Wyjątkowo dziwny sklep

Dziś byliśmy na rowerach. Wyjechaliśmy z Chorzowa, mieliśmy jechać do parku na rundkę rowerową i z powrotem, a wyszła wycieczka krajoznawcza. Trafiliśmy przez teren byłej kopalni Prezydent, przez tereny Huty Kościuszko i przez Rezerwat Żabie Doły do Piekar Śląskich. Trochę to było niespodziewane, bo nikt z nas nie wiedział, gdzie wyjedziemy. Te wszystkie miasta na Śląsku są połączone i czy jest się w Chorzowie, Bytomiu, Siemianowicach czy Piekarach to najlepiej widać na tablicach z nazwą miasta. Poza tym, jest to dla mnie zupełnie nieoczywiste.

Wycieczka była piękna. Mnóstwo miejsc, gdzie zrobiłabym zdjęcie za zdjęciem. Hałdy, zarośnięte tory do huty, ruiny betonowych bunkrów, zarośnięte stawy. I między ogródkami działkowymi, przy starej ceglanej kamienicy, stał samochód z podniesioną maską. Jechaliśmy kamienistą drogą, cisza jak makiem zasiał. Nagle z okolic samochodu wydobyła się genialna piosenka. Kiedy jedzie się półtorej godziny niemal w kompletnej ciszy i jedynym dźwiękiem jest szum pod kołami, dobra muzyka potrafi wryć się w mózg. Aż do powrotu do mieszkania ciągle ją nuciłam.

Spotkaliśmy po drodze niezwykłą panią. Pracowała w sklepie w Piekarach. Cała otoczka była już ciekawa, bo wąziutki sklep nosił miano Tradycja. Otwarty w niedzielę biznes, przyciągał nie tylko pieczywem (które obsiadały od czasu do czasu wygłodniałe muchy), ale też innymi dobrami. W tym masłem extra 200 g za 3,75. Nie byłoby w tym nic ciekawego, gdyby nie fakt, że cały karton masła stał na ladzie chłodniczej, a sklepie było ze dwadzieścia pięć stopni. Myślę, że nad chłodziarką nawet więcej.

W lodówce pływały śledzie, zbrązowiałe od starości. Obok walnięta była na jakiś kiełbasach tacka z kotletem i inną, niezidentyfikowaną masą mięsną. Wyglądało to tak, jakby ktoś brudną łapą chwycił część i uciekł. Ciasta, leżące również nad ladą, wyglądały jakby były już nieco podstarzałe.

Pani ekspedientka mogła spokojnie stanowić wzór dla wszystkich kobiet z seriali typu Ranczo. Blondynka z hełmem z włosów na głowie, mocnym makijażem i obcisłą bluzeczką. Na to miała ubrany fartuszek. Przy kasie wyłożyła (a może zrobił to ktoś kilka dni wcześniej?) sałatki z tuńczykiem, kukurydzą i innym dobrem. Takie, które zdecydowanie powinny leżeć w lodówce. Przy plastikowych pudełkach na sałatki usadowiły się w większym pojemniku cztery powoli dogorywające nektarynki. Brzoskwinie? Cokolwiek to było, wyglądało okropnie.

Pod nogami leżały skrzynki z ziemniakami, podwiędłymi rzodkiewkami i chyba szpinakiem. Jeśli wylot ciepłego powietrza z lady chłodniczej jest odpowiedni dla rzodkiewki i ziemniaków, to ja widocznie żyłam w błędzie.

I jak tu robić zakupy w takim sklepie? strach dotknąć czegokolwiek. Zdecydowałam się na pierniczki toruńskie, bo przynajmniej były oryginalnie zapakowane i daleko od ciepła. O ile tam cokolwiek było daleko.

To było coś, co widuje się na filmach. o tego zazwyczaj leci smętna, nastrojowa muzyczka, a przed sklepem stoi ławeczka dla stałych bywalców. I chodzą kury, dziobiąc ubitą ziemię. Tutaj zjawisko było między blokami, niedaleko głównej ulicy. Da się, jak widać, zrobić wiochę w mieście. Taka, wiecie, nowa świecka tradycja.

Szpajza czekoladowo-cytrynowa i goście na budowie

Witajcie w niedzielny poranek.

