Na jesienną chandrę

Oczywiście chandra jest tak głupim słowem, że nawet nie wiem, skąd to mi się bierze (że jestem mitologiczne zwierzę).

Witajcie.

Moje życie znów wywróciło się do góry nogami, a to dobry moment, żeby przysiąść nad blogiem, uzupełnić go o przepisy z ostatnich miesięcy i zrobić w końcu coś dla siebie.
Zrobić coś dla siebie.

Będę liczyć gwiazdy. :)

To moje motto od dłuższego czasu. Zająć się sobą, zaopiekować się tą małą dziewczynką, która domaga się więcej gorącego chleba i więcej ciastek czekoladowych. Do kawy. To już w ramach marzeń mnie obecnej.

Odkrywam się na nowo, a może w ogóle po raz pierwszy w życiu wiem, że prawdą są te wszystkie banały typu „jak weźmiesz odpowiedzialność za swoje życie, to zobaczysz, jak dużo się zmieni”.

Wzięłam się w garść. W kwietniu wyprowadziłam się od chłopaka, bo nasze relacje przypominały opowieść Anthony’ego de Mello o facecie, który wsiadł do autobusu z wielką torbą. I tak siadł, trzymając torbę na kolanach. Ludzie go pytali, co tam wiezie, a on na to, że bombę. Na to zebrał się tłum i krzyczy” Bomba? To niebezpieczne! Proszę natychmiast włożyć ją pod siedzenie!”.

Ekhm. No właśnie. Miałam dość trzymania bomb pod siedzeniem autobusu.
Czytam bardzo dużo książek. Jestem z tych osób, które wyrabiają polską normę dla kliku osób miesięcznie, więc zawyżam cholerne statystyki. W które po pięciu latach socjologii nie wierzę, bo statystyczny Polak nie istnieje. Ale całego „Przebudzenia” jeszcze nie przeczytałam ze zrozumieniem. To zupełnie jak z „Prorokiem” Khalila Gibrana.

Zresztą, ja uwielbiam książki, które można czytać sto razy i dalej być w nich zakochaną. Uwielbiam je nad wiele, wiele rzeczy. I spraw. Tak na przykład są dla mnie ważniejsze, niż niektórzy znajomi.

I niż masło orzechowe.

I moje niektóre zdjęcia (szczególnie z czasów, kiedy dopiero uczyłam się trzymać lustrzankę w rękach).

I nawet ważniejsze, niż mój ulubiony kubek, który dostałam w prezencie od chłopaka. Kubek jest z cieniutkiej porcelany, wysoki, chudy jak ja i równie piękny. :) A wszystko smakuje z niego lepiej. Całkiem poważnie!

Książki. Jestem zawalona książkami, odkąd się tu przeprowadziłam. W mieszkaniu Maćka i w domu na wsi na wszystko było mnóstwo miejsca. Było więcej pokojów, więcej półek. Nie musiałam mieszać bakalii z foremkami do ciast i kłaść ich obok trzydziestu książek kucharskich. I około dwóch tysięcy przepisów w segregatorach.

I obok podręcznej biblioteczki, takiej złożonej pewnie ze stu pięćdziesięciu książek. Rodzina w domu nie może odżałować do tej pory, że wzięłam tylko część swoich książek, bo ich już się nie mieszczą. Więc jak tylko przyjeżdżaliśmy z Maćkiem samochodem, od razu znajdowały się jakieś kartony z książkami, które na pewno chcę zabrać. :)

Takie życie, pełne przepisów, książek, zdjęć i kolorów.

Nie powiem, brakuje mi wszystkiego. Przede wszystkim, brakuje mi nas z czasów, kiedy wszystko było super i marzyliśmy, żeby się w końcu przeprowadzić na wieś na stałe. Siedzieliśmy w fotelach z Ikei, na gołym betonie, grzejąc stopy na podłogówce i smażąc kiełbaski w kominku.

I było genialnie, cholernie genialnie.

A potem nastąpiło życie, które jak zawsze jest totalnie inne, niż nasze wyobrażenia. A szaleństwo to wciąż robić tą samą rzecz w ten sam sposób i liczyć, że wyjdzie coś innego.

Nawet pan Albert E. to wiedział.

PS. Maciek tego na pewno nie przeczyta. Czytał mój blog tylko na samym początku i tylko przez przypadek, kiedy przy udostępnianiu mu zdjęć z naszego pierwszego (ach, ach. ach) wyjazdu w Karkonosze. Prawie tylko we dwoje. Z jego wspaniałym przyjacielem, który tylko się uśmiechał w BARDZO charakterystyczny sposób i udawał, że szybko zasypia. ;)

A potem… już wiedział, dlaczego robię tyle zdjęć jedzenia. I najwyraźniej na tym poprzestał, bo nigdy nie skomentował nawet słowem moich tekstów na temat budowy, życia, wyjazdów i czegokolwiek.

A jeśli dotrwaliście do teraz, oto nagroda-niespodzianka. Piosenka, której chętnie będę używać jako budzika i będę się przy niej (może?) w końcu gimnastykować. Bo na pewno nie będę uprawiać fitnessu we własnym pokoju! Wystarczy, że mam na parapecie bazylię i rozmaryn.

Piosenka, którą usłyszałam w bacówce równe trzy lata temu. A wczoraj znalazłam małą żółtą karteczkę z nazwą piosenki. I zakochałam się w życiu od nowa!

eSPeDe dla mięczaków – część 1

Czyli o mnie i rowerze. W nowym wydaniu. Takim, wiecie. Co to nie dość, że ułatwia jeżdżenie, to jeszcze buty wygodniejsze. Najpierw zaczarował mnie Park Śląski Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku. Tak. Bo to, że ktoś sobie tam zmienił nazwę, nie znaczy jeszcze, że ludzie tukej tak godeją.

Albo jak to się tam mówi.

Czytaj dalej

It’s packed up

Prawie packed i prawie up. Jeszcze tylko wepchnąć ponownie do plecaka trochę ciuchów, ciepłych skarpet i koszulek. Jeszcze tylko sprawdzić, czy zmieszczę się w dwudziestu pięciu kilogramach wagi plecaka. Może z każdym kolejnym wyjazdem będę ograniczać. Chociaż o kilogram. Zeszłam już z ponad trzydziestu. Kręgosłup mam tylko jeden.

– No za to będzie puszka pasztetu pełna do połowy.
– A można wymienić na jabłka?
– Można, ale będą całe tylko do połowy.

