Wiosna, cieplejszy wieje wiatr

Wszystko trzeba robić tak prosto, jak to tylko jest możliwe, ale nie prościej.

Albert Einstein

Jezu, jak się cieszę z tych malutkich wskrzeszeń! Naprawdę się cieszę. Z tej radości chciałam pokazać Wam zdjęcie z jeszcze wielkanocnej wycieczki rowerowej. Powietrze pachniało ciepłem, wędkarze siedzieli na drugim brzegu, ptaki świergoliły jak szalone, a ja jechałam, gdzie rower mnie prowadził.

Po drodze zjadłam kilka irysów, tych prawdziwych, kwadratowych. Jak tylko myślę o irysach, w głowie pojawia mi się obraz z Pianisty. Ojciec kupuje za ostatnie pieniądze jednego irysa i dzieli między całą rodzinę. Wspomnienia zachowane w szufladkach pamięci. Taki łasuch, jak ja, ma wspomnienie na każdą kulinarną okazję. Nie wszystkie – jak widać – są optymistyczne.

Tak czy inaczej, korzystajcie z wiosny, póki nie zamieniła się w suche, upalne lato z potężnymi burzami. I róbćie to tak prosto, jak się da. Ale nie prościej. ;)

Take care of You,

Zytka.

Omlet hinduski

Stół jest jedynym miejscem, przy którym nie nudzimy się podczas pierwszej godziny.

Jean Anthelme Brillat-Savarin

O przyjemnościach łakomczuchów napisano już niemal wszystko. Są jednak kwestie, do których wciąż na nowo powracamy, marząc w zaciszu kuchennego stołu. Niezmiennie zasadą rządzącą w kuchni jest prostota. Rozumiana bardzo szeroko, jako stworzenie kulinarnego dzieła doskonałego, bez niepotrzebnych udziwnień, za to z dozą radości i dobrych przypraw.

Jakie to szczęście, że nie wszystkie przepisy składają się wyłącznie ze składników ściśle mierzonych i ważonych! Zdarza się, że szczypta tego i hojny chlust owego doprowadzają potrawę na wyżyny perfekcji. Jednak częściej zdarza się, że takie odmierzanie oznacza nieuchronną katastrofę, łzy gospodarza i burczenie w brzuchach gości.

Dzisiejszy przepis to połączenie kilku wspaniałych smaków. Każdy element jest wyważony, zbilansowany przez inne. I tak powinno być – bez ekstrawaganckiej przesady w ilości składników, zaskakująco dobrze w smaku. Nie będziecie się nudzić. :)

Na deser proponuję sałatkę ze świeżym ananasem, a na kolację – kolejną wersję polenty.

Omlet hinduski

Ilość porcji: 2 | Czas przygotowania: 5 minut | Smażenie: 5-10 minut | Trudność: łatwe | Przepis wg magazynu Kuchnia

Składniki:

  • 4 jajka
  • 100 ml mleka kokosowego (ja użyłam pół na pół „wody” i gęstej śmietanki kokosowej)
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 duża czerwona cebula, posiekana w piórka
  • 1 łyżeczka przyprawy curry lub ostrej mieszanki przypraw (garam masala, tikka masala) lub własnej mieszanki ostrych przypraw
  • sól i pieprz do smaku
  • 1 marchewka, starta na grubej tarce
  • 100 – 150 g pomidorków koktajlowych, przepołowionych

Akcesoria: duża patelnia lub dwie mniejsze, płaska łopatka do podważania omleta, miska i rózga kuchenna

Przygotowanie:

  1. Na rozgrzanej patelni (jeśli robimy dwa mniejsze, rozdzielić cebulkę na połowy). Rozsmarować na niej oliwę i na niewielkim ogniu zeszklić cebulę, wymieszaną z przyprawą.
  2. W misce rozmieszać dokładnie rózgą jajka i mleko kokosowe. Przyprawić solą i pieprzem (sól obowiązkowo, pieprz w zależności od ostrości mieszanki, którą posypaliśmy cebulę).
  3. Zwiększyć ogień pod patelnią. Wylać masę równomiernie na patelnię/-nie i delikatnie podważać od boków do środka, żeby masa ścinała się równomiernie. Zmniejszyć ogień pod patelnią i przykryć patelnię pokrywką na kilka minut. Omletu nie odwracać, jedynie sprawdzać od czasu do czasu, czy jest ścięty.
  4. Na połowę omleta wyłożyć startą marchewkę, złożyć na pół i zsunąć na podgrzany talerz. Ozdobić pomidorkami i podawać od razu.

Smacznego! :)

Pro i anty

Mocne słowa padają. Nie na wieczór, ale na noc. Niech Was nie zwiedzie zacytowany fragment. Nie chodzi o głupią miłość z różowymi serduszkami i pluszowymi misiami. Nie chodzi o to, żeby upaść od siebie za daleko. Ani żeby były onomatopeiczne, paranormalne paranoje we dwoje. Dobra. Zostawiam Was samych.

Tęsknota boli
Tęsknota zabija mnie
Tęsknota boli
Tęsknię do lat
Minionych dni

I tak jest jakby ten świat
Ulepił rzeźbiarz bez rąk
I tak jest jakby ktoś miłość
Na skrzypcach grał nam
Bez strun…

Tęsknię. Kto zmienił nas w robactwo, co w padlinę zmienia świat? Tak już będzie tu zawsze? Będą orać metodycznie jak pługi głodną glebę?

Dobranoc. Niedobrze mi. Po tej piosence, po filmie Pachnidło, po orzeszkach ziemnych, po całym obżarstwie świątecznym, po nerwach i dwudniowym bólu głowy. Po łzach i po myślach o wszystkim, tylko nie o życiu. Po wyobrażeniach o prostocie.

