jak obrzydną mi góry, każcie mnie zakopać w jakimś dole. Byle z pożywieniem.

A w kultowej Samotni faktycznie kultowo. O Boże. Idziesz tam i świat się kończy. Słońce zachodzi wcześniej, bo to w samym sercu dziury. Doliny. Czego by nie było, miejsce magiczne. Z małą Marysią, jeżdżącą na rowerku. Z okienkami na Mały Staw. Z bufetem czynnym do dziewiętnastej. I płatnym wrzątkiem, nawet dla nocujących. Ale za to jakie łóżka wygodne – wielkie! Gorąca woda pod prysznicem. Piękne, malowane drzwi, nawet w toaletach. Jajecznica firmowa, która jajecznicy schroniskowej nie przypomina.

Jajka. Ser. Szynka. Papryka. Chlebek. Masełko. Och. Ach. A ja powiedziałam, że nie chcę?! Nie wiem, no nie wiem.

Wieczór spędziliśmy bardzo przyjemnie. Każdy plan, który ma szansę na realizację, jest przyjemny. Graliśmy w remika na świetlicy. Było cicho, spokojnie. Poza dwiema babkami, które musiały informować cały świat o swoich geriatrycznych problemach. Albo problemach rodziny. Albo znajomych. Przebytych operacjach. Planowanych zabiegach. Wykonanych przeszczepach czy czym tam jeszcze można się pochwalić w piękną noc w Samotni. Czy człowiek ucieka na koniec świata, żeby słuchać takich historii? Było prawie samotnie. Wyjdźmy stąd, zanim wszyscy umrą. Gdyby dało się udusić ze śmiechu, zrobiłabym to bez problemu.

Niebo gwiaździste nad nami. Piękne niebo. Mróz. Ciepłe światło z okien. Szum wody. A może by tak… Nie, nie, trzeba iść dalej. Przecież Czechy i Czesi czekają.

 

Do Warszawy bardzo niedaleko. Niecała godzinka i już. A ja zamiast spać czy przygotowywać się do pracy, siedzę przed laptopem i nie mogę się nadziwić, że ja doczekam tego dnia. Nad wagonem anioł leci. Kto nie poznał tych radości, niech przejedzie się pociągiem. I będzie jeszcze prościej. Bo jest dobrze. A będzie jeszcze lepiej.

Ściskam gorąco.

Zytka.

w wielkim mieście niebo jasne
i wiadomo żyć nie łatwo
w wielkim mieście
oto widać idą ludzie przy wystawach
i o cudzie myślą i nareszcie
nad głowami anioł leci od tej pory
komuś w życiu będzie znacznie lepiej
kto nie poznał tych radości
niech spróbuje
znów pokochać kogoś jeszcze prościej


Ścieśniaj, ścieśniaj

Ile można ścieśnić?

Takie  pytanie nasunęło się moim myślom w głowie (bo gdzie niby indziej) dzisiaj po obejrzeniu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Kawałek z krzyżówką wrzuciłam już kiedyś, o tutaj. Wszystko można ścieśnić. Kaczkę. Paprykarz szczeciński. Jamnika-jajnika. Ciotkę Różę-obżartucha. Chociaż ją to raczej rozciągnąć można, bo wciąga kabanosy i nawet nie pogryzie.

gdy wszystko się zdarzy
( muzyka Grzegorz Turnau,
słowa E. E. Cummings / Stanisław Barańczak)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

gdy wszystko się zdarzy co stać się nie może
( i wszystko się świetniej niż w książkach ułoży )
najgłupszy bakałarz w tym ujrzy znak
( a my w wir w krąg wokoło o tak )
że można z niczego coś stworzyć

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego, dowiózł na drugi dworzec i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

to coś jest jednością bez celów i przyczyn
( kwiat powie to lepiej niż książka przemilczy )
jednością tak dawną że nową już
( a my wszerz w dal wokoło i wzdłuż )
jest wszystkim czymkolwiek i niczym

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa, chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu, znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości. Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
a w głębi tych wyżyn co chylą się w nas
ktoś znaczy nas pięknem jak piętnem

Jednego dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy, więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie, przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach, zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu. Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie „dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

coś w nas świeci jaśniej niż słońca i zorze
coś w nas znaczy więcej niż książka rzec może
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
( a my w krzyk w skok żyjemy o tak )
w nas jedność przez jedność się mnoży

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem. Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie, to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości.