Wczoraj, a właściwie to już dziś w nocy, siedziałam, biegałam i kombinowałam. Zamiast czterech pudełek herbaty, wezmę po kilka sztuk z każdej. Zamiast kilku kilogramów mąki – dwa małe pudełeczka i reszta typu tapioka czy maizena w małych woreczkach. Tak samo przerzuciłam wszystko, co było większe, niż 500 gram. Kupiłam w sklepie papierniczym za pięć złotych pięćdziesiąt woreczków strunowych  (o takich) i przełożyłam już do nich yerbę, kolendrę, czarnuszkę, sól morską, trawę cytrynową, suszone nasiona, cukierki, kawę Oxfam z Tanzanii (polecam, chociaż zazwyczaj nie piję kawy rozpuszczalnej – bo nie dość, że wygląda, jakby miała drobinki złota, to jeszcze smakuje przygodą i jest naprawdę Fair Trade)… Mogę wymieniać jeszcze długo.

– Kawy?
– Prawdziwa?
– Nie, z żołędzi.
– To wolę herbatę.
– Herbata też z żołędzi, tyle że mniej szkodzi, bo to herbata.

Większe rzeczy też włożyłam, siłą rozpędu, do woreczków – tym razem takich. Mówię Wam, mam teraz każdą rzecz w woreczku. Ładowarki do telefonu, aparatu, akumulatorki, baterie. Miejsca więcej nie zajmuje, a ani nie zamoknie, ani się po drodze nie zgubi, bo będzie zamknięte. Istne szaleństwo woreczków. Plastik tu, plastik tam. Jak w Baśni o Ludziach Stąd.

– Świat schodzi na psy. Pamiętam, kiedyś to śmietnisko było jak jedna czwarta tego, co teraz. Ale co to były za śmieci…
– Społeczeństwo się spauperyzowało. Już nie ma prawdziwych śmieci.
– Kiedyś było drewno, marmur, porcelana, a teraz…
– Nylon, plastik, nylon…
– A kiedyś…
– A teraz plastik.
– Jedwab, len…

Mój nieco przydługi wywód na temat pakowania zakończę jeszcze jednym elementem.

Płynne rzeczy przelałam do buteleczek. Każda ma 100 ml, jest plastikowa i daje komfort psychiczny pod tytułem „Nie dźwigam słoików, metalowych puszek i szklanych butelek”. Dzięki temu pozwoliłam sobie na zabranie oleju arachidowego, oliwy do smażenia i extra virgin, octu balsamicznego, melasy, syropu waniliowego do kawy i słodkiego sosu chili. Bez przepakowania wzięłabym pewnie tylko buteleczkę sosu.

– Za późno, teraz jesteś już nasz.
– Faktycznie, teraz jestem jakiś nieswój.

Tak. Kosmetyki też mam w małych pojemniczkach. W ogóle robię się sama kompaktowa, tylko że plecak wciąż wielki. Było nie kupować w promocji (ech…) 85+10, tylko kupić uroczą sześćdziesiątkę bez możliwości podniesienia komina. Mam za dobry plecak. Ile do niego upchnę, tyle się zmieści. Tylko kto to podniesie. A niedługo pora wstawać.

Jak to mówią – czas nie guma, budzik nie sanki.

Tu by się przydał taki wielki napis: KONIEC.

Zdjęcia, takie słoneczne i letnie, są z dedykacją dla tych wszystkich, którzy polskiej późnej jesieni znieść nie mogą i włącza im się mechanizm autodestrukcyjny pod tytułem „Narzekanie na śniadanie, obiad i kolację być może gratis”.  Bo świat jest zbyt ciężki, żeby przykładać do niego wagę.

Cytaty z filmu Baśń o Ludziach Stąd. Bardzo dobry na długie wieczory. Pisałam już kiedyś gdzieś o tym filmie. Warto zobaczyć. Klasyka polskiego kina. I wszyscy znani kabareciarze byli tacy młodzi… ;)

– Bo ty w gruncie fajny jesteś.
– Tak? A przystojny też?
– Szczerze?
– No.
– Na pewno szczerze?
– To ja już muszę iść.

Niespodzianka! (focaccia)

Ale mam dobry humor. Śmieję się sama do siebie po rozmowie telefonicznej, jaką przed chwilą odbyłam.

…i tak zeszła godzina, odkąd wpisałam tamte słowo. A w tym czasie psinka zdobyła nowego, doświadczonego przyjaciela, który wreszcie ją wykończył bieganiem. Dawno jej nie widziałam w pozycji pies zdechł. Nieźle wczuła się w rolę.

Nic dziś nie ogarniam. Zupełnie. Jakbym wpadła do wielkiego wiru bez dna. Jakby ktoś kazał mi biegać w prawo, lewo, prosto przed siebie i zakosami do tyłu jednocześnie. I krzyczał przy tym: Run, Forest, run! Takie poczucie, że jestem w oku cyklonu. Niby spokojnie, a jednak coś się nie zgadza. Jest na to angielskie słowo anxiety. Po polsku ma to przynajmniej pięć znaczeń. Dziś pasuje każde.

Ale teraz będzie o kuchni. O zapachu chleba wyjmowanego z pieca. O wygniataniu ciasta przez długi czas. O aromacie świeżych drożdży. O parzeniu palców o metalową kratkę w piekarniku. I o miłości, bo czym innym może być życie z pasją.

Proszę, nie przejmujcie się, czytając przepis. Na końcu będą uwagi, jak nieco uprościć procedurę przygotowań.

 

Na przykład nie musicie mieć psa asystującego Wam na każdym kroku. Od razu łatwiej, prawda?

Focaccia z rozmarynem, czyli pomysł na życie.

Kiedy robi się zamęt, nic bardziej nie pomaga, jak domowy chlebek z masłem. Najlepiej z prawdziwym, wiejskim lub z ubitej śmietanki kremówki. Można usiąść przy dębowym stole, oprzeć plecy i poczuć za sobą pewność ściany, obłożonej drewnianą boazerią.


Składniki na zaczyn:

  • 25 g świeżych drożdży
  • 2 łyżki miodu
  • 100 ml ciepłej wody

 

Składniki na ciasto:

  • 250 g ostudzonego purée ziemniaczanego (z ziemniaków, nie z proszku)
  • 200 g semoliny lub drobnej kaszy manny
  • 50 g mąki pełnoziarnistej typ 1850
  • 300 g mąki pszennej typ 450
  • 1 łyżka tapioki (w formie skrobi)
  • 70 ml ciepłej wody (temp. 70°C)
  • łyżeczka soli kuchennej

 

Dodatkowo:

  • 2-4 łyżki ciepłej wody
  • oliwa z oliwek
  • rozmaryn
  • sól gruboziarnista
  • pieprz

 

Wyposażenie: mała i duża miska,  waga kuchenna, forma na tort o średnicy 30 cm, wyłożona papierem do pieczenia, czysta ściereczka bawełniana lub lniana

 

Przygotowanie:

  1. Zaczyn: Drożdże wkruszyć do małej miseczki, wymieszać z miodem i ciepłą wodą. Mieszać do rozpuszczenia, odstawić na 15 minut.
  2. Ciasto: Do dużej miski przesiać mąkę 1850 i 450, wlać zaczyn i lekko wyrobić. Dodać  purée ziemniaczane i tapiokę, ponownie szybko zagnieść. Dolać 70 ml ciepłej wody, w której rozpuszczona jest sól. Wygniatać przez 10 minut. Ciasto będzie ciężkie i gęste. Dodać kolejne 2 łyżki ciepłej wody i wyrabiać kolejne 10 minut. Po tym czasie ciasto dodać chlust oliwy (2-4 łyżki) i wyrabiać jeszcze minutę. Ciasto powinno się dobrze skleić w kulę i odchodzić bez problemów od brzegów miski. Jeśli tak nie będzie, można obsypać ciasto łyżką mąki i wgnieść delikatnie w ciasto.
  3. Wyjąć ciasto z miski, wysmarować ją oliwą, włożyć ciasto z powrotem. Przykryć ściereczką i odłożyć na 2 godziny do wyrośnięcia w ciepłe miejsce.
  4. Kiedy ciasto podwoi swoją objętość, wyjąć je z miski rękami wysmarowanymi oliwą. Przełożyć ciasto do tortownicy wyłożonej papierem, posypać rozmarynem i świeżo zmielonym pieprzem. Odstawić pod przykryciem na kolejne 30 minut.
  5. W tym czasie rozgrzać piekarnik do 22o°C (grzałka góra i dół, bez termoobiegu). Kiedy ciasto znów wyrośnie, wstawić je do nagrzanego piekarnika i piec 30 minut. Jeśli zacznie się rumienić zbyt mocno, przykryć je folią aluminiową. Wyjąć z piekarnika, posypać gruboziarnistą solą. Po 10 minutach zdjąć obręcz i studzić. Można podawać ciepłą.

 

UWAGI:

  • Można dać w całości zwykłą mąkę pszenną i pominąć mąkę pełnoziarnistą.
  • Tapiokę można zastąpić spokojnie dodatkowym małym ziemniakiem (o wadze ok. 50 g). Rozumiem, że nie każdemu przychodzi do głowy wykorzystać resztkę otwartego opakowania mąki do chleba i nie każdy rzuca się w sklepie na półkę z produktami orientalnymi. :)
  • W zaczynie można w ostateczności zastąpić miód taką samą ilością cukru, ale zachęcam do wykorzystania miodu, ponieważ dodaje uroku i smaku.
  • Inspiracje na przepis znalazłam już jakieś półtora roku temu u Asi z Kwestii Smaku (klik!) i u Jamiego Olivera (klik!). Nadeszła pora na własną wariację.
  • Focaccia jest sama z siebie dość niska, także nie spodziewajcie się, że w trakcie pieczenia wyjdzie poza formę i ucieknie. Za to nadaje się doskonale do zapiekania w opiekaczu czy opiekaczu do panini. Można ją najzwyczajniej w świecie posmarować masełkiem ziołowym po upieczeniu i niebo w gębie gwarantowane.
  • A dlaczego jest to pomysł na życie? Spróbujcie ją zrobić raz wg tego przepisu, nic nie zmieniając. Być może zanim zbierzecie wszystkie składniki, to trochę Wam zejdzie. Zanim się weźmiecie za realizację, znów minie jakiś czas. I tak dalej. Ale kiedy już wyjmiecie ją z piekarnika i będzie pyszna… zostanie z Wami na zawsze. Będziecie do niej wracać jak do smaków dzieciństwa.

 

Przepis dedykuję Sroczce, która dziś doprowadziła moje ręce do stanu przyzwoitości po zabawach z psem. A nawet powiem więcej, mam eleganckie paznokcie i jeszcze nie zdążyłam ich popsuć, a już wieczór. Cuda się dzieją normalnie, ja mam wzorki na paznokciach… A do tej pory szczytem mojej ekstrawagancji było malowanie ich jasnym lakierem. Boże, przepis na focaccię, a ja tu się uzewnętrzniam.

To było tak dawno

 

Są mosty na wzgórzu spalone w południe
i tarcza blaszana nad drzwiami fryzjera
i brzytwa po której nie krzepnąc krew spływa

Nie wiem, jak mają inni Blogerzy, ale dla mnie samo wpisywanie tagów do wpisu to już jest wyczyn myślowy. Najpierw wpisuję tagi, a potem myślę, skąd mi przyszły takie do głowy. Chwila zamyślenia. Moment zatrzymania. Przymykam powieki. Żebyśmy się poznali.

Ty i Ja. Pięć liter. A słowo pięć ma tylko cztery.

Moje miłości pomiędzy Ty i Ja nieskończenie blisko związane są z górami. Nawet szalone zakochanie w zupce chińskiej o smaku sera w ziołach zaczęło się i skończyło w górach. Gdzieś do tej pory mam paragon z pierwszej wycieczki o smaku Nudli.

(Czy ja mogłabym pisać o miłości bez pisania o jedzeniu???)

Słucham. W życiu piękne są tylko chwile. Zapamiętujemy je, żeby odtwarzać. Kiedy wszystko zaczyna się walić. Kiedy brakuje pomysłu na temat do rozmowy. Kiedy szukamy inspiracji do obiadu.

(Poddaję się. Nie umiem pisać o miłości bez wtrętów o żarciu.)

Chwile, które łączą Obecnych. Dzielą Rzeczywistość na Tu i Teraz oraz na Tam i Kiedyś.

w miasteczku anioły więdnące na drzewach
od czterech miesięcy nie golą już bród

Kiedy przygniata pewność niepewności, a rzesze ludzi zdają się przypływać i odpływać, jak pod urokiem zmiennych faz Księżyca, pozostaje spojrzeć wysoko w górę. Odszukać Gwiazdę Polarną. Odetchnąć powietrzem czystym jak dziecięca łza. Pobiegać boso po rosie. Bawić się ze szczeniakiem. I uśmiechać szczerze do własnych myśli.

Za murem szkło tłucze wylękła dziewczyna
a tarcza blaszana jak słonce się żarzy
wiec mruży dziewczyna swe oczy i ślepnie

Połączenie odrażających zapachów i wzruszających dotyków. Ostra mieszanka tego, co niewypowiedziane z tym, co krzyczą na dachach. Oddarcie z intymności na rzecz pierwszej strony w kolorowym tabloidzie. Ucieczka daleko w świat bez telewizji i zasięgu sieci komórkowych. Oto Życie.

Nie żyje już fryzjer zmęczony nad rzeką
pod drzwiami zostawił list i znaczki cztery
i brzytwę i ucho odcięte lecz czuje
rodzina napisze nagrobek jak wróci

Słownik filozoficzny. Śpiewy na dwa głosy. Rozwiązanie zagadki o średnicy Ziemi i sznurku. Spokój wieczoru po dobrze spędzonym dniu. Wygodne buty. Dobry sen. Bycie miłym.