Okruszek

W Sprawie dla reportera samotny ojciec śpiewał córeczce Kołysankę dla Okruszka. Zaczęłam szukać na YouTube, żeby się nią podzielić i drogą kolejnych linków doszłam do Turnaua. Pianista i ja. (Tutaj do posłuchania i poczytania, jak to w lutym bywa wesoło i dlaczego Ślunsk nie jest jeden, ja).

Słodka Bazylia – tak się nazywa bar.
Zamknięty, bo minęła już dwunasta.
Tak ciepło tu. Wychodzić trochę żal.

Pozostańmy przy prostocie. Nie będzie kołysanek. Nie będzie Okruszka. Idąc za nieśmiertelnym tekstem Pana Kononowicza, nie będzie nic.

 

Idąc myślałem, stary, widzisz, tak to jest.
To co mówiłeś jest mi jakby skądś znajome.
To piwo i ty… i na ulicy deszcz…
I każdy z parasolem w swoją stronę…

Na pewno wkrótce znajdzie się dziewczyna,
Co myśli, czuje, kocha i potrafi…
Więc zanim znowu siądziesz jutro do pianina,
Wyrzuć tych kilka niepotrzebnych fotografii.

I’m bursted!

Tam dom twój, gdzie serce twoje.

To mogę powiedzieć, że mam gdzie mieszkać. I jestem rozerwana na stos kawałków. Szczególnie po tym szalonym tygodniu, w którym spotkałam i poznałam tyle osób, dla których warto było zostawić po sobie kawałek mojego serca. W przybliżeniu, moje serce (i jak mniemam, również Wasze) wygląda tak: ♥.

À propos , znacie anegdotę o George’u Bernardzie Shaw, jak zamówił befsztyka i kelner zachęcał go do zjedzenia, mówiąc, że „befsztyki u nas są delikatne i miękkie jak kobiece serce”? Shaw, słysząc to, od razu poprosił o gulasz. ;)

Wesoło tu – cz. 4. loka loka loka

New York, New York…

Życie jak w Madrycie. Się nasłuchałam i nagadałam z kochanymi ludźmi. I widziałam, jak wygląda Nju Jork z jakiegoś 25 piętra wieżowca. Bije mi w mózg. To pewnie po sosie pomidorowym z Lidla, wymieszanym z cukinią, pomidorkami i pestkami dyni. Albo po wczorajszej tarcie. Albo po dzisiejszych pierogach. Coś mi ewidentnie siadło na mózgownicy. Bo na żołądku to zupka serowa (ble, ale jakie dobre).

Z aspołecznej jednostki nagle stałam się Zytką…

O NIE! Mój słownik w edytorze nie zna słowa Zytką!!! Barbarzyństwo, chamstwo i rozbój w biały dzień. Spotkamy się w sądzie. I to już!

… stałam się Zytką tęskniącą za ludźmi i ostatnie siedem dni eksplodowało wręcz od spotkań, z nowymi i starymi znajomymi. Jakieś szaleństwo. Czy to na pewno ja? Sprawdzę w lustrze.

I jeszcze trzeba upchnąć laptopa. Właśnie się zastanawiałam, czemu mam taki lekki plecak.A ja siedzę przed jedną z najcięższych rzeczy <bije głową w ścianę, płacząc cichutko>.

Marzę o… tarcie z jeżynami i migdałami, podanej łącznie z pocałunkiem. A Ty, o czym marzysz?

Popatrzcie na nią. ↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓↓

Ta kobieta wymiata. Nie dość, że jest śliczna, to jeszcze umie robić szpagat i bić się na klaty. ;P

You’re crazy but you like it! You’re loca, loca, loca!

S z a l o n y c h    s n ó w ! ! !

Wesoło tu – cz.3 -Kij mu w plecy, a siekiera… w oko

(Musiałam to dopisać!)

Szliśmy wczoraj  z P. ulicą (chodnika brak), ja szukałam telefonu w przepastnej torebce. On spojrzał i powiedział: Mam wrażenie, że kobiecie torebki są w magiczny sposób bezdenne. Nie zdziwiłbym się, gdybyś wyjęła teraz na przykład żelazko.

I w ten sposób powstał wczorajszy program szkolenia. A dziś odebrałam dowód i opalałam się dzięki temu przy lokomotywie. W słońcu i wietrze, w cieple i zimnie. Generalnie – w marcu. Jak w garncu.

♣ ♣ ♣ ♣ ♣ ♣

A to znacie? Będzie dalej pasować do nastroju, także proszę się nas-troić. I rozdwoić, oczno-usznie.

http://www.youtube.com/watch?v=ymUXv2U1Tvk

 

Gdziekolwiek jestem,
Tam ty jesteś
Tak jesteśmy
Jak milczenie
Po tej pieśni.

Jak dwa jabłka
Na czereśni.

Spotkałam się z moją Przyjaciółką, nie zawaham się użyć tego słowa – jeszcze z dzieciństwa i młodości. Dzięki Niej siedziałam wreszcie w Cafe Camelot, nagadałyśmy się za wsze czasy, chociaż wcale nie zauważyłam, kiedy minęło trzy i pół godziny! Wypiłyśmy pyszną kawę i zjadłyśmy po kawałku boskiej, gorącej tarty z prażonymi pestkami dyni. I jak to wszystko wyglądało pięknie. Uwielbiam prażoną dynię, kruche ciasto i tarty. Zjadłam z apetytem. I z dekoracją. ;)

Jak tylko dorwę się do kabla od aparatu, wrzucę zdjęcie tarty. Należy jej się.

