Pyszne ostre ciasteczka ser-polenta

1 maja 2015

Dzień dobry.

W tle wyjątkowa lista przebojów, czyli 8 Polski Top Wszech Czasów. Kto nie słucha, ten trąba, więc ja słucham, śpiewam, wspominam wszystkie ogniska i wyjazdy w góry, na których do ochrypnięcia zdzierało się gardło, rycząc „Zawsze tam, gdzie Tyyyyyyyyyyyyyy!” na zmianę z „Czerwony jak cegła, rozgrzany jak piec…” i „Jolka, Jolka, pamiętasz to lato ze snu”.

Polska nostalgiczna dusza. Mniej niż zerooooooooooo! Mniej niż zeroooooo!

Ekhm. Poniosło mnie, póki nie jestem w pracy

Muzyka i wspomnienia. Do tego dobre jedzenie w dobrym towarzystwie. Wystarczy, żeby grzać się w mroźne poranki i wieczory tym, co pamięć zachowuje na gorsze czasy. I ile nadziei, że świat lubi, kiedy jest dobrze. Mówię więc do świata: Lubię to, co Ty. ;)

17 września 2015

Gdzie ja wtedy byłam? Co ja takiego robiłam, że chciałam zachować pamięć o dobrych rzeczach? Jak bardzo było źle? Nieważne. Nie teraz. Na pewno nie miałam działającego aparatu, więc zdjęć nie będzie. Ale już cicho, koniec gadania! Nie przy ciastkach proszę! :) *

Ostre ciasteczka ser-polenta

Składniki:

  • 1 szklanka mąki chlebowej
  • 1 szklanka polenty instant
  • 1/2 łyżeczki drobnej soli
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki wędzonej papryki
  • 1/4 łyżeczki suszonego chilii, bardzo drobno zmielonego
  • 1/4 łyżeczki słodkiej papryki
  • 1/2 szklanki twardego sera, startego na grubej tarce (ja użyłam Mimolette 12-miesięcznego, takiego)
  • 2 1/2 łyżki zimnego masła, w kosteczkach
  • 3/4 szklanki jogurtu naturalnego, zimnego

Przygotowanie:

  1. W misce dokładnie wymieszać wszystkie suche składniki razem z serem.Dodać masło i szybko wgnieść je palcami, żeby całość przypominała bułkę tartą.
  2. Dodać jogurt i zagnieść w luźną kulę. zawinąć w folię spożywczą i włożyć na 15 minut do lodówki.
  3. Rozgrzać piekarnik do 190°C. Płytką blachę wyłożyć papierem lub wysmarować tłuszczem i wysypać polentą.
  4. Podzielić ciasto na 4 części. Wałkować po kolei na podsypanej (obowiązkowo!) mąką lub polentą stolnicy na grubość 3 mm. Używając szklanki lub okrągłej foremki z ostrym brzegiem, wycinać okrągłe ciastka i układać na blasze.
  5. Piec około 12-15 minut, aż będą złociste. Studzić na blaszce lub papierze.

Można przechowywać do 2 tygodni w szczelnie zamykanym pojemniku.

Smacznego!

Oryginalny przepis: Heidi, 2007 rok.

 

* Nawet jeśli to było bardzo ważne, to na pewno nie na wpis o ciastkach. :D

Blogi kulinarne bez historii osób, które je robią, wydają mi się bajką Disneya z dawnych lat, gdzie wszystko jest cukierkowe, ptaszki śpiewają, a Królewny znajdują swoich Książąt na białych wierzchowcach.

Lato! Kanapki szczęścia.

Ach. Oto, co kocham w lecie: pomidory pachnące słońcem, szaloną-zieloną bazylię i swój własny chleb z dodatkiem masełka i mozzarelli.

Żyć się chce!

Kanapki wyglądały tak pięknie, że nie mogłam się im oprzeć. I robiłam więcej i więcej zdjęć. Zapraszam do obejrzenia poniżej. :)

Czytaj dalej

Ser-deczny dzień

Dwa dni spóźnienia, ale to było naprawdę 28 lipca. Wrzucam dziś, a magiczny WordPress pokaże 28. Oh yeah.  Co to są dwa dni w obliczu wieczności. Eternity will forgive.