Nie bądź zbyt krytyczny. Poznajmy się lepiej. Bliżej. Sprawdźmy, czy tęsknota za Ludzkością może zelżeć w porozumieniu z Człowiekiem. Zróbmy coś niezwykłego. Zostawmy po sobie tajemnicę. Taką, do której będzie można się uśmiechać do końca życia.

Nie wyjaśniajmy wszystkiego, niczym w rozbiorze zdania i wiersza. Zostawmy kilka szpar w myślach dla ciekawskich, którzy mają odwagę szukać Prawdy. Bądźmy odważni, gdy rozum zawodzi. W ostatecznym rozrachunku jedynie to się liczy.

Oto Życie. Anioły więdnące na drzewach.

 

 

———————

Fragmenty:

W Miasteczku Anioły – słowa Kazimierz Mikulski, muzyka Grzegorz Turnau

Przesłanie Pana Cogito – Zbigniew Herbert

Inspiracje:

Przyjemności – Bertolt Brecht

I moje wpisy z okolic 6 grudnia 2011 roku.

Jestem uwiedziona na zawsze i bez wybaczenia

Zanim wpiszę tytuł, który Wy zobaczycie jako pierwszy, spojrzę jeszcze jeden raz na tagi. Czy w ten sposób mogę streścić magiczny czas, zupełnie nierealny i wprost niemożliwy? Czy to możliwe, że wszystko działo się naprawdę i ja byłam w samym środku wydarzeń? No pewnie, że nie.

[To jest chwila, w której należy przygotować kolację i zasiąść z nią przed monitorem, albo porzucić nadzieje na w/w. Tylko dla tych, którym literki niestraszne. Sporo się ich dziś posypie.]

You’ll remember me when the west wind moves
Upon the fields of barley

Dzień dobry. Dobrý deň. :)

U mnie już tak jest, że albo wszystko idzie utartym torem, albo następuje efekt motyla i wszystko toczy się rytmem huraganu. Na co dzień jest to pierwsze, na wyjazdach z reguły to drugie. Tym razem też nie było wyjątków. Jeszcze dobrze nie wyjechałam, a już cały plan legł w gruzach. Pozostało się tylko poddać biegowi zdarzeń i obserwować, co stanie się za chwilę.

A były to chwile warte zapamiętania. Niczym złote łany zbóż w Stingowej piosence, niosły ze sobą wspomnienia najprostszych obietnic. Tych spełnianych jednym spojrzeniem, uśmiechem i gestem. Przy takich obietnicach niepotrzebne są słowa. Chcę te kilka szalonych zapamiętać w jeden sposób. Wszystkimi zmysłami i na wszystkie sposoby.

See the west wind move like a lover so
Upon the fields of barley

Szukałam prostoty. Szukałam więzi między człowiekiem a przyrodą. Szukałam piękna, które będzie ocierać o kicz. Szukałam wszystkiego najlepszego, szczęścia, zdrowia i radości.

Jak łatwo się domyślić, znalazłam to wszystko natychmiast, a z każdą chwilą znajdowałam jeszcze więcej.

Zaczęło się bardzo niewinnie w strugach deszczu, a skończyło słodkim pocałunkiem słońca. Ain’t no sunshine when she’s gone. Ain’t no mountain high enough. I tak dalej w ten deseń. Wybaczcie mi ciągłe wstawki po angielsku. Ten wyjazd był nieco międzynarodowy. Dużo bliżej wszystkiego, co dalsze od Polski. Nawet słowackie radio lepiej odbierało i zasięg był lepszy dla sieci z końcówką SK, a nie PL.

So she took her love
For to gaze awhile
Upon the fields of barley

Wzięłam niczym bohaterka piosenki swojego ukochanego Nikona i poszliśmy przez pola, lasy, łąki i błota na górę. Ta historia mogłaby się zaczynać od słów Za siedmioma górami, za siedmioma lasami…

Ale że zaczęła się inaczej, niech już tak zostanie.

Rozdział 1. Czwarty dzień na początku.

Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za siedmioma rzekami i siedmioma dolinami rozpoczynał się czternasty dzień czerwca. Było mu daleko do wspaniałej pogody z początku maja. Zimowej zawieruchy też nie przypominał. Pozostało mu jedynie rozpocząć się ulewnym deszczem, co niechybnie uczynił.

I w ten oto sposób powitałam dzień po dwóch godzinach snu i jeździe taksówką na dworzec. Wytarabaniłam się z moim cudownie ogromnym plecakiem i cóż… Okazało się, że zmieniły się dni odjazdu PKSu do Zakopca i najbliższy będzie następnego dnia. Jak w życiu, równanie było proste.

Nie ma autobusu = nie zdążę na pociąg = nie zdążę na kolejny pociąg = nie zdążę na busa = będę w środku nocy w górach  = będę szła w deszczu ze trzy godziny = dojdę i padnę na gębę.

Ale dobra. Siadłam na ławce, obok zasiadł plecak i kobieta z małym dzieckiem. Czekaliśmy elegancko na cud, który nie chciał się wydarzyć. Obiecałam sobie, że jeśli nic się nie stanie, wracam do domu, idę spać i mam wszystko w tyle. Są czasem takie chwile.

Po kilku minutach usłyszałam stukot walizki na kółkach i na horyzoncie zamajaczyła sylwetka kobiety w butach na obcasie. Oł je. Przed czwartą w nocy wszystko jest możliwe. Sylwetka nabrała realnych kształtów i barw, kiedy zbliżyła się niemal pod mój nos i oznajmiła, że będzie jechać autobusem do Kielc o 4:20.  Po chwili rozmowy okazało się, że będzie jechać nie do Kielc, ale nawet do Katowic. Tego mi było trzeba. Miałam zapewnioną towarzyszkę podróży niemal przez cały czas! A stąd już było tylko o krok do decyzji, że jedziemy razem.

W końcu i tak nie zdążyłyśmy na pociąg z Kielc do Katowic. Ale na dworcu PKS zdążyłyśmy na busa do Krakowa. I to tylko dzięki szalonemu maratonowi,  który przypadkowo rozpoczęłyśmy. Ale dzięki temu zdążyłyśmy w Krakowie na kolejnego busa do Katowic. Za dużo się podczas tych kilkuset kilometrów nie nagadałam. Jak tylko siadałam w fotelu, uruchamiał mi się w mózgu tryb SPANIE i budziłam się zaraz przed dworcem. Wada busów – człowiek siedzi złożony jak ryba w puszce i marzy tylko o szybkim zaczerpnięciu świeżego powietrza. W przeciwnym razie marzy o sporej i pustej reklamówce, którą natychmiast chciałby wykorzystać i pozbyć się treści z żołądka.

