Nikiszowiec w Katowicach

Jakiś czas temu umówiliśmy się z Mańkiem na rower. Chciałam wreszcie zwiedzić Nikiszowiec, a nie ma lepszego środka transportu, niż właśnie taki. Ta niezwykle charakterystyczna dzielnica Katowic była mi bardzo długo obca. Pojechaliśmy tam jakimś skrótem, przez park i las – skrótem, którego nigdy nie znajdę na żadnej mapie i na żywo tym bardziej. Miejsce wyłoniło się przed nami w pełnym słońcu. Piękne!

Nikisz

Na Nikiszu, jak mówią na niego tutejsi, przewijają się ekipy z kamerami. To ponoć „Śląsk w pigułce” – ma piękne uliczki, specyficzne place przed kamienicami, czerwone ramy okienne, mnóstwo przejść między jednym podwórkiem a drugim. I mieszkali tutaj też robotnicy, więc ludzie mówiący po Śląsku. I z charakterem.

Ja zwiedziłam i jestem pod wrażeniem.

Czerwone obramowania okien – każde okno tak wygląda. Klinkierowe parapety, ceglane ściany, zaułki. Niesamowite miejsce.

Miejsca naprawdę jak z planu filmowego.Każde zachwycające, warte uwiecznienia. I co? Oczywiście nie wzięłam drugiej baterii do aparatu. Każde zdjęcie to moment wahania – uda się, czy się nie uda?

Można jeździć rowerem, przechadzać się po bruku, usiąść obok kościoła przy kawiarence i popijać kawę. Do kawy polecam muffinki cytrynowe z makiem – to był właśnie nasz zestaw. Przepis jeszcze dziś. :) Oto i one:

PS. Zajadając w kawiarni muffinki do niedzielnej kawy, możecie obserwować zjawisko bardziej powszechne, a niezmiennie budzące uśmiech na mojej twarzy – ludzie „przychodzący” do kościoła. Na tym zdjęciu kościół byłby po lewej stronie. Czy trzeba dodawać, że po drugiej stronie ulicy?

Wyjątkowo dziwny sklep

Dziś byliśmy na rowerach. Wyjechaliśmy z Chorzowa, mieliśmy jechać do parku na rundkę rowerową i z powrotem, a wyszła wycieczka krajoznawcza. Trafiliśmy przez teren byłej kopalni Prezydent, przez tereny Huty Kościuszko i przez Rezerwat Żabie Doły do Piekar Śląskich. Trochę to było niespodziewane, bo nikt z nas nie wiedział, gdzie wyjedziemy. Te wszystkie miasta na Śląsku są połączone i czy jest się w Chorzowie, Bytomiu, Siemianowicach czy Piekarach to najlepiej widać na tablicach z nazwą miasta. Poza tym, jest to dla mnie zupełnie nieoczywiste.

Wycieczka była piękna. Mnóstwo miejsc, gdzie zrobiłabym zdjęcie za zdjęciem. Hałdy, zarośnięte tory do huty, ruiny betonowych bunkrów, zarośnięte stawy. I między ogródkami działkowymi, przy starej ceglanej kamienicy, stał samochód z podniesioną maską. Jechaliśmy kamienistą drogą, cisza jak makiem zasiał. Nagle z okolic samochodu wydobyła się genialna piosenka. Kiedy jedzie się półtorej godziny niemal w kompletnej ciszy i jedynym dźwiękiem jest szum pod kołami, dobra muzyka potrafi wryć się w mózg. Aż do powrotu do mieszkania ciągle ją nuciłam.

Spotkaliśmy po drodze niezwykłą panią. Pracowała w sklepie w Piekarach. Cała otoczka była już ciekawa, bo wąziutki sklep nosił miano Tradycja. Otwarty w niedzielę biznes, przyciągał nie tylko pieczywem (które obsiadały od czasu do czasu wygłodniałe muchy), ale też innymi dobrami. W tym masłem extra 200 g za 3,75. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że cały karton masła stał na ladzie chłodniczej, a sklepie było ze dwadzieścia pięć stopni. Myślę, że nad chłodziarką nawet więcej.