Zima, skrzy się śnieg, mrozik trzyma. Spokój, wielki spokój na ziemi. A tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

I była słoneczna zima. W najpiękniejszym jej momencie schodziliśmy na dół po trochę jedzenia. I rąbaliśmy drewno, nosiliśmy i woziliśmy na taczkach do kotłowni. I było tak ciepło przy kominku, że chciało się po prostu spać. Jedliśmy sałatkę grecką, scony z pomarańczami, dorsza z pieca, kruche ciasta z przyprawami i parę innych rzeczy. W pamięć zapadł mi ten sok malinowy. Z malin o smaku malin. Jak domowy. A zatem można spędzić trzy dni i dwie noce ot tak, po prostu. Nie samej, troszcząc się o wszystko. Ale z pomocą, nawet przy myciu kibli i pryszniców. Rzadko spotykam w tym miejscu mężczyzn, u których za deklaratywną chęcią pomocy idzie czyn. Ewentualnie, bardzo ewentualnie, mogą pomóc przynieść drewno. I chcieliby, żeby padać im do stóp za to. A tu nie. Dobrze być kobietą i dobrze, że są tacy, którzy to widzą i szanują. Dzięki.

O kurczę.

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu bałwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Przestawię tylko godzinę publikacji na dziś, czyli na wczoraj.

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

więc kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da
kocham cię kochasz mnie
chwyć mnie za rękę
jest w książkach coś szczelniej niż książka zamknięte
coś w nas jest wspanialsze niż pojąć się da

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

No to pa.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca-Zytka-Której-Ścieśnianie-Zupełnie-Nie-Wychodzi.

(a nigdy jest zawsze nigdy jest zawsze
a nigdy jest zawsze od teraz)

Dzisiaj postaram się ścieśnić wyjazd w Karkonosze do wymiaru słów. To zawsze trochę (trochę?!) odziera z tego poczucia, że jest w słowach coś 

więcej, niż słowa zaklęte. Ale po kolei. Nie byłoby wyjazdu, gdyby nie było wcześniej Beskidów.

Spędziłam w pracy niesamowite dwa i pół tygodnia. Cały czas miałam zajęcie lub fantastycznych ludzi obok siebie.

Zaczęło się od bardzo przyjemnych splotów okoliczności. Tata podwiózł mnie do innego miasta na busa, żeby szybciej trafić do Katowic. Bus był

spóźniony, także cały plan spokojnego dostania się z jednego dworca na drugi legł w gruzach. a było to przed wielkim otwarciem dworca. Obok mnie

siedziała dziewczyna ze Świdnika. Opowiedziała mi o pracy we Włoszech, o swoich studiach informatycznych i o wielu innych rzeczach. Sprawdziła

mi nawet na mapce w telefonie, którędy będzie najszybciej dojść na dworzec PKP. I wtedy odezwał się też znajomy. Który sprawdził mi wszystkie

możliwe połączenia kolejowo-autobusowo-busowe. A na wieść, że będę spóźniona, zaproponował swoją pomoc. W Katowicach odebrał mnie z jednego

dworca, dowiózł na drugi i tyle się widzieliśmy. Bo z planowanych czterdziestu minut czasu na kawę/siku/rozprostowanie kości zostało mi całe siedem

minut… Które dzięki niemu wykorzystałam maksymalnie i w ostatniej chwili wbiegłam do pociągu.

Konduktor zachował się niezwykle miło. Zamiast wypisać mi bilet z Katowic Głównych, gdzie musiałby doliczyć za kupno biletu u niego, sprzedał mi z

następnego przystanku, gdzie nie było kasy. Ot tak, po prostu z własnej woli był uprzejmy zrobić mi taką przyjemność. Dobrzy ludzie jeszcze istnieją.

Kiedy wysiadłam na właściwym przystanku, okazało się, że pociąg też zdążył złapać opóźnienie. I na ostatni autobus w tej okolicy spóźniłam się

minutę. Przyznam, że nie bardzo wiedziałam, co robić. Czy czekać trzy godziny na następny i iść już w kompletnych ciemnościach, czy łapać stopa,

chociaż niewiele samochodów jechało. Nie chciało mi się wierzyć, że skoro tyle osób zaangażowało się w moją podróż (tata, dziewczyna z autobusu,

znajomy, konduktor), to teraz mogło nie wyjść. Zadzwonił szef. Poznałam jego córeczkę, która całą drogę w samochodzie śpiewała nam piosenki z

przedszkola. A szef razem z nią. Bo nie dość, że wypiłam ostatnią w ciągu ponad dwóch tygodni dobrą kawę z ekspresu, to jeszcze moja droga

skróciła się z ponad dwóch godzin do niecałej jednej godziny. I na drogę dostałam dla siebie i „Prezesa” ciastka francuskie. Uwielbiam takie słodkości.