Z Katowic poszłam już na pociąg do Rajczy. Udławiłam się, jak usłyszałam, że bilet kosztuje 18,50. A ode mnie kosztuje 32,00. Im dalej, tym faktycznie taniej. W pociągu już się tak nie wyspałam. Weszłam do wagonu, a za mną cała wycieczka do Zwardonia. Na przeciwko zasiadło dwóch około 10-latków z PlayStation3, komórkami i innymi cudami techniki. Okno dalej chłopcy w wieku gimnazjalno-licealnym wydzierali się przez okna „Legia!”. Na pytanie wychowawczyni, czemu krzyczą akurat o Legii, skoro nawet nie są z Mazowsza, stwierdzili, że Legii nikt nie lubi, więc to dobry okrzyk na zwrócenie uwagi.

W Rajczy wysiadł ze mną też dziadek, którego panicznie bały się wszystkie dzieci z wagonu. Wyglądał trochę obleśnie, szedł o kulach i coś krzyczał przez szybę przedziału w trakcie jazdy. Ale jak wysiadł, to już tylko śpiewał po góralsku, idąc po moście. Ta scena nadawała się na początek filmu.

A potem znów lunęło. Weszłam do sklepu i poza żarciem, kupiłam wielki płaszcz przeciwdeszczowy. A potem odebrałam telefon z pytaniem, gdzie jestem i po wymianie informacji dostałam przykazanie nie ruszać się z  Rajczy i czekać na A., która właśnie schodziła na dół. Boże, błogosław wynalazcę telefonu komórkowego i tych, którzy go używają! Dzięki temu, że A. przyjechała po mnie spod samej granicy i wyjechała ze mną znów na granicę, szłam na górę niecałą godzinę. Zamiast niecałych trzech. Ale i tak ufajdałam się jak prosiątko w błocie. To jednak lepiej, że szłam w starych butach. Przynajmniej nie było ich tak żal. A spodnie uwaliłam od góry do dołu.

Doszłam na miejsce koło wpół do piątej. Moja podróż trwała pół doby. Tylko dwanaście godzin. Następnie wpadłam w gościnne objęcia, zdjęłam z siebie przemoczone ciuchy i zjadłam crupety na słodko i słono. I tak już pozostałam pod urokiem miejsca aż do poniedziałku.

W międzyczasie dowiedziałam się, że jestem dziwna. Zresztą, do jakiego wniosku można dojść, jeśli bierzesz cudzy aparat, a tam na tysiąc zdjęć jest dziewięćset dziewięćdziesiąt samego jedzenia? No ja nie wiem.

I to wieczorne pytanie, niosące w sobie więcej niż odrobinę wariactwa. Nie wiedziałam, co przyniesie mi los.

 

Rozdział 2. Się dzieje.

Im grubszy tort, tym głębiej odcisnąć trzeba twarz.

Właśnie tak bym podsumowała kolejny dzień. Mogłam zjeść przygotowane przez B. śniadanko (kanapki z masłem, serem, pomidorem, ogórkiem, cebulką i pieprzem, czyli thanks God, I’m a woman!) i wziąć się do roboty. Na drugie śniadanie miałam racuchy z wielką gębą, namalowaną bitą śmietaną. Mmmmmmmmmmmmmmmmmmmmmm!!!!

Robiliśmy pranie. To nie jest takie proste, biorąc pod uwagę brak stałego dostępu do prądu. Niezbędny jest agregat, mała praleczka do wirowania, dwie balie do płukania i silne ciała do wyżymania pościeli. Jestem prawie jak Strongman po takim fitnessie. I można pobiegać boso po trawie.

A na obiad pizza z pieca. Kaflowego. Z całą masą różnych dodatków,  z podwójną porcją sera i z radością. Ludzie, jak można się tak obżerać. Siekierą nie była krojona, ale przyznacie, że to całkiem niezły pomysł na zdjęcie. Niczym z gospody. Zjedliśmy jeszcze po dwa takie kawałki i się skończyło.

Po kolejnej porcji solidnej pracy przy różnych elementach wyposażenia, przyszła pora na posiłek. Czyli sałatkę owocową. Pomarańcza, banan, jabłko, rodzynki, nektarynka, sok z cytryny…  A potem wysiłek został okupiony najpiękniejszym zachodem słońca, jaki tego dnia mógł być na całym świecie. Zachód doprawiony kiełbasą z ogniska i bułeczkami drożdżowymi z pieca.

Ile tematów potraficie poruszyć, gapiąc się w ogień?

A ile, jeśli do tego słyszycie T.Love, R.E.M. i szkocką muzykę na przemian z Kazikiem? ;)

Rozdz. 3. Never ending story

Rano zdążyłam się spóźnić dwadzieścia minut. Przez cały dzień musiałam je nadrabiać i odrabiać. Spokojnie, tylko spokojnie. :)

Ten dzień się nie chciał skończyć. Tak jakby mógł to być jedyny w swoim rodzaju dzień. Tak jakby jutro nie nadchodziło nigdy, a czas dawno już przestał mieć znaczenie.

Taj, jakbym ja sama bardzo nie chciała jego końca.

I never made promises lightly
And there have been some that I’ve broken
But I swear in the days still left
We’ll walk in the fields of gold

Po prostu. Zwyczajnie, bez żadnego zastanawiania się, oceniania, dobierania słów. Są chwile,  które przepadają bezpowrotnie, jeśli ich nie wykorzystamy. Są chwile, w których zwycięża piękna prostota. Na przykład robienie przez godzinę czy dwie zdjęć z długim czasem naświetlania. Słuchanie meczu w radiowej Jedynce. Oblewanie się wodą w wielki upał. Albo opowiadanie i słuchanie bajek o jeżu. Bo się akurat napatoczył do historii o królewnie. Albo spanie na niewygodnym łóżku i przewracanie się z boku na bok. Proste? Jeszcze nic nie było aż tak proste i bez drugiego dna. That’s a kind of magic!

A na dokładkę napiszę tylko, że zwykły olej roślinny czy zapalniczka mogą mieć wiele zastosowań, o których wcześniej nie wiedziałam. Albo z których nie zdawałam sobie sprawy. ;)

Ten dzień był tak cudowny, wesoły, pełen muzyki, żartów, głupich pomysłów i całkiem niegłupich realizacji, że piętnasty czerwca nie ma już innych znaczeń, jak tylko to jedno. Prostota. Bliskość czegoś nieznanego, choć niezwykle pięknego. Gapienie się w rozgwieżdżone niebo. Robienie tego, co do mnie należy i satysfakcja, że coś potrafię. Pomimo zmęczenia totalnego.

Tak bardzo chciałbym zostać kumplem twym.
Daleko, tak daleko… Jesteś tak daleko ode mnie, czasami jednak blisko tak.