W lodówce pływały śledzie, zbrązowiałe od starości. Obok walnięta była na jakiś kiełbasach tacka z kotletem i inną, niezidentyfikowaną masą mięsną. Wyglądało to tak, jakby ktoś brudną łapą chwycił część i uciekł. Ciasta, leżące również nad ladą, wyglądały jakby były już nieco podstarzałe.

Pani ekspedientka mogła spokojnie stanowić wzór dla wszystkich kobiet z seriali typu Ranczo. Blondynka z hełmem z włosów na głowie, mocnym makijażem i obcisłą bluzeczką. Na to miała ubrany fartuszek. Przy kasie wyłożyła (a może zrobił to ktoś kilka dni wcześniej?) sałatki z tuńczykiem, kukurydzą i innym dobrem. Takie, które zdecydowanie powinny leżeć w lodówce. Przy plastikowych pudełkach na sałatki usadowiły się w większym pojemniku cztery powoli dogorywające nektarynki. Brzoskwinie? Cokolwiek to było, wyglądało okropnie.

Pod nogami leżały skrzynki z ziemniakami, podwiędłymi rzodkiewkami i chyba szpinakiem. Jeśli wylot ciepłego powietrza z lady chłodniczej jest odpowiedni dla rzodkiewki i ziemniaków, to ja widocznie żyłam w błędzie.

I jak tu robić zakupy w takim sklepie? strach dotknąć czegokolwiek. Zdecydowałam się na pierniczki toruńskie, bo przynajmniej były oryginalnie zapakowane i daleko od ciepła. O ile tam cokolwiek było daleko.

To było coś, co widuje się na filmach. o tego zazwyczaj leci smętna, nastrojowa muzyczka, a przed sklepem stoi ławeczka dla stałych bywalców. I chodzą kury, dziobiąc ubitą ziemię. Tutaj zjawisko było między blokami, niedaleko głównej ulicy. Da się, jak widać, zrobić wiochę w mieście. Taka, wiecie, nowa świecka tradycja.

lasy i filmy

Ponieważ onet postanowił zrobić sobie żarty z mojego pieczołowicie wpisywanego tekstu, ja postanowiłam się nie dać i spróbować odtworzyć powoli to wszystko, co straciłam. Pamiętam to, jakby działo się dziś…

Był 13 dzień kwietnia 2014 roku. W telewizji leciał Con Air – Lot skazańców z Nicolasem Cage’m i paroma innymi szaleńcami, co to potrafią przeżyć największe katastrofy, włącznie z pożarem albo zmiażdżeniem przez ciężarówkę, walec i koparkę w jednym. I do tego, odbijając się od drutów wysokiego napięcia, spadają zupełnie bezboleśnie pod stopy ukochanej. Bez jednego zadraśnięcia. Lekko spoceni. Ale tylko lekko.

Ach, ta Ameryka. John Malkovich, John Cusack. Sami Jasie. A jak grają! Co chwilę chowałam głowę, więc żeby jednak nie tracić czasu na obawianiu się o życie głównego bohatera, postanowiłam sprawdzić, ile kilometrów pokonaliśmy tej niedzieli we trójkę z moim Mężczyzną i znajomym Grzesiem. Wyszło mi czterdzieści. A dwa lata wcześniej dziesięć było ponad moje siły! Oto obrazek trasy:

Trasa pokazana jest na mapce dostępnej na stronie Lasów Państwowych –
http://www.lasy.gov.pl/nasze-lasy/mapa-lasow
. Jeśli tylko lubicie jeździć po lasach, zobaczycie tam każdą ścieżkę, która istnieje w lesie. Naprawdę wspaniałe narzędzie obliczania, wyszukiwania i planowania trasy. Polecam! :)

PS. Zawsze to lepiej między jednym efektem specjalnym a kolejnym mordobiciem w filmie robić coś pożytecznego, niż chować się pod kołdrę.

eSPeDe dla mięczaków – część 1

Czyli o mnie i rowerze. W nowym wydaniu. Takim, wiecie. Co to nie dość, że ułatwia jeżdżenie, to jeszcze buty wygodniejsze. Najpierw zaczarował mnie Park Śląski Wojewódzki Park Kultury i Wypoczynku. Tak. Bo to, że ktoś sobie tam zmienił nazwę, nie znaczy jeszcze, że ludzie tukej tak godeją.