Autor: MICHA ARKHIPOFF
Źródło: http://www.arkhipoff.com/

Jak to zwyczajowo się utarło, zrobiłam sobie weekendowe zakupy. Okazało się, że w galerii handlowej odbywało się jakieś-coś, czyli wystawa produktów regionalnych. W jednym pasażu porozstawiane były stoiska z serami, wyrobami regionalnymi, ręcznie robioną ceramiką i wyrobami z decoupage.

Wyczaiłam perfekcyjnie wykonane etui na okulary. Moje poprzednie, które dostałam razem z okularami powinno dawno przejść na emeryturę. Rypnęłam nim o coś twardego i od tamtej pory zamykałam je na gumkę recepturkę. Normalnie dizajn że cho cho.

Stałam z panem, który zajmuje się decoupage i kiedy zaczęłam go wypytywać o szczegóły, okazało się, że jest miszczem. Decoupage uczył się w Belgii… I kiedy opowiadał o tym, w jaki sposób przygotowuje powierzchnię, gdzie szuka serwetek jak on to robi, to moje oczy robiły się coraz większe i większe…

Początkowo miałam wrażenie, że to jest wręcz fabrycznie zrobione. Takie wszystko wymuskane, dopieszczone, doskonałe w każdym calu. Zero śladów nierównego lakieru czy odbitych palców. Ja czasem coś okleję, ale jestem na poziomie niemowlęcia, jeśli chodzi o tę sztukę.

To po prawej, to widać, że etui. W środku torebka wiklinowa z motywem kafelków holenderskich. Po wizycie w Pałacu Na Wodzie zachorowałam na takie kafelki. Kuchni sobie nimi nie wyłożę jak na razie, to chociaż torebkę mam. To po lewej, to kafelek lub podstawka na herbatę. Dostałam gratis do zakupów.

Ale dlaczego tak piszę i piszę o tym? Nie rozpisywałabym się o tym, tylko dlatego, że facet podał mi nazwy dobrych klejów, rodzajów pędzli, z których korzysta i miejsc na świecie, gdzie można kupić serwetki. Piszę o tym, ponieważ ten Człowiek jest przykładem niewzruszonej siły woli i głębokiego życiowego optymizmu.

Pan choruje na  raka. Decoupage robi, kiedy leży na oddziale przez dwadzieścia dwie godziny i dostaje strzała chemii. Jak mówi, musi ćwiczyć ręce. Ma wycięty cały przewód pokarmowy. Przez dziewięć miesięcy po operacji nie miał nawet wody w ustach. Pierwszy płyn, jaki wypił, to kontrast do tomografu… I okazało się, że „cieknie”, także znów nie mógł miesiącami normalnie jeść i pić.  Kto słyszał o kontraście, ten wie, że to żadna przyjemność. A on do tej pory wspomina to jak zbawienną kroplę wody na pustyni.

Facet był tak radosny, tak szczęśliwy z życia, że miałam ochotę najzwyczajniej w świecie go poklepać po plecach, jak starego dobrego znajomego. Wiem, że mu się uda przejść przez to wszystko. Nie jest jedyną osobą, za którą mocno trzymam kciuki i w której zdrowie wierzę.

To się wie. Tam głęboko, w samym sednie duszy, jest takie miejsce… Służy nam do działania bez pytań „co z tego będę mieć”.

Współczucie – dosłownie: „wspólne odczuwanie” – rodzi się ze zranień własnego serca, które czynią nas wrażliwszymi na innych zranionych.
John Welwood

Ten tekst włożyłam do swojego segregatora z przepisami. Zajmuje miejsce poniżej makaronu z sosem muszkatołowym ze śmietaną. Mam sporo takich wkładek (mięsnych) i kiedy przeglądam przepisy, robię sobie sekundowe medytacje. ;)

A tu moje skarby z drugiej strony. Kafelek z tej samej, gwoli ścisłości. Na torebce całują się dzieci.