Rozdział 4. Coraz bliżej nieba z dnia na dzień.

Pomimo wszystko, a szczególnie pomimo krótkiego czasu snu, tym razem zdążyłam na czas. Pewnie dlatego, że nie miałam daleko i obudził mnie mój budzik. Którego przez długi czas nie mogłam zlokalizować. A darł się jak szalony. Pewnie obudził też wszystkich innych, którzy planowali wstać bliżej dziesiątej, a nie siódmej.

Uczyłam się rozpalać w piecu kaflowym. To nie jest takie proste, jak rozpalanie w kominku. Tu niezbędna jest technika i wyczucie. I nawet zrobiłam placki ziemniaczane. Ja, która prawdopodobnie nigdy w życiu nie robiłam sama takich zwykłych placków. Na studiach dodawałam całą masę różnych rzeczy, typu marchewka, cukinia, czerwona cebulka. A tu masz babo placek ;)

I znów jadłam racuchy i sałatkę. Teraz nawet ze świeżym ananasem! I kto tu mówi, że ja wymyślam dziwne rzeczy? Ananas to zupełnie nie był mój pomysł. Ani troszeczkę. Ale nie narzekam, bo to było genialne. Dobrze jest umieć cieszyć się życiem i doceniać własną pracę.

We’ll forget the sun in his jealous sky
As we lie in the fields of gold

Człowiek szczęśliwy to człowiek spełniony. Kiedy mogę sobie posłuchać Trójki do śniadania, albo podskoczyć ze trzy razy do taktu muzyki, drąc się przy tym na całe gardło, bo i tak nikt nie słyszy. Andrusowa piosenka Glanki i pacyfki idealnie się do tego celu nadaje. Podobnie jak Listy ze świata i Muzyka bez granic. To nic, że jest mnóstwo roboty. Śpiewając, wszystko idzie szybciej.

A wieczorem można znów wybiec na zachód słońca, pogadać z panami od huskych, którzy wrócili z oglądania meczu na Miziowej, podłożyć do pieca i poczuć, ile jeszcze tajemnic kryje się w ciszy. Zasnąć tak bardzo szczęśliwa, że to przekracza granice rozsądku i innych wymysłów. Nucić pod nosem But I feel tomorrow I’ll be crying z Kinga Crimsona (Epitah). I wiedzieć, że następnego dnia będzie ciężko powstrzymać łzy, zaciskając mocno usta.

Bo chociaż jestem silna, to przecież jestem tylko kobietą.

Magia ciągnie, zniewala, odrealnia, każe zgłębiać nieistniejące zakamarki duszy. Składa się na to obecność szczególnych Osób, szczególnych splotów wydarzeń i tej szczególnej optyki, płynącej z innego świata.

Rozdz. 5. Jeszcze chwilę tu pobędę…

Tak bardzo nie chciałam wychodzić w ten poniedziałek. I pomimo zakazu robienia czegokolwiek (Ty już dziś nie pracujesz), chciałam zrobić wszystko, żeby te chwile się nie kończyły. Na śniadanie wielka porcja sałatki z ananasem i racuchy. Gdybym robiła je sama, pewnie wcale by mi nie smakowały.

Zrobiłabym niemal wszystko, żeby nie wychodzić na zewnątrz na ten szaleńczy upał. Ale wyszłam. I dojechałam do Bielska ze Słowakiem, który opowiadał mi o swoim życiu. Jak wysiadłam od niego, przesiadłam się do przemiłego starszego kierowcy TIRa, który miał niesamowite historie do opowiedzenia. Sporo jeździł po Europie, to sporo widział i słyszał. Kocham takie rozmowy!

Kolejna przesiadka w Katowicach. A potem w Krakowie, z dodatkowymi tobołami. Sprzedawca w sklepie z butami rozpoznał mnie w drzwiach, kwestię butów mieliśmy obgadaną przez telefon. Przy okazji zainwestowałam w nową latarkę. A w księgarni nabyłam drogą kupna rozmówki polsko-słowackie.

Hej.

I po północy dojechałam do domu. Kierowca autobusu obudził mnie na dworcu pytaniem, czy jadę z nim dalej. Spałam jak kamień!

Dziś  w ramach relaksu popołudniowego wybraliśmy się rowerami na przejażdżkę z Tomkiem i Aneko. Odwiedziliśmy P., wygłaskaliśmy jego ogromne psy i wróciliśmy lasem. Piękna wycieczka. I już nie było tak gorąco.

Ale to by już było w post scriptum. W niedzielę znów jadę. W drugą stronę Polski tym razem. Na dużo dłużej. Jak wszystko pójdzie dobrze, a na pewno pójdzie dobrze, za miesiąc znów będę w Beskidach wieczorami gapić się w rozgwieżdżone niebo i marzyć o tym, co najpiękniejsze.

Bo w ciągu dnia nie ma czasu na takie sentymenty. ;)

Najwyraźniej nieskładnie

Są takie dni, w których wszystko układa się samo. Nie trzeba się starać, zabiegać. Nawet nie trzeba o niczym myśleć. A szczęście przychodzi samo. Wystarczy się schylić.

Dziś będzie tak troszkę o wszystkim, dobrze?

Wprawdzie jadłam wczoraj mnóstwo pysznych rzeczy, przygotowanych przez Tomka (w kuchni wysprzątanej na błysk przez Aneko), a sama przyniosłam tylko muffinki z rabarbarem i imbirem. I dziś zrobiłam sobie kuleczki z mięsa mielonego z mnóstwem dobrodziejstw z inwentarza (?!?). I delektowałam się zupą botwinkową. I…

I wszystkie te rzeczy chciałabym Wam pokazać i jeszcze na niektóre, nieobjęte patentem dodać przepis (lub, jak powiedział jeden pan psycholog: jeszcze nie skopirajotwane), ale to zupełnie kiedy indziej (i jeszcze dwa mecze obejrzałam, więcej w ciągu jednego dnia, niż przez całe dotychczasowe życie. I nawet dzięki Marshallowi wiem, dlaczego czeski bramkarz miał na głowie taką czapkę śmiszną).

Ale dziś świat kończy się na małej biedronce, która wędrowała po ogrodzie.

Taka chwila, która już nigdy się nie powtórzy. Zapisana nie tylko w pamięci podręcznej w głowie, ale też złapana na gorącym uczynku zaskoczenia.

Dzięki Annie-Marii, która opisuje swój magiczny świat w Kucharni, płakałam dziś z radości. Ponieważ skomentowała poprzedni wpis i dedykowała mnie swój okruszkowy wpis. Taka kruszynka radości, która chwyta za serce i potrząsa dotąd, aż wszyscy będą ozłoceni i uśmiechnięci. Dziękuję. Za piękno, którym obdarzasz świat. I za pochwałę świata, tak prostego w swojej wyjątkowości i tak wyjątkowego w swojej prostocie.