I kolejne takie niezapomniane spotkanie, które nic nie musi zmieniać, ale jak cudownie umiejscawia w Czasoprzestrzeni Ludzkiej. Pokazuje mi, że można się śmiać po latach, bez względu na nieobecność. (Tu był tekst o zaufaniu, ale brzmiał infantylnie, więc jednak został wykasowany).

Wbrew wszystkiemu, czego można się spodziewać po charakterze Człowieka w ogóle i w szczególe; Człowieka branego a priori i aposteriori; Człowieka jako takiego, udało nam się obu spotkać w liczbie osób dwóch i porozmawiać o sprawach ważnych i ważniejszych. Dziękuję. Za podzielenie się Sobą.

Przypomniałam sobie tekst z koszulki, jaką miałam kilka lat temu. Zaprezentuję Wam, cieszcie się ze mną głęboką ironią, sączącą się niczym jak kobry z rodziny zdradnicowatych.

I przypomniany w trakcie rozmowy tekst, który stał się tekstem dnia (poza swego rodzaju kuriozalnym kocykiem, jaki istnieje w grze ¿planszowej? we w/w* wesołym mieszkaniu) – Kij mu w oko, a siekiera w plecy – pozostaje nadal aktualny.

Dobrej nocy. Pięknych snów o dobrych sprawach, wielkich przyjaźniach, dalekich podróżach i szalonych pomysłach do realizacji. Gdziekolwiek jesteście. Gdziekolwiek będą Wasze sny.

 

—————

* w/w – czyt. wspomnianym wczoraj

Tak tylko przypominam

 

… bo sama czasem zapominam.

Z ludźmi jest jak z dziurawymi krzesłami. Zdarza się, że dostajemy drugą szansę.

Postanowiłam zrobić prawo jazdy. Ale był z tym pewien problem, bo wszyscy moi znajomi postanowili to samo, tyle że sześć lat wcześniej. Nikt nie potrafił mi pomóc  w podjęciu decyzji, gdzie iść do szkoły. Szkoły z drastyczną nazwą typu Mustang, Kaskader czy Jaguar odrzuciłam od razu. Ja się chcę nauczyć jeździć, a nie występować w filmach z Bondem czy MacGyverem. Po prostu chcę poczuć wiatr we włosach, spaliny za szybą i ruch kołowy na rondzie.

No i się zaczęło. Podeszłam do tematu systematycznie. Najpierw zrobiłam listę.  Słyszałam może o trzech różnych. Nagle okazało się, że jest ich w okolicy ze dwadzieścia czy trzydzieści. Konkurencja robi swoje, więc cena nie grała tu żadnej roli.

Zdecydowałam się na małą szkołę, która była blisko mnie. Na forach internetowych znalazłam sporo dobrych opinii. A poza tym, jeśli ktoś decyduje się nazwać szkołę swoim imieniem i nazwiskiem, to znaczy, że jest z niej dumny. Inaczej być nie może.

Teoria upłynęła miło i szybko. Za szybko! A że najciekawsze dwa tematy o rondzie i znaczeniu białych linii na jezdni mnie ominęły (ale za to zdążyłam w Beskidy przed pierwszym śniegiem), to wyszło natychmiast na jaw podczas praktyki.

Wkurzyły mnie tylko teoretyczne zajęcia z pierwszej pomocy, prowadzone przez ratownika medycznego. Cholera jasna, dlaczego ludzie sądzą, że ich autorytet wzrasta wprost proporcjonalnie do liczby wpływowych znajomych. Gdyby chociaż były to osoby ze środowiska ratowniczego, guru w swojej dziedzinie – to mogłabym pochylić głowę, temat nie jest mi obcy. Ale jeśli słyszę przez pół godziny obmawianie wspólnie z kursantami-licealistami nauczycieli od PO, to wielkie dzięki. Siedziałam w ławce z chłopakiem, który też skończył studia. Wyszło na to, że jako jedyni mieliśmy coś do powiedzenia w kwestii PP, a cała reszta mówiła jedynie o głupich odzywkach belfrów. WTF, man?!

Moja pierwsza lekcja praktyczna.

- Jechałaś kiedyś samochodem?
- Nie!
- No to będzie wesoło.

Podczas tej godziny Instruktor tłumaczył mi wszystko, co większość ludzi wie na długo przed kursem. Ja nie posiadałam żadnej wiedzy praktycznej, poza obserwacjami cudzej jazdy. Byłam niczym tabula rasa. Miałam tylko trochę swoich wyobrażeń o samochodzie i właściwej jeździe. Wszystkie co do jednego okazały się nieprawdziwe.

Po wprowadzeniu mnie w arkana wiedzy tajemnej na temat skrzyni biegów i tych innych bajerów, Instruktor pozwolił mi ustawić lusterka. Tak. Fajnie. Skąd mam wiedzieć, gdzie to się ustawia. I może jeszcze w czasie jazdy mam w nie patrzeć, co? Generalnie wyszło na to, że w tylnym powinnam mieć horyzont na środku, a w bocznych widzieć więcej drogi, niż samochodu. Pierwszy mit obalony.

A ja już się śmiałam w głos.

Ruszając, wyraziłam obawy o życie staruszka, który szedł przeciwną stroną ulicy. Pan jednak nie przejął się tym i zalecił patrzenie przed siebie, a nie na boki. Jakby co, to ja mogę zahamować. Pocieszył mnie.