Jakby ktoś jeszcze nie zauważył, jestem dużą dziewczynką. Marzenia pozostają te same. O kuchni z niebieskimi kafelkami. I żółtych dodatkach do kuchni. Spokojnie. Powoli gromadzę, maluję, szukam.

:)

TERAZ DLA MIŁOŚNIKÓW KUCHNI. Reszta Szanownych Czytelników może iść do domu lub do sekcji z komentarzami. Dziękuję za uwagę.

 

———————————-

Zaopatrzyłam się też w kilka serów, porozmawiałam z gospodarzem, który mógłby własną głową (!) gwarantować jakość produktów. Był bardzo dumny ze swoich serów, częstował kawałeczkiem każdego. To się zdecydowałam na cztery rodzaje. Ceny były – oczywiście – wyższe, niż zwykłego sera. Ale te były podobne do mozzarelli. Superświeże z orzechami, czosnkiem niedźwiedzim, czarnuszką i już nawet nie pamiętam z czym. A jeden ser był lepszy od Parmezanu. Naprawdę. Kupiłam od razu wielką kostkę. Pan przekroił, zaśmierdziało genialnie i nie mogłam sobie odmówić.

Ser długodojrzewający. Pyszny. I co ciekawe – z niebieską pleśnią w środku! Pecorino niech sobie leży w lodówce. Wolę nasz, polski ser. Pachnie zniewalająco. Może nie powiem, że chciałabym mieć takie perfumy, ale… ;)

Ser, jak dla mnie, doskonały do wszystkiego. Do sałatki z buraczkami, pizzy ze szpinakiem, focacci zapiekanej z warzywami, łososia z fasolką szparagową i zapiekanki makaronowej. A już w nawiasie – cena też nieporównywalni niższa, niż parmezanu, bo 45 zł za kilogram.

 

Żyję, żeby jeść tortillę! :)

Taki tytuł ma mój album z jedzeniem na FB. Tortilli nie ma w tytule. Reszta się zgadza. Czy ja muszę coś dodawać?

Odpoczęliście w Święto Flagi? Mieliście swój kotylion? A może słońce opaliło dziś Was na biało-czerwono (albo też skorzystaliście z bardzo niezdrowej alternatywy typu solarium)? Dzień jeszcze się nie skończył…

Ja podjęłam dziś decyzję dotyczącą jakiejś części mojego życia. Czyli mówiąc wprost, zrezygnowałam z pewnej pracy. Po obliczeniu wszelkich kosztów, wszelkich noclegów, wszelkich dojazdów i innych kwestii, wyszło na to, że więcej stracę, niż zarobię. Co to ma wspólnego z jedzeniem? Bez pracy nie ma kołaczy. Ale z taką pracą też by nie było. Kroczę w kierunku upragnionej prostoty.

Ale to już detale. Nieważne. Idźmy dalej, dopóki dzień trwa, a prąd daje szansę na kliknięcie „Opublikuj”.

Czy prostotą można nazwać jedzenie zupy pałeczkami? Albo przygotowywanie herbaty przez godzinę? Albo śpiewanie długich pieśni przed posiłkiem, kiedy jest się bardzo głodnym?

Jeśli w danej kulturze taki sposób spożywania posiłku jest podstawowy i głęboko zakorzeniony w umysłach i duszach narodów, to oczywiście, że tak. Jeśli przygotowanie jedzenia inną metodą powoduje, że obrażamy duchy przodków i w dodatku zaburzamy wielowiekową tradycję, to oczywiście, że tak. Jeśli…

Każdy powód jest ważny i znajduje uzasadnienie. Nie tylko ludowe, ale przede wszystkim naukowe. To, co dawniej ludy odkrywały metodą prób i błędów, obecnie potwierdza i ponownie wykorzystuje nauka na przykład w leczeniu chorób.

Ale są też bardzo prozaiczne powody. Zwykły, szary człowiek może wykorzystać naukę i doświadczenie milionów ludzi na świecie, żeby jego własny obiad był lepszy, smaczniejszy i godny miana obiadu. Ot tak, zwyczajnie.