Smakują równie dobrze, jak wyglądają. A to nie zawsze idzie w parze. I tak, po całym dniu podróżowania różnymi środkami, w tym na własnych

nogach, dotarłam do pracy. Tam też czekała mnie niespodzianka. Wchodzę, a tu czysto, że aż lśni. Wow. Łał.

Ludzie. To oni tworzą klimat miejsca. Przekonałam się o tym mocno w czasie wyjazdu w góry i chodzenia od schroniska do schroniska. Sama często

słyszę, że to miejsce jest takie, jakie jest, bo ja też mam w to swój wkład. Wolę myśleć, że to kwestia miejsca. Bo uwielbiam tam być, nawet jeśli nie

ma nikogo poza mną, a cisza dzwoni w uszach od rana do nocy.

Jedengo dnia przyszedł turysta, który był dwa dni wcześniej. Przyniósł ze sobą wino, niby sklepowe, ale o smaku domowego jabola. Ja byłam w pracy,

więc w sumie sam wypił niemal całą butelkę. Opowiadał w międzyczasie historię, jak to jego dziadek kazał mu zbierać ziemniaki zaraz przed

zamknięciem targowiska. Nie z powodu biedy, ale z powodu specyficznie rozumianej oszczędności. A potem kazał jeść te ziemiaki, przerobione na

frytki. Co za przeżycia.

Innego dnia spadło kilkanaście centymetrów śniegu, a kiedy przygotowywałam drewno do kominka, przybiegło dwóch chłopaków. W adidasach i

dresach. Przybiegli też następnego dnia, nieco zaskoczeni zimą. A potem przybiegli trzeci raz, dali mi skorzystać z internetu w smartphonie,

przynieśli parę dobrych rzeczy i zostawili po sobie wspomnienia. Jeden generalnie ciągle się gubił po drodze („mam wolne, nie myślę”), a drugi biegł za

nim i sprawdzał, jak daleko dobiegli nie tym szlakiem, co chcieli. Świetnie było siedzieć z takimi kumplami, którzy potrafili się dogadać w górach po

kilkudziesięciu pokonanych kilometrach, przyjść na grzane piwo i nawet przełożyć obiad o godzinę, żeby jeszcze trochę posiedzieć, wysuszyć

skarpety i buty. Przy trzecich odwiedzinach mogłam powiedzieć, że się niemal zadomowili.

Nie tylko oni. W tym samym miejscu, co oni, mieszkali też przyjaciele z Pomorza. Czy Kujaw. Generalnie z północy kraju. Przyjechali na rowery. U

nich było plus dziesięć i słońce, u mnie było minus trzy i śnieg. Pogoda zaskoczyła też ich letnie opony. Ale niezrażeni niczym, łazili po górach,

zamiast po nich jeździć. Obiecali mi banany, jabłka i czekoladę. I słowa dotrzymali. Objadłam się nieziemsko.

Odwiedził mnie też jeden turysta, który trafił do mojego małego raju na ziemi już wcześniej. [Początkowo w dość miłych okolicznościach, następnie

trafił się bufonowaty idiota, który WSZYSTKO WIEDZIAŁ LEPIEJ i chociaż był tylko jedną z siedmiu osób, zawłaszczał sobie prawo głosu.

Komentował też każdą sprawę dla siebie niezrozumiałą słowami: "Ale to przecież ultrasi!".] Wrócił, że tak się wyrażę. Czasem trafia się impuls, który

ciągnie z powrotem. Jakaś niewidzialna siła, która każe wracać. Splot życiowych zdarzeń, co to nie dają spokoju ani odpowiedzi. Albo wspomnienie

radosnego zachodu słońca czy oglądanie gwiazd przy przejrzystym, lodowatym powietrzu. A może wszystko, a może nic z tych rzeczy. Pytanie

„dlaczego” ma tyle odpowiedzi, ilu wracających ludzi.

Turysta wrócił i to nie sam. Z TRZYDZIESTOMA kilogramami na plecach. Z czego zdecydowana większość to było jedzenie. Food for Zytka. Może nie

znacie takiego poczucia, że oto wreszcie znów zjecie świeże warzywa albo nareszcie dostaniecie brakujący składnik waszych przepisów. Nie wiem.