W tym momencie popsuł się najwyraźniej prędkościomierz. Przyspieszałam w błyskawicznym tempie, a podobno jechałam pięć na godzinę. Zmysł wzroku mnie oszukał, bo nawet dziadek – rowerzysta mnie wyprzedził. Prawą stroną.

Śmiałam się jeszcze głośniej.

Dojechaliśmy do skrzyżowania. Policja wstrzymała ruch na tym odcinku drogi. Przez CB radio kierowcy podawali sobie możliwe drogi objazdu.

Żartuję. Spytałam całkowicie szczerze, czy Instruktor zdaje sobie sprawę z tego, co robi. Jego niezłomnego przekonania, że dam radę, nie zmienił nawet fakt, że zatrzymałam się piętnaście metrów przed drugą ulicą, pewna, że to jest TO miejsce. Drugi mit o samochodzie upadł.

Na końcu ulicy czekało rondo. Niewykluczone, że wjeżdżając niemal w jego środek, zamknęłam oczy. Dobrze, że kierownicą da się kierować na cztery ręce.

Przestałam się śmiać.

Następną lekcję miałam z żoną Instruktora. Wspaniała kobieta. Ale po tej godzinie powinna dostać Medal Za Odwagę. Skręcając w prawo, wjechałam w skrzynię z piaskiem, która stała na chodniku.

- Co zrobiłaś? – spytała mnie przerażona.
- Nie wiem. Naprawdę nie wiem. Tylko skręcałam. – odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Kurczę, uwielbiałam swoich Instruktorów, ale pytania o to, dlaczego coś zrobiłam albo tym bardziej JAK mi się to udało zrobić, były całkowicie niepotrzebne. Naprawdę nie wiem, dlaczego przy skręcaniu robiłam pełen obrót. Albo dlaczego jadąc pustą ulicą, kręciłam kierownicą na prawo i lewo.

Podczas piątej godziny kursu wybrałam się do miasta, gdzie zdawałam egzamin. Jechać sześćdziesiąt kilometrów z tego miasta – czyste szaleństwo. Dziewczyna, która jechała z tyłu, robiła się coraz bardziej blada i przestała się odzywać.

W końcu kiedy wykonałam niemal samobójczy skręt pod TIRa na prostym odcinku („ZJEDŹ NA PRAWO!”), zaskoczony obrotem spraw Instruktor powiedział, żebym puściła na chwilę kierownicę.Teren niezabudowany, ja jechałam z maksymalną dopuszczalną prędkością, a wyremontowana prościutka droga była idealna do takiej jazdy. Puściłam tę przeklętą kierownicę. Nic się nie stało. A może raczej stało. Bo po raz pierwszy  nie jechałam slalomem. Zobaczyłam, że TRZYMANIE rąk na kierownicy nie oznacza ciągłego kręcenia we wszystkie strony. Kolejny mit spadł z piedestału.

Potem było już tylko lepiej. Nie wiem, czemu mnóstwo ludzi uważa plac manewrowy za dopust Boży. Mnie to się bardzo podobało. Jazda do przodu. Jazda do tyłu. Zaciągnij ręczny. Zmień bieg. Jeszcze raz. Jazda do przodu. Jazda do tyłu. Za daleko. Trzeba iść podnieść słupek. ;)

Pisałam o drugiej szansie. Ja na tym kursie dostałam co najmniej drugie życie! I przekonałam się, że wyrozumiałość nie wyklucza stanowczości. Szczególnie, kiedy nie hamujesz na czerwonym świetle, bo widzisz zieloną strzałkę.

Kiedy Instruktorzy hamowali za mnie, to znaczyło, że udało mi się popełnić jakiś idiotyczny błąd. Myślę, że lepiej się nie da nauczyć. Nie zmieniali za mnie biegów. Nie trzymali kierownicy na ostrych zakrętach. Nie wciskali niepotrzebnie sprzęgła, skoro mogłam zrobić to sama. Nauczyli mnie samodzielnego podejmowania decyzji. Chwała im za to!

Ostatni mit, jaki został do pokonania, to egzamin. Podobno:

  • instruktorzy są bardzo niemili i nie wolno z nimi rozmawiać;
  • sprzęgło w samochodach egzaminacyjnych jest rozregulowane;
  • wystarczy mały błąd, żeby nie zdać;
  • zawsze znajdzie się sytuacja, że wymusisz pierwszeństwo i nie zdasz;
  • zdawalność w tym mieście jest bardzo niska;
  • ronda są okropne, a rozkopane ulice doprowadzają do szału.

Coś w tym musi być, bo jeden egzaminator zdążył w ciągu półtorej godziny oblać osiem osób. Wszystkie zakończyły egzamin na placu manewrowym.  Facet im zaciągał ręczny po kryjomu, żeby nie zdali, czy co? Fakt, było bardzo ślisko i padał śnieg, ale przecież nie w takich warunkach ludzie jeżdżą samochodem.

W trakcie przydzielania ludzi do samochodu, jakiś facet z ośrodka tłumaczył nam, na czym polegają zadania na placu. Wszyscy siedzieli z poważnymi minami, a ja śmiałam się w kurtkę, bo chłop mówił tak monotonnym głosem, że nic nie zrozumiałam. Do tego miał płuca pojemności miecha kowalskiego, bo nie brał żadnych oddechów. Może w poprzednim wcieleniu hipnotyzował kobry.

Brzmiało to mniej więcej tak:

Przedpaństwemegzaminpraktyczny. Egzamindzielisięnadwieczęścipierwszanaplacunamewrowymadruganamieście.