Biorę do rąk opakowanie tortilli. Szeleści, kruszy się, chrupie i chrzęści w zębach. Wysypuję je na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Wyjmuję z lodówki pierwszy lepszy ser, ścieram na tarce. Wrzucam całość na kilka minut do piekarnika. W tym czasie miksuję pomidory z puszki razem z czerwoną cebulką, chilli i podgrzewam. Danie na upał idealne. Do tego wielki dzbanek zimnej mięty z lodem.

Nic więcej mi nie potrzeba. Błękitne niebo jest. Góry wysokie będą. Droga szeroka o kształcie i wyglądzie torów też. Słońce złote i mocny wiatr na łódkach były. Jak tu nie być szczęśliwym człowiekiem, kiedy do całego zestawu „tego, co mi potrzeba”, dostałam jeszcze cudownych znajomych z poczuciem humoru, dystansem do życia i apetytem?

Aha! Jeszcze nie odchodźcie! Mam dla Was niespodziankę. Pamiętacie FoodPairing, o którym kiedyś pisałam? Też mają swoją stronę na Facebooku i dziś znalazłam tam film sensacyjny. Poza tym, że facet prowadzący wykład i degustację jest nieco stuknięty (szalony mistrz czekolady), to w dodatku zaraża tym ludzi na sali wykładowej. Teksty ma lepsze, niż nasi polscy kabareciarze.

Czekoladowe ostrygi? Czekoladowy błyszczyk do zabaw we dwoje? Czekolada… wypita dosłownie jak pierwszy łyk mleka matki? Pomysły jak z filmów z Louis’em de Funès. Wszystkie zrealizowane i WYPRÓBOWANE. Jeśli ten facet przyjedzie do Polski, będę pierwsza w kolejce po bilety!

Wasze życie nigdy nie będzie już takie same*.

 

* tekst może oklepany, ale jaki prawdziwy :)

Zanim zrozumiesz

Tekst przeznaczony tylko dla osób, które skończyły 18 lat.

Varius Manx i Kasia Kowalska. Zespół i piosenkarka świętowali w tym czasie doskonałą sprzedaż płyt i pierwsze miejsca na listach przebojów. Tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty czwarty rok. Osiemnaście lat temu. Tylko dla dorosłych. Reszty jeszcze nie było na świecie, to nie ma co owa reszta wspominać.

A może to twój błąd
Odchodzisz zimno mi tak
Oto co mi dałeś ty
Tak żyć nie zechciałby nikt

Albo tylko dla dojrzałych. Bo do pewnych smaków trzeba dojrzeć. Do francuskiego camemberta, zielonych oliwek, wytrawnego wina. I może do krewetek królewskich też. I herbaty bez cukru.

**************************************************************

Uwaga, będzie wtręt z serii W głowie mam małą dziewczynkę. Można pominąć i czytać dalej poniżej gwiazdek.

Z tą herbatą to nie jest tak do końca. Ja piję bez cukru i stąd, jak miałam kiedyś gości, to nie wiedziałam, za czym się tak bezradnie rozglądają. Naprawdę nie przyszło mi do głowy, że chodziło o cukierniczkę. A swoją drogą, spójrzcie, jaka śliczna może być cukierniczka w muffinkowym zestawie. Wariuję, jak tylko widzę ten zestaw w sklepie.

I zwariowałam dziś, bo znów pojawiły się w innym sklepie miarki, które mnie po prostu rozbrajają. Mam już jedne plastikowe, drugie metalowe.  Ale te widziałam jako pierwsze w życiu niemal, cena mnie odrzucała, ale widać nie dość skutecznie, bo dalej uważam je za najpiękniejsze na świecie. Podglądam różne u różnych kobiet na blogach i w programach o tematyce kuchenno-kulinarnej, ale takich jeszcze nikt nie ma. I ceramicznych ja też nie mam. Na razie mieć nie będę, bo na co mi milion miarek. Chyba, że zacznę po prostu je zbierać i tak się tłumacząc, kupię kolejne? A one będą śpiewać jak Kasia Kowalska.