Wyobraźcie sobie, że jeśli cały tydzień marzycie o świeżym pomidorze i odmawiacie sobie zjedzenia ostatniego, bo nie wiadomo kiedy znów będzie,

to zobaczenie dużej ilości jedzenia działa jak przyspieszacz plaszczycy radości. Spokój, wielki spokój na ziemi, a tu wkracza człowiek z czerwoną cebulą, pomidorkami koktajlowymi, oryginalną fetą, oliwą w słoiczku, masłem orzechowym, pomelo, pomarańczami, gruyerem, papryką czerwoną i białą, czarnymi oliwkami, drugą fetą, miodem z figami, sokiem malinowym z malin, dużymi pomidorami i tak dalej. Sama obecność tego Człowieka uczyniła mnie szczęśliwą, bo to było trochę surrealistyczne, jak wszystkie moje górskie spotkania, ale z taką ilością dobrego jedzenia to już w ogóle umierałam z nadmiaru pozytywnych wrażeń. Nie byłam w sklepie od ponad tygodnia, a tu pstryk, mam więcej jedzenia, niż kiedykolwiek w tym miejscu. I jeszcze taki Człowiek mówi do Was, że w sumie możesz na kolację poczęstować się kanapką z drogi. Kto nigdy nie miał dobrych kanapek, tylko gnioty, ten nie zrozumie. Jadłam BUŁKĘ z ziarnami, w której był chyba pęczek szczypiorku (jeeeeee!), polędwiczka, serek żółty, pomidorki… Podgrzałam sobie kanapeczkę w piecu kaflowym. Och. Och. Och. Zeżarłam przy świecach i kominku, bo generalnie rzecz biorąc, innego źródła światła nie było.

Pointa: Ja mam romantyzm z konieczności, a niektórzy płacą za takie świeczuszki i płonące drewienka ciężką kasę. Takiemu (takiej Zytce) to dobrze!

Zrobiło się jutro, które podobno nigdy nie nadchodzi. Ale jakoś przyszło i nie chce zawrócić. Jutro, nie idź tą drogą! Nie słucha nic a nic. Czyli, że dziś nie zdążyłam wszystkiego napisać, bo dziś przeszło we wczoraj, a jutro w dziś. A jestem dopiero przy pierwszym z trzech tygodni! A gdzie tu mowa o drugim tygodniu, nauce słowackiego przy dwóch żołnierzach, płaczu nad setkami talerzy do przeniesienia, zapychaniu się najlepszą drożdżówką pod słońcem, lepieniu balwana i jedzeniu pierogów. A gdzie mowa o trzecim tygodniu, snuciu planów na bliższą i dalszą przyszłość przy kominku i morawskim winie, gdzie te szalone gwiazdy nad Samotnią i wszystkie niewypowiedziane słowa. Gdzie tu mowa o wszystkim, co dookoła, o jedzeniu zupy czosnkowej, nocowaniu w schroniskach i nawet na zamku… I o tym, że prowadziłam sześciobiegową Toyotę, która była dla mnie zbyt łaskawa i dawała się potulnie prowadzić kilkaset kilometrów?

Dziś będzie tyle. Nie daję rady. To już nie te czasy, że mogłam siedzieć dzień i noc przed laptopem, budować własny park rozrywki w RollerCoasterze czy prowadzić pociąg przez Austrię w TrainSimulatorze.Odcięcie od elektryczności daje taki efekt, że teraz ledwo wysiaduję, chociaż chcę wszystko ponadrabiać. Świat bloga mojego i Waszych spraw wciągnął mnie na tyle mocno, że nie odpuszczę.

Aha. Pod Szrenicą są niesamowite naleśniki z serkiem waniliowym i jagodami. Jadłam je dwa razy, cóż z tego, że podgrzane w mikrofalówce. Dla mnie to luksus – prąd, światło, sprawne gniazdka. I cały tydzień spędzony w takim towarzystwie. Mówią, że nieważne, co się robi. Ważne z kim. Jak dla mnie to ściema, bo wiadomo – najpierw z kim, ale bardzo ważne co.

Na przykład zeżarłam właśnie połowę czekolady z jagodami i migdałami. Poradziłabym sobie z całą tabliczką, ale już wcześniej ją otworzyłam. Szkoda, że kupiłam tylko jedną.

A!!! Wiadomość dla miłośników awokado – dziś były w Tesco PO ZŁOTÓWCE ZA SZTUKĘ. Kupiłam pięć, jakby ktoś się nie załapał, to mogę wysłać. Akurat za dwa – trzy dni dojrzeją. Dwa awokado z innego sklepu już za mną. Tak się objem, że zbrzydną mi na kilka tygodni, a potem znów zatęsknię za nimi.

Pozdrawiam Was cieplutko,
śpiąca Zytka.