Jechałam samochodem numer 28. Z panem egzaminatorem, który był najbardziej luzackim kolesiem na ziemi. A samochód był chyba prosto z salonu. Ronda nie były straszne. Hamowanie od prędkości zakończyłam po prostu w zatoczce, więc miałam dużo miejsca. Jedyny problem, jaki miałam, to wyjazd z ulicy podporządkowanej ze skrętem w lewo. Było cholernie ślisko, miałam pod górkę i z lewej nic nie było widać. Jakieś 300 metrów dalej z prawej nadjeżdżał autobus. Postanowiłam go przepuścić. Egzaminator najpierw nic nie mówił, a kiedy autobus przejechał, zrobił wielkie oczy i spytał krótko:

- Dlaczego pani nie jedzie?
- Bo chciałam ustąpić pierwszeństwa autobusowi.
- TEMU autobusowi?

Wolę mieć jeden minus za „mało dynamiczną jazdę”, niż wrócić do domu z wieścią, że nie zdałam i szykować kolejną kasę.

Kiedy dojeżdżaliśmy z powrotem do ośrodka, facet kazał mi skręcić w uliczkę z zakazem wjazdu. Wtedy ja go spytałam, czy na pewno mam skręcać. On na to:

- Nie musi pani, jeśli chce pani jeszcze ze mną pojeździć.

Zadumałam się. Uliczka okazała się drogą wewnętrzną WORDu i wszyscy nią wjeżdżali. Pan ogłosił wszem i wobec (czyli mnie i kamerce), że pani taka owaka zakończyła egzamin z wynikiem pozytywnym.

To by było na tyle. Po miesiącu od egzaminu w końcu wyrobiłam prawo jazdy. I w ramach chwalenia się, postanowiłam opisać moje przeżycia.

[Wieczorny edit: A odkąd tylko zaczęłam ten kurs, nie opuszcza mnie pewna piosenka. Nieprzypadkowa.]

PS. Zagadka.

- Jaki jest jedyny sposób, żeby zdążyć na pociąg?
- Spóźnić się na poprzedni.

Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga…

…opowiedz mu o swoich planach.

Zdarzają się takie sytuacje, kiedy nagle jeden mały element wskakuje na swoje miejsce.Jakieś zdanie, zapach, widok i moja zawodna pamięć otwiera zatrzaśniętą szufladkę. Przypominają się gesty i słowa, które nigdy nie miały być zapamiętane. Odtwarzam w głowie rozmazane historie. Składam całość jak z rozsypanych zdjęć, wywołanych w kolorach sepii. Niesamowite uczucie. Pamiętam szczegóły, których nawet nie planowałam zapamiętać. Odczuwam tamte emocje, które mną targały dawno temu.

Moi Rodzice przyjechali dziś do domu po trzydniowej wycieczce. Przywieźli spod Tatr góralskie warkoczyki i oscypki dla ceprów. Nieważne, czy góral moczył je w herbacie dla koloru czy sypał dymem wędzarniczym. Są naprawdę wspaniałe. Szczególnie na pizzy. Sprawdziłam od razu. Wgryzłam się w świeży serek i byłam bliżej gór.

Na stole znalazłam katalog z IKEA. Kuchnie. Kiedyś te katalogi walały się u mnie po każdym kącie. Mogę śmiało powiedzieć, że znałam je na pamięć. Rozmieszczenie mebli, cennik frontów szafek. Gdzie umieścić lodówkę i zmywarkę? Płyta indukcyjna na wyspie czy przy oknie? Zlew dwukomorowy ceramiczny czy jednokomorowy metalowy? Znam wszystkie za i przeciw. ;)

Mama kupiła sobie książkę. Spojrzałam na okładkę. To niemożliwe. Spojrzałam jeszcze raz.

- Zobacz, mam nową książkę. Bella. Był później taki film.
- Ale mamo, przecież my razem ten film widziałyśmy!
- Ja go nie widziałam.
- Jak to, albo w domu, albo u cioci. Na pewno razem go oglądałyśmy. Skąd bym go znała w takim razie?
- Nie, ja nie oglądałam.
- Tam jest taki facet, który pracuje jako kucharz, tak?
- No tak. On siedział w więzieniu.
- Już nie pamiętam, chyba siedział. I kobieta, która też tam pracuje i okazuje się, że jest w ciąży, tak?
- Nie wiem, może?
- I pamiętam, że na końcu leżą na plaży. Jest jakieś dziecko, ta kobieta i ten facet. Oni jadą samochodem i zatrzymują się gdzieś u rodziców.
- To ja na pewno nie widziałam. Może byłaś na tym w kinie?

Chwila zastanowienia. Ja BYŁAM na tym w kinie. Nie z mamą. Cholera. Już wiem wszystko. Dobrze, że całej fabuły nie opowiedziałam! Za to znalazłam zagubione wspomnienia.

Jest grudzień. Wszędzie wiszą reklamy przekonujące, że magia Świąt tylko z szynką za 17,98 za kilogram. Jestem w galerii handlowej. Wychodzę zza szarych, ciężkich drzwi z napisem EXIT i z płaczem dopadam ławki.

- To nie był dobry pomysł, żeby iść na ten film. Mam jeszcze gorszy humor, niż przed nim.
- Ale sama go wybrałaś. Wydawało Ci się, że będzie dobrze.
- Bo film był dobry. Tylko straszliwie smutny.
- Mogliśmy iść na coś innego. Słuchaj, przepraszam, nie wiedziałem, że to wzbudzi w tobie takie emocje.
- Ale nie o to chodzi. Piękny film. Tylko (szloch)…

Siedziałam na tej ławce z wymiętą chusteczką w garści i nie mogłam się opanować. Ani w trakcie filmu, ani idąc superdługim korytarzem po zakończeniu, ani siedząc w płaszczu, czapce i szaliku na ławce galerii. To był Kraków. To był wieczór. Ale nie mam pojęcia, co to za galeria. Mam wrażenie, że byłam w niej może ze trzy razy. Ale pamiętam, że wychodziło się z kina do środka galerii, na któreś piętro. Po lewej na przeciwko był sklep z biżuterią i prezentami. W przejściu, na takim mostku, stały ławki i wielka dracena.