Nie mam nic i dlatego rzucasz mnie
Ciskasz mnie w kąt jak starą rzecz
Gdy przestaję cieszyć cię

Więcej grzechów nie pamiętam. ;)

**************************************************************

Powiedzcie mi, na jakiej podstawie dostaję regularnie do spamu setki ofert z kasyn i dziesiątki reklam niebieskich tabletek? Jak segregowałam stare gazety do spalenia lub odłożenia (może się kiedyś jeszcze przeczyta), zmięłam artykuł o Viagrze. Pisali w jakiejś darmowej gazecie aptecznej, że swego czasu wywołała prawdziwą rewolucję [tabletka, nie gazeta]. No i dosłownie wzniosła na wyżyny doskonałości wielu facetów.

Tylko czy ja wyglądam na indolentnego impotenta? Nie! Oglądałam dziś zdjęcia robione przez Vlaho w sobotę i prawdę mówiąc, nie przypominam na nich nawet w 0,00000001 % faceta. A co najważniejsze, wcale się nie czuję, choć teksty piosenek Stinga lub innego Phila Collinsa do mnie pasują. Widocznie zostałam źle stargetowana. Ale poczta właściwie odczytuje, że nie potrzebuję takich wynalazków.

Zanim powiesz jej, że
To był ostatni raz.
Zanim dzień spłoszy
Srebrnego ptaka nocy.
Rozkołysz, rozkołysz, rozkołysz jeszcze raz…

Pogoda dziś pokazała się od mrocznej strony. Niskie chmury były tak niskie, ze szlag mnie trafiał od tej niskości. Szłam do lekarza i deszcz nie mógł się zdecydować, czy mam być cała mokra, czy tylko trochę. Za to biednemu (wydałam na same badania ponad 80 zł, nie wspominając o późniejszej wizycie) zawsze wiatr w oczy, także przemokłam reprezentacyjnie od przodu. Yeah.

W poczekalni nasłuchałabym się wielu historii, gdybym natychmiast nie wyjęła książki. Dzięki temu dolatywały do mnie tylko strzępki rozmów typu:

- No i jak wyniki badań?
- No dobrze, dobrze.
- A z tarczycą wszystko ok?
- Proszę pani, żeby tylko z tarczycą było dobrze, to ja bym była szczęśliwa!
- Aha…
- Bo wie pani, jakby tylko o to chodziło, to ja bym w ogóle nie narzekała…
- Hmm. No ja biorę takie tabletki tyle lat, niech się pani nie przejmuje. Ale tu w porządku?
- Jakby tak człowiek się przejmował tylko hormonami, no tu wszystko w porządku, na szczęście, ale jakby się tylko tym mógł przejmować…

I tak w koło Macieju. Tfu, i tak w kółko.

Jedną świerzbi, żeby spytać, co dolega tej drugiej, a tamta konspiracyjnie niby mówi, ale tak, żeby nie powiedzieć. W końcu doszły do takiego stopnia zagmatwania, że przestałam czytać książkę, a zaczęłam słuchać, co powiedzą dalej. Nic nie powiedziały, bo ta, co wychodziła, ubrała się już i poszła sobie. Na szczęście dla całej reszty.

Zanim ukradniesz jej
Ostatni kolor ze snu.
Zanim gdy na chwilę zamknie oczy – znikniesz.
Zabierz jej, zabierz jej, zabierz jej z ręki nóż.

Kiedy wracałam w grobowych ciemnościach, weszłam na chwilę ogrzać się do sklepu. Nie lubię grzybów, ale łażąc między półkami, torebkami, puszkami i słoikami, natknęłam się na ciekawe okazy. Szczególnie ciekawe z nazwy. A dokładnie na gatunek Volvariella volvacea – pochwiak wielkopochwowy. Z przodu etykiety pisało grzyby słomkowe. W pierwszym momencie stwierdziłam, że to przez katar mam pewnie gorączkę i źle widzę tylną część. Ale sprawdziłam jeszcze raz i w domu zerknęłam w internecie. To naprawdę istnieje i jest jadalne.