Albo jak to się tam mówi.

Czytaj dalej

Lista, lista

Wczoraj słuchałam LP3 i pan Niedźwiedzki przeczytał mail od faceta. Facet nie słuchał Listy przez jakieś dwadzieścia lat! A tu włącza i na pierwszym znów Depeche Mode. Nic się nie zmieniło. Widać nie tylko moda powraca.

Kurczę, miałam ambitne plany opisać to wszystko, co w ostatnim tygodniu udało nam się zjeść. Jedna mała butla gazowa, trochę rzeczy i danie w dziesięć minut gotowe. Pełen sukces za każdym razem. A dziś rano danie w trzy minuty. Świeży makaron z topionym masełkiem, twarogiem i masą cukru. Jak w dzieciństwie. Mmmm. To jest dopiero comfort food!

Czytaj dalej

Rower to jest świat

Dzięki mojej kochanej siostrze ciotecznej mogłam jeździć do pracy rowerem. A skoro już miałam w planach podróże bez biletu, spoconych tłumów na karku i innych gratisowych nieprzyjemności komunikacji miejskiej, czułam się bardzo usatysfakcjonowana możliwością wyboru trasy i późniejszym jej wykonaniem.

Ze skutkiem nieco odbiegającym od zamiarów.

Powiedzmy, że jedynie dziś jechałam dokładnie ustaloną trasą. Tą samą w obie strony. Pierwszy raz spotkała mnie taka przygoda, ale byłam bardzo uparta i chciałam sprawdzić, jak to jest  trafić bez problemów i wahań. Nieźle jest. Nie trzeba się zastanawiać, gdzie wyjadę i dlaczego nie tam, gdzie chciałam.

Chociaż jeden pan, mijając mnie na schodach ze swoim rowerem, przyznał, że Warszawa nie jest miastem dla rowerzystów… i chociaż się z nim akurat wtedy zgodziłam, dźwigając swój rower z trasy W-Z po schodach aż pod Zamek Królewski, to moim zdaniem Warszawa JEST miastem dla rowerzystów.

Nie tak, jak Amsterdam, ale jest. Zresztą, co ja tam wiem o Amsterdamie.

U mnie w mieście każde przekroczenie pasów dla pieszych na rowerze skutkuje niemal natychmiastowym mandatem, jeśli w pobliżu jest Policja lub Straż Miejska. Tak samo kończy się przechodzenie poza pasami na przystanek, przebieganie przez płotki oddzielające pasy ruchu i tak dalej. A tutaj? Tu poza mną (pierwszego dnia) nikt nie zsiadł z roweru i po prostu każdy przejechał sobie na drugą stronę. Spróbowałam i żyję.  Próbowałam regularnie i namiętnie wręcz. Zero mandatów! Pora się odzwyczaić, bo niedługo koniec przygody ze stolicą.

Jazda na rowerze z samego rana, na przykład o siódmej, ma też pewne wady, jak konieczność posiadania zapałek w oczach albo przypięcia sobie górnych powiek do brwi spinaczami od bielizny.

W sobotę na przykład postanowiłam pojechać do pracy na rowerze i załatwiłam sobie tym pobudkę o szóstej. Jako że długo nie musiałam (z własnej ani niczyjej woli) wstawać tak wcześnie, w ogóle nie mogłam zasnąć i w rezultacie budziłam się co pół godziny z poczuciem, że już się spóźniłam.

Pomimo gruntownego przygotowania wszystkiego dzień wcześniej, ubieranie zajęło mi pół godziny. Nie mogłam nic znaleźć (a każdy element garderoby wyjęłam

w piątek z szafy i rozłożyłam po drodze, żebym była zmuszona się o to potknąć. I do tego miałam szybką gimnastykę przy podnoszeniu wszystkiego z dywanu).