Może draceny nie było. Ale był na pewno kosz na śmieci.

Płakałam jak głupia. Sama nie wiem, co w tym filmie mnie poruszyło najbardziej. Był piękny. Magiczny. Prosty. Bardzo życiowy. Żaden mężczyzna nie był supermanem. Żadna kobieta nie okazała się księżniczką na ziarnku grochu. Było tam trochę zła, kłótni i dobrej kuchni. Bohaterowie jechali pociągiem.

Tak. To dobra kuchnia i pociągi mnie wzruszyły do łez.

Żartowałam. Niewielu reżyserów potrafi zbudować atmosferę prostoty, a jednocześnie głębi. Ten film nie był przegadany. Ale wciskał w fotel, jeśli tylko posiadało się choćby krztę wrażliwości.

Zobaczcie/przeczytajcie koniecznie. Żeby sprawdzić, czy jest w Was jeszcze coś z człowieka.

A tu trailer angielski. Jak go oglądam, mam wrażenie, że chodzi o jakiś inny film. Meksykański trailer oddaje duszę filmu. Ten po angielsku jest bardziej jak film sensacyjny.

Zobaczyłam te twarze i wszystko wróciło.

Już sobie zarezerwowałam książkę, jak tylko mama ją skończy. Idę spać. Po prostu rozbolała mnie głowa. Dokładnie tak samo, jak po tamtym płaczu. Tylko teraz mogę się sama do siebie przytulić. I jest mi z tym dobrze. Dobranoc :)

23 lutego, godzina 23:47

Geografia geografią, a jeść trzeba

Czeko-czeko-czekolada! Dla wszystkich przepyszna czekolada co dnia, takiej nie oprze się nikt. Każdy, kto szczęścia raz spróbować by chciał, coś tam, coś tam, coś tam, bla bla bla!

Ładnie się zaczyna. Więcej (grzechów) nie pamiętam.

Z serii „żeby nie zapomnieć”, wrzucam dwa proste przepisy, które się sprawdzają niezależnie od nastroju, fazy księżyca czy hektopaskali. Geografia uczuć mnie wygłodziła. Z każdym zdjęciem robiłam się coraz bardziej głodna. Ale trzymam się danej obietnicy, że nie będzie tam o jedzeniu. Będzie tutaj, cha cha. Wszystko się da, jak się tylko chce.

Dziś: naleśniki i pralinki czekoladowe.

Naleśniki

Co by tu napisać. Znacie kogoś, kto nigdy nie jadł naleśników? Zróbcie mu taki klasyk, nie powinien odmówić. Ja lubię takie zwykłe, bez żadnego ubijania piany, bez kombinowania. Patelnie non-stick w dłoń i do dzieła (za dużo angielskojęzycznych blogów czytam, jak to jest po naszemu? Patelnia nieprzywieralna?).

Czas przygotowania: 10 minut | Czas oczekiwania: 30 minut | Czas pieczenia: 20 minut | 16 sztuk

Składniki:

  • 200 g mąki pszennej
  • 250 ml mleka
  • 250 ml wody (dobrze sprawdza się gazowana)
  • 2 jajka
  • szczypta soli

 


Dodatkowo: coś do smażenia – masło, olej, smalec, oliwa.

  1. Wszystkie składniki na ciasto dokładnie wymieszać rózgą kuchenną i odstawić na 30 minut.
  2. Po tym czasie rozgrzać patelnię i wysmarować tłuszczem. Zamieszać ciasto i chochelką (so cute) wlewać na patelnię w takiej ilości, żeby rozlało się cienką warstwą. Gdy powierzchnia jest sucha, odwrócić i dosmażyć.
  3. Kłaść na odwrócony do góry dnem talerz. Co kilka naleśników można ponownie nasmarować patelnię. Amen.

 

Wersje hard, czyli z gratisami. Do ciasta należy dodać odpowiednio jeden z wymienionych składników, kilka naraz lub wszystkie. Zależnie od farszu i odwagi kucharza:

  • łyżka posiekanych świeżych ziół: koperku, bazylii, zielonej pietruszki, tymianku, estragonu;
  • łyżka koncentratu pomidorowego;
  • łyżka ostrej pasty paprykowej;
  • łyżka suszonego czosnku;
  • łyżka wymieszanych suszonych płatków pomidorowych i ziół prowansalskich;
  • 40 g sklarowanego masła/oliwy;
  • 3 łyżki brązowego cukru;
  • świeży, grubomielony pieprz kolorowy.

 

Pralinki czekoladowe

Klasyk czekoholików. Składniki:

  • czekolada.

Czas przygotowania: 10 minut | Czas schładzania: od 15 minut do całej nocy | Czas jedzenia: zbyt szybki

Dodatkowe składniki:

  • kolorowa posypka confetti
  • jadalne srebrne i złote kulki do dekoracji
  • ziarna słonecznika, dyni
  • suszona ostra papryczka chilii
  • prażone drobno posiekane orzechy
  • wiórki kokosowe
  • kakao
  • kolorowy mielony pieprz i gruboziarnista sól
  • cokolwiek jeszcze znajdziecie jadalnego i komponującego się ze smakiem czekolady.