Ciekawe tylko, że na stronie producenta nie ma o nich ani słowa. Kupić się tego przez internet nie da (a borowiki i maślaki da), w polecanych daniach, ani w wybranych przepisach – nie ma. No nie wiem, przecież nie ma się czego wstydzić. Grzyb jak grzyb, a że nazwę ma nieszczególną… ;)

Zanim zrozumiesz jak
Bardzo kochałeś ją.
Zanim pobiegniesz kupić czerwone wino.
Ona zapomni, zapomni już świat Twych rąk.

Kończę. Pisanie sprawia mi wielką przyjemność. Za każdym razem liczę, że dobrniecie do końca (swoją drogą, nikt nie powiedział, że będzie lekko, łatwo i przyjemnie, skoro piszę to ja). I liczę, że nie nucicie potem pod nosem Turnaua… Nim napiszesz wiersz, pomyśl i zważ, jak dalece słuszny to krok, i czy naprawdę masz czas, żeby pisać wiersz. Może raczej wstań, może lepiej leż. Literatura jest piękna i bez.

(Podobnie, jak ten dogasający już zmierzch i gęstniejący już mrok.)

PS. Ona ma siłę! Nie dla ciebie…

Z pozdrowieniami dla Delli, którą od razu skojarzyłam, kiedy tylko zabrzmiały w PR3 pierwsze nuty tej piosenki.

 

Ser!

Przed południem.
- Zobacz, co mamy w lodówce. Osiem gatunków sera. Jesteś myszą, żeby jeść tyle sera?
- Nie osiem, tylko dziewięć. Ja potrzebuję tyle sera. Z sera nie zrezygnuję. Lepiej zobacz, co jest w zamrażalniku. Trzy porcje lodów.
- O nie, lody to są mi potrzebne, ja z lodów nie zrezygnuję.

Po południu.
- Tak, założyłem to osobne konto, po to…
-Po co ci osobne konto i inwestowanie pieniędzy? Planujesz kupić sobie za nie wielką ilość sera i zjeść po kryjomu?

To były scenki z jakiegoś serialu, który doleciał zza drzwi do moich uszu. Ale kiedy przypominam sobie moje studenckie zakupy, to równie dobrze mogłoby chodzić o mnie.

S-e-r. Trzy litery, a tyle ukrytych znaczeń. Tyle możliwości i sposobów krojenia. Tyle smaków zamkniętych w jednym krótkim słowie. Zaskakująco dużo możliwości.

Jak podaje Encyklopedia kuchni, pierwsze sery znane były już osiem tysięcy lat przed naszą erą. Nieco ważniejsza wydaje się jednak druga informacja: do wyrobu sera niezbędne jest mleko. Krowie, kozie, bawole (mozzarella) czy sojowe (tofu tfu tfu). Czy jakiekolwiek inne.

Kokosowe na przykład.

Wczoraj w Trójce kobieta czytała mejla (tak, tak, podobno jest to dopuszczalna forma, tak samo jak pendrajw i pikap, chociaż wygląda to strasznie) o Finie, któremu bardzo spodobało się polskie słowo filiżanka. Wrócił do kraju i postanowił nazwać tak swoją córkę. Ja mogłabym mieć na drugie Ser.

Bo na nazwisko to tak dziwnie. Za krótko. I to „R” na końcu. Niezbyt udane. Anglicy wołają do zdjęcia: „Cheese!”. Inne rzeczy też wołają, wiem. ;)

Roquefort to jeden z tych serów, do których długo nie mogłam się przekonać. Aż zrobiłam zupę kalafiorową i okazało się, że bez sera traci trzy czwarte smaku. Albo szpinak – dokładnie tak samo. Bez sera będzie brakowało tego czegoś. Co do serów z niebieską pleśnią, nie kupujcie nigdy Lazura Złocistego. Zobaczyłam go w sklepie, wyglądał rzeczywiście złociście. Ale w smaku jest straszny. Mój ulubiony to jednak gorgonzola.