Drugie pół godziny szukałam wszystkich kosmetyków, począwszy do dezodorantu. Albowiem postanowiłam wieczorem sobie „ułatwić” życie i wszystko postawiłam w łazience. Obszukałam dokładnie miejsca w pokoju, gdzie do tej pory kładłam kosmetyki, zanim się zorientowałam, że wszystkie stoją na pralce.

W końcu pomysł malowania się i tak legł w gruzach, bo było gorąco, później jechałam przecież na rowerze, dalej nie widziałam na oczy i mogłoby się to skończyć trwałą ślepotą i końcowym rozmazaniem wszystkiego przy okazji mycia twarzy. Jedzenie za to zajęło mi trzy minuty… Więcej czasu już nie miałam.

Peace forever!

Wasza Zytka

Potrzebujecie inspiracji? Proszę bardzo. Trafiłam na Loesje (dwa pierwsze zdjęcia), kiedy czekałam przed przejściem dla pieszych. Dziś wsiąkłam na dłużej i przeczytałam teksty z plakatów. Jak określiłby to kabaretowy bohater z Moralnego Niepokoju:

Rzutkie. Chybkie. Spolegliwe. I żeby nie było miałkie!

Tutaj ich znajdziecie: http://www.loesje.pl/

Maraton i tapenade

Przejechałam dziś jakieś 55 kilometrów rowerem, jeśli wierzyć mapom z Googla. Z czego dwadzieścia zrobiłam totalnie niechcący, bo miałam ochotę sprawdzić, dokąd dojadę Mostem Śląsko-Dąbrowskim. Nigdy nie przejeżdżałam go rowerem i dziś już wiem, dlaczego. Kiedy jadąc w różne strony, po raz trzeci wyjechałam w tym samym miejscu Północnej Pragi, a zaczęło zmierzchać, spytałam w końcu jakąś kobietę, gdzie jestem i jak mogę się dostać do innej części Warszawy.

Jak usłyszała, skąd jadę i dokąd, i ile razy jechałam już tymi samymi ulicami, zrobiła taką minę, jakbym co najmniej rozmawiała z nią na wylotówce do Gdańska, gdzieś w okolicach Łomianek. A tymczasem wystarczyło wrócić kolejny raz niemiłosiernie długą, ale w miarę prostą drogą, omijając wykopy (nasza stolica będzie mieć dumną drugą nitkę metra, więc pół miasta jest nieprzejezdne) i już dotarłam do miejsc, które rozpoznaję, czyli pod Stadion Narodowy. Po Euro2012 to już pewnie 99.9% Polaków go rozpoznaje.

Warszawa mnie bardzo zaskakuje. Moje nogi też to czują. Na pewno nie stracę kondycji przed wyjazdem w góry. A myślałam, że będę łączyć pracę z nieco mniej aktywnym wypoczynkiem. :P

Ale jaki dobry obiad dziś sobie zrobiłam. Prosty, niewyszukany, chociaż może część składników dość oryginalna. Wszystko, zapewniam, pasowało do siebie. Pomimo początkowego poczucia, że wcale niekoniecznie.

 

Smażony makaron z tapenade, indykiem, pieczonym oscypkiem i pomidorową sałatką z sosem balsamicznym

 

Prawdziwe dziwaki, czyli Stacja Warszawa 5.5

Albo coś ze mną nie tak, albo wyglądam jakoś szczególnie, albo mam na czole wielki napis: Podejdź do mnie! Normalnie bez względu na to, jakim środkiem transportu się poruszam, czy idę na piechotę, czy jadę rowerem, czy autobusem, zasada działa. Zawsze, no zawsze, przylezie ktoś, będzie czegoś ode mnie chciał, albo tylko będzie chciał spytać, czy może chcieć coś ode mnie.

Dzięki M., która wyjechała na Opener’a, mam rower! I korzystam z tego, ile się da. Przejechałam dziś ze trzydzieści kilometrów. Trochę się bałam, że od razu się zgubię. Ale to nie takie łatwe na prostej drodze.