Czy można tak napisać pięć po dwunastej w południe? :)

Mieliśmy tydzień temu ostatnich gości. Można by rzec, że to taka kolejna parapetówka, jakich dużo u nas się narobiło. Goście przyjechali, zjedli pięknie to, co naszykowaliśmy i zapomnieli wziąć od nas kapustę kiszoną. A my zapomnieliśmy spakować im od razu do samochodu, jak przyjechali. Nic straconego, w końcu teraz mieszkają niedaleko, to można im następnym razem po drodze podrzucić.

Na śniadanie była szpajza. Słyszeliście o tym? Ja się dowiedziałam niedawno z jednej śląskiej strony i postanowiłam zrobić nieoryginalną. Ponoć na niedzielę szykuje się prawdziwą cytrynową, ale co tam, zrobiłam po swojemu i nie żałuję.

Czytaj dalej

Hauskyjza – domowy ser, smażony z kminkiem

Jadłam pierwszy raz w życiu hauskyjzę. Hauskejzę. No, wiecie, albo nie wiecie. Ja dużo o tym słyszałam, ale to jednak nie to samo, co zjeść. Hauskyjza to biały ser, który kupuje się świeży, a je stary. Zostawia się go na kilka dni, żeby „dojrzał” w cieple, potem smaży na masełku i posypuje kminkiem. Ale to dobre!

Za mało tego było, za dobre i nie ja robiłam. Słuchałam od mojego Mężczyzny i Jego kuzyna o tym już wiele, wiele razy. Jednak skutecznie odchodziła mi na to ochota, jak żona Kuzyna za każdym razem mówiła, że to śmierdzi niemiłosiernie, jak stoi na parapecie.

Czytaj dalej

Śląskie gadki i jo

Ja ze Śląska nie jestem, nawet nie próbuję być „stąd”. Mój Mężczyzna jest Ślązakiem, ale w domu u niego się nie godoło. (?). A Panowie od podłogi mieszkają wprawdzie na Śląsku, ale są z dawnego województwa Bielskiego czy Krakowskiego (trudno powiedzieć, jak tu granice przebiegały bo jak się jedzie od Katowic na budowę, to Śląskie żegna, Małopolskie wita i potem Małoposkie wita, a Śląskie żegna. Nie, jakoś inaczej… potem Śląskie znów wita!). Panowie więc w ogóle nic po śląsku, a mój ślunski synek im godo i godo! A oni rozumieją tyle, co i ja.

Mnie też coraz więcej tak mówi i codziennie słyszy: Co?!? I słyszę jakąś definicję. Na przykład:

Nie wiesz, kto to miglanc? To taki chachar z zasadami.

I już wszystko jasne.

Czytaj dalej

Na Śląsku

Przyjechałam i jedna z pierwszych rzeczy, jakie usłyszałam, poza wszelkimi cudownymi słowami, było stwierdzenie, że musimy porozmawiać. O języku ślunskim. Że gdzieś tu u mnie jest błąd na blogu. Jak tylko ustalę ostatecznie poprawną wersję, dam znać. Ja tam się nie znam, więc przyjmę wszystkie skargi i zażalenia. :)

Pozdrowienia dla Was serdeczne z ciepłego Śląska.

Wyjazdy, rozjazdy

Szykuję się na kolejne podróże.

Śląsk jest moim szczęśliwym miejscem, czekam na kolejne spotkanie ze śląskością. Tym razem jeszcze inne miasta, ale Katowice w tak zwanym międzyczasie mnie nie ominą. Za to ja będę musiała się sama pilnować (paradoks, nie sądzicie?) i ominąć tym razem księgarnię Matras z wielką wyprzedażą. Poprzednio ograniczyłam się do jednej książki, bo i tak ledwo dźwigałam plecak. Ale teraz może spakuję się w wersji light, jak mleko 0% tłuszczu?

Jedyne wyjście, żeby tak się stało, to wziąć mały, niewygodny plecak. Spakować do niego dwie koszulki na zmianę, założyć sandały i liczyć, że nie będzie padać.

Mały plecak to same zalety. Nie dość, że nic nie zmieszczę, to jeszcze będę mieć motywację do pokonywania tras w szybkim tempie. Bo tym razem nie chcę wracać z tak wypchanym plecakiem, jak poprzednio… Każdy, kto tylko mnie widział, czuł się zobowiązany do wygłoszenia komentarza: Ten plecak jest większy od Ciebie!