[edit: Kupiłam Lazura Złocistego miesiąc temu. Leżał porzucony w lodówce, bo jednak żal wyrzucać ser. Spróbowałam dziś i najwyraźniej dojrzał, bo zaczyna smakować jak ser pleśniowy. W takim razie kupcie i zostawcie na miesiąc w ramach eksperymentu, może wydobrzeje.]

Zresztą, jak człowiek się przełamie, to nawet śmierdzący francuski camembert zje. Opanierowany. Z żurawiną. Na dzień dzisiejszy pełne doznanie harmonii smaków jest jeszcze przede mną. O ile taki „camembert” z nazwy bardzo lubię, tak sam zapach prawdziwego francuskiego mnie przy każdej kolejnej próbie odrzucał. Ku wielkiej radości M., który miał cały wielki, gorący śmierdzący ser dla siebie. Szczęście można osiągnąć na wiele sposobów.

Co podać do panierowanego sera? Ostry sos. Nadziewane warzywa. Nieśmiertelne frytki.

Przy okazji panierowania, poniżej przepis na panierowane pałeczki (wąglika). Czytaj – panierowaną mozzarellę według prawdziwej Kowbojki, Ree Drummond. Jak twierdzi, jej Marlboro Man (który nie pali, ale jest kowbojem z krwi i kości) po spróbowaniu Mozzarella Sticks oddał jej klucz do swojego serca. I zagroził, że jeśli przynajmniej raz w tygodniu ich nie zje, zabierze klucz z powrotem.

 

Panierowana Mozzarella

Adaptacja przepisu The Pioneer Woman, Fried Mozzarella Sticks (z obrazkami!). Prościej się nie da.

Niezbędne urządzenia: miseczki, talerz, ręczniki papierowe, patelnia, zamrażalnik.

Czas przygotowania: 10  minut | Czas oczekiwania: 20 minut | Czas smażenia: łącznie 8 minut

  • 16 kawałków String Cheese* (spokojnie można zastąpić twardą mozzarellą, pokrojoną w 1-centymetrowe słupki. Do przepisu potrzeba 32 kawałków o długości ok. 4 cm)
  • 1/2 szklanki mąki pszennej
  • 2 jajka
  • 3 łyżki mleka
  • 1 łyżka posiekanej natki pietruszki
  • 2 szklanki grubej bułki tartej  (Panko bread crumbs – suchy pokruszony chleb tostowy)
  • olej rzepakowy do głębokiego smażenia

 

Przygotowanie:

  1. Przesyp mąkę do małej miseczki. W drugiej miseczce rozbij jajka i rozmieszaj widelcem z mlekiem. W dużej misce wymieszaj bułkę tartą i natkę pietruszki.
  2. Każdy paluszek obtocz cienko w mące, następnie w jajku i przełóż do miski z bułką. Nie obtaczaj, ale jedynie posyp z każdej strony, po czym strzepnij nadmiar z powrotem. Odkładaj na czystą tacę, płaski talerz lub blaszkę do pieczenia.
  3. Wstaw do zamrażalnika na 20-30 minut.
  4. Rozgrzej olej rzepakowy w głębokiej patelni na dużym ogniu. Oleju ma być 1 1/2 inches, czyli około 4 cm wysokości. Kiedy będzie gorący, wyjmij ser z zamrażalnika. Wrzucaj ostrożnie po 8 kawałków za każdym razem.
  5. Od tej pory obserwuj uważnie paluszki i kiedy tylko się zarumienią, obróć i dosmaż. Całość powinna trwać mniej, niż dwie minuty. Wyjmuj i odkładaj na tackę wyłożoną ręcznikami kuchennymi.
  6. Podawaj z podgrzanym sosem marinara.

 

* ja chętnie zrobię wersję pt. vyprážaný syr i zamiast mozzarelli użyję sera edamskiego, mniam mniam. W wersji słowackiej nie może zabraknąć dwóch składników dania. Pierwszy nazywa się hranolki, a drugi tatarská omáčka.

Enjoy.