 

Suche(!) silikonowe foremki- specjalne na pralinki lub na kostki lodu.

  1. 80% czekolady* roztopić w kąpieli wodnej (rondelek + metalowa miseczka) lub w mikrofalówce (ceramiczna miseczka, wysoka moc, mieszać co 10 sekund, aż się roztopi).
  2. Zdjąć z ognia lub wyjąć z mikrofalówki i dodać pozostałą czekoladę. Mieszać do roztopienia wszystkich kawałków.
  3. Spróbować. Jeśli czekolada jest zimna – lekko podgrzać. Jeśli jest ciepła – chwilę schłodzić. Znów spróbować. Yummy.
  4. Przygotować foremki. Można je teraz wysypać dodatkami, na przykład kakao lub papryką. Wylać część czekolady, włożyć dodatki, wylać resztę czekolady.
  5. Potrząsnąć foremkami, żeby nie zostało w nich powietrze. Schłodzić.
  6. Delikatnie rozciągając foremki, wypychać czekoladki i zjadać jedną za drugą. Tak. Jeśli zrobicie każdą z innym dodatkiem, będziecie mogli powiedzieć, że tylko próbujecie każdego smaku.

 

Jeśli chcecie podać takie coś ludziom, możecie każdą pralinkę włożyć do miniaturowych papilotek. O ile zdążycie wyrwać je z rąk tłumu.

* 10% zjeść przy łamaniu, pozostałe 10% zostawić dla schłodzenia roztopionej czekolady

Po takiej akcji jestem cała w czekoladzie. Aparat też. Przedstawiamy sobą „słodki” widok, mimo 45% tłuszczu kakaowego w niby gorzkiej czekoladzie. Kolacji nie zjem. Tyle razy oblizywałam palce przy mieszaniu czekolady, że nie jestem głodna. Jeśli się domyję, wrzucę zdjęcia. Trzymajcie kciuki.

Spojrzałam na ten przepis. Sześć punktów! A to tylko się roztapia czekoladę i wlewa do foremek. Wygląda na to, że jestem dokładniejsza, niż niemiecka instrukcja obsługi.

18 lutego 2012. Wyszły. Są pyszne, tylko czemu tak mało?

Additional informations.

Jeśli chcecie zrobić pancakes, a nie naleśniki, możecie zrobić to według przepisu Nigelli. Kiedy słucham jej słów, oznajmiających, że to PERfect pancakes, sama mam na nie ochotę. Zazdrość mnie zżera, kiedy widzę jej spiżarnię!

I już ;)

Fado, fado… (z muffinkami w roli głównej)

Słyszeliście o fado? O przeznaczeniu, melancholii, smutku duszy? Dziś taki dzień specjalnie na fado przeznaczony. W trójkowej Sjeście brzmiał utwór za utworem. Szkoda, że nie ma ich na Playliście. Z chęcią posłuchałabym jeszcze raz tych niesamowitych dźwięków gitary, głosów porywających myśli, słów rozdzierających serce.

And I will always love you. Można było usłyszeć te słowa wszędzie i nie miało to nic wspólnego z radosnym wstępem do czternastolutowych obchodów. Nawet do mnie to dotarło. Do mnie, odciętej z własnej woli od mediów i przerażających wiadomości. Słuchałam właśnie kojącego głosu Marcina Kydryńskiego i mieszałam składniki na pomarańczowe muffinki z czekoladą. Słucham, słucham i nagle dotarły do mnie jego słowa o hołdzie, złożonym Whitney. Myślę sobie, o czym on mówi? Ale kiedy powtórzył po raz kolejny, nie potrzebowałam już żadnych wiadomości. Fado wystarczyło.

Nie dać się zwieść pozorom, uładzonym sprawom i zbyt jaskrawym, narzucającym się rozwiązaniom. Rozpoznać uśmiech w oczach bliskich. Dobro w zwyczajnym geście. Piękno w prostocie dnia. Lato w aromacie wydobywającym się z obranych pomarańczy. Rozkosz w kawałkach czekolady, posiekanej ostrym nożem kuchennym.

Snugly wrapped. Oznacza to nie mniej, ni więcej, tylko ciepło opatulony. Opatulać. W pajęczynę miłości. Zostawiać miejsce na przestrzeń do oddechu. Na szalone sny o szalonej przyszłości. Budzić się rano i bardzo nie chcieć otworzyć oczu. Opatulić się kołdrą, zaczynając od czubków palców u nóg i na czubku głowy kończąc. Trwać w mroku. Odtwarzać minuta po minucie sen tak wspaniały, że przerastający marzenia. Leitmotiv: „spełnienie dobra”.

Może trzeba wziąć stary, pożółkły zeszyt w kratkę z napisem Brulion Akademicki, cena delaticzna zł 8,50? Zapisywać wspomnienia piórem wiecznym, brudząc przy tym palce atramentem. Kiedyś tak się ubrudziłam, że wyglądałam jakbym była panienką z dziewiętnastowiecznej szkoły, która wybiegła na pauzie po słodką bułeczkę do piekarni na rogu.

Po latach otworzyć i dotknąć opuszkami palców wyblakłego pisma, gładkich zakurzonych kartek. Przerzucić kilka stron, delikatnie gładząc brzegi i okładkę. Spojrzeć na siebie po latach z perspektywy czasów minionych. Zatęsknić znów za zapachem czekoladowo-cytrusowych babeczek. Tak słodkich, że pewnie wskaźnik GDA dla cukru i węglowodanów przekracza 100% dziennego spożycia.