It’s packed up

Prawie packed i prawie up. Jeszcze tylko wepchnąć ponownie do plecaka trochę ciuchów, ciepłych skarpet i koszulek. Jeszcze tylko sprawdzić, czy zmieszczę się w dwudziestu pięciu kilogramach wagi plecaka. Może z każdym kolejnym wyjazdem będę ograniczać. Chociaż o kilogram. Zeszłam już z ponad trzydziestu. Kręgosłup mam tylko jeden.

– No za to będzie puszka pasztetu pełna do połowy.
– A można wymienić na jabłka?
– Można, ale będą całe tylko do połowy.

Wczoraj, a właściwie to już dziś w nocy, siedziałam, biegałam i kombinowałam. Zamiast czterech pudełek herbaty, wezmę po kilka sztuk z każdej. Zamiast kilku kilogramów mąki – dwa małe pudełeczka i reszta typu tapioka czy maizena w małych woreczkach. Tak samo przerzuciłam wszystko, co było większe, niż 500 gram. Kupiłam w sklepie papierniczym za pięć złotych pięćdziesiąt woreczków strunowych  (o takich) i przełożyłam już do nich yerbę, kolendrę, czarnuszkę, sól morską, trawę cytrynową, suszone nasiona, cukierki, kawę Oxfam z Tanzanii (polecam, chociaż zazwyczaj nie piję kawy rozpuszczalnej – bo nie dość, że wygląda, jakby miała drobinki złota, to jeszcze smakuje przygodą i jest naprawdę Fair Trade)… Mogę wymieniać jeszcze długo.

– Kawy?
– Prawdziwa?
– Nie, z żołędzi.
– To wolę herbatę.
– Herbata też z żołędzi, tyle że mniej szkodzi, bo to herbata.

Większe rzeczy też włożyłam, siłą rozpędu, do woreczków – tym razem takich. Mówię Wam, mam teraz każdą rzecz w woreczku. Ładowarki do telefonu, aparatu, akumulatorki, baterie. Miejsca więcej nie zajmuje, a ani nie zamoknie, ani się po drodze nie zgubi, bo będzie zamknięte. Istne szaleństwo woreczków. Plastik tu, plastik tam. Jak w Baśni o Ludziach Stąd.

– Świat schodzi na psy. Pamiętam, kiedyś to śmietnisko było jak jedna czwarta tego, co teraz. Ale co to były za śmieci…
– Społeczeństwo się spauperyzowało. Już nie ma prawdziwych śmieci.
– Kiedyś było drewno, marmur, porcelana, a teraz…
– Nylon, plastik, nylon…
– A kiedyś…
– A teraz plastik.
– Jedwab, len…

Mój nieco przydługi wywód na temat pakowania zakończę jeszcze jednym elementem.

Płynne rzeczy przelałam do buteleczek. Każda ma 100 ml, jest plastikowa i daje komfort psychiczny pod tytułem „Nie dźwigam słoików, metalowych puszek i szklanych butelek”. Dzięki temu pozwoliłam sobie na zabranie oleju arachidowego, oliwy do smażenia i extra virgin, octu balsamicznego, melasy, syropu waniliowego do kawy i słodkiego sosu chili. Bez przepakowania wzięłabym pewnie tylko buteleczkę sosu.

– Za późno, teraz jesteś już nasz.
– Faktycznie, teraz jestem jakiś nieswój.

Tak. Kosmetyki też mam w małych pojemniczkach. W ogóle robię się sama kompaktowa, tylko że plecak wciąż wielki. Było nie kupować w promocji (ech…) 85+10, tylko kupić uroczą sześćdziesiątkę bez możliwości podniesienia komina. Mam za dobry plecak. Ile do niego upchnę, tyle się zmieści. Tylko kto to podniesie. A niedługo pora wstawać.

Jak to mówią – czas nie guma, budzik nie sanki.

Tu by się przydał taki wielki napis: KONIEC.

Zdjęcia, takie słoneczne i letnie, są z dedykacją dla tych wszystkich, którzy polskiej późnej jesieni znieść nie mogą i włącza im się mechanizm autodestrukcyjny pod tytułem „Narzekanie na śniadanie, obiad i kolację być może gratis”.  Bo świat jest zbyt ciężki, żeby przykładać do niego wagę.

Cytaty z filmu Baśń o Ludziach Stąd. Bardzo dobry na długie wieczory. Pisałam już kiedyś gdzieś o tym filmie. Warto zobaczyć. Klasyka polskiego kina. I wszyscy znani kabareciarze byli tacy młodzi… ;)

– Bo ty w gruncie fajny jesteś.
– Tak? A przystojny też?
– Szczerze?
– No.
– Na pewno szczerze?
– To ja już muszę iść.