Podróże kształcą

To niesamowite, jak łatwo można spotkać znajomych ludzi. A było to tak.

Wsiadłam kiedyś do autobusu do Krakowa. Miałam bardzo nieładny humor, graniczący z rozpaczą. Zebrałam się jednak w sobie na tyle, żeby kupić bilet przez internet i skorzystać z komunikacji miejskiej. W tym samym czasie dałam znać jednej znajomej, że będę w Krakowie.

Kiedy tylko zajęłam miejsce obok czyjegoś plecaka, przyszedł pan ubrany na sportowo. A nawet narciarsko. Właściciel plecaka wyglądał znajomo, ale stwierdziłam, że większość osób wygląda znajomo, szczególnie jak ubierze się w buty górskie i kurtkę narciarską. Takie zboczenie życiowe, że wszyscy wyglądają podobnie.

Już w samym Krakowie pan, wybudzony z drzemki i chrapania, obrócił się do mnie i spytał: „Pani też jedzie do Krynicy?”. Zajęta własnymi myślami, troszkę z opóźnieniem zareagowałam, ale niestety musiałam zaprzeczyć.

Wywiązała się między nami rozmowa, a ponieważ za chwilkę wysiadałam, postanowiłam się dowiedzieć, czy moja pamięć działa poprawnie i zaczęłam drążyć, czy pan poza narciarstwem łazi też po górach. Wyglądało to mniej więcej tak:

- A Pan chodzi też czasem po górach?
- A tak, chodzę, ze znajomymi byliśmy w tamtym roku w Tatrach.
- A po Beskidach też Pan chodzi?
- Tak, tak, byłem dwa lata temu…
- A na Krawculi Pan wtedy był?
- Niech pomyślę. Byłem! Ile śniegu tam było! Jak wyszedłem, to się po pas zapadłem w ten śnieg! Ze znajomymi byłem.
- To ja już wiem, skąd pana znam. Bo ja tam wtedy pracowałam.

I tak od słowa do słowa zaczęliśmy rozmowę o tej jego wycieczce. Niesamowite, siedzieć obok człowieka, który jedzie zza Grudziądza do Krynicy i spotkać się z nim po dwóch latach w zupełnie innych okolicznościach. Pamiętam jeszcze jedno zdanie z tej rozmowy: „A jak grzane piwo mi wtedy smakowało!”. :)

Nie wszystkich turystów pamiętam. Tylko tych, którzy zadbali o to, że dobrze ich wspominam i z niektórymi wciąż mam kontakt.

Następnego dnia spotkałam na dworcu w Krakowie innego człowieka. Dosiadł się do mnie z pytaniem „co tam dobrego w tej gazecie?”, kiedy przeglądałam najnowszy numer „Kuchni”. Następnie bardzo płynnie przeszedł do tematu restauracji, w których bywa codziennie i niechcący dowiedziałam się też, że kupił sobie łóżko z serii Sheratona za dwa tysiące euro i nie zamierza się nim z nikim dzielić oraz że kiedyś w burgerze za granicą dostał w gratisie włos. I że nie jeżdzi samochodem, bo go zwyczajnie nie ma.

Ten człowiek mógłby tak mówić w nieskończoność i prawdę mówiąc, też miałam wrażenie, że go znam. Wrażenie się spotęgowało, kiedy podał mi swoją wizytówkę i od razu wiedziałam, kto to.

Wykładowca na jednej z krakowskich uczelni. Facet, który najwyraźniej ma niespożytą chęć gadania o sobie. Poznałam go kiedyś w bibliotece miejskiej, gdzie ja czytałam książkę, a on wziął z półki czytelni największy atlas ze zdjęciami, jak w życiu widziałam i przez bitą godzinę gadał o tym, gdzie to on nie był.

Ja to mam szczęście do ludzi. Całą drogę powrotną w polskim busie kobieta opowiadała mi, że jej ojciec jest w szpitalu, że nie ma ja dojechać do domu (mieszka 30 kilometrów za Łodzią), że ma sześciu pracowników, którzy wciąż balangują w Zakopcu (a ona stamtąd wracała, bo była ich odwiedzić na urlopie). Wiem też, że Porozumienie Zielonogórskie to porozumienie lekarzy, którzy ponoć za wejście na teren przychodzi życzą sobie od pacjenta po 15 złotych. I takie tam szczególiki.

Babka poczęstowała mnie orzechami w karmelu, a ja ją herbatą z termosu. Gdyby nie ta wymiana, prawdopodobnie nie miałabym szans na sformułowanie kilku zdań od siebie.

No właśnie. A ja?

Kogo obchodzi moja historia? Ja nie umiem tak podejść do kogoś i zacząć gadać.

A może ten blog to takie właśnie podejście do Ciebie?

Zmieniam zdanie

Tylko krowa nie zmienia zdania. Ja mogę. Chciałabym więc napisać kilka dobrych słów o jeździe autobusem. Dokładnie to piętrowym autokarem. Skoro jadę sobie wygodnie, zapięta pasami, z hulającą klimatyzacją i włączonym do gniazdka kablem od laptopa, to znaczy, że jest wybornie. Wszyscy z załogi są mili, uśmiechnięci. Tak powinno być zawsze i wszędzie.

Pozdrawiam Was z PolskiegoBusa. Jakbym wiedziała, że takie cudeńko jeździ do STOLYCY, to pewnie zarezerwowałabym bilet miesiąc temu i jechała za złotówkę. Jedną, polską, srebrną złotówkę. Ale miesiąc temu to ja pewnie jeździłam gdzieś po Śląsku i nawet się nie spodziewałam, że będę teraz rozwalona w autokarze. Genialnie. Normalnie klas menedżerska w PKP IC.

*Ten wpis NIE JEST sponsorowany przez nikogo. ;)

Wyobraźcie sobie, że moje dotychczasowe doświadczenia z wszelkiego rodzaju komunikacją publiczną typu „autobus” kończyły się tym, że trafiał mnie szlag, odparzałam sobie tyłek albo miałam chęć wysiąść po pięciu minutach. Klima dmuchała jakimś syfem, siedzenia były niewygodne, ludzie zza pleców wbijali się kolanami w siedzenie, wszystko śmierdziało, upał był większy, niż na zewnątrz i świat się kończył.

Dlatego jeździłam wszędzie pociągami. Nawet nad Balaton. Nawet najbardziej rozlatujący się pociąg (ten zagramaniczny był wypasiony, ale nawet myśląc o zwykłych, osobowych) był dla mnie wygodniejszy od ścisku w busie, syfu w autobusie i od tej całej reszty, która powoduje natychmiastowe wykonanie komendy „w tył zwrot”. I ucieczkę do pociągu.

A tu mi tak wygodnie, że z chęcią pojechałabym tym znad morza w góry i z powrotem. Dobrymi rzeczami trzeba się dzielić. A to jest dobra informacja. Szczególnie, że rezerwuje się przez internet, a potwierdzenie rezerwacji miejsca przyszło mi dosłownie sekundę po przelewie. Yeah.

Strona internetowa PolskiBus – polskibus.com

Tak to ja mogę żyć. I jeszcze pan lody teraz rozdaje! :D