Trzy historie, trzy biedronki. W Ogrodzie Botanicznym była ich cała plaga!

Scenka nr 1. Obok murów obronnych Starego Miasta

Siedzę na ławce. Rower przypięłam do płotka, nogi uwolniłam z sandałów, wyjęłam (już) ciepłą wodę mineralną i reklamówkę z suchym chlebem. Zaczęłam swoją ucztę i pojawił się facet w koszuli. Ubrany zwyczajnie, nie jakoś obskurnie i nie nazbyt elegancko. Stanął przede mną. Z grzeczności zdjęłam okulary i usiadłam trochę mniej „luźno”.

On: Spokojnie, proszę się nie szykować, to nie jest napad! Chciałem tylko o coś spytać.
Ja: Słucham.
On: Nie ma pani może złotówki?
Ja: Nie mam, ale mam chleb. Mogę panu dać, jeśli pan potrzebuje.
On: A, chleb. To nie, chleb to ja mam w domu. No to przepraszam, miłego dnia.
Ja: Wzajemnie.

Facet poszedł. Następnych ludzi pytał o papierosa.

Scenka nr 2. Przed katedrą świętego Jana

Stałam na przeciwko katedry, żeby zobaczyć wszystkie herby, portale i inne takie tam cuda. Oparłam się o mur i… przykleiłam do wielkiej pajęczyny przy rynnie.  Kiedy obierałam się z nitek, podeszło do mnie dwóch starszych panów. Jeden mówił cały czas, drugi tylko się śmiał razem ze mną.

Pan nr 1: Oj, panienka się przykleiła do muru!
Ja: Widzi pan, a chciałam tylko zobaczyć, jakie herby tu są na katedrze.
Pan nr 1 (zadzierając głowę do góry): Mieszkam tu tyle lat, a nie mam pojęcia!

Opowiedziałam panom o wszystkich trzech herbach, miałam je ślicznie opisane w notatkach cioci. Okazało się, że nie mieli pojęcia o ich istnieniu. Najciemniej pod latarnią, jak to mówią. Potem pan spytał, skąd jestem i okazało się, że nazwa nie jest mu obca.

Pan nr 1: Ja wiem, gdzie pani mieszka, bo ja zjeździłem całą Polskę wzdłuż i wszerz, setki razy, ja dobrze wiem, gdzie to jest!
Ja: To pan dużo podróżował?
Pan nr 1: A tak! A teraz to nawet bez mapy jeżdżę, bo ja już wiem, gdzie jadę. Ja to mówię, że na węch jeżdżę.
Ja: Na węch?

I tu zaczęła się dopiero historia…

Pan nr 1: No, kiedyś to nawet znajomej powiedziałem, że nie wiem, jak do niej dojechać. Ale wiedziałem. Ale tak jej powiedziałem, żeby było wesoło. I poprosiłem ją, żeby mi dała swoje skarpetki, to po nich trafię na miejsce. Jak jadę gdzieś na kilka dni, to wrzucam zawsze do bagażnika jakieś koszulki, ze dwie pary skarpetek. Czystych, oczywiście. I kiedyś jak pojechałem do tej znajomej, to wypadły mi te skarpetki z bagażnika. No to jej powiedziałem, że to właśnie tamte skarpetki, dzięki którym dojechałem. Wszyscy się śmiali.
Ja: Świetnie, ma pan poczucie humoru!
Pan nr 1: A pewnie, jest wesoło!

Potem pan był ciekawy, gdzie mieszkam. Nie wdając się w szczegóły, powiedziałam, że mam rodzinę w Warszawie. I tu pan zaczął mi śpiewać piosenkę o tym, że rodzinka jest najważniejsza, że dobrze mieć rodzinkę. Nie mogę teraz znaleźć tekstu, ale był pogodny i humorystyczny.

Na koniec życzyliśmy sobie dobrego dnia i pan poszedł z kolegą. Kolega przed odejściem jeszcze powiedział mi, że w środku jest grób kard. Wyszyńskiego. Uśmiechał się przy tym bardzo miło. Pewnie też miał sporo ciekawych historii do opowiedzenia. W takich chwilach mam ochotę zaprosić ludzi na herbatę i słuchać bez końca.