Ten tekst zobaczyłam na murze krakowskiego Kina Kijów w czasie ostatniej wycieczki objazdowej po Polsce. Budziłam się w tylu miejscach, że pod koniec nie mogłam zasnąć we własnym łóżku, jeśli nie wyobraziłam sobie:

  • siebie w pociągu;
  • siebie w autobusie;
  • siebie w busie;
  • siebie we wszystkich tych środkach lokomocji naraz.

 

Tak bardzo w/w napis przypadł mi do gustu, że zaczęłam zabawę z formą. Nie przerosła treści, mam nadzieję.

Banieczka napisała do mnie, że dziś jest Dzień Przyjaciela. To ciepło, rozlewające się w sercu, które pojawia się, kiedy bliska osoba widzi we mnie Przyjaciela. To poczucie, że w każdej chwili mam na kogo liczyć. Czy ja potrafię być takim oparciem?

 

serendepity /ˌsɛr(ə)nˈdɪpɪti/

the occurrence and development of events by chance in a happy or beneficial way

 

Cały dzień pod znakiem szczęśliwych okoliczności, które przecież nie są przypadkowe. Niech nadzieja będzie Waszym Nauczycielem, odwaga Przyjacielem i zdziwienie Mistrzem. Walczcie o marzenia.

Żyję, żeby jeść tortillę! :)

Taki tytuł ma mój album z jedzeniem na FB. Tortilli nie ma w tytule. Reszta się zgadza. Czy ja muszę coś dodawać?

Odpoczęliście w Święto Flagi? Mieliście swój kotylion? A może słońce opaliło dziś Was na biało-czerwono (albo też skorzystaliście z bardzo niezdrowej alternatywy typu solarium)? Dzień jeszcze się nie skończył…

Ja podjęłam dziś decyzję dotyczącą jakiejś części mojego życia. Czyli mówiąc wprost, zrezygnowałam z pewnej pracy. Po obliczeniu wszelkich kosztów, wszelkich noclegów, wszelkich dojazdów i innych kwestii, wyszło na to, że więcej stracę, niż zarobię. Co to ma wspólnego z jedzeniem? Bez pracy nie ma kołaczy. Ale z taką pracą też by nie było. Kroczę w kierunku upragnionej prostoty.

Ale to już detale. Nieważne. Idźmy dalej, dopóki dzień trwa, a prąd daje szansę na kliknięcie „Opublikuj”.

Czy prostotą można nazwać jedzenie zupy pałeczkami? Albo przygotowywanie herbaty przez godzinę? Albo śpiewanie długich pieśni przed posiłkiem, kiedy jest się bardzo głodnym?

Jeśli w danej kulturze taki sposób spożywania posiłku jest podstawowy i głęboko zakorzeniony w umysłach i duszach narodów, to oczywiście, że tak. Jeśli przygotowanie jedzenia inną metodą powoduje, że obrażamy duchy przodków i w dodatku zaburzamy wielowiekową tradycję, to oczywiście, że tak. Jeśli…

Każdy powód jest ważny i znajduje uzasadnienie. Nie tylko ludowe, ale przede wszystkim naukowe. To, co dawniej ludy odkrywały metodą prób i błędów, obecnie potwierdza i ponownie wykorzystuje nauka na przykład w leczeniu chorób.

Ale są też bardzo prozaiczne powody. Zwykły, szary człowiek może wykorzystać naukę i doświadczenie milionów ludzi na świecie, żeby jego własny obiad był lepszy, smaczniejszy i godny miana obiadu. Ot tak, zwyczajnie.

Biorę do rąk opakowanie tortilli. Szeleści, kruszy się, chrupie i chrzęści w zębach. Wysypuję je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Wyjmuję z lodówki pierwszy lepszy ser, ścieram na tarce. Wrzucam całość na kilka minut do piekarnika. W tym czasie miksuję pomidory z puszki razem z czerwoną cebulką, chilli i podgrzewam. Danie na upał idealne. Do tego wielki dzbanek zimnej mięty z lodem.

Nic więcej mi nie potrzeba. Błękitne niebo jest. Góry wysokie będą. Droga szeroka o kształcie i wyglądzie torów też. Słońce złote i mocny wiatr na łódkach były. Jak tu nie być szczęśliwym człowiekiem, kiedy do całego zestawu „tego, co mi potrzeba”, dostałam jeszcze cudownych znajomych z poczuciem humoru, dystansem do życia i apetytem?

Aha! Jeszcze nie odchodźcie! Mam dla Was niespodziankę. Pamiętacie FoodPairing, o którym kiedyś pisałam? Też mają swoją stronę na Facebooku i dziś znalazłam tam film sensacyjny. Poza tym, że facet prowadzący wykład i degustację jest nieco stuknięty (szalony mistrz czekolady), to w dodatku zaraża tym ludzi na sali wykładowej. Teksty ma lepsze, niż nasi polscy kabareciarze.

Czekoladowe ostrygi? Czekoladowy błyszczyk do zabaw we dwoje? Czekolada… wypita dosłownie jak pierwszy łyk mleka matki? Pomysły jak z filmów z Louis’em de Funès. Wszystkie zrealizowane i WYPRÓBOWANE. Jeśli ten facet przyjedzie do Polski, będę pierwsza w kolejce po bilety!

Wasze życie nigdy nie będzie już takie same*.

 

* tekst może oklepany, ale jaki prawdziwy :)

Już pół wieku naszej stacji, kto nie sadzi, nie ma racji!

Witam Państwa bardzo serdecznie.

Dobra, dobra, to tak tytułem wstępu było. Przejdźmy do meritum. Słuchaliście w Trójce relacji z sadzenia 30-letniego drzewa na 30-lecie Listy Przebojów?

a) Tak? I jakie wrażenia?

b) Nie? No wiecie co?! Proszę natychmiast nadrobić, zajrzeć i posłuchać tutaj.

Ja słuchałam. I zostałam zaczarowana przez dwudziestego siódmego kwietnia. Wpadłam w pogodę wyrwaną ze środka upalnego lata, zostałam bardzo uprzejmie obsłużona po godzinach przyjęć interesantów w urzędzie, mieliłam nieziemsko dobrą złotą Lavazzę w ręcznym młynku do kawy i słuchałam perlistego śmiechu dwuletniej dziewczynki. Aha. I jeszcze zmutowane kuzynki mrówek domowych się zemściły za pogrom rodziny. Mafia ma swoje macki wszędzie. Mnie dosięgła w lesie. ;)

Magia dnia powszedniego*.