Muffinki cytrusowo-czekoladowe

Adapted from WhiteOnRiceCouple ‚Blood Orange Chocolate Chunk Muffin Recipe’

Oryginalny przepis mówi o użyciu 4 czerwonych pomarańczy. Ja zastąpiłam dwie pomarańcze czerwone jedną zwykłą pomarańczą i jedną cytryną. Ważne, żeby ilość soku starczyła i do muffinek i do glazury :)

Składniki suche:
1 3/4 szklanki (275g) mąki pszennej tortowej
1/4 szklanki (50 g) cukru
1/4 szklanki (50 g) brązowego cukru
1 1/2 łyżeczki (6g) proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki (2g) sody
1/4 łyżeczki (1g) soli morskiej
Skórka starta z dwóch pomarańczy czerwonych, jednej zwykłej i z jednej cytryny
6 oz. (170g, niecałe dwie tabliczki)  ciemnej lub deserowej czekolady, posiekanej na drobne kawałki

Mokre składniki:
1/2 szklanki (115g) niesolonego masła, rozpuszczonego i ostudzonego
2/3 szklanki (155ml) świeżego soku z cytryny oraz pomarańczy
1 lyżeczka (5ml) syropu waniliowego lub ekstraktu waniliowego
2 jajka, lekko ubite

Glazura:
1/4 szklanki (50g) cukru
1/4 szklanki (60ml) świeżego soku z pomarańczy lub mieszanki pomarańczy i cytryny

Rozgrzej piekarnik do 200 stopni Celsjusza.
Formę na 12 standardowych muffinek lub jeśli masz nieco mniejsze, na 16 muffinek, wyłóż papierowymi papilotkami lub silikonowymi.

1. W dużej misce wymieszaj dokładnie wszystkie suche składniki. W miseczce wymieszaj dokładnie wszystkie mokre składniki, aż masa będzie jednolita.

2. Wlej mokre składniki do suchych i kilkoma ruchami od spodu miski szybko wymieszaj. Pamiętaj, zeby tylko połączyć składniki i nie przesadzić z mieszaniem. Im krócej, tym lepiej.

3. Łyżką lub łyżką do lodów nakładaj ciasto do foremek niemal do pełna. Piecz około 20 minut aż będą złocisto-brązowe i pięknie wyrosną. W tym czasie w małym rondelku podgrzewaj sok i cukier, aż do rozpuszczenia cukru. Zdejmij z ognia i odstaw.

4. Wyjmij muffinki z piekarnika, w każdej zrób kilka dziurek wykałaczką i dokładnie polej glazurą (około 1 łyżka stołowa na muffinkę). Odstaw na pięć minut, po czym wyjmij z foremek i przełóż na kratkę do ostudzenia.

W czasie pieczenia zapach z piekarnika jest tak nęcący, że nie sposób oderwać oczu od szybki :)

 

A kiedy już będziecie siedzieć przy Waszych muffinkach, zamknijcie oczy. Powąchajcie, spróbujcie i powiedzcie jak Prorok do zgniatanego zębami jabłka:

Twoje nasiona będą trwały we mnie, a twoje przyszłe pąki rozkwitną w moim sercu; twój aromat będzie moim oddechem i razem będziemy się cieszyć.

A zaraz potem nakarmcie duszę fado w wykonaniu Marizy. Radość i siła tej kobiety niech będą też Waszym udziałem.

:)

PS. W moich żyłach płynie czekolada.

Życie jest grą. Ta gra jest sposobem na życie.

Sonia Raduńska w Kartkach z białego zeszytu pisze:

W świetlistym lesie, pełnym kobiecej energii moje spotkanie z Babą-Jagą. Zadzierając głowę, widzę pomiędzy drzewami ogień słońca. Ona ma czarne bezlistne paluchy pokryte strzępami pajęczyny. Mówię do niej:

Daj mi ogień!

Daj mi odwagę!

Daj mi mężczyznę!

- Dlaczego miałabym ci dać? – pyta.

- Bo cię o to proszę?

Tyle. Schodzę w stronę leśnego traktu. Po drodze sikam.

 

Prawie jak haiku! Ostatnio jem dużo dobrych rzeczy. Jak zwykle.

  • Ziemniaki pieczone w mikrofalówce na śniadanie. Jak z ogniska! Do tego masło i chleb. Proste.
  • Naleśniki z ziołami i pikantnym farszem z salsą. Na deser naleśniki z sosem waniliowym, rodzynkami i skórką cytrynową. Proste.
  • Zielona zupa z groszkiem, fasolą i sosem miętowym. Zimowa, bo częściowo potraktowana blenderem, a potem hojnie doprawiona śmietanką kremówką. Najlepsza dzień później. Proste.
  • Sałatka coleslaw z cytrynowym vinaigrette. Pokrojona jak warzywa do chińskiego woka, lekko ugnieciona rękami, żeby smaki się wymieszały. Odstawiona na kilka godzin. Proste.
  • Pieczone ziemniaki (najlepsze według przepisu mojej Siostry!) z pstrągiem i sosem koperkowym. Dużo soku z cytryny. Świeżo zmielony pieprz. Przyprawa z suszonych pomidorów, czosnku i oregano. Proste.

 

Jeśli życie jest grą, oto jej reguły. Prostota myślenia. Otwartość na nowe smaki życia. Uśmiech przy obiedzie. Promień słońca na drewnianym stole. Pojedyncza żaba w trawie. Proste? To tyle. Spis cudów (<-klik!), dla których warto żyć.

Zytka Maurion :)

PS. Jeśli marzenia służą do spełniania (się), to do czego służy upadanie?