Scenka nr 3. Rynek Starego Miasta

Pojechałam wczoraj wieczorem obejrzeć kamieniczki. Chociaż cały czas grzmiało i się błyskało, chciałam skorzystać za namową cioci z możliwości zwiedzania miasta i zobaczyć jak najwięcej. Akurat jak dotarłam do Rynku, zaczęła się normalna, regularna burza. Parasola nie wzięłam, bo wcześniej już lało ze trzy razy i jak dla mnie, dzienny limit był wyczerpany.

Schowałam się pod parasolem, wystającym z jednego z ogródków i tak stojąc, oglądałam kamieniczki i czytałam z przewodnika co ciekawsze rzeczy. Im bardziej lało, tym więcej piorunów się pojawiało (nie dam sobie głowy uciąć, że jedno to przyczyna, a drugie skutek). Ale przynajmniej widziałam tekst od czasu do czasu.

Przez płytę Rynku przeszedł facet ubrany jak kucharz. Biała bluza kuchenna, czarna zapaska na spodniach, biała czapka budyniówka. I do tego ogromny, niebieski parasol. Wyglądał bajecznie. Jak Papa Smerf. Chciałam mu zrobić zdjęcie  znienacka. On jednak zatrzymał się zaraz przy mnie i zaczął gadać z kelnerami w „moim” ogródku. Z odległości 10 cm trudno zrobić po ciemku zdjęcie z ukrycia bez lampy. ;)

Po chwili rozważań, gdzie siedzi więcej ludzi i ile udało się zarobić, pan kucharz poszedł sobie dalej, a ja wróciłam do szukania kamienicy, w której mularz zamurował czarnego kota, zamiast dziewicy. Cóż za wspaniałomyślność z jego strony, nie sądzicie?

Kiedy znów naszykowałam aparat, facet podszedł do mnie i zagaił rozmowę. Był nieco zaskoczony, że ktoś o dziewiątej wieczorem zwiedza Warszawę. I też wiedział, skąd jestem. Kiedyś mówiłam wszystkim pytającym, że jestem z Krakowa, ale odkąd mówię prawdę, to okazuje się, że większość osób albo potrafi doskonale zlokalizować moje miasto, albo ma tam rodzinę/znajomych/przyjaciół.

Pan ma u mnie w mieście brata. I ma na pewno, bo podał nazwę dzielnicy, którą może znać tylko tubylec. ;)

Potem niestety, pan postanowił przejść na ty, a w końcu zaczął wypytywać, co na moje podróże mówi chłopak.  Szybko nakreśliłam mu moją teorię, stworzoną właśnie do odpowiadania na głupie pytania. Zrozumiał, zgodził się ze mną i przeszedł do komentowania mojej urody. Ach. Och. Jaka piękna opalenizna! To ostatnie to raczej zgadywał, bo niby co widać spod kaptura kurtki. Po chwili zaprosił mnie na kawę. Albo na spotkanie. Albo co chcę.

Nie lubię, kiedy ktoś zaczyna się narzucać, po czym ściska mnie i twierdzi, że jest taki uczuciowy i czuły. Powiedziałam wprost, że źle się czuję, że nie życzę sobie obściskiwania.

I szybko się pożegnałam.

Dziś jechałam na rowerze, zobaczyć w ciągu dnia moje ulubione kamieniczki i facet łaził w tym ubranku po Rynku. Widocznie tam pracuje. Strzeżcie się go. ;)

Ale spotkałam też dwóch bardzo miłych panów, którzy nic ode mnie nie chcieli, a jeszcze mi bezinteresownie pomogli. Jeden podwyższył mi siodełko, bo miałam kolana na wysokości nosa. Ot tak, chociaż mógł sobie za to zażyczyć kasę, bo pracował w Cafe Wygodny Rower. Jeździłam do tej pory autobusem i nawet nie wiedziałam, że jest taki fantastyczny punkt niedaleko Ronda de Gaulle’a (rondo z palmą). Jutro idę tam na kawę. I popatrzeć sobie na fajnych panów, którzy znają się na kluczach od roweru.