Najwyższa pora zasadzić własne drzewo. Włączcie się również do akcji Nasz Park i zasadźcie jedno z 50 000 drzew. InPost wysyła za darmo sadzonkę. Bajer. :)

Zróbmy sobie własny park! Ot, tak, bez szczególnego powodu. A jeśli musicie mieć powód, proszę bardzo: każdy mężczyzna powinien zasadzić drzewo, każda kobieta może zasadzić drzewo, zielony odpręża, my przyczyniamy się do polepszenia (mikro)klimatu. Jak uzasadnić coś, co jest oczywiste? To tak, jakbym musiała szukać powodów, dla których ludzie mają przypisaną godność ze względu na bycie istotą ludzką.

Szczegóły akcji na naszpark.pl.

Kto nie sadzi, ten… nie ma racji. Kto nie skacze, też nie ma racji. A co się dziwisz? Aparat może i różowy, ale moment skoku złapał.

Mam dla Was na koniec piosenkę z serii: Jeśli raz posłuchasz, już nigdy nie będziesz taki, jak dawniej. Szymon Zychowicz znacząco się przyczynił do mojego dzisiejszego nastroju. Wspomniałam już w innym miejscu, że świat stacza się w kierunku orania jak pługiem, zamiast miłowania. Że brakuje mi prostoty. Tutaj ją odnalazłam. Daleko od tekstów typu będę brał cię w aucie – cię. Prostota.

Przy tej piosence czas zwalnia…

Tytułem zakończenia – bądźcie błogosławieni na wieki. + Amen.

 

—————————–

Do magii dnia codziennego nie zaliczę tym razem kulinarnej przygody z agar-agar. Szykowałam się na nią jak, nie przymierzając, mały kociak na orła i wyszło dokładnie z takim samym skutkiem. Ogona wprawdzie nie podkuliłam, tylko po czterech godzinach tężenia i setce artykułów, z których każdy kolejny przeczył poprzedniemu, dodałam drugie tyle agaru do nektaru z gruszek, a resztę zrobiłam z żelatyną na pół z tym czymś. Jutro się okaże, czy to jadalne. Pojutrze się okaże, czy przeżyłam eksperyment. Czy może operacja się udała, tylko pacjent zmarł.

Dobra rada z fast foodem w tle

Ojciec Anselm Grün w Książce o sztuce życia pisze:

Troska o jutro jest ciężarem dla dnia dzisiejszego. Dziś rozstrzygnie się, czy będę żył, czy też nie, czy będę tu, czy tam, czy zdam się na tego człowieka, czy nie, czy zabiorę się do czegoś, czy nie.

Poradzić sobie dobrze z dniem dzisiejszym to wystarczające wyzwanie dla życia.

Jak sobie dziś radziliście?

Jakkolwiek by nie było, pamiętajcie, że wygraliśmy tę rundę 1:0. Żyjemy. Podjęliśmy decyzję o byciu tu, a nie tam. Zaufaliśmy komuś, może pozwoliliśmy wejść komuś nowego w nasze życie, zamiast odmówić tego przywileju.

Każdy z nas jest jak piękny, ogrodzony dom. Wielu może zaglądać do nas przez elegancki żywopłot, ale tylko wybrani wchodzą za wytworną bramę. To od naszej decyzji zależy, kogo wpuścimy do środka.

Coś się nie udało? Nie mów o sobie źle, nie pogardzaj sobą. Przyjmij, że zrobiłeś wszystko, co mogłeś i okaż sobie współczucie, na jakie zasługujesz. Zanim znajdziesz sto sposobów, dlaczego czegoś nie da się zrobić, sprawdź, czy jest jeszcze jakieś pomysłowe rozwiązanie ominięcia problemu, zamiast ciągłego wyważania otwartych drzwi i walenia głową w mur.

Czasem lepiej nauczyć się jeździć na nartach, niż zjeżdżać po schodach.

Ale Wam dziś dobrze radzę. Wieczorowa poradnia Zytki otwarta. Ostatnia rada: pora na szybką kolację!

Danie nie będzie niskokaloryczne. I’m sorry, Gregory. Nie uznaję substytutów w stylu mleko 0% zamiast 3,2%. Albo jogurtu naturalnego zamiast 36% kremówki. Wy zrobicie, jak chcecie. Gwarantuję jedno: przy dobrej organizacji, od momentu zagotowania wody wystarczy Wam pięć minut* na przygotowanie. I ani sekundy więcej. Niech wszystkie McSyfy się schowają! A do mycia będzie tylko garnek i patelnia. Chyba, że przełożycie danie na talerze. ;)

Tortelloni z sosem serowo-orzechowym

Czas przygotowania: 5 minut (+ czas na zagotowanie wody) | Trudność: łatwe | Ilość porcji: 2

Składniki:

  • opakowanie (250g) pierożków tortelloni/ravioli z ulubionym nadzieniem (np. takich lub takich)
  • 200 ml gęstej śmietanki (22% w wersji light lub mojej ulubionej 36%)
  • 50 ml mleka 3,2%
  • 20-50 g sera z niebieską pleśnią (ilość dozować zależnie od nastroju)
  • 50 g sera cheddar lub innego żółtego sera, albo mozzarelli – weźcie ser, który upomina się już o wyjęcie z lodówki, inwencja twórcza wskazana – startego lub pokrojonego w kostkę
  • 50 g orzechów włoskich bez łupinek (spora męska garść)
  • gałka muszkatołowa
  • sól morska i kolorowy pieprz
  • oliwa
  • dekoracja: wiórki parmezanu, listki natki pietruszki

 

Przygotowanie:

  1. Wstawić na duży ogień suchą patelnię i wrzucić na nią orzechy włoskie. Zagotować wodę w garnku, posolić, dodać łyżkę oliwy i wrzucić tortellini na 4 minuty. Potrząsać orzechami od czasu do czasu, około minuty, aż nabiorą aromatu i się przyrumienią. Zdjąć z patelni, obrać ze skórek (powinny same odejść), szybko posiekać i odłożyć.
  2. Na patelnię wlać śmietankę, dodać mleko, ser pleśniowy, ser zółty i mieszać, aż wszystkie składniki się stopią i połączą. Doprawić hojnie startą/zmieloną gałką muszkatołową, solą i pieprzem, wrzucić orzechy (kilka zostawić do dekoracji), zmniejszyć ogień. Spróbować. Jeśli sos jest zbyt gęsty, dodać trochę wody z pierożków.
  3. Pierożki odcedzić, wrzucić na patelnię. Ciągle mieszając, gotować na średnim ogniu przez kolejną minutę. Przełożyć na talerze, udekorować resztą orzechów, natką pietruszki i parmezanem. Podawać od razu.

Smacznego! :)

* jeśli kupicie pierożki, które gotują się 4-5 minut, of course. Szukajcie w płaskich plastikowych opakowaniach albo najlepiej świeżych. Mmmm. Boskie.