I właśnie znalazłam na ich stronie informację, że mają jeszcze punkt na Muranowie i w Wilanowie. Czyli, że jakbym potrzebowała pomocy, to z pracy będzie niedaleko do punktu przy ul. Stawki 19. A jakbym się porwała na niedzielne zwiedzanie Wilanowa też na rowerze, to gdzieś tam też mają punkt. Stawki 19. Może jak to sobie powtórzę ze trzy razy, to zapamiętam. A może da się tam zaparkować rowerem? Bo jakoś nie bardzo widzę miejsce roweru na piątym piętrze, w sali z kilkoma innymi osobami i milionem pudeł z dokumentacją z projektu do sprawdzenia. ;)

To był jeden pan.

Drugi pan podbiegł do mnie, kiedy czołgałam się po schodach na górę z Nowego Miasta. Spytał, czy pomóc i wyniósł mi rowerek na samą górę. How nice. Przy trzydziestu stopniach na plusie to samo podniesienie ręki wymaga samozaparcia, nie mówiąc o dźwiganiu roweru.

Thanks a lot!

Niech tylko będzie wciąż zdziwiona

Spójrzcie tylko. Cała moja i do tego piękna. :)

Bolą mnie nogi. I to jak! Dokładnie tak, jak powinny boleć po dobrej zabawie do rana i po jakiś dwudziestu kilometrach na rowerze pół na pół po asfalcie i mokrym lesie.

Mogę podzielić moje ciało na części i powiedzieć, która boli po czym. Stopy bolą po weselu. Łydki bolą po rowerze. Tyłek też po wycieczce rowerowej. Trzeba coś zrobić z siodełkiem. Potem boli mnie tylko głowa. Nie wiem zupełnie, po czym bardziej. Gorsze jest świeże powietrze czy dwa kieliszki wina? Właśnie. Ano to, ani to nie jest złe. :)

A jakie towarzystwo było dobre. Wyśmienite wręcz. Tak samo jedzenie.

I wszystko. WSZYSTKO. W-s-z-y-s-t-k-o!

Dzięki. Serdeczne dzięki. Dobra zabawa wymaga dobrego towarzystwa. A jak jeszcze można sobie potańczyć, pogadać o pracy, hartowaniu szyb, pociągach, górach, szkole (podstawowej na przykład), zmęczeniu materiału, delegacjach… to już  w ogóle nie ma się nad czym zastanawiać. Jakie to różne tematy przychodzą do głowy nad ranem w ramach odpoczynku.

Zdziwiona byłam nieustannie. Zaskoczona ilością jedzenia, jakie można w siebie włożyć bez najmniejszych wyrzutów sumienia. Zadziwiona tym, że wszyscy kończyli pierwszy deser, a ja dopiero zaczynałam drugie danie. Dla ciekawych – był też rosół. A tort był z truskawkami. ;)

Mnie dziwiła nawet dekoracja talerzy. Profesjonalizm obsługi. Weselne zabawy. A przecież to takie… proste. Oczywiste. Naturalne. Nie dla mnie. Niby dlaczego miałabym patrzeć na wszystko, jak na rutynowe zajęcie? Dla Pary Młodej to przecież było Jedyne Takie Wesele. Nie żadne tam rutynowe spotkanie przy okazji. Jestem wiecznie zdziwiona..

Dziś jechałam sobie na rowerze, niczym słynne cudowne dziecko dwóch pedałów i śpiewałam piosenkę za piosenką. Zdarłam sobie gardło do cna. Nie krzyczałam głośno, tylko tak wiecie, żebym słyszała. Darcie gęby w środku lasu nie jest w moim stylu. Szczególnie jeśli trzeba mocno trzymać kierownicę, jeśli się chce wyjechać suchą stopą z wielkiej kałuży.

Niech zdziwienie Wam towarzyszy. Dziś to o mnie piosenka, ale może i o